Blog > Komentarze do wpisu

Palestyna. Pokój, nie apartheid.

Godność i szacunek dla siebie, a także akceptacja i możliwość współtworzenia i partycypowania w dobrobycie regionu. Tak podstawowe korzyści z zawarcia palestyńskiego-izraelskiego porozumienia przedstawia Zbigniew Brzeziński, doradca ds. bezpieczeństwa narodowego prezydenta Jimmy'ego Cartera. Zdaniem profesora Brzezińskiego, Żydzi i Palestyńczycy mogą stworzyć Singapur Bliskiego Wschodu.

Niniejszy wpis jest kontynuacją tekstu pt. Idą w zaparte. Izrael odrzuca wezwania Obamy, z dn. 21 lipca br.

Podobnie uważa Brent Scowcroft, doradca ds. bezpieczeństwa narodowego prezydentów Geralda Forda i Georga H.W. Busha. Scowcroft twierdzi, że porozumienie izraelsko-palestyńskie będzie swego rodzaju game changerem, zmieni klimat w regionie, m.in. spychając Iran do defensywy. Organizacje takie jak Hamas czy Hezbollah stracą grunt pod nogami, gdyż podstawowy powód ich funkcjonowania i potęgi przestanie istnieć. Porozumienie bardzo pozytywnie wpłynie również na obraz Izraela oraz Stanów Zjednoczonych w świecie, w szczególności wśród miliarda wyznawców islamu.

Warunki porozumienia oraz korzyści wynikające z jego zawarcia w świetny sposób zostały zaprezentowane w niespełna 11-minutowym wideo, w którym wypowiadają się wspomniani wyżej Brzeziński, Scowcroft i Carter oraz James Baker, sekretarz stanu w administracji Georga Busha seniora. Podsumowanie szczegółów wielce interesującego projektu tzw. Porozumienia Genewskiego, znajduje się tutaj. Porozumienie jest dziełem Yossi Beilina, Yassera Abeda Rabbo i Jimmy'ego Cartera. Ta trójka, działając niezależnie od władz własnych państw oraz władz Organizacji Wyzwolenia Palestyny w przypadku Rabbo, wypracowała kompleksową propozycję porozumienia akceptowalnego dla zdecydowanej większości zainteresowanych, Żydów i Palestyńczyków, a także państw arabskich, Stanów Zjednoczonych i społeczności międzynarodowej.

grafikaNawiązując do wpisu z dnia 21 lipca br., w którym napisałem, że "warunki porozumienia są z grubsza dobrze znane", chciałem wymienić te najważniejsze, będące podstawą propozycji: wzajemne uznanie prawa do istnienia państw palestyńskiego i żydowskiego; rozwiązanie problemu uchodźców poprzez przyznanie im prawa do powrotu do nowo-powstałego Państwa Palestyńskiego oraz odpowiednie odszkodowania za utraconą własność, względnie inne krzywdy; anektowanie przez Izrael terytoriów największych osiedli na Zachodnim Brzegu Jordanu, głównie znajdujących się w pobliżu Jerozolimy oraz granicy Zachodniego Brzegu - w zamian przekazanie przez Izrael gruntów o takiej samej powierzchni na rzecz Palestyńczyków; uznanie Jerozolimy za stolicę obu zainteresowanych państw; powrót Izraela do granic sprzed wojny w 1967 roku; Państwo Palestyńskie będzie zdemilitaryzowane, posiadając jednocześnie silne i sprawne siły bezpieczeństwa; wyrzeczenie się terroryzmu jako metody walki przez Palestyńczyków.

Nie są to żadne nowości i każdy zdroworozsądkowy komentator, posiadający choćby przeciętną wiedzę o konflikcie izraelsko-arabskim, mógłby wydedukować większość z przedstawionych powyżej założeń porozumienia. Tak samo jak konieczność powołania odpowiedniej grupy międzynarodowych obserwatorów, których zadaniem byłoby nadzorowanie realizacji porozumienia przez zainteresowane strony.

Niezbędne są wyrzeczenia i dobra wola. Jednak przede wszystkim konieczna jest odwaga rządzących po obu stronach do przełamania pewnego tabu. Otóż, choć milcząca większość popiera obustronne ustępstwa oraz zawarcie pokoju, władze izraelskie i palestyńskie są zakładnikami radykałów, dla których nawet gotowość do jakichkolwiek istotnych ustępstw to gorzej niż zdrada. Po stronie izraelskiej wszelkie inicjatywy pokojowe blokuje prawica oraz partie religijne, po palestyńskiej zaś radykałowie spod znaku Hamasu bądź Islamskiego Dżihadu.

Nawet odwaga obu stron nie wystarczy, a właściwie nie uda się jej wykrzesać, jeśli Stany Zjednoczone nie przestaną jednoznacznie wspierać stanowiska Izraela i nie zmuszą swojego sojusznika do ustępstw. Nie ulega wątpliwości, że więzy łączące Izrael z Ameryką są wyjątkowe i Waszyngton w dającej się przewidzieć przyszłości nie zerwie sojuszu z Izraelem. Niezależnie od tego, czy w Białym Domu będzie zasiadał Demokrata czy Republikanin.

Pewne jest, że obecny stan rzeczy nie zwiększa bezpieczeństwa Izraela ani całego regionu. Stosowany przez Izrael zorganizowany system apartheidu wymierzony w Palestyńczyków oraz arabską społeczność zamieszkałą w Izraelu buduje tylko pokłady wrogości oraz nienawiści. Przemoc oraz represje nie są właściwą odpowiedzią, tak samo jak ostrzeliwanie rakietami żydowskich domów oraz samobójcze zamachy w izraelskich restauracjach. Spirala niezrozumienia i śmierci musi zostać przerwana.

Wielką szansę ma na to prezydent Barack Obama. Jego własna historia i doświadczenia życiowe, ogromna popularność oraz charyzma predestynują go do odegrania kluczowej roli w doprowadzeniu do porozumienia pokojowego pomiędzy Izraelem a Palestyńczykami. Za pierwszym krokiem w dobrą stronę, tj. presją na wstrzymanie rozbudowy żydowskich osiedli na palestyńskiej ziemi, muszą podążyć kolejne. Przede wszystkim, o czym wspomina Zbigniew Brzeziński, amerykańska administracja musi przedstawić w sposób jasny i precyzyjny swoje stanowisko w omawianej sprawie. Dotychczas bowiem nie zostało ono sformułowane, co podważa wiarygodność Ameryki i poddaje w wątpliwość rzeczywiste zaangażowanie Obamy w proces pokojowy.

Obama musi zetrzeć się nie tylko z prawicowo-religijnym rządem Beniamina Netaniahu, ale także - a może przede wszystkim - z armią oddanych izraelskiej prawicy lobbystów w Stanach Zjednoczonych. Biały Dom musi odzyskać całkowity wpływ na politykę amerykańską wobec Izraela oraz Bliskiego Wschodu, kończąc z neokonserwatywną ideologią tożsamości interesów Izraela i Ameryki. Gdzie interesy są zbieżne, Waszyngton bez wątpienia będzie działał po myśli także Izraela; jednak w każdym innym przypadku będzie realizował własną politykę.

Gdy o takiej oczywistości napisali amerykańscy politolodzy John Mearsheimer oraz Stephen Walt, nie tylko poddano ich druzgocącej krytyce, ale próbowano przyczepić im łatkę antysemitów. Tak samo potraktowano ex-prezydenta Jimmy'ego Cartera, człowieka całym sercem oddanego pokojowi na Bliskim Wschodzie. Jego książka "Palestine. Peace Not Apartheid", będąca inspiracją do bieżącego oraz poprzedniego wpisu na blogu, spotkała się z gruntowną krytyką, a Carter także został mianowany antysemitą. W założeniu ma to eliminować głos nazwanych w ten sposób osób z dyskusji, jednak magiczne zaklęcie przestaje działać. Coraz więcej osób w Ameryce zdaje sobie sprawę z tego, że niemal bezwarunkowe i bezkrytyczne popieranie Izraela oraz zezwalanie na stosowanie apartheidu wobec Palestyńczyków szkodzi Stanom Zjednoczonym.

Szermujący łatkami antysemityzmu, krytykujący wszelkie głosy wzywające do pokoju krytykanci uwielbiają określać wpisy takie jak ten mianem utopijnego lewactwa. Będąc w towarzystwie Brzezińskiego, Cartera czy Bakera, mogę być lewakiem wierzącym w utopię pokoju na Ziemi Świętej i współistnienia dwóch przyjaznych sobie państw.

Pokój jest na wyciągnięcie ręki. Jest coraz bliżej. Nawet mimo obstrukcji stosowanej przez rząd pod wodzą Netaniahu. Neokoni i reszta prawicowego betonu może histeryzować, lamentować i krzyczeć - ale fakty są nieubłagane. Konsensus pokojowy zdobywa poparcie, a zdrowy rozsądek musi wreszcie zwyciężyć. Czy będzie to za rok, pięć czy piętnaście, tego nie wie nikt. Jednak głos większości zwycięży. Im szybciej, tym lepiej. Dla wszystkich.

Piotr Wołejko

grafika: geneva-accord.org/

 

Wpisy na podobny temat:

 

Dyplomacja jest dostępna także na Twitterze. Krótkie komentarze oraz linki do artykułów i tekstów, które warto przeczytać. Śledź Dyplomację na bieżąco!


Więcej tekstów oraz autorów na portalu Polityka Globalna:

niedziela, 26 lipca 2009, p.wolejko
TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
2009/07/26 18:54:18
Panie Piotrze,
Inicjatywa Genewska jest równie piękna, co kompletnie oderwana od rzeczywistości i utworzona przez całkowitych outsiderów. Yossi Beilin stracił miejsce w Knessecie. Zawsze uważany był w Izraelu za pięknoducha, natomiast teraz jest człowiekiem bez jakiegokolwiek znaczenia. Podobnie Yasser Abdel Rabo. Obaj są fantastycznymi rozmówcami i wizjonerami, natomiast nie mają najdrobniejszego wpływu na rzeczywistość. To samo dotyczy Jimiego Cartera. Dlatego też nie wiem, skąd przekonanie, że jakakolwiek "większość" popiera Inicjatywę Genewską, czy proponowane przez jej twórców rozwiązania. Przemawia ona, co prawda, do wykształconych Europejczyków, nie mniej tam, gdzie ma to znaczenie, czyli na Bliskim Wschodnie ma kłopoty z zaistnieniem nawet na marginesie życia publicznego. Innymi słowy, nikt nie traktuje jej poważnie. Niestety w tamtej części świata piękne idee mają ciężkie, krótkie życie i umierają w zapomnieniu.
Pozdrawiam
Jarek Kociszewski
-
2009/07/26 19:59:56
Panie Jarku,
A kto w ogóle zdaje sobie sprawę z istnienia takiej inicjatywy? Czego tak naprawdę chcą mieszkańcy Ziemi Świętej? Inicjatywa Genewska wskazuje na rozwiązania, które mogą i powinny uszczęśliwić większość. Odpowiada na kluczowe pytania, oferując sprawiedliwe odpowiedzi. Gdzie jest np. Mapa Drogowa? Zupełnie zniknęła z powierzchni ziemi. Myślenie Cartera, które przedstawiłem w dwóch ostatnich wpisach, jest bez wątpienia częściowo naiwne. Jednak nie wierzę, aby zdrowy rozsądek miał nie zatryumfować. Region jest cmentarzyskiem zbyt wielu wartych uwagi projektów.
pozdrawiam serdecznie,
PW
-
2009/07/26 21:34:08
Obawiam się, że sprawiedliwość ani czyjekolwiek prawa nie mają nic do rzeczy w poszukiwaniu rozwiązania. Prawa są sprzeczne, więc trzeba je odłożyć na bok, a sprawiedliwość? Kto ma oceniać co jest, a co nie jest sprawiedliwe? Koniec końców liczyć się będą realia i rozwiązanie do przyjęcia dla stron mających najwięcej do powiedzenia. Sprawiedliwość pozostanie kwestią dla historyków.

Też ostrożnie podchodziłbym do kwestii większości. Nie ma wątpliwości, że większość, to ludzie rozczarowani procesem pokojowym. Tym z końca ubiegłego wieku. Ta formuła się wyczerpała. Na skutek tego izraelska lewica opowiadająca się za dialogiem praktycznie wyparowała. Większości tam szukać nie warto. Prawica jest bardzo silna, ale to też nie większość. Myślę, że po obu stronach większość, to ludzie zrezygnowani i milczący. Oni nie opowiedzą się za pomysłami Beilina, Rabo czy Cartera, bo to są idee, które są źródłem rozczarowania. Tymczasem nadal jedyną, ideologicznie zaangażowaną i wizjonerską alternatywą jest Hamas i izraelska prawica. One jednak też milczącej większości nie porwą. Oczekiwanie na nowe pomysły trwa.
Pozdrawiam
JK
-
2009/07/26 22:47:21
Z Pańskiego komentarza wyłania się obraz rzeczywistości, której już nic nie zmieni. Głos mają radykałowie (oczywista zgoda), ale oni nie mają żadnych pomysłów poza trwaniem w okopach (również zgoda). Milcząca większość nie ma swoich reprezentantów, wyrazicieli własnych pragnień i dążeń. I taka sytuacja powinna być przez kogoś wykorzystana. No chyba, że Izrael może iść już tylko na prawo, w stronę polityki motywowanej ortodoksją judaistyczną, a Palestyńczycy (najpewniej w odpowiedzi na postawę Izraela) będą jednoczyć się wokół Hamasu (albo biernie przyglądać się smutnej rzeczywistości).

łączę pozdrowienia,
PW
-
2009/07/27 01:16:57
Sytuacja w chwili obecnej nie napawa optymizmem. Nie mniej piękno Bliskiego Wschodu m.in. polega na tym, że sytuacja jest dynamiczna i potrafi radykalnie zmieniać się niemal z dnia na dzień. Tak wyglądał początek procesu pokojowego. Później nastał ogromny optymizm i wydawało się, że nic już go nie zatrzyma. A jednak zakończył się fiaskiem. Równie niespodzianie mogą znaleźć się nowi przywódcy, nowe pomysły. Potrzebny jednak jest wstrząs na skalę Pierwszej Wojny w Zatoce czy Wojny Yom Kippur, bez której Sadad nie spotkałby się w Izraelu z Beginem. Kto wie, może historia z Iranem zakończy się krwawym katharsis i w ten sposób Ahmadinedżad przyczyni się do pojednania izraelsko - arabskiego? Na Bliskim Wschodzie potrafi nagle stać się bardzo wiele niespodziewanych rzeczy... nawet zmiany na dobre się trafiają... Z braku realistycznego planu, w tym cała nadzieja.
-
2009/07/27 13:06:57
Ciekawa publikacja
-
2009/07/27 22:09:59
Panie Jarku, wychodzi na to, że kiedy wszyscy spodziewają się wojny, mamy pokój i na odwrót :) Trudno jednak wyrobić sobie zdanie odnośnie obecnej sytuacji, gdyż z perspektywy administracji USA, Ameryka stara się wymusić ustępstwa na Izraelu, a Izrael robi wszystko, aby kontynuować starą politykę zgodnie z prawicową tradycją. Wypadkowa sił wskazuje na pat. Jednak spodziewając się pata, możemy zostać zaskoczeni rozwojem sytuacji. Zaiste, zagadka logiczna.

pozdrawiam serdecznie,
PW
-
2009/07/31 16:32:56
Pokój na BW...marzenie.
-
2009/07/31 18:14:30
Czasem trzeba marzyć.
liczniki
Dyplomacja on Facebook