|
Blog > Komentarze do wpisu
Globalizacja a bezpieczeństwoW dzisiejszych czasach wojna się nie opłaca. Gospodarki poszczególnych państw są ze sobą bardzo powiązane, więc nikt nie zaryzykuje ataku, gdyż koszty zwycięstwa mogą być wielokrotnie większe od ewentualnych zysków. Globalizacja zapewnia pokój i dobrobyt, państwa zamiast prowadzić wojny wolą handlować i zarabiać. Te trzy zdania streszczają dość popularną teorię o zmniejszającej prawdopodobieństwo konfliktów współzależności gospodarczej między państwami. Niestety, ale teoria ta nie wytrzymuje starcia z faktami. Na ten sam temat pisał także Jan Barańczak na blogu Bookistan. Niniejszy artykuł można traktować jako uzupełnienie wspomnianego tekstu. Coraz większe wydatki na broń
W ciągu ostatnich dwóch dekad wartość światowego handlu wzrosła mniej więcej dwukrotnie. Wiara w siłę globalizacji stawała się coraz powszechniejsza. O ile jednak gospodarki i społeczeństwa stają się coraz bardziej powiązane, trend ten nie przekłada się na zwiększone poczucie bezpieczeństwa państw na arenie międzynarodowej. Wojny wielkich potęg zostały w zasadzie wyeliminowane przez odstraszający potencjał broni jądrowej (warto przypominać o tym za każdym razem, gdy ktoś nawołuje do całkowitego rozbrojenia nuklearnego), ale nie wykluczyła konfliktów na mniejszą skalę: starć regionalnych lub lokalnych, często z wykorzystaniem stron trzecich przez największe mocarstwa. Znamy to już z czasów Zimnej Wojny, gdzie Amerykanie i Sowieci urządzali sobie wojenki w rozmaitych miejscach globu, ale o bezpośrednim starciu gigantów nikt nie myślał. Uwaga skupia się na Azji Mimo postępów globalizacji państwa zbroją się na potęgę, a Europą dwudziestego wieku może stać się aktualnie Azja. Jak zauważył w swoim artykule Jan Barańczak, również na początku XX stulecia globalizacja rozwijała skrzydła. Statystyki (pierwsza tabela) wskazują, że wartość globalnego eksportu zwiększyła się w latach 1900-1913 blisko o połowę. Co nastąpiło wkrótce potem? Doskonale wiemy. Owszem, w Europie od dłuższego czasu zanosiło się na wojnę, a kraje wyczekiwały tylko na odpowiedni moment. Napięcie rosło przez wiele lat, a iskrą na beczce prochu okazał się zamach na habsburskiego arcyksięcia. W Azji Południowo-Wschodniej lub szerzej - w Azji, napięcie nie jest teraz tak wyczuwalne jak w pierwszej dekadzie ubiegłego stulecia na Starym Kontynencie. Niemniej jednak, nacjonalizmy mają się dobrze, spory religijne lub etniczne destabilizują sytuację kilku państw regionu, istnieje też wiele sporów terytorialnych, których nie daje się rozwiązać. Regionalne struktury integracyjne oraz bezpieczeństwa są bardzo słabe. Co więcej, w grze uczestniczą, oprócz regionalnych potęg, również zewnętrzni aktorzy. Czy tak trudno wyobrazić sobie, że splot nieszczęśliwych zdarzeń doprowadza do otwartego konfliktu? W dwudziestowiecznej Europie wszyscy spodziewali się wojny, a ta nie nadchodziła. W Azji odwrotnie, nie spodziewamy się wojny, a ta może nadejść dość nagle. Nowe stare czasy Wzrost wydatków na zbrojenia nie jest żadnym zaskoczeniem. Wraz z rozwojem gospodarczym i wzrostem wymiany handlowej wiele państw może pozwolić sobie na modernizację i rozwój armii. Samo w sobie nie musi to być niczym złym. Niestety, globalizacja nie rozwiązuje konfliktów politycznych ani społecznych, sporów pomiędzy państwami oraz członkami miejscowych społeczności. Rywalizacja o bezpieczeństwo nadal jest grą o sumie zerowej, tzn. wzmocnienie przeciwnika oznacza osłabienie własnych możliwości. Należy więc temu przeciwdziałać. Nie zamierzam wieszczyć tutaj krwawej wojny w Azji Południowo-Wschodniej ani snuć innych czarnych scenariuszy. Zwracam tylko uwagę, że czarne scenariusze mogą się spełnić, a spokój odczuwany dzięki globalizacji jest tylko pozorny. Można spać spokojnie, byle z otwartymi oczami - pointa Janka Barańczaka jest niezwykle trafna. Piotr Wołejko
grafika: imageshack.us środa, 24 marca 2010, p.wolejko
TrackBack
Komentarze
2010/03/25 21:05:34
Jednak efekty "szybkiej rzezi" są podobne lub nawet gorsze od długotrwałej wojny w dawnym europejskim stylu. Obie formy prowadzą do katastrofy, głównie humanitarnej, ale także ekonomicznej.
2010/03/25 23:30:27
Pozwole sobie przypomniec przypadek "szybkiej rzezi" - wojne Japonii z Chinami w latach 30-ych. Jak na blitzkrieg, zajelo to Azjatom ladne pare latek, nie?
W dodatku, kiedy Japonii zrobiono kuku atomowe, Chinole nadal zawziecie prali sie ze soba, z ochocza pomoca innego azjatyckiego plemienia - Rosjan. Inna "szybka rzez", w Indonezji, na dobra sprawe nie ustaje ani na chwile, tubylce piora sie bez litosci... Chyba nie musze wspominac Afganistanu? 2010/03/27 13:44:50
Po wojnach Napoleońskich też był bardzo długi okres pokoju w Europie, a potem I Światówka, II Światówka.
Teraz w Europie też jest długi okres pokoju, czym to może się skończyć? 2010/03/27 19:31:57
Obecnie w Europie zbyt dużo organizacji i układów międzynarodowych wyklucza rozwiązywanie sporów (istniejących i mogących powstać) w sposób inny niż pokojowy. Dopiero na zgliszczach tego porządku mogą wybuchnąć wojny, jednak nic nie wskazuje na to, aby w najbliższej przyszłości cokolwiek miało ten porządek obalić.
Może Europa już wyrosła z wojen, po doświadczeniach z XX w.? |
Dyplomacja on Facebook
|
Wojny pozycyjne, wyścigi technologiczne, obozy koncentracyjne, działania polityczno propagandowe, problemy moralne.
I to niezależnie czy to wojny światowe ,czy też jatka w byłej Jugosławii.
W Azj tak jak w Afryce, raczej to przybiera postać szybkiej rzezi,
brak wyrównanych stron, brak zmian taktycznych.
Czy Azja dorosła to porządnej wojny ? Wg mnie nie za bardzo.
Wciąż im brakuje jakiś dobrych działań dyplomatycznych, chwilowych paktów , ustaleń międzynarodowych wymierzonych w daną przestrzeń. Jeżeli coś wybuchnie to znów szybka rzeź lub konflikt partyzancki wewnętrzny.