|
Blog > Komentarze do wpisu
Skłóceni rewolucjoniściTrzydziesta rocznica podpisania porozumień sierpniowych nie stała się wielkim świętem Solidarności. Zamiast godnego uczczenia historycznego wydarzenia cała Polska obserwowała kolejną erupcję sporów w łonie dawnych rewolucjonistów. Brak kultury politycznej i, niestety, osobistej jest od kilkudziesięciu godzin aż nadto widoczny. Na łamach niniejszego bloga nie zajmujemy się sprawami wewnętrznymi Polski, jednak smutne okoliczności pozwalają uświadomić sobie, iż dawnych "towarzyszy broni" niewiele dziś łączy. Nie tylko nad Wisłą.
Na Ukrainie też skłóceni Wielka, często gorsząca kłótnia jest stałym elementem nie tylko polskiego krajobrazu politycznego. Również Ukraina przeżywa konwulsje wywołane rozpadem ruchu, który wyniósł do władzy Wiktora Juszczenkę. Koalicja wymierzona w tandem Kuczma-Janukowycz zakładała uniemożliwienie przeprowadzenia sukcesji władzy z prezydenta Lenida Kuczmy na premiera Wiktora Janukowycza, co oznaczałoby kontynuację post-sowieckiego miękkiego autorytaryzmu. Pomarańczowa Rewolucja, opierająca się głównie na Juszczence oraz Julii Tymoszenko zwyciężyła, choć dopiero po powtórce drugiej tury wyborów. Pomarańczowi dali wielu Ukraińcom nadzieję na lepsze jutro, na modernizację kraju. Niestety, podobnie jak w Polsce, niedługo trzeba było czekać aż niedawni sojusznicy skoczą sobie do gardeł. Duet Juszczenko-Tymoszenko (odpowiednio prezydent i premier) szybko się rozpadł, czyniąc z popularnych liderów rewolucji zaprzysięgłych wrogów. Zamiast demokratyzacji i reform na Ukrainie trwała brutalna i wyniszczająca walka polityczna. Trudno się dziwić, że pięć lat po sukcesie Pomarańczowych zmęczeni Ukraińcy oddali władzę Janukowyczowi. Czyż w Polsce dawni post-komuniści nie odzyskali szybko władzy po tym, jak "przyjaciele" z Solidarności skłócili się i podzielili na wiele zwalczających się obozów? Lepiej niż w Iranie Niszczycielska siła sporów w Polsce czy na Ukrainie to jednak pikuś w porównaniu do rozwoju wypadków po obaleniu szaha Pahlaviego przez Rewolucję Islamską w 1979 roku. Koalicja ugrupowań, środowisk i instytucji, której celem było pozbawienie władzy irańskiego monarchy śmiało mogłaby nosić miano tęczowej. Skupiała bowiem ludzi o poglądach od lewa do prawa, od lewicy po zatwardziałych konserwatystów, od niepiśmiennych chłopów po miejską inteligencję, od drobnych przedsiębiorców po kler szyicki. Jedynym wspólnym dla tych różnorodnych środowisk celem było obalenie szaha. Pomysłów na to, jak powinien wyglądać Iran po Pahlavim było już jednak wiele. Zwyciężyła koncepcja ajatollaha Chomeiniego, który dążył do islamizacji życia politycznego oraz budowy quasi-teokratycznego państwa z fasadową demokracją i instytucjami republikańskimi. Chomeini osiągnął swój cel nie dlatego, że udało mu się zawrzeć kompromis z pozostałymi frakcjami rewolucji. On nie przekonał swoich rewolucyjnych sojuszników do własnej koncepcji. On ich po prostu spacyfikował. Gdy Pahlavi w pośpiechu opuszczał Iran, koalicja zawiązana w celu jego obalenia zaczęła trzeszczeć w szwach. Wizje przyszłości kraju były zbyt odmienne, by udało się je pogodzić. Zawierając sojusze z jednymi, by osłabić innych, a następnie eliminując dotychczasowych przyjaciół, Chomeini zyskiwał coraz większą siłę. Jego metody były brutalne, a kolejne wydarzenia (zajęcie ambasady amerykańskiej, atak Iraku na Iran) sprawiały, że ajatollah miał wymówkę do ostrej rozprawy z "opozycją" i "wrogami rewolucji". Przejęcie przez Chomeinego monopolu władzy kosztowało życie tysięcy ludzi. Bolesny i nieunikniony rozpad? Powyższe przykłady pokazują, że szerokie ruchy polityczne obliczone na obalenie dotychczasowej władzy nie mają większych szans na zachowanie spoistości po doprowadzeniu swojej sprawy do szczęśliwego finału. Z natury rzeczy nie mogą być to ruchy jednolite światopoglądowo, gdyż tylko różnorodność zapewnia im szeroką reprezentatywność. Odniesiony sukces niemalże determinuje rozpad szerokiego sojuszu i jego fragmentację na węższe ugrupowania. Przykre tylko, że już po podziale dawni sprzymierzeńcy używają przeciwko sobie najostrzejszych epitetów, a czasem sięgają także po przemoc. O czymś tak naturalnym jak walka o interpretację dawnych wydarzeń nie będę nawet wspominał. Przecież historia to nic innego jak polityka. Piotr Wołejko
grafika: infolinia.org/fot. B. Nieznalski wtorek, 31 sierpnia 2010, p.wolejko
TrackBack
Komentarze
2010/09/02 16:49:46
@canadol
Dzięki za komentarz. Dawno Cię tu nie było (tzn. w komentach), miło znowu z Tobą podyskutować :) Zgadzam się, że S to było pospolite ruszenie. Później próbowano to "stłamsić" do formy związku zawodowego, co nie miało szans powodzenia. Dziś związek nadal udaje, że reprezentuje miliony z lat 80., nie umie pogodzić się z rzeczywistością, nadużywa legendy pospolitego ruszenia. Rację mieli ci, którzy wzywali do "pochowania" S i zmiany nazwy związku. Nie byłoby dzisiaj takiego wstydu. pozdrawiam, PW |
Dyplomacja on Facebook
|
Nie wiem dlaczego bylo miec nadzieje, ze bedzie ona ciagle zwarta i zywa. A moze po odzyskaniu niepodleglosci miala przejsc na masowa dzialalnosc zwiazkowa? Wielki i centralny zwiazek zawodowy bylby tragedia dla kraju. Bo ciagle by "pykali" strajki ogolnokrajowe? Wiemy jak dzialaja zwiazkowcy i czego chca, wiecej dla siebie, a od siebie nic............
Normalna sprawa, sa juz tylko historia.