Blog > Komentarze do wpisu

Afganistan to kosztowna klęska: Raport Davisa

Obraz wojny w Afganistanie przekazywany opinii publicznej przez władze i media ma niewiele wspólnego z rzeczywistością. Mimo wysiłku ostatnich dwóch lat, gdy liczba żołnierzy w Afganistanie zwiększyła się o kilkadziesiąt tysięcy, podpułkownik Daniel Davis z U.S. Army twierdzi, że zaobserwował „brak sukcesów na praktycznie każdym poziomie”. Liczba ofiar (zabici i ranni) rośnie z roku na rok, podobnie jak ilość ataków rebeliantów, a afgańska armia i policja to wirtualne byty, niezdolne do zapewnienia bezpieczeństwa po wycofaniu się z kraju sił zachodniej koalicji.

Podpułkownik Davis, w służbie od 1985 roku, czterokrotny uczestnik misji bojowych (operacja Pustynna Burza, Afganistan 2005-2006, Irak 2008-2009 i ponownie Afganistan 2010-2011), przygotował dwa raporty (jeden z nich tajny, przeznaczony dla członków Kongresu, senatorów, władz państwowych; drugi, w formacie PDF, znajdziecie tutaj) zawierające obserwacje i wnioski dotyczące sytuacji w Afganistanie, a także artykuł w Armed Forces Journal, w którym skrótowo wyłożył swoje zdanie. Zainteresowanym szczegółami polecam zapoznanie się z podlinkowanymi wyżej materiałami. Poniżej zwięzłe streszczenie raportu.

Afganistan – prawda z pola walki

Nic nie działa lepiej niż liczby i cytaty. Przyjrzymy się więc liczbie amerykańskich żołnierzy w Afganistanie w kolejnych latach: 21,100 (2005), 23,300 (2006), 26,400 (2007), 35,600 (2008), 69,000 (2009), 102,000 (2010 i 2011). Dane dotyczą momentu szczytowego, przed końcem 2011 roku rozpoczęła się redukcja amerykańskiego kontyngentu, który ma powrócić do rozmiaru sprzed 2010 roku w roku obecnym. Procentowo wzrost liczebności sił amerykańskich przedstawia się następująco: 15% (2005), 10% (2006), 12% (2007), 26% (2008), 49% (2009), 32% (2010) i 0% (2011). A jak wygląda statystyka zabitych i rannych? Nieprzerwany wzrost, przy czym jest on znacznie większy w latach 2009-2010: 26% (2005), 26% (2006), 43% (2007), 9% (2008), 62% (2009) i 57% (2010).

grafika

źródło: short-sharp-shock.blogspot.com via MSNBC

Ilość zabitych i rannych amerykańskich żołnierzy dramatycznie rośnie w analizowanym przedziale czasu. W roku 2004 zginęło 52 żołnierzy, a 218 zostało rannych, co przekłada się na 270 ofiar walk w Afganistanie. Rok 2005 to odpowiednio: 99 zabitych i 268 rannych (367 ogółem), natomiast rok 2006 przyniósł w sumie 498 ofiar (98 zabitych i 400 rannych). Liczba ta niemal ulega podwojeniu w 2007 roku – 117 zabitych, 749 rannych (866 ofiar) i zbliża się do tysiąca w roku 2008: 155 zabitych i 795 rannych, co daje łącznie 950 ofiar.

Kolejne lata to już statystyki prawdziwie szokujące: rok 2009 przyniósł 2459 ofiar, z czego 317 stanowili zabici, a 2142 ranni; rok 2010 przyniósł już 5739 ofiar, z czego 499 stanowili zabici, a 5240 ranni; rok 2011 przyniósł nieco mniej ofiar niż poprzedni – 5542, z czego 418 stanowili zabici, a 5124 ranni.

Z czego wynikają tak alarmujące dane? Wystarczy porównać rok 2009 z 2011, by zobaczyć dramatyczny wzrost liczby ogólnych aktów przemocy – z nieco ponad 15 tys. do 27,700 oraz liczby improwizowanych ładunków wybuchowych (IEDs; znalezionych oraz tych, które eksplodowały) z niespełna 5,200 do 11 tys. W tym samym czasie liczba zabitych i rannych amerykańskich żołnierzy wzrosła o 164%.

Afgańskie siły bezpieczeństwa – śmiech na sali

Już w 2004 roku wysocy rangą oficerowie amerykańskiej armii sprzedawali opinii publicznej historie o rozbudowującej się i mężnie walczącej narodowej armii afgańskiej (ANA). Davis w swoim raporcie przytacza wypowiedzi m.in. gen. Waltera Sharpa z posiedzenia Komisji Sił Zbrojnych Izby Reprezentantów USA: „Rozwój ANA to bez wątpienia jedno z najlepszych ostatnich doniesień z Afganistanu (…) Gdziekolwiek ANA się nie pojawi, jej profesjonalizm wzbudza entuzjazm Afgańczyków”. W podobnym tonie, na posiedzeniu analogicznej komisji senackiej w roku 2005 wypowiadał się gen. John Abizaid: „Amerykańscy dowódcy raportują, iż afgańska armia świetnie sprawdza się w boju przeciwko rebeliantom na południowej granicy kraju”. Nie inaczej wypowiadał się, na posiedzeniu komisji w Izbie w 2007 roku, gen. Karl Eikenberry: „Afgańska armia oraz afgańska policja (…) cały czas rosną w siłę i osiągnęły imponujący poziom integracji wertykalnej i horyzontalnej pod okiem koalicyjnych mentorów (…) Odgrywają one istotną rolę w zapewnianiu stabilizacji własnego narodu”.

Tymczasem, jak dowodzi Davis, Afgańczycy do dziś przeprowadzają operacje praktycznie wyłącznie przy aktywnym współudziale sił koalicyjnych, nie podejmując w zasadzie samodzielnych działań. Wojsko jest słabo wyszkolone i niezdyscyplinowane (dezercje są codziennością), do tego podzielone etnicznie (sytuacja policji jest analogiczna). Co więcej, żołnierze i policjanci są zastraszeni przez talibów, obawiając się zemsty na swoich rodzinach, a nawet własnej śmierci poza koszarami/posterunkiem policji. Sytuacji nie ułatwia skorumpowana administracja pod wodzą prezydenta Karzaja. Davis tego nie mówi, ale jest jasne, że po opuszczeniu Afganistanu przez wojska koalicji, policja i armia rozpierzchną się na cztery wiatry, a władzę w Kabulu przejmą popierani przez Pakistan talibowie.

Konkluzja – na co to wszystko?

Raport Davisa potwierdza to, co powszechnie wiadomo o sytuacji w Afganistanie. Jest jednak o tyle cenniejsze, że mówi to doświadczony żołnierz, który zna armię i pole walki od podszewki. Oczywiście dowództwo sił zbrojnych USA niezwłocznie zaprzeczyło rewelacjom Davisa, jednak w swoim raporcie podpułkownik ukazuje również mechanizm manipulacji opinii publicznej przez polityków i najwyższych dowódców (jak mniemam, stłamszonych przez polityków, od których zależą ich kariery i generalskie gwiazdki). W sprawie wojny irackiej oraz afgańskiej Biały Dom i Pentagon prowadzą (w przypadku Iraku prowadziły) zakrojoną na szeroką skalę wojnę propagandową, której celem jest przekonanie społeczeństwa, iż wszystko zmierza w dobrą stronę, ku szczęśliwemu końcowi. Media, o których Davis również wspomina w raporcie, pozwoliły się stłamsić i w przypadku wojen stały się tubami propagandowymi administracji.

Tymczasem, nie bardzo wiadomo po co zginęły tysiące żołnierzy koalicji (głównie Amerykanie), a kilkadziesiąt tysięcy zostało rannych. Taktyczne sukcesiki są prezentowane jak wielkie i ważne wiktorie, a w rzeczywistości w Afganistanie koalicja ponosi strategiczną klęskę biorąc udział w wojnie domowej, stojąc po przegranej stronie. Karzaj nie cieszy się zaufaniem Pakistanu i najpewniej będzie musiał wkrótce odejść. Czy naprawdę Zachód musi być uwikłany w Afganistanie jeszcze przez dwa lata, skoro od dłuższego czasu jest jasne, że odwlekamy tylko nieuniknione? że w Kabulu rządzić i tak będą talibowie lub podobne im ugrupowanie, wspierane finansowo i logistycznie przez Pakistan? Udało się bardzo poważnie osłabić al-Kaidę, zabić i aresztować wielu jej członków i przywódców, z Osamą bin Ladenem na czele, natomiast nie udało się (i nie uda się) powstrzymać Pakistanu przed zainstalowaniem w Kabulu takich władz, jakich Islamabad/Rawalpindi (siedziba rządu/kwatera główna armii) sobie życzą. Problem radykalizmu islamskiego, zwalczany rzekomo w Afganistanie, można rozwiązać nie w tym kraju, a nawet nie w Pakistanie.

Prawdziwym celem walki z radykalizmem powinna być Arabia Saudyjska – obrzydliwie bogaty siewca najbardziej fundamentalnej interpretacji sunnizmu, tj. wahabizmu (Rijad to główny sponsor i ideolog pakistańskich madras, z których wywodzą się talibowie).

Piotr Wołejko

wtorek, 21 lutego 2012, p.wolejko

Polecane wpisy

TrackBack
TrackBack w tym blogu jest moderowany. TrackBack URL do wpisu:
Komentarze
Gość: jur73, *.stargard.mm.pl
2012/02/21 21:51:06
No cóż ten pan to typowy żołnierz , który jak mówi H. Schmidt - jest nauczony prostego wręcz prymitywnego sposobu myślenia , dlatego nie powinien wypowiadać się publicznie , ponieważ jego wypowiedzi są pozbawione głębszych przemyśleń i uogólnień i nie są opiniotwórcze . Wojny w Iraku , Afganistanie , Libii miały między innymi pokazać i pokazały zachodowi , że bez USA jako " żandarma światowego " zachód nie ma możliwości wpływania na sytuację globalną . A , że przy okazji nie zrealizowano zadań werbalnie określonych w czasie przygotowań operacji wojskowych to mniej istotne .
-
ture1938
2012/02/22 07:00:44
USA nie mają prawa ustanawiać swojego "porządku" na świecie. Niestety, po upadku ZSRR tak jest. Zadnej "wojny" nie wygrają, bo nie mogą pokonać ludzi walczących o swój kraj. Dostali "w dupę" na Kubie, w Wietnamie, w Korei....
-
p.wolejko
2012/02/22 21:49:39
Rola żandarma światowego jest dyskusyjna, natomiast pewnikiem któreś państwo powinno taką rolę spełniać. Jednak próba narzucania ustroju/władz etc. słabo się kończy. Można swoje cele osiągać bez kosztownej okupacji i podejmowania próby nation-building.
-
Gość: jodynaa, *.acn.waw.pl
2012/02/23 03:23:14
Panie Piotrze, a wiadomo cokolwiek o tych "rokowaniach z Talibami"?b
-
Gość: bezksywy, 148.81.117.*
2012/02/23 19:06:10
Płytkie myślenie, aczkolwiek wzruszające. Podpułkownik Davis, jeśli nie walczy o gwiazdki generalskie od nowego prezydenta, pomagając pogrążyć mu starego, to ulega liczbom a nie idei. USA aby być mocarstwem i dalej rozdawać karty muszą prowadzić agresywną dyplomację co czasem się kończy wojną. To ważne że liczy się dla niego każde życie ludzkie, ale to już inna kwestia że ta wojna jest źle prowadzona. Może jako ekspert od tego powinien zacząć. A co do zdania że USA nie powinny narzucać swojego porządku, to przypominam panu że komunistyczny porządek nie był lepszy i to on przyczyną że amerykanie dostali po "dupie" na Kubie i Wietnamie. Myślę że bez propagandy widać jak na dłoni że zachodni system wartości jest coś wart, i warto polecać go innym. To że ma pan 30 calowy telewizor w domu to zasługa dominacji USA i ich porządku.
-
p.wolejko
2012/02/23 20:18:18
Rozmowy zakulisowo toczą się od wielu miesięcy, lecz postępy są, ujmując to delikatnie, umiarkowane. Pół roku temu w zamachu zginął B. Rabbani, były prezydent Afg., który prowadził z ramienia H. Karzaja rozmowy z talibami. W rozmowach nie uczestniczy też Pakistan, co jest komiczne z racji tego, co powszechnie wiadomo o relacjach Pak-Af.

@bezksywy
Rozumiem, że USA drogą zbrojną obaliły komunizm w ZSRR i zaprowadziły tam demokrację i dzięki temu mam w domu 30-calowy tv? To scenariusz na dobry film political fiction, lecz nie ma nic wspólnego z rzeczywistością.

pozdrawiam,
PW
-
2012/02/24 12:38:38
To, że USA prowadzą agresywna dyplomację (czytaj - rozwiązania siłowe) to ok. Mają takie możliwości, wiadomo - duży moze więcej. Mnie frapuje co innego. Mianowicie, dlaczego oni prowadzą wojnę i modlą się by przegrać? Vide Wietnam, Kuba, Irak (zwycięstwa militarne, które w zaden sposób nie przełożyły się na zasianie ich wartości demokratycznych - zresztą Irak sypie się i rozsypie w niedalekim czasie) , Somalia (nie do końca dobry przykład, ale wpisuje się w całość ich porażek), teraz Afganistan...
-
2012/02/24 15:00:08
Mnie frapuje co innego. Mianowicie, dlaczego oni prowadzą wojnę i modlą się by przegrać?
Szczegółowa odpowiedź na to pytanie znajduje się w książce "How Wars End: Why We Always Fight the Last Battle" popełnioną przez Gideon'a Rose.
Mówiąc skrótowo bo nie definiują celów wojny przed jej rozpoczęciem bądź cele są zdefiniowane niezwykle nieprecyzyjnie. Co powoduje uwikłanie się w długotrwałe konflikty w których chodzi już tylko o to aby z nich się wyplątać. Taka przypadłość, która dotyka wiele krajów, tyle że amerykanie dopracowali ja do perfekcji a przy tym prowadzą całkiem sporo wojen wiec w ich wypadku widać to bardzo wyraźnie. Nawet w wypadku Pierwszej i Drugiej Wojny Światowej cele zostały zdefiniowane długo po przyłączeniu się Stanów do nich. A że konfliktów na taką skalę nie prowadzą to i definiowanie celów przychodzi im znacznie trudniej, to i mamy co mamy.
-
2012/02/24 16:40:32
@yellow_tiger
To z jednej strony prawda co piszesz, ale z drugiej chodzi mi także o sposób prowadzenia wojny. W Wietnamie sytuacja była jasna i klarowna. Wiadomo było o co chodzi. A zrobiono dokładnie wszystko tak, by nie skrzywdzić za bardzo Północy... Wojnę prowadzono ze złamaniam wszelkich zasad jej prowadzenia. Nie mozna było np. atakowac celów, nie wybudowanych do końca - głównie chodziło o umocnione wyrzutnie rakiet plot... Trzeba było czekać, aż zostaną wybudowane, umocnione i osiągną gotowość bojową - wtedy piloci mogli z narażeniem życia je atakowac. Wcześniej groził sąd. Podobnie nie bombardowano lotnisk, tylko czekano aż północnowietnamskie samoloty znajdą się w powietrzu... Kretynizm gonił kretynizm, ludzie bezsensownie ginęli, stracono mnóstwo sprzętu, wyposażenia, uzbrojenia... Chyba, że właśnie o to chodziło. Z jednej strony wojna regulowała przyrost naturalny Wietnamczykom (co jest tajemnicą poliszynela, ale Hanoi było bardzo zadowolone z takiego obrotu sprawy), a firmom amerykańskim produkującym sprzęt i uzbrojenie krociowe zyski... I (prawie)wszyscy zadowoleni. Duze uproszczenie zastosowałem i malutki wycinek całości, niemniej daje do myślenia. Choć z drugiej strony są miejsca (narody) gdzie sie zwyczajnie nie da nic zrobić - np. Timor Wschodni - nikt sobie z nimi nie poradził, ani Portugalczycy, ani Holendrzy, ani Japończycy, ani Indonezyjczycy... dopiero tsunami z 2004 roku zabijając na miejscu 12% populacji zmusiło ich do dialogu... Widać są takie miejsca, być moze taki jest także Afganistan, moze Somalia...
-
2012/02/27 09:38:34
W Wietnamie sytuacja była jasna i klarowna. Wiadomo było o co chodzi.
Ależ nic nie było wiadomo. Teoretycznie celem wojny była obrona Południowego Wietnamu, tylko co to oznacza? Czy oznacza to, że należy pokonać W. Północny, czy może to, że należy niszczyć siły północy wtedy gdy przekraczają granice południa, czy niszczymy siły północy wszędzie gdzie się da? Typowe nieprecyzyjne sformułowanie, które może mieć 1000 i jedną interpretację. Wszystko o czym napisałeś było tylko i wyłącznie konsekwencją takiego a nie innego sformułowania celu wojny. Jak to z demokracjami bywa mają one tendencję do myślenia życzeniowego z cyklu żyj i daj żyć innym. Więc bronimy Wietnamu Południowego, naszym celem nie jest zniszczenie W. Północnego ergo możemy tylko odpowiadać na jego ataki. Do tego dochodzi typowe dla demokracji rozdwojenie jaźni w czasie wojny. Zwłaszcza w czasie wojny która nie jest wojna o przetrwanie. Nie atakujemy lotniska które jest budowane bo pracują tam cywile i atak mógłby się zakończyć śmiercią niewinnych ludzi. To lotnisko nie jest instalacją wojskową i jako takie nie może stanowić celu ataku, co innego gdy będzie ukończone i będzie instalacją militarną, o wtedy można atakować. Pal sześc, że za 2 tygodnie z tego lotniska będą startować samoloty która zabija iluś tam cywilów po naszej stronie. To już nie obciąża naszego sumienia tylko ich.
Ten problem jest świetnie widoczny w Afganistanie w Iraku czy w Izraelu. Świetnie wiadomo gdzie trzeba walnąć, problem polega na tym, że druga strona za cholerę nie chce postępować zgodnie z konwencjami genewskimi. Ile to roboty ostrzelać z moździerza zainstalowanego na dachu szpitala domy w Izraelu? Ile to roboty ostrzelać konwój NATO ze szkoły? Ile to roboty ostrzelać żołnierzy z meczetu?
To jest dylemat którego nie idzie rozwiązać i który powoduje gigantyczna ilość problemów z cyklu "Jeśli rozwalimy meczet bo nawalają z niego z RPG to za chwilę cale miasto będzie na nas wk.... za rozwalenie meczetu. Nie rozwalimy meczetu to za chwile będą w nas nawalili z każdej szkoły."

Wracając do kwestii celów wojny. Wojsko musi mieć postawione jasne zadania. Gdy te zadania są postawione to USArmy nie ma najmniejszych kłopotów z ich realizacją, problem pojawia się gdy cele się rozmywają. Gdy celem było zdobycie Bagdadu i zrobiono to w przeciągu dosłownie dwóch tygodni. Krótka piłka i po sprawie, ale gdy przed wojskowymi stawia się zadania z cyklu zapewnienie bezpieczeństwa w kraju (cokolwiek by to miało oznaczać) to sorry ale to są po pierwsze zadania dla policji a nie dla wojska. A po drugie to wojsko nadaje się do rozwałki a nie do budowy. Weźmy taki Afganistan. Skoro wojsko ma za zadanie zapewnić bezpieczeństwo w kraju to wpierw trzeba zdefiniować co to jest bezpieczeństwo, potem na jakim terytorium a na sam koniec ustalić co jest wymagane do osiągnięcia tego celu. Zamiast tego wpierw ustala się ile wojska angażujemy, potem definiujemy gdzie a na samym końcu w jakim stopniu. W efekcie mamy pełna kontrole w promieniu 5 km od ambasady USA, 95% kontroli w promieniu 25 km, 75% w... itd. Ergo zapewniliśmy bezpieczeństwo w promieniu 5 km. od ambasady czyli cel nie został osiągnięty ale z drugiej strony został, wszak 85% terytorium kontrolujemy w 72%... cokolwiek te 72% miałoby oznaczać. Czyli jeśli wojskowi mówią potrzebujemy dodatkowe 145 tys. chłopa aby kontrolować 85% terytorium w 100% to politycy na to, my wam damy 100 tys. a wy będzie kontrolować 85% w 87%... czyli tak de facto nie kontrolować... ale to akurat nie ma większego znaczenia bo trzeba ograniczać nasze straty a i tak już teraz wiadomo, że za dwa lata nas tu nie będzie, bo nie jesteśmy w stanie w pełni kontrolować 85% terytorium.
Trochę to chaotycznie napisałem, ale chodzi mi o to, że gdy w końcu uda się wymyślić cel to już jest za późno na jego realizację.
liczniki
Dyplomacja on Facebook