środa, 23 kwietnia 2014

Szanowni Czytelnicy,

Z radością informuję, iż po prawie 7,5 roku nieprzerwanego funkcjonowania, blog Dyplomacja przenosi się z XIX do XXI w. Coraz bardziej siermiężne warunki dotychczasowej platformy blogowej utrudniały prowadzenie działalności publicystycznej. W związku z tym od dnia dzisiejszego blog Dyplomacja zostaje przeniesiony na nową platformę, gdzie będzie funkcjonował pod własną domeną - BlogDyplomacja.pl

BlogDyplomacja.pl

Zapraszam do zapoznania się z nową odsłoną Dyplomacji i przypominam o konieczności zmiany adresu w zakładkach. Przekażcie informacje o nowym adresie swoim przyjaciołom i znajomym, żeby od razu kierowali swoje kroki we właściwe miejsce. Będę również zobowiązany za wszelkie uwagi i sugestie ewentualnych poprawek odnośnie nowej odsłony Dyplomacji.

Dziś wieczorem pierwszy od dłuższego czasu nowy wpis. A potem kolejne, z większą częstotliwością niż dotychczas. Dziękuję za Waszą cierpliwość i wsparcie, jakie okazywaliście mi w ostatnich miesiącach. Postaram się odwdzięczyć najlepiej, jak tylko potrafię - poddając pod rozwagę kolejne zagadnienia w swoich wpisach. Do zobaczenia na BlogDyplomacja.pl!

Piotr Wołejko

czwartek, 10 kwietnia 2014

Wiem, że częstotliwość wpisów w ostatnich miesiącach jest daleka od zadowalającej i zdaję sobie sprawę z tego, że wystawiam Waszą cierpliwość na poważną próbę. Stąd poniżej kilka słów komentarza do wydarzeń na Ukrainie. Zanim o tym, chciałbym poprosić Was o jeszcze trochę cierpliwości, z którą związany będzie brak aktywności na Dyplomacji. Nie mam talentu śp. Steve'a Jobsa i nie zapowiem się tak, jak on zapowiadał cudeńka z Cupertino, ale już wkrótce nadejdzie wielka chwila dla Dyplomacji. Zaglądajcie tu co jakiś czas, żeby być na bieżąco. Śledźcie także Dyplomację na jej profilu na FB oraz mnie na Twitterze.

Czas na merytorykę. O sytuacji na Ukrainie wypowiadałem się dla ukraińskiej telewizji BTB. Tutaj znajdziecie zwięzłe podsumowanie rozmowy, a poniżej link do filmiku na YouTube. Oglądamy od 4:22.

O czym mówiłem? Po pierwsze, obalałem tezę "demonstrantów" ze wschodnich części kraju, że skoro zachodnia Ukraina mogła protestować za UE i przeciw Rosji, to oni mogą protestować za Rosją, a oba protesty, tj. EuroMajdan i wydarzenia w Charkowie, Doniecku czy Ługańsku są podobne i można postawić między nimi znak równości. W żadnym razie nie można, gdyż EuroMajdan był spontaniczny, czego nie da się powiedzieć o protestach na wschodzie kraju. Z daleka czuć rękę Moskwy, która inspiruje różnego rodzaju wystąpienia, proklamacje kolejnych "republik" i robi coś więcej ponad ściskanie kciuków za destabilizację wschodu Ukrainy. Czy szykuje wariant krymski, czyli wprowadzenie sił samoobrony w mundurach z pierwszego lepszego sklepu z militariami, czy tym razem użyje sił konwencjonalnych (zgromadzonych przy granicy z Ukrainą, co pokazało NATO na zdjęciach satelitarnych)? Bez różnicy, bo efekt końcowy będzie taki sam - Rosja przejmie kontrolę nad kolejnymi częściami Ukrainy.

Co powinien robić rząd w Kijowie? Musi poradzić sobie z separatystami i to jak najszybciej, także przy użyciu siły - choć każda, nawet przypadkowa ofiara, to wielkie ryzyko i kolejny pretekst dla obłudnej gry Rosji. Muszą jednak zostać zapewnione warunki dla przeprowadzenia majowych wyborów prezydenckich. W przypadku destabilizacji bądź chaosu na wschodzie Ukrainy Rosjanie będą mogli śmiało używać argumentów o nielegalności wyborów i dyskryminacji ludności wschodniej Ukrainy.

Kluczowa jest jednak gospodarka - i to był trzeci temat mojej wypowiedzi dla telewizji BTB. Reformy, zmiany, transformacja. A wszystko powinno być przeprowadzane ze świadomością, że do Ukrainy nie przyjedzie żaden Święty Mikołaj z Zachodu, który sypnie pieniędzmi. Nikt niczym nie sypnie, tak jak nie sypnął w Polsce. Do wszystkiego Ukraińcy będą musieli dojść sami. Oczywiście, pewna pula pieniędzy z MFW czy UE będzie dostępna, ale są to pieniądze obwarowane licznymi haczykami. Środki te wesprą transformację, ale będzie ona bolesna dla zwykłych Ukraińców. Trzeba zapewnić odpowiednie osłony socjalne, nie można zostawić ludzi na lodzie, z dnia na dzień zmieniając "warunki gry".

Piotr Wołejko

Tagi: Rosja Ukraina
22:00, p.wolejko , Europa
Link Komentarze (8) »
czwartek, 27 marca 2014

Julia Tymoszenko zapowiedziała udział w majowych wyborach prezydenckich na Ukrainie. O ile nieoznakowani żołnierze Putina nie zaczną odkrajać kolejnych skrawków ukraińskiego terytorium, 25 maja w szranki obok Julii staną także były bokser Witalij Kliczko oraz oligarcha Petro Poroszenko. Dawną ekipę Wiktora Janukowycza ma reprezentować Serhij Tihipko. Sondaże faworyzują Poroszenkę, dając mu między 25 a 30% głosów. Pozostali kandydaci mogą liczyć na jednocyfrowe poparcie.

grafika

Julia na Euromajdanie (źródło: Mstyslav Chernov/Wikimedia Commons)

Pierwsze, co rzuca się w oczy, gdy przyglądamy się liście kandydatów, to deficyt "nowych twarzy". Poza Kliczką, który jest jednak wielką niewiadomą (plus dla niego, że pieniędzy dorobił się sam, a nie dzięki rozmaitym układom) pod względem poglądów na kluczowe sprawy (nie mówiąc o szczegółowych rozwiązaniach), widzimy stare, zgrane nazwiska. Ukraińcy znowu mają wybór między oligarchami i kłótliwymi politykami, efekty pracy których wyprowadziły ich na Majdan. Jest jasne, że ani Poroszenko, ani Tihipko, ani tym bardziej Julia Tymoszenko nie wprowadzą istotnych reform, czy na poważnie walczyć z korupcją.

Prawdziwe oblicze Tymoszenko

Sam fakt zgłoszenia chęci udziału w wyborach przez Julię Tymoszenko oceniam negatywnie. Jako osoba współodpowiedzialna za klęskę Pomarańczowej Rewolucji, do tego mająca całkiem dobre relacje z Władimirem Putinem, Tymoszenko nie powinna już odgrywać żadnej istotnej roli na Ukrainie. Jej wyniszczająca wojna z Wiktorem Juszczenką najpierw pozwoliła powrócić do władzy Wiktorowi Janukowyczowi i Partii Regionów, a następnie zawiodła ją za kratki (pretekst: niekorzystna umowa na dostawy gazu z Rosji, którą Julia dogadywała bezpośrednio z Putinem).

grafika

źródło: www.kremlin.ru/Wikimedia Commons

Polacy powinni pamiętać, że gdy Julia była premierem, stosunki polsko-ukraińskie były co najwyżej "letnie". Tymoszenko przedkładała relacje z Niemcami ponad te z Polską, chociaż to Warszawa była i jest największym adwokatem Ukrainy w Unii Europejskiej. Wbrew oczekiwaniom Warszawy, Tymoszenko wcale nie spieszyło się ku Europie. Duże wątpliwości wzbudza także dziwna "słabość" Władimira Putina do Julii. Może chodzi o dawne zajęcie byłej premier, która w latach 90. była "magnatem gazowym" (handel z Rosją), a może o coś innego. Na pewno Putin sprzeciwiał się wendetcie Janukowycza na Tymoszenko, a po jej uwolnieniu zapraszał ją do Moskwy. Może scenariusz Putina wygląda tak, że po aneksji Krymu zechce osadzić na fotelu prezydenta Julię Tymoszenko, która pozornie jest prozachodnia, ale gwarantuje utrzymanie rosyjskich wpływów i realizację interesów Kremla? Wiadomo przecież, że triumf jakiegokolwiek kandydata Partii Regionów jest w zasadzie niemożliwy, Kliczko jest niewiadomą także dla Putina, a Poroszenko - jako oligarcha - to raczej krótkodystansowy frontrunner sondaży niż kandydat, którego należy traktować poważnie.

Czy Majdan przegra po raz drugi?

Powrót starej gwardii Majdanu, oligarchia, dawny układ czy wielka niewiadoma w osobie Witalija Kliczki? Niestety, Euromajdan nie wykreował żadnego lidera, który mógłby realnie myśleć o rywalizacji z wyżej wymienionymi. Istnieje wielkie prawdopodobieństwo, że wielki entuzjazm, sprzeciw wobec skorumpowanym władzom, a przede wszystkim setka ofiar, nie przyniosą spodziewanej zmiany. Że wszystko to znowu pójdzie na marne. Mimo wielkiej mobilizacji, to Władimir Putin ma większą szansę na takie rozdanie kart, po którym odejdzie od stołu usatysfakcjonowany. A Zachód nie kiwnie palcem, żeby temu zapobiec. Ważniejsze są kontrakty niemieckich i francuskich przedsiębiorców oraz interesy brytyjskich finansistów. Nikt nie zamierza nawet udawać, że chce nacisnąć na odcisk Rosji.

Piotr Wołejko

wtorek, 11 marca 2014

Współczesne polskie media niezwykle rzadko odnoszą się do wydarzeń międzynarodowych. Jednym z nielicznych wyjątków jest sytuacja na Ukrainie, zwana potocznie „europejskim majdanem” - ze szczególnym uwzględnieniem ostatnich dwóch-trzech tygodni. Okres ten przyniósł spektakularną wywrotkę komentatorów spraw międzynarodowych we wszystkich chyba massmediach. Uprawiane zaklinanie rzeczywistości, niesłusznie zwane prognozami i komentarzami, naraziło widzów i słuchaczy na wstrząs psychiczny, gdyż z rysowanego obrazu defilady zwycięstwa na kijowskim majdanie zostaliśmy teleportowani na skraj wojny – i to w wystąpieniu samego premiera.

Niestety wstrząs  jest uzasadniony, gdyż wbrew tworzonym pozorom sytuacja na Ukrainie jest coraz groźniejsza dla Polski. Nie idzie tutaj o pojawiające się co jakiś czas ostrzeżenia o pleniącym się w Kijowie faszyzmie czy banderowcach szykujących kolejny majdan w Przemyślu, czy też o ruskich czołgach grzejących silniki w Brześciu, ale o poważne ryzyko wciągnięcia Polski w otwarty konflikt z dużo silniejszym sąsiadem.

O co w tym wszystkim chodzi?

Na początek warto sobie uświadomić rzecz dla obserwatorów oczywistą - w Kijowie nie chodzi o Ukrainę, ale o Moskwę. Ukraina to tylko jedno z pól na globalnej szachownicy, co gorsza dla Polski – wcale nie najważniejsze dla tzw. Zachodu, a całkiem istotne, głównie zresztą z przyczyn wewnętrznych, dla Rosji. Efektem konsolidacji wewnętrznej Rosji jest próba odzyskania przynajmniej części pozycji przy stole wielkich mocarstw. Obserwowany spór wynika z faktu, że miejsce to można odzyskać tylko kosztem któregoś z obecnych graczy.

grafikaWarto podkreślić, że siła Rosji w obecnym świecie wynika w dużym stopniu z jej słabości. Parasol z broni nuklearnej oraz relatywnie silna armia wraz z miejscem w Radzie Bezpieczeństwa ONZ zapewniają niezależność od presji militarnej. Oparcie gospodarki na eksporcie węglowodorów i brak znaczących rynków eksportowych (poza uzbrojeniem) powoduje, że brak jest możliwości wywierania presji ekonomicznej. Jak łatwo jest taką presję wywoływać jest pokazuje polski eksport na rynki wschodnie i wprowadzone przez władze w Moskwie od czasu do czasu embarga. Nie tylko Warszawa, ale i Bruksela, czy też Waszyngton, nie mają możliwości odpowiedzenia kontrśrodkami. Żadna z rosyjskich gałęzi gospodarki ani firm, nie zdobyła żadnego z rynków międzynarodowych. Nie ma więc za bardzo w co uderzyć sankcjami.

Watko podkreślić, że kolejnym błędem pojawiającym się praktycznie we wszystkich komentarzach było uznawanie pogarszającej się sytuacji ekonomicznej Rosji za przesłankę do jej „spokojnego” zachowania się wobec wydarzeń w Kijowie. Często bywa tak, że tzw. szoki zewnętrzne mają istotny wpływ na politykę wewnętrzną. Z punktu widzenia władców wpływ ten bywa zbawienny, gdyż najczęściej powoduje tzw. „konsolidację obozu władzy. Dla władzy ma to zazwyczaj zbawienny wpływ, gdyż zmusza do milczenia nie tylko opozycyjnych krytyków, ale obniża też niezadowolenie zwykłych obywateli, czy też poddanych. Reakcją na strach jest zaspokajanie deficytu bezpieczeństwa tam, gdzie najbliżej, czyli u swoich władców. Puste brzuchy burczą wtedy mniej. Metodę tą obecna elita władzy w Moskwie stosowała wielokrotnie – generalnie im bardziej będzie gwałtowna reakcja świata zewnętrznego, tym łatwiej będzie Putinowi utrzymać się przy władzy, jako carowi „zjednoczycielowi ziem ruskich”.  

Zachód wobec Ukrainy

A co z interesami zachodnich graczy na Ukrainie? Kanclerz Merkel buduje swój image  obrończyni zarówno wartości demokratycznych, jak i Europy przed wschodem i zachodem. Podstawą tej konstrukcji są zarówno przepychanki z Moskwą z jednej strony, jak i Waszyngtonem (vide afera Snowdena oraz rosnąca liczba azylantów politycznych – do których niedawno dołączyła – zaraz po Chodorkowskim, piękna Julia [Tymoszenko]). Berlin co prawda zwalcza wpływy polityczne Rosji, ale tylko na obszarze, który uznaje za swój. Nie angażuje się jednak w obszar postradziecki. Głównie wizerunkowa reakcja Berlina na działania Moskwy zapewnia realizację tej polityki przy niewielkich kosztach.

Kolejny gracz, czyli prezydent Obama, na obecnym etapie swojej prezydentury jest zainteresowany zapewnieniem sobie odpowiedniej ilości ulic i pomników nie tylko na terenie  USA. Koniec drugiej kadencji zbliża się nieubłaganie, a jakiś spektakularny sukces międzynarodowy może się zdarzyć jedynie na Bliskim Wchodzie. A tam bez ministra Ławrowa ani rusz. Zasadniczym problemem nie tylko dla Ukrainy, lecz również dla Polski polega na tym, że dla zachodnich graczy Ukraina sama w sobie nie jest specjalnie istotna. Ma ona znaczenie jako źródło nacisku na Moskwę, który to – z przyczyn opisanych powyżej – ma pewien pozytywny wpływ na sytuację wewnętrzną Rosji. Nacisk ten nie jest więc przesadnie intensywny.

Jak gra Unia Europejska?

Szeroko reklamowany u nas „ukraiński” szczyt Unii wydaje się być czymś innym, niż się uważa w naszych mediach - będąc de facto pewną ofertą wobec Moskwy. Tak należy rozumieć ofertę popisania ‘części politycznej  umowy stowarzyszeniowej” pomiędzy Kijowem a Brukselą, dość słusznie nazwanej „częścią muzyczno-śpiewną”, czyli niewiążącej w sensie prawnym preambuły tej umowy. To co odczytuje się w Polsce jako niesamowity postęp Ukrainy na Zachód jest nie tylko wyraźnym krokiem wstecz w stosunku do oferty z Wilna, ale de facto sygnalizacją możliwości pewnego kompromisu z Rosją w kwestii integracji Kijowa z Brukselą. Jest nią…… kazus Kanady – stowarzyszonej w NAFTA - i UE. Nie można być w dwóch uniach celnych jednocześnie – więc Kijów może politycznie stowarzyszyć się z UE, a gospodarczo ze wschodem.

Pozostałe uchwały szczytu są czysto kabaretowe – zaprzestanie negocjacji w obszarach polityki wizowej czy umowy o pogłębionej współpracy gospodarczej. Tą pierwszą od dawna blokowały Niemcy a drugą zawetował jeszcze premier Jarosław Kaczyński w… 2007 roku. Groźba sankcji, ale dopiero w przypadku zajęcia wschodnich obszarów Ukrainy, to przecież cicha zgoda na aneksję Krymu. W przypadku USA obecność militarna np. w Polsce nie wykracza poza standardy – istotną zmianą byłoby pozostawienie przysłanych samolotów do Polski i Litwy na stałe. Oznaczałoby to jednak złamanie tzw. Deklaracji Madryckiej, sprowadzającej się do obietnicy braku obecności zarówno oddziałów NATO, jak i infrastruktury militarnej Sojuszu na terytorium „nowych” członków, co z pewnością…. nie nastąpi.

Lekcja historii dla Polski

Miękkość reakcji wskazuje że Zachód nie wybiera się wiec na wojnę, ale na kolejną rundę negocjacji z Putinem, zapewne oczekując – z racji przejęcia władzy w Kijowie przez swoich stronników – lepszej oferty od Moskwy. Trzeba sobie wyraźnie powiedzieć, że oferta ta niekoniecznie będzie dotyczyć Ukrainy, a co bardzo prawdopodobne - Iranu albo Syrii, i to w tym kontekście nastąpi rozwiązanie „kwestii ukraińskiej”. Co gorsza, do dzisiejszej sytuacji istnieje silna analogia historyczna związana z wydarzeniami sprzed stu lat, które oprócz jednego z wątków są całkowicie zapomniane.

Chodzi tutaj o próby powstrzymania historycznego poprzednika obecnej Rosji – czyli czerwonej Rosji, przez różne siły, również zagraniczne. Najciekawsze są oczywiście działania związane z tzw. frontem południowym, czyli Ukrainą. Jeśli zagłębimy się w ten fragment historii, odnajdziemy w nim wszystkie elementy układanki widoczne dzisiaj. W szczególności dwa (a tak naprawdę trzy, bo nie można zapominać o Zachodnioukraińskiej Republice Ludowej) państwa ukraińskie  tj. prozachodnia i „pro wschodnia” Ukraina wchodząca w skład RF SRR, oraz odrębne działania ówczesnych tzw. mocarstw zachodnich, które  wspierały tzw. „białych” …. na Krymie. Wszystkie elementy współczesnej układanki – czyli wschodnia i zachodnia Ukraina jak i Krym były już w grze.

Publicystom, a mam nadzieję że i naszym decydentom, znany jest ten element ówczesnego konfliktu. Z dzisiejszej perspektywy warto wskazać kluczowe elementy ówczesnej sytuacji, które doprowadziły do jej historycznego zakończenia. Po pierwsze, ówczesne mocarstwa nie przejawiały wielkiej woli do interwencji na rzecz sprawy ukraińskiej przeciwko Moskwie, mimo słabości powstającego dopiero bolszewickiego państwa. Ograniczano się jedynie do mało kosztownego wspierania lokalnych ruchów. Po drugie, ówczesne władze Polskie popełniły błąd oceniając siłę przeciwnika – Rosji Radzieckiej - i swoją własną. Skończyło się na cudzie nad Wisłą.

Podobnie źle odczytano zamiary zarówno Francji i Anglii, jak i rzekomo zagrożonych przez rewolucję Niemiec. Wszystkie te kraje w obliczu zapowiadającego się sukcesu Rosji w wojnie z Polską zaczęły grać na zwycięzcę – proponując mu dogodną granicę (tzw. linia Curzona), czy też blokując pomoc wojenną dla Polski. Bez wątpienia wojna polsko-rosyjska nam nie grozi, ale równie mało prawdopodobne jest utrzymanie się obecnego stanu rzeczy na Ukrainie.

Jeśli ktoś miał jakieś wątpliwości co do realnych zamiarów tzw. „Zachodu” nad Dnieprem, to marność oferty pomocowej powinna być ostatnim dzwonkiem alarmowym. Oczywiście  może się to skończyć powrotem do punktu wyjścia, czyli chwiejnej koegzystencji różnych sił. Niestety, coraz bardziej prawdopodobny wydaje się scenariusz, w którym Rosja spacyfikuje – wywołany przez samą siebie - chaos na Ukrainie i przywróci ten kraj do politycznego ładu, być może nawet z imprimatur sił tzw. zachodnich ( pierwsze jaskółki zwrotu w tej dziedzinie można znaleźć na stronie BBC). Nie będzie to ład a la Janukowycz, lawirujący w miarę możliwości pomiędzy wschodem a zachodem, ale zapewne jakaś forma twardszych rządów autorytarnych - kontrolowanych w pełni i administrowanych z Moskwy. Oczywiście nie w kategoriach formalnych zewnętrzne - atrybuty państwowości Ukrainy pozostaną. W takim scenariuszu – kontynuując obecną politykę - blisko nam do sytuacji w jakiej znalazł się Piłsudski pod Kijowem w 1920 roku.

Oczywistością jest brak zasobów Warszawy do samodzielnego podtrzymania zachodniego kursu Kijowa – co powoduje, że powinniśmy zachować się jak dobry harcownik, który wie, że kiedy nadchodzi prawdziwe starcie ciężkozbrojnych, należy schronić się za linią swoich wojsk. Wydaje się, że właśnie jest ostatni dobry moment na taki zwrot, można nawet iść po śladach Orbana. Nawet jeśli za kilka lat na wschodzie będziemy graniczyli faktycznie wyłącznie z Rosją, to już dziś należy zrobić wszystko, żeby nie była to Rosja znacznie bardziej antypolska niż obecnie.

Marek Bełdzikowski

środa, 26 lutego 2014

Panie prezydencie, gwarantuję Panu że w tym momencie – gdzieś, w jakiś sposób, ktoś z administracji rządowej właśnie coś spieprzył. W ten sposób sekretarz obrony Robert Gates podsumował sytuację z którą mierzy się każda osoba na wysokim stanowisku kierowniczym. W momencie, gdy dowiaduje się o problemie, jego konsekwencje dotknęły już wielu osób i są potencjalnym zagrożeniem dla funkcjonowania administracji. Szczególnie gdy kieruje się organizacją skupiającą kilkaset tysięcy osób, jak Departament Obrony. Autor wspomnień Duty: Memoirs of a Secretary at War wie o czym mówi. Pracował w administracjach 8 prezydentów USA. Towarzyszył Z. Brzezińskiemu w rozmowach z przedstawicielami Iranu na kilka dni przed zajęciem ambasady USA w Teheranie. Przez wiele lat pracował w National Security Council a pod koniec zimnej wojny został dyrektorem CIA. W administracjach G.W. Busha i B. Obamy pełnił funkcję sekretarza obrony. Nominację na stanowisko otrzymał gdy był rektorem uniwersytetu w Teksasie. W krótkim czasie przyszło mu spotykać pozornie takich samych dwudziestolatków jak na uczelni, ale tym razem byli to żołnierze ciężko doświadczeni przez wojnę w Afganistanie i Iraku.

Zmiany w armii, zmiany na polu bitwy

grafikaWiększość omawianej książki dotyczy tych dwóch miejsc i wszystkiego, co z nimi - z militarnego punktu widzenia- związane. Gates obrazowo zdiagnozował sytuację. Inwazje na te dwa kraje były jak gonienie samochodu przez psa. Pies samochód dogonił, ale tak właściwie to po co? Zastępował Donalda Rumsfelda, bliskiego przyjaciela wiceprezydenta Cheneya, który miał olbrzymi wpływ na politykę wojenną USA. W tym kontekście opisuje jak istotne są relacje personalne. Jak wiele od nich zależy. A wszystkie decyzje, jakie przychodzi podejmować związane są z olbrzymimi kosztami, naciskami, ryzykiem. Jedną z najtrudniejszych było wydłużenie czasu służby na wojnie z 12 do 15 miesięcy. Oznaczało to że wielu żołnierzy ominie dwa razy pod rząd święta, urodziny dzieci, itp. (tzw. law of twos). To wiązało się z olbrzymią presją i zwiększeniem liczby urazów psychicznych żołnierzy. Jedną z najdroższych decyzji była konieczność zwiększenia liczebności armii: Marines o 27 000 (do 202 000), US Army o 65 000 (do 547 000). Ameryce po prostu brakowało żołnierzy dla przedłużającej się wojny na dwóch frontach. Sama ta decyzja kosztowała 100 mld $. Autor zauważył, że to posunięcie uratowało Irak i Afganistan przed upadkiem i pozwoliło USA na zintensyfikowanie działań wojennych (surge). Każda ze znaczących decyzji była ryzykowna. Administracja nigdy nie była w stanie przewidzieć sytuacji w perspektywie najbliższych 6 miesięcy.

Tym bardziej, że zmieniła się charakterystyka współczesnych konfliktów. Ze state-to-state na bardziej lokalne i punktowe. Dla ich rozwiązania nie była nawet konieczna olbrzymia przewaga militarna, ale często techniczna. Na przykład zagrożenie ze strony fundamentalistów operujących z terytorium Pakistanu, wobec braku współpracy z rządem, było niwelowane poprzez użycie dronów. Skala rozwoju tej technologii jest olbrzymia. W 2003 r. było w Iraku 8 UAV (Unmanned Aerial Vehicle). W 2008 r. już 1700. Liczebność wojsk specjalnych (m. in. SEAL, Delta Force) zwiększono w związku z tym o 30%. Bush podczas swojej ostatniej wizyty w Pentagonie usłyszał, że tego dnia Special Operations Command prowadzi działania w 61 krajach (!). Często jednak hamulcem w rozwoju technologii bywa biurokracja. O MRAPach – najlepiej opancerzonych pojazdach chroniących żołnierzy przed ładunkami wybuchowymi umieszczanymi przy drogach (IED) – Gates dowiedział się z prasy. A blisko 80 % ofiar było skutkiem właśnie IED. Wprowadzenie do służby tych pojazdów zmniejszyło zagrożenie o 75% (!), choć od pierwszej prośby generałów do decyzji Pentagonu minęły 2 lata.

Gates mówi jak jest, jego zdaniem

Robert Gates ustanowił precedens, służąc na tym stanowisku w dwóch różnych administracjach – republikańskiej i demokratycznej. Dzięki temu ma unikalną perspektywę i nie waha się prezentować swoich opinii. Nowa administracja skażona jest grzechem micromanagement – próby zarządzania każdą sprawą. Stara też nie jest bez winy, z reguły zostawia zobowiązania nie do wykonania. Gates zmuszony był przez Obamę do cięcia 33 głównych programów, które sam zaproponował Bushowi. Choć według niego prezydenci Obama i Bush nigdy nie rozpatrują ponownie raz podjętej decyzji, to Bush kierował się częściej instynktem, natomiast Obama chce poznać wszystkie możliwe opcje (most deliberative president I worked for). Dwunastego dnia swojej prezydentury B. Obama powiedział mu: niepokoi mnie to co wiem, to czego nie wiem niepokoi mnie jeszcze bardziej, a najbardziej martwię się o to czego mi nie mówią. Wiele informacji zanim dotrze do prezydenta dociera do prasy. I tutaj pojawia się ciekawy podział. Jeśli przeciek pochodzi z Białego Domu, to z reguły pojawia się w New York Times. Jeśli z Pentagonu to zwykle w Washington Post. A prasa w USA ma dużą siłę rażenia. Jeden artykuł w magazynie Rolling Stone pozbawił stanowiska głównodowodzącego wojskami w Afganistanie generała McChrystala. Gates nie szczędzi ostrych słów wobec nieodpowiedzialnych zachowań, które doprowadzają do takich komplikacji. Prezydenta Saakaszwiliego nazywa aggressive and impetuous georgian nationalist, prezydenta Karzaja - przeczulonym na swoim punkcie, ponieważ tamten potrafi zrzucać winę na USA za krytyczny artykuł w Irish Times (who the hell reads IT outside Ireland?!).

Potrafi także krytycznie spojrzeć na własne działania. Wiele decyzji podejmowanych na najwyższych szczeblach określa po prostu jako głupie. Jako sekretarz obrony anulował program nowego helikoptera prezydenckiego VH-71. Miał gorsze osiągi niż dotychczasowy (m.in. zasięg i możliwość manewrowania) ale za to oferował mikrofalówkę na pokładzie. Gates skwitował: żeby prezydent w czasie ataku nuklearnego zdążył sobie podgrzać obiad.  Tak opisuje swój wpływ na „wolne” wybory w Afganistanie: wszystko to była brudna sprawa, prezydent Afganistanu był umoczony (tainted), a nasze (USA) ręce były równie brudne. Wszystko to dlatego, że naciskał na złamanie konstytucyjnego terminu wyborów prezydenckich, tak aby USA zdążyły wesprzeć opozycję wobec Karzaja. Inne kraje nie były lepsze. W Iraku aresztowano irańskiego generała, który za odpowiednie głosowanie obiecywał legislatorom 250 000 $. Pytanie tylko czy USA chcą być na równi z Iranem.

Tarcza antyrakietowa

A propos wątku irańskiego, pojawia się sprawa Polski i Czech – czyli tarczy antyrakietowej. Gates tłumaczy powody wycofania z projektu rozwojem techniki. Tarcza ma służyć do obrony przed rakietami dalekiego zasięgu m. in. z Iranu i Korei Północnej. Ponieważ oba kraje rozwijają raczej rakiety średniego zasięgu (grożące Bliskiemu Wschodowi i Alasce), które można unieszkodliwić nowymi rakietami SM-3 z okrętów i dotychczasowych baz (Alaska i Kalifornia) - nie ma powodu dla rozwijania tej technologii w Polsce. Rozumie jednak rozgoryczenie, choć jego zdaniem wynika ono z różnicy interesów. Polska chciała rakiet, a właściwie związanego z nimi pakietu militarnego jako straszaka na Rosję i element wewnętrznej rozgrywki politycznej. Prezydent Kaczyński naciskał na zakończenie negocjacji przed wyborami w 2009 r., a minister Klich na zaangażowanie na poziomie podobnym do tego jakie USA ma w Jordanii i Pakistanie. Gates przypomina w tym miejscu błędną decyzję ogłoszenia informacji  o rezygnacji z tarczy 17 września - w rocznicę napaści na Polskę (chociaż myli się pisząc o agresji Nazistów).

Co wpływa na podejmowane decyzje?

Sprawa tarczy antyrakietowej jest pewną egzemplifikacją problemów przed jakimi stoją decydenci. Wytyczanie kierunków działań wiąże się z wieloma aspektami, których z zewnątrz nie widać, a także takimi, za którymi nie idzie racja, ale nacisk polityczny, finansowy. Do tego dochodzą kwestie personalne – ambicji, głupoty, obojętności, braku odwagi, itp. To wszystko otacza jeszcze nieprzewidywalna rzeczywistość. Robert Gates w sposób bardzo bezpośredni podchodzi do tych spraw przedstawiając barwny i nierzadko przygnębiający opis rzeczywistości oraz próby zmiany stanu rzeczy. Jest to odważna książka, po napisaniu której raczej nie przybyło mu przyjaciół. Z drugiej strony otrzymujemy wyjątkową możliwość podejrzenia polityki USA od kuchni.

Dariusz Pruchniewski

 

Poprzednio Darek opisywał książkę "Jack Kennedy. Elusive Hero".

 

Grafika pochodzi ze strony amazon.com, gdzie książka jest dostępna 20,99 dolarów w wersji papierowej i 24,53 dolarów w formie ebooka.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 191
Zakładki:
1. Dyplomacja w Sieci
2. Blogi zagraniczne
3. Think-tanki
4. Media zagraniczne
5. Blogi polskie
6. Militaria
7. Periodyki
liczniki
Dyplomacja on Facebook