środa, 31 stycznia 2007

Dziennik

"Tony Blair jest moim przyjacielem" - takie stwierdzenie znajdziemy na stronie prawicowego kandydata na prezydenta Francji Nicolasa Sarkozy'ego. W pierwszą, po nominacji na kandydata w wyborach prezydenckich, wizytę zagraniczną "Sarko" wybrał się do Londynu. Szef MSW podziwia brytyjskiego premiera za sukces gospodarczy - przede wszystkim obniżenie bezrobocia (największego problemu francuskiej gospodarki) i stworzenie 2,5 mln nowych miejsc pracy. Sarkozy, w przeciwieństwie do Jacquesa Chiraca, jest zdecydowanie proatlantycki i sojusz z Wielką Brytanią uważa za kluczową sprawę, zwłaszcza w kwestii rozwoju Unii Europejskiej. Liczy, że Londyn stanie się nowym motorem napędowym integracji i logicznie zauważa, iż bez zgody władz brytyjskich nie uda się uchwalić nie tylko obecnej wersji konstytucji europejskiej, ale żadnej konstytucji. Dlatego proponuje "mini-traktat", który byłby możliwy do zaakceptowania przez Brytyjczyków i podkreśla swoją przyjaźń z Blairem oraz nastawienie proatlantyckie. Jedynym problemem jest to, że w lecie br. nastąpi zmiana na stanowisku szefa rządu i nie wiadomo, czy Gordon Brown (praktycznie pewny następca Blaira) przyjmie taki sam kurs jak jego poprzednik.

Były ambasador Stanów Zjednoczonych przy ONZ i były wiceszef Departamentu Stanu USA - John Bolton - powiedział, że Ameryce jest wszystko jedno, czy będzie jedno, czy trzy państwa irackie. Chociaż Bolton w tej chwili nie pełni żadnej reprezentatywnej funkcji, należy zwrócić baczną uwagę na jego słowa. Jako jeden z "jastrzębi" administracji Busha, Bolton ma nadal spore, choć powoli zmniejszające się, wpływy i jego głosu nie można lekceważyć. Wydaje się, że trzeba słowa Boltona odebrać jako zawoalowane ostrzeżenie dla rządu Nuriego Al-Maliki, aby bardziej zdecydowanie zabrał się za walkę z religijnymi milicjami. Ostrzeżenie skierowane jest także do sunnitów, którzy najwięcej by stracili, w wypadku podziału kraju na trzy części - szyickie południe, kurdyjską północ i sunnickie centrum.

Rzeczpospolita

"Chavez próbuje eksportować skrajny populizm, myślę, że jego postawa zagraża demokracji w Ameryce Łacińskiej" - powiedział zastępca sekretarza stanu USA John Negroponte (były koordynator wszystkich amerykańskich agencji wywiadowczych), komentując wydarzenia wczorajszego dnia, które miały miejsce w Quito, stolicy Ekwadoru. Do parlamentu wtargnęli bowiem zwolennicy nowego, lewicowego prezydenta Rafaela Correi i siłą chcieli zmusić opozycyjnych, prawicowych deputowanych, do poparcia projektu zmian w konstytucji. Zmiany zaproponowane przez prezydenta dotyczą zwiększenia jego uprawnień i ograniczenia władzy parlamentu, który Correa uważa za główną przyczynę ekwadorskiej biedy i korupcji. Wg prezydenta parlamentarzyści dbają tylko o własne interesy, dlatego należy zwiększyć uprawnienia głowy państwa. Correa nie kryje, że inspirację dla niego stanowi wenezuelski prezydent Hugo Chavez, któremu parlament przyzna dziś uprawnienia do wydawania dekretów z mocą ustawy we wszystkich kluczowych dla państwa dziedzinach. Będzie więc mógł samodzielnie decydować o wszystkim - stanie się wszechmocny. Trzeba jednak pamiętać, że demonstracje i armia zmuszały ostatnich prezydentów Ekwadoru do ustąpienia, więc Correa musi bardzo uważać.

Koniec telenoweli z ministrem spraw zagranicznych nieuznawanym przez premiera, co więcej - któremu zabroniono pojawiania się na posiedzeniach rady ministrów. Borys Tarasiuk, prozachodni szef ukraińskiej dyplomacji, złożył dymisję na ręce prezydenta Wiktora Juszczenki. Prezydent dymisję przyjął, kończąc tym samym karierę rządową swojego najbliższego sojusznika. Kryzys wokół jego osoby trwał od grudnia, kiedy Rada Najwyższa (ukraiński parlament) przegłosowała wotum nieufności dla ministra, a nazajutrz prezydenckim dekretem (MSZ, MSW i MON to tzw. resorty prezydenckie wg ukraińskiej konstytucji) Taraiusk ponownie został szefem resortu spraw zagranicznych. Premier Janukowycz, lider prorosyjskiej Partii Regionów i były rywal Wiktora Juszczenki w wyborach prezydenckich z 2004 roku, zapowiedział, że Tarasiuka na posiedzenia rządu wpuszczał nie będzie. Tarasiuk zaś nie uznawał swojej dymisji i odbywał podróże zagraniczne jako szef MSZ. W styczniu pojawiły się jednak pogłoski o tym, że Janukowycz powoła własnego szefa tego resortu i na Urakinie zapanuje dwuwładza i chaos w służbie zagranicznej. Aby tego uniknąć, Tarasiuk w końcu podał się do dymisji. Po Kijowie chodzą jednak plotki o tym, że Juszczenko przyjął propozycję premeira Janukowycza, która brzmiała w ten sposób - "ktokolwiek, byle nie Tarasiuk". Opozycyjny Blok Julii Tymoszenko uważa, że prezydent poniósł klęskę przyjmując dymisję Tarasiuka. Są to jednak raczej krokodyle łzy BJU, gdyż ramię w ramię z koalicją rządzącą ugrupowanie "Żelaznej Julii" przegłosowało weto prezydenta wobec ustawy przyznającej Radzie Najwyższej i premierowi mianowanie wszystkich ministrów (odbierając głowie państwa możliwość decydowania o obsadzie MSZ, MSW i MON).

Gazeta Wyborcza

O Hugo Chavezie już było, więc odeślę tylko do tekstu Macieja Stasińskiego, a sam skupię się na "Tajemnicy sukcesu Putina". Na pytanie (w sondażu): "W jakim okresie chciałbyś żyć?" - blisko 52% ankietowanych odpowiedziało, że za rządów Władimira Putina. Zdystansował on Leonida Breżniewa (31%), na którego głos oddali głównie staruszkowie, pamiętający czasy tzw. "złotej stabilizacji" lat 70. Wg badań przeprowadzonych przez moskiewskie Centrum Lewady, polityka prezydenta Putina ciesy się 80%-procentowym poparciem elektoratu. Rosjanie gremialnie uważają też, że żyje im się dzisiaj lepiej niż wcześniej. To akurat dość kontrowersyjne stwierdzenie, gdyż na boomie surowcowym korzystają wyjątkowo nieliczni, a biedni zyskują na nim najmniej. Mimo to, "aż 60 proc. Rosjan mieszkających w miastach uważa samych siebie za "klasę średnią". To dwa razy więcej niż w 1999 r., czyli tuż przed objęciem rządów przez Władimira Putina".

Chiny przejmują Afrykę. Kiedy zachodni przywódcy skupieni są na swoich wewnętrznych problemach albo - jak USA i amerykańscy koalicjanci - na walce z islamskim ekstremizmem w Iraku i Afganistanie, Chińczycy po cichutku przejmują pieczę nad afrykańskimi surowcami. Jak pisze Wojciech Jagielski, kiedy tylko odkryte zostaną złoża surowców, natychmiast pojawiają się Chińczycy, którzy chcą je wykupić. Co więcej, dla wielu afrykańskich rządów Pekin to wymarzony partner. Nie zadaje trudnych pytań o demokrację i prawa człowieka, umarza długi i nie warunkuje pożyczek i pomocy finansowej reformami finansów czy ukróceniem korupcji. Jedyne na czym Chinom zależy to surowce, zwłaszcza energetyczne. "Chiny już dziś jedną trzecią swojego popytu na ropę zaspokajają w Afryce. USA, drugi po Chińczykach największy na świecie konsument surowców energetycznych, zaspokajają w Afryce już prawie czwartą część swoich energetycznych potrzeb." Tymczasem, jak wskazują eksperci (w tym afrykańscy), interesy robione z Pekinem nie przyniosą kontynentowi nic dobrego. Psują bowiem tylko rządy, które uzyskują pieniądze bez żadnych warunków przeprowadzenia reform i uzdrowienia instytucji publicznych. Niektórzy porównują już chińskie zaangażowanie na Czarnym Lądzie z kolonizacją dokonywaną przez białych osadników. Wszystkim zależy bowiem tylko na afrykańskich surowcach oraz eksportowaniu do Afryki wytwarzanych w metropolii produktów. Przez to Afryka nie staje się bogatsza, a tylko coraz bardziej zależna i biedniejsza.

13:08, p.wolejko , Prasa
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 30 stycznia 2007

Dziennik

Indie dołączą do wyścigu zbrojeń w kosmosie po udanej próbie zestrzelenia za pomocą rakiety balistycznej satelity meteorologicznego dokonanej przez Chiny. Już wkrótce rakiety wynoszące w przestrzeń kosmiczną indyjskie satelity zostaną przystosowane także do ich niszczenia. Dehli nie może pozostać w tyle za Pekinem, swoim regionalnym arcyrywalem. Do wyścigu zbrojeń wkrótce mogą dołączyć Rosjanie, którzy oficjalnie zapewniają co prawda o tym, że na sercu leży im zdemilitaryzowana przestrzeń kosmiczna, ale musi być gotowa na inne okoliczności. Wielokrotnie podkreśla się, że wysiłki Chin (a te spowodują stosowną odpowiedź Indii i Rosji) najbardziej zagrażają Stanom Zjednoczonym, które są (zarówno w sektorze cywilnym, jak i militarnym) uzależnione od krążących po orbicie satelitów. Amerykańska tarcza antyrakietowa może wkrótce doczekać się swojego odpowiednika w kosmosie. Czy spowoduje to wyczerpanie finansowe któregoś z przeciwników Waszyngtonu - jak za czasów Gwiezdnych Wojen Ronalda Reagana - czy może też samej Ameryki?

Czarny PR zaczął działać, a przekonał się o tym kandydat Partii Demokratycznej na prezydenta (na razie w prawyborach partyjnych), senator Barack Obama. Wyciąga się mu uczęszczanie do szkoły w Indonezji (teoretycznie religijnej, faktycznie najnormalniejszej szkoły podstawowej); to, że jego ojciec był wyznawcą islamu (Obama twierdzi, że niepraktykującym; w dodatku ojciec Obamę i jego matkę szybko porzucił); to, że sam jest kryptomuzułmaninem (choć jest chrześcijaninem), o czym ma świadczyć jego drugie, nieużywane, imię - Hussein (podobne do Saddama Husajna). Atak medialny na Obamę, przez niektórych nazywanego nadzieją Demokratów, jest inspirowany nie tylko przez prawicę, ale być może przez niechętnych Obamie popleczników... Hillary Clinton. Żona byłego prezydenta, która ma zamiar wystartować w wyborach w roku 2008, może obawiać się właściwie tylko Baracka Obamy spośród swoich partyjnych rywali. Dlatego powstała teoria, jakoby to pani senator z Nowego Jorku inspirowała niedawną pomyłkę w telewizji CNN, gdy materiał o poszukiwaniach Osamy bin Ladena zatytułowano - omyłkowo jak tłumaczy stacja - Where is Obama? (Zamiast "Where is Osama?"). Stacja przeprosiła, komitet senatora przeprosiny przyjął, ale jego rzecznik stwierdził, że litery "b" i "s" nie znajdują się blisko siebie na klawiaturze. Nie da się ukryć, "b" jest w środku przedostatniego rzędu klawiszy, a "s" po lewej stronie wyższego rzędu klawiszy. Czarny PR to bardzo popularna w Stanach metoda prowadzenia kampanii wyborczej. W kampanii prezydenckiej w 2004 roku obliczono, że ok. 70% funduszy przeznaczanych na kampanię medialną wydano właśnie na działania zwane czarnym PR. Mechanizm tego działania jest bardzo prosty i skuteczny - obrzuca się kogoś błotem, często oskarżając o najgorsze i najbardziej absurdalne rzeczy. Zanim uda się kłamstwo sprostować wielu ludzi uwierzy, że kłamstwo było prawdą i kandydat tracił w ten sposób poparcie. Czy tak będzie z Obamą? I jakie kolejne chwyty zostaną zastosowane w zbliżającej się kampanii wyborczej?

Rzeczpospolita

Iran zdaje się podejmować rzuconą przez Amerykanów rękawicę i rozpoczyna nowy etap "przejmowania" Iraku. Teheran zapowiedział, że zamierza zacieśnić współpracę z rządem w Bagdadzie, zwłaszcza w dziedzinie bezpieczeństwa - Irańczycy chcą zwiększyć kontrolę nad wspólną granicą, a także pomóc w szkoleniu irackiego wojska. Iran przyznał także, że wśród zatrzymanych przez Amerykanów "dyplomatów" w konsulacie w Irbilu (w Iraku) znajdują się irańscy członkowie służb specjalnych. Jednocześnie Teheran stwierdził, że rząd Iraku wiedział o tym fakcie, a Irańczycy znajdowali się w Irbilu za zgodą Irakijczyków. Takie słowa działają na administrację prezydenta Busha jak czerwona płachta na byka. Amerykanie zapowiedzieli, że podejmą wszelkie możliwe środki, aby powstrzymać infiltrację Iraku dokonywaną przez Iran - ostatnio żołnierze amerykańscy dostali zgodę na zabijanie i branie do niewoli irańskich agentów wspierających szyickie milicje. Zachęcam do lektury artykułu Jędrzeja Bieleckiego, a także wywiadu, który przeprowadził z Josephem Cirincione'm, ekspertem Center for American Progress.

Prestiżowy brytyjski instytut Policy Exchange opublikował szokujące wyniki sondażu, wg którego 40% mieszkających w Wielkiej Brytanii muzułmanów w wieku 16-24 lat popiera działania Al-Kaidy oraz wprowadzenie restrykcyjnego szarijackiego. Dane te pozwalają zrozumieć, dlaczego wśród zamachowców z 2005 i 2006 roku dominowali urodzeni już na Wyspach muzułmanie. Wyniki sondażu krytykują brytyjskie organizacje islamskie, wg których są one rezultatem uprzedzeń do wyznawców Allaha. Odsyłam do tekstu pt. "Gniewni brytyjscy muzułmanie".

Gazeta Wyborcza

Libia proponuje "targ" w sprawie skazanych na śmierć pięciu bułgarskich pielęgniarek i palestyńskiego lekarza. W zamian za wolność dla całej szóstki Libijczycy domagają się "poważnych odszkodowań" oraz zwolnienia z więzienia "Adelbaseta al-Megrahiego odsiadującego dożywocie za zamach na samolot linii PanAm w 1988 roku nad szkockim Lockerbie, w którym zginęło 270 osób. Władze libijskie twierdzą, że Megrahi jest niewinny." Zachodni dyplomaci, którzy od początku gehenny Bułgarek i Palestyńczyka czynią wiele, aby wypuszczono ich na wolność, kategorycznie sprzeciwiają się łączeniu spraw terrorysty ze sprawą skazanych za zarażenie wirusem HIV libijskich dzieci pielęgniarek i lekarza. Bułgarzy zapowiadają, że nie będą płacić, gdyż oznaczałoby to przyznanie się do winy przez pielęgniarki. "Z międzynarodowych ekspertyz, wynika, że mali pacjenci zostali zakażeni z powodu fatalnych warunków sanitarnych w szpitalu, a nie z winy obcokrajowców. W dodatku z badań, w których brali udział m.in. odkrywcy wirusa HIV, do zakażenia doszło jeszcze przed przyjazdem Bułgarek i Palestyńczyka do Libii."

Walka z teorią Darwina w Rosji. Cerkiew prawosławna wytacza ciężkie działa przeciwko teorii ewolucji i apeluje o nie zmuszanie uczniów do zapoznawania się z nią w szkole. O tym, czy dziecko będzie dowiadywało się na lekcjach o ewolucji powinni wg patriarchy Aleksego II decydować rodzice, a gdy dziecko będzie starsze - dziecko wraz z rodzicami. Cerkiew przekonuje, że "wszechobecność Darwina w rosyjskich podręcznikach jest dziedzictwem po nauczaniu marksistowskiego materializmu w czasach radzieckich". Należy to zmienić i zaprzestać promowania teorii ewolucji - "Jeśli ktoś wierzy, że pochodzi od małpy, to trudno. Ale niech nie wmawia tego innym", wzywa patriarcha Aleksy II.

15:57, p.wolejko , Prasa
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 29 stycznia 2007

GW

Niepokoje na Bliskim Wschodzie są wynikiem odzyskiwania przez Iran pozycji regionalnego mocarstwa - twierdzi Tomasz Otłowski, niezależny ekspert ds. stosunków międzynarodowych, w latach 1997-2006 analityk prezydenckiego Biura Bezpieczeństwa Narodowego. Irak, Liban i Palestyna to trzy fronty, które Teheran otworzył w celu zwiększenia swojej potęgi i osłabienia potęgi Stanów Zjednoczonych. Otłowski słusznie zauważa, że amerykański atak na Irak i pozbawienie władzy Saddama Husajna bardzo Iranowi pomogły. Rękami USA usunięty został antyirański przywódca, a Irak - regionalny rywal równoważący potęgę Iranu - pogrążył się w chaosie. Chaos ten jest umiejętnie podsycany przez Teheran, dozbrajający szyickie milicje i bojówki. Inny front to Liban, w którym popierany przez ajatollahów Hezbollah chce zmusić rząd do dymisji i przejąć władzę. Wszystko po to, aby Bejrut powrócił pod kontrolę Syrii i Iranu. Wpływy irańskie widać także w Autonomii Palestyńskiej, gdzie Teheran wspiera rządzący (i skrajnie antyizraelski) Hamas.

Rząd brytyjski zaproponował asymetryczną metodę prowadzenia wojny z przeciwnikiem - terrorystami - którzy posługują się wyłącznie asymetrycznymi metodami walki. Pomysł Brytyjczyków jest prosty - chcą odpowiadać w Internecie na propagandę Al-Kaidy poprzez stworzenie wydziału, który by się tym zajmował. Błyskotliwa idea, ale trudna do realizacji. Aby bowiem działania specjalnego wydziału były skuteczne, informacje muszą brzmieć dla odbiorców wiarygodnie. Trzeba więc nakłonić umiarkowanych imamów oraz przywódców muzułmańskich do współpracy. Podobne metody od dawna stosują terroryści, a dzięki sieci docierają do szerokiego grona osób. Więcej przeczytacie tutaj.

 

 

Z cyklu "kampania wyborcza we Francji" zapraszam do lektury korespondencji Konrada Niklewicza. Pisze on, iż Segolene Rogal traci poparcie i może przegrać z kandydatem prawicy Nicolasem Sarkozy'm. Wszystko przez brak wiedzy z zakresu obronności i polityki zagranicznej. Do tego dochodzi brak programu, który Rogal ogłosi dopiero 11 lutego. Socjaliści jednak bardzo liczą na ten program, gdyż jest on przygotowywany w nowatorski sposób. Otóż "Sego" za pośrednictwem Internetu oraz bezpośrednich spotkań z wyborcami prosiła ich o opinię i teraz na podstawie tych wypowiedzi konstruuje program. Ciekawe, co z tego programu wyjdzie i czy będzie on miał ręce i nogi.

 

Dziennik

 

 

Z wielką pompą zapowiedziano stworzenie przez kraje Grupy Wyszechradzkiej wspólnego batalionu (1500 żołnierzy) do roku 2015. Być może oprócz Polski, Czech, Słowacji i Węgier batalion będą tworzyć także Ukraińcy. Wspólna grupa bojowa miałaby być gotowa do "akcji" w ciągu 10 dni od wydania rozkazu, a obszarem jej działania byłby cały świat. "To nie będzie scentralizowana jednostka dowodzona przez jedno dowództwo, ale grupy bojowe powoływane w państwach uczestniczących ad hoc w razie zagrożenia bezpieczeństwa któregoś z państw lub w przypadku klęsk żywiołowych. Grupy takie będą wysyłane w region zagrożony konfliktem" - wyjaśnia w rozmowie z "Dziennikiem" rzecznik sztabu generalnego płk Wojciech Ozga. Jak zauważa gazeta, wspólna grupa bojowa byłaby jednym z nielicznych konkretnych efektów współpracy w ramach trwającej od kilkunastu lat współpracy w ramach Grupy Wyszechradzkiej.

 

 

Tymczasem problemy ma białoruska opozycja, która jest podzielona i skłócona, a zatem niezdolna do efektywnego działania. Z tym działaniem i tak do tej pory było krucho, ale gdy rok temu udało się wybrać jednego, wspólnego kandydata w wyborach prezydenckich - Aleksandra Milinkiewicza - wydawało się, że sytuacja ulegnie zmianie. Niestety, osobiste ambicje liderów partii i ugrupowań tworzących opozycyjny Kongres Sił Demokratycznych oraz działania nasłanych przez Aleksandra Łukaszenkę agentów KGB niweczą jedność opozycji. Wkrótce Milinkiewicz przestanie być faktycznym liderem opozycjonistów (praktycznie nie jest nim od kilku miesięcy), a kierownictwo opozycji ma być rotacyjne i zmieniać się co 3 miesiące. Nie wróży to dobrze siłom demokratycznym na Białorusi, gdyż rotacyjne przywództwo sprawi, że demokraci nie będą kojarzeni z wyraźnym jej liderem - kiedy nawet dotrze do nich nazwisko jednego przewodniczącego, wkrótce zostanie on zastąpiony przez nowego. Ambicje liderów, którym nie podoba się tkwienie w cieniu Milinkiewicza, mogą doprowadzić do jej klęski i utraty poparcia, które z trudem udało się wypracować rok temu. Decyzje w sprawie rotacyjnego przywództwa zapadną w marcu.

 

Rz

 

 

Ciekawa kompilacja wypowiedzi rosyjskich wojskowych i politologów w dzisiejszej "Rzeczpospolitej" (autorstwa Andrzeja Pisalnika), dotycząca budowy w Polsce i Czechach elementów amerykańskiej tarczy antyrakietowej. Rosjanie próbują przewidzieć reakcję Kremla i zapowiadają, że najpewniej w Polskę i Czechy wycelowane zostaną rosyjskie rakiety z głowicami nuklearnymi, do Kaliningradu trafi część strategicznej floty rosyjskiej etc. Na koniec czeski ekspert wojskowy Stanislav Kaucky - warto zauważyć, że podobne rozwiązanie proponują Rosjanie - twierdzi, że amerykańskie antyrakiety powinny zostać umieszczone we Włoszech lub w Turcji, gdzie mogłyby skuteczniej strącać rakiety wystrzelone z Iranu.

 

 

Ważne oświadczenie na drodze do prawdziwego pokoju w Irlandii Północnej, które może doprowadzić do przywrócenia (rozwiązanego w 2002 roku) rządu w tym kraju. Gerry Adams, lider Sinn Fein (niegdyś politycznego ramienia Irlandzkiej Armii Republikańskiej - IRA) ogłosił, że jego partia zaakceptowała miejscową policję, w której coraz więcej funkcjonariuszy stanowią katolicy. Wcześniej była ona zdominowana przez protestanckich lojalistów. Możliwy stał się więc trwały pokój i przywrócenie demokratycznego porządku w Irlandii Północnej. Na drodze do sukcesu stoi jednak Ian Paisley, przywódca największej partii protestanckiej (Democratic Unionist Party), który musi zgodzić się na podzielenie się władzą z Sinn Fein po marcowych wyborach parlamentarnych. Do tej pory nie był on chętny do oddania części władzy Sinn Fein, a i teraz jeszcze nie znamy jego odpowiedzi na słowa Adamsa. Tymczasem premier Tony Blair dał jasno do zrozumienia, że jeśli Paisley i Adams nie dogadają się w kwestii podziału władzy, wybrany w marcu parlament zostanie rozwiązany i rząd ponownie nie powstanie. Oznacza to kontynuowanie rządów przez wyznaczonego przez Londyn przedstawiciela, zwanego ministrem ds. Irlandii Północnej.

 

Na koniec zapraszam do przeczytania krótkiego tekstu traktującego o feralnej kolacji prezydenta Juszczenki, podczas której został on otruty dioksynami. Tekst Tatiany Serwetnyk.

20:58, p.wolejko , Prasa
Link Dodaj komentarz »
sobota, 27 stycznia 2007

Rzeczpospolita

2 lutego w Prisztinie wysłannik ONZ, były prezydent Finlandii, Marti Athisaari ogłosi plan dla Kosowa. Pewne szczegóły wyciekły już do mediów i wiadomo, że Serbia utraci prowincję, którą uważa za kolebkę swojego państwa. To bowiem na Kosowym Polu w 1389 roku miała miejsce niezwykle ważna bitwa, w której starły się wojska serbskie pod wodzą księcia Lazara i armia sułtana osmańskiego Murada I. I choć wkrótce Serbia straciła suwerenność, miejsce bitwy jest dla Serbów niezmiernie istotne. Teraz mają Kosowo utracić, a warto przypomnieć, że w niedawnej (zeszłorocznej) noweli konstytucji zawarto przepis o brzmieniu: "Kosowo należy do Serbii". O ile nie może to mieć charakteru obowiązującego w prawie międzynarodowym, będzie jednak powodem wiecznych niesnasek między Serbią a Kosowem. Samo Kosowo najpewniej otrzyma ograniczoną niepodległość - co to konkretnie znaczy, dowiemy się 2 lutego. A więcej o sytuacji ekonomicznej w Kosowie oraz o opiniach Serbów dowiecie się czytając artykuł w "Rzeczpospolitej".

Gazeta Wyborcza

Następna informacja powinna być zakwalifikowana do kategorii "śmiechawostka", ale w Rosji uchodzi więcej niż w innych krajach. Otóż być może na czele nowej partii Sprawiedliwa Rosja (kierowanej obecnie przez Siergieja Mironowa, szefa Rady Federacji Rosyjskiej) stanie żona obecnego prezydenta - Ludmiła Putin. Sprawiedliwa Rosja ma odebrać elektorat komunistom oraz nacjonalistom, a później stać się jedną z dwóch (razem z Jedną Rosją) partią w systemie dwupartyjnym. Kreowanie przez Kreml partii to praktyka mająca już dość bogatą tradycję, więc jeśli rzeczywiście zdecydowano o wykreowaniu Ludmiły Putin na liderkę nowej formacji, to tak się stanie. Tworzenie przez władzę partii teoretycznie antykremlowskich ma na celu mamienie wyborców możliwością wyboru. Faktycznie, to Kreml pociąga za wszystkie sznurki i ustala, która partia ile będzie miała głosów i jaką będzie miała siłę. Partie te tworzą wrażenie niezależnych, ale jeśli ich liderzy będą nielojalni wobec władzy, szybko zostaną ukarani - a partia rozbita, podzielona lub obsadzona przez godnego zaufania polityka. Taki los spotkał Władimira Ryżkowa i jego partię Rodina. Zachęcam do przeczytania artykułu Tomasza Bieleckiego.

Dziennik

W dzisiejszym "Dzienniku" warto zwrócić uwagę na debatę na temat polskiej polityki zagranicznej. Wszyscy rozmówcy, wśród nich m.in. nowy szef komisji zagranicznej Parlamentu Europejskiego Jacek Saryusz-Wolski, jednym głosem twierdzą, iż "Polska musi mówić jednym głosem". Wg Eugeniusza Smolara, prezesa Fundacji Batorego, obecnie górę nad celami strategicznymi wzięły cele taktyczne, co zniszczyło konsensu, który umożliwił Polsce wejście do NATO i Unii Europejskiej. Zauważa to także Saryusz-Wolski: "Coraz częściej natomiast zamiast harmonijnej współpracy pojawia się element kompletnego rozdźwięku między stanowiskami różnych partii." Troszkę inny punkt widzenia prezentuje Zdzisław Najder, były dyrektor Rozgłośni Polskiej Radia Wolna Europa, zdaniem którego mówienie jednym głosem nie może być celem samym w sobie. Uważa on także, iż "konsensus, jaki rzekomo panował do tej pory, był pozorny." Teraz mamy do czynienia z brakiem konsensusu nawet w koalicji rządowej, gdzie premier i wicepremierzy mają często skrajnie odmienne poglądy. Roman Kuźniar, dyrektor Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych, zwraca uwagę na to, że bardzo niekorzystnie na obrazie naszego kraju odbija się przenoszenie wewnętrznej dyskusji na tematy międzynarodowe na "forum europejskie albo globalne". Kompletne wypowiedzi ww. znajdziecie tutaj.

21:04, p.wolejko , Prasa
Link Dodaj komentarz »
piątek, 26 stycznia 2007

Dziennik

W dzisiejszym "Dzienniku" przeczytamy sporo na temat wizyty prezydenta Władimira Putina w Indiach. Rosyjski przywódca chce pokazać Zachodowi - zarówno Brukseli, jak i Waszyngtonowi - że może prowadzić interesy z azjatyckimi partnerami, zamiast z UE i USA. Rosja zwraca się ku Azji, gdyż nikt tam nie zadaje kłopotliwych pytań o demokrację i prawa człowieka, a popyt na surowce energetyczne jest tak samo wysoki. Rosję i Indie jeszcze z czasów sowieckich łączą szczególne relacje, kiedyś gospodarczo-militarne, dzisiaj głównie militarne. Zdecydowana większość indyjskiego sprzętu wojskowego pochodzi z Rosji, m.in. pierwszy indyjski lotniskowiec (dawniej rosyjski Admirał Gorszkow). Prezydent Putin przywiózł do Dehli interesujący pakiet ofert, który oparty jest na energetyce i sprzęcie wojskowym. Rosja zbuduje w Indiach 4 reaktory nuklearne i ma zamiar zwyciężyć w wartym kilka miliardów dolarów przetargu na ponad 100 myśliwców. Dodatkowo w "Dzienniku" można znaleźć ciekawy artykuł rosyjskiej politolog, która pisz, iż Rosja zamierza stworzyć sojusz z Chinami i Indiami jako przeciwwagę dla wpływów USA i wypchnąć Amerykę z Azji. Rozpisuje się na ten temat dość entuzjastycznie, jednak pomija dość poważną kwestię - realcje na linii Pekin-New Dehli nie są wcale najlepsze, i to mimo niedawnej wizyty prezydenta Hu Jintao w Indiach. Niestety nie mogę podać linku do tego tekstu, gdyż kontynuując złą tradycję "Dziennik" nie opublikował artykułu na swoim portalu.

Gazeta Wyborcza

Na pewno jednak Rosji i Chinom (i Indiom pewnie też) nie zależy na klęsce Amerykanów i NATO w Afganistanie. Wszystkie te kraje borykają się bowiem z problemem radykalnego islamu i ekstremistów, którzy przeprowadzają zamachy terrorystyczne. Swego czasu rosyjscy pogranicznicy pilnowali granicy Tadżykistanu z Afganistanem, chcąc zapobiec infiltracji tego kraju przez afgańskich islamistów, a także walcząc z przemytem narkotyków. Dlatego zwłaszcza Rosjanie powinni być zainteresowani w zakończeniu sukcesem misji NATO w Afganistanie, która ma zostać dofinansowana kwotą 7-8 miliardów dolarów, o co właśnie prezydent Bush poprosił Kongres. Z dodatkowych funduszy sfinansowane zostanie wysłanie do Afganistanu liczącej ok. 3,5 tys. żołnierzy dodatkowej brygady oraz odbudowa kraju - aby zyskać przychylność ludności cywilnej. Demokraci kontrolujący Kongres nie będą oponować w kwestii wyasygnowania dodatkowych pieniędzy, gdyż - słusznie zresztą - uważają, że z powodu Iraku Afganistan został zaniedbany i należy przywrócić to, co wcześniej udało się osiągnąć. Więcej w tekście Wojciecha Jagielskiego.

Rzeczpospolita

Konferencja w Paryżu przyniosła dobre wieści dla pogrążonego w wewnętrznym chaosie Libanu. Wczoraj w zamieszkach wywołanych na uczelni przez przeciwników rządu (zwolenników Hezbollahu) zginęły 4 osoby, a grubo ponad 100 zostało rannych. Sytuację musiało uspokajać wezwane przez rząd wojsko, a w Bejrucie wprowadzono godzinę policyjną. Warto przypomnieć, że od wielu miesięcy w Libanie trwa twarda walka między Hezbollahem a rządem Fauda Siniory - radykałowie wspierani przez Iran domagają się dymisji gabinetu (który wcześniej opuścili ministrowie reprezentujący Hezbollah), nowych wyborów i zwiększenia udziału swojej organizacji w nowym rządzie. Nie chce o tym słyszeć Faud Siniora, popierany przez sunnitów, część chrześcijan i druzów. Kraj podzielił się praktycznie na pół, gdyż zwolennicy obu koalicji (Hezbollah tworzy koalicję z częścią chrześcijan) reprezentują mniej więcej po 50% społeczeństwa. Wracając do Paryża, Liban dostał obietnicę uzyskania pomocy w wysokości ponad 7,5 miliarda dolarów, z czego najwięcej przekażą Arabia Saudyjska, Stany Zjednoczone i Bank Światowy. Obecny na konferencji premier Siniora zaapelował o hojność i zapewne w podtekście miał też redukcję części, sięgającego 41 miliardów dolarów, długu libańskiego - co stanowi 180% PKB. Ciekawe jednak co stanie się z obiecaną pomocą, gdy Hezbollahowi uda się wreszcie doprowadzić do dymisji rządu i - być może - przejęcia władzy. Czy nastąpi zamrożenie funduszy, jak miało to miejsce w momencie przejęcia władzy w Autonomii Palestyńskiej przez radykalny Hamas?

20:50, p.wolejko , Prasa
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 8
Zakładki:
1. Dyplomacja w Sieci
2. Blogi zagraniczne
3. Think-tanki
4. Media zagraniczne
5. Blogi polskie
6. Militaria
7. Periodyki
liczniki
Dyplomacja on Facebook