piątek, 30 stycznia 2009

Pośród wielu decyzji, jakie zdążył podjąć już Barack Obama była m.in. autoryzacja nalotów bezzałogowych predatorów na cele Talibów po pakistańskiej stronie granicy, o co Pakistan ma coraz większe pretensje (zapewne werbalne, gdyż po cichu przynajmniej ściska kciuki za powodzenie Predatorów).

W tej chwili uwagę nowego prezydenta skupia głównie kryzys gospodarczy, który każdego dnia zjada dziesiątki tysięcy amerykańskich miejsc pracy. Na Kapitolu trwają gorączkowe przygotowania gigantycznego planu pobudzającego gospodarkę, być może sięgającego nawet 900 miliardów dolarów. Demokratyczna większość w Kongresie, nad czym boleje na łamach New York Timesa David Brooks, wrzuca do planu rozmaite wydatki, w tej chwili absolutnie zbędne. Zdaniem Brooksa obecna propozycja tzw. stimulus package "próbując rozwiązać wszystkie problemy na raz, żadnego z nich nie rozwiązuje dobrze".

Nowy prezydent nie ma jednak komfortu Franklina Delano Roosevelta i nie może zająć się wyłącznie porządkowaniem własnego podwórka. Obama musi działać na wielu frontach jednocześnie. Do Davos nie pojechał, ale udzielił wywiadu telewizji al-Arabiya. Zostało to odebrane pozytywnie, jako próba wykorzystania ogromnego kapitału politycznego do poprawienia wizerunku Ameryki w oczach świata islamskiego. Jednak na Obamę nie leje się tylko lukier i za słowa wypowiedziane w al-Arabiyi spotkała go krytyka ze strony komentatora Washington Post Charlesa Krauthammera.

Publicysta krytycznie ocenia propozycję "nowego otwarcia, opartego na wspólnych interesach i wzajemnym zrozumieniu" oraz "przywrócenia (...) szacunku i partnerstwa, łączących Amerykę ze światem islamu 20, 30 lat temu". "Zadziwiające", pisze Krauthammer, "w ciągu tych ostatnich dwudziestu lat - w okresie domniemanego ochłodzenia naszych stosunków i lekceważenia świata islamu - Ameryka nie tylko szanowała muzułmanów, ale wykrwawiała się za nich". Krauthammer przypomina zaangażowanie Stanów Zjednoczonych w pięć militarnych kampanii we wskazanym przez Obamę czasie, spośród których każda była związana - i prowadziła do - wyzwolenia wyznawców Allaha: Bośnia, Kosowo, Kuwejt, Afganistan i Irak.

Ameryka interweniowała także w Somalii, próbując pomóc głodującym mieszkańcom tego kraju. "W ciągu ostatnich dwudziestu lat ten naród [Amerykanie - przyp. PW] zrobił dla cierpiących i uciskanych muzułmanów więcej niż jakikolwiek inny naród, muzułmański bądź nie-muzułmański, na świecie" - pisze Krauthammer. "Dlaczego więc przepraszamy?" - pyta, adresując swoje uwagi do prezydenta Obamy. Mocno konserwatywny pogląd Krauthammera, jednak ma on sporo racji. Zwłaszcza europejskie interwencje - Bośnia i Kosowo - są dla Amerykanów powodem do dumy.Podobnie mogło być w Somalii, ale po rajdzie na Mogadiszu wycofali się oni z podkulonym ogonem.

Komentator Washington Post obawia się, że miękkość Obamy zostanie wykorzystana przeciwko niemu. Swój interesujący artykuł zamyka stwierdzeniem prezydenta Iranu Mahmuda Ahmadineżada, według którego poprawa stosunków ze Stanami Zjednoczonymi jest możliwa, "jeśli Amerykanie przeproszą za 60 lat zbrodni i przestępstw przeciwko Iranowi". Trochę na zasadzie "podaj dłoń, a wezmą całą rękę".

Tym samym płynnie przechodzimy do Iranu, który stanowi dla Białego Domu twardy orzech do zgryzienia. Jerusalem Post cytuje słowa rzecznika Obamy, Roberta Gibbsa, który zapewnia, że "prezydent nie zmienił zdania i uważa, że powinien zachować wszystkie opcje". Tłumacząc z polskiego na nasze, opcja militarna nadal jest na stole i Obama nie zamierza z niej rezygnować. Ktoś pamięta jeszcze krytykę spływającą na Busha, gdy ten mówił o "opcji militarnej" i nie chciał jej wykluczyć? To było be. Teraz Obama nie wyklucza ataku na Iran, i na razie jest cacy. Ale to tak na marginesie, gdyż warto mieć wiele opcji, w tym ostateczną, gotowe do realizacji.

Tymczasem, na co zwraca uwagę Guardian, postępowanie nowej administracji, a Obamy w szczególności, powoduje napięcia wewnątrz irańskiego kierownictwa. Część establishmentu w Teheranie jest gotowa odmrażać stosunki z Ameryką, część nadal jest nieprzejednana i odrzuca taką możliwość.Warto również zwrócić uwagę na artykuł Sama Gardinera w Asia Times, w którym wskazuje na próbę zacieśnienia przez Rosję więzi z Iranem. W Moskwie mówi się o strategicznym partnerstwie, a wszystko "kręci się" wokół gazu ziemnego. Kreml dobrze wie, że Iran jest główną alternatywą dla Europy, jeśli ta chce uniezależnić się od rosyjskich dostaw błękitnego paliwa. Trzeba więc zdusić taką możliwość w zarodku.

Rosjanie wspierają irański program atomowy, budując elektrownię jądrową w Bushehr i dostarczając do niej paliwo, a także sprzedają Iranowi zaawansowane uzbrojenie, m.in. rakietowy system obrony powietrznej S-300. Irańczycy nie są jednak w ciemię bici i ostrożnie patrzą na rosyjskie plany. Teheran ma własne ambicje i, na co słusznie zwraca uwagę Gardiner, chce zbudować własną silną pozycję, a nie być cieniem Rosji.

Gardiner zwraca uwagę na jeszcze jedną bardzo istotną kwestię - przygotowywaną narodową strategię bezpieczeństwa, która ma być przyjęta pod koniec lutego br. Dokument, bez wskazywania Ameryki z imienia wyraźnie pokazuje, że to właśnie Stany Zjednoczone będą głównym przeciwnikiem Rosji w najbliższej dekadzie. Zdaniem rosyjskich planistów, dekada ta upłynie pod znakiem walki o surowce energetyczne, a w regionie Bliskiego Wschodu i Azji Centralnej może wywołać konflikt militarny. Jak można się domyślać, także konflikt między Stanami Zjednoczonymi a Rosją.

Relacje z Rosją i Iranem są dla Ameryki bardzo istotne. Obama musi znaleźć sposób na rozbicie cichego sojuszu Moskwy z Teheranem, spróbować odmrozić stosunki irańsko-amerykańskie oraz, ale o tym już wielokrotnie wcześniej pisałem, doprowadzić do rozwiązania konfliktu izraelsko-palestyńskiego. Bardzo osłabi to pozycję Iranu w regionie, co może ułatwić Obamie zadanie wymienione jako drugie w powyższym wyliczeniu. Z najbardziej palących spraw jest jeszcze Afganistan i Pakistan, który jest państwem w dużej mierze wirtualnym. Trudno uwierzyć, aby poprawa sytuacji w Afganistanie była możliwa bez naprawy sytuacji w Pakistanie, ale Stany Zjednoczone nie mają wyjścia.

Change we can believe in - nawet jeśli nie wierzymy, Obama wierzyć musi. I musi działać.

Piotr Wołejko


Przeczytaj też:

 

Więcej tekstów oraz autorów na portalu Polityka Globalna:
 
wtorek, 27 stycznia 2009

Wiatr zmiany w Ameryce wyniósł do władzy nowego prezydenta. Zmiana była hasłem przewodnim jego kampanii wyborczej. W obliczu ostatnich wydarzeń w Strefie Gazy warto, aby Barack Obama poddał wnikliwej ocenie specjalne stosunki łączące Stany Zjednoczone z Izraelem.

Wielki entuzjazm na świecie, związany z osobą 44. prezydenta USA, pozwala wierzyć w możliwość poprawy wizerunku Ameryki w wielu jego regionach i zakątkach. Aby zmiana mogła nastąpić należy nie tylko obrać jasną strategię działań, ale także zająć wyraźne stanowisko w wielu istotnych kwestiach. Na pierwszy plan wysuwa się konflikt izraelsko-palestyński, którego najświeższy akord dogasa właśnie w zgliszczach wielu miejsc w Strefie Gazy.

Podsumowując konkluzje Johna J. Mearsheimera i Stephena M. Walta, autorów omawianej na niniejszym blogu świetnej książki "The Israel Lobby and US Foreign Policy" (Izraelskie Lobby a Polityka Zagraniczna Stanów Zjednoczonych), można powiedzieć jedno - Niech Ameryka zacznie traktować Izrael jak normalne państwo. Nie ma bowiem powodów, aby amerykańscy podatnicy subsydiowali zamożny i potężny militarnie Izrael, a także aby politykę Waszyngtonu w regionie definiowały poglądy, obawy i interesy Izraela.

Izrael wielokrotnie pokazywał, że jego własne interesy zawsze stoją na pierwszym miejscu, nawet jeśli w danej sytuacji wyrządzały lub groziły wyrządzeniem poważnych szkód interesom Stanów Zjednoczonych. W ostatnich latach było to aż nadto widoczne, podczas ataku na Irak, drugiej wojny libańskiej czy inwazji na Gazę - rozpoczętej w okresie świąt Bożego Narodzenia. Rządzący Ameryką przyjmowali optykę proizraelską, kierując się w wielu przypadkach interesem Izraela, a nie Ameryki.

Oprócz ogromnego wsparcia politycznego, Izrael od dekad otrzymuje potężne wsparcie finansowe od Wujka Sama. Rzeka pieniędzy trafia w większości z powrotem do Stanów, konkretnie do amerykańskiej zbrojeniówki. Z niewieloma wyjątkami, Izrael mógł kupować najnowocześniejszy i najlepszy amerykański sprzęt. Poza bezpośrednim zastrzykiem gotówki Izrael otrzymuje również bardzo korzystnie oprocentowane pożyczki oraz granty, z których nie musi się w ogóle rozliczać.

Pomyślałby ktoś, że dzięki temu Waszyngton de facto kieruje poczynaniami Izraela, albo przynajmniej posiada decydujący głos w kluczowych sprawach, które dotykają także żywotnych interesów Stanów Zjednoczonych. Nic bardziej błędnego. Przez ostatnie lata wydawało się, że jest zupełnie inaczej - że to Izrael de facto kieruje poczynaniami Ameryki w regionie. To jak w starym kawale z okresu głębokiego PRL: "My dajemy Związkowi Radzieckiemu węgiel, a w zamian Związek Radziecki bierze od nas zboże" (znam różne modyfikacje tego żartu).

Motywy tak silnego wsparcia udzielanego Izraelowi to albo mity albo piękne hasła, które znajdują niewłaściwe zastosowanie. Najśmieszniej brzmi teza o słabym Izraelu otoczonym potężnym, ziejącym nienawiścią, arabskim oceanem, który tylko czeka aby zepchnąć Żydów do morza. Od 1947 roku, kiedy rozpoczęły się starcia pomiędzy izraelską a arabską partyzantką w Palestynie po dziś dzień Izrael zawsze był od swoich przeciwników silniejszy. Siła tkwi bowiem nie w liczbie, nawet nie w zagranicznym wsparciu, ale w wyszkoleniu i zdolnościach organizacyjnych Izraelczyków.

Z biegiem lat przewaga Izraela stawała się coraz większa, a od wejścia Izraela w posiadanie broni A wszelkie porównania straciły sens. To jest jednak mniej ważne, gdyż Arabowie, a potem kraje arabskie nie były i nie są w stanie zrównoważyć potęgi militarnej maleńkiego Izraela siłą swojej populacji. Kolejne wojny obnażyły słabość Arabów, a decydujące wojny miały miejsce jeszcze przed powstaniem szczególnych relacji izraelsko-amerykańskich, zanim do Izraela zaczął trafiać w wielkich ilościach sprzęt made in USA.

Nie ma więc mowy o zepchnięciu Izraela do morza i nikt poza garstką radykałów z Hamasu czy Hezbollahu (bardziej zresztą, aby zyskać poparcie, niż z intencją realizacji) takich haseł nie głosi. Nie traktuję poważnie gróźb płynących z Teheranu, gdyż prezydent Ahmadineżad mówi Chavezem, ale z jego słów mało wynika. Persowie nie są także idiotami i dobrze wiedzą, że mogą sobie co najwyżej pokrzyczeć, gdyż Izrael nie cofnie się przed niczym dla obrony własnych interesów, w szczególności własnego istnienia. Istnienia, które nie jest zresztą zagrożone, i to co najmniej od 1973 roku.

Argument mówiący o wspieraniu słabszego oznacza, że Stany powinny czym prędzej wesprzeć Palestyńczyków i sąsiadów Izraela. Szczególna bliskość w sferze idei i wartości łączy Amerykanów nie tylko z Izraelem, ale także Kanadą, Polską, Indiami czy Nową Zelandią - z tego powodu państwa te nie otrzymują od amerykańskich podatników dotacji idących w miliardy dolarów rocznie. Jak słusznie zauważają Mearsheimer i Walt, Ameryka wspiera istnienie wielu państw i demokrację jako preferowaną formę rządów na całym świecie. Nie ma więc nic szczególnego w tym, że Izrael także jest demokracją.

Co więcej, Stany Zjednoczone świetnie układały się i nadal układają z państwami, w których rządzą autokratyczne reżimy, mające w głębokim poważaniu idee wolności, sprawiedliwości czy prawa człowieka. Nie ustaje więc także teza o wspieraniu Izraela jako jedynej prawdziwej demokracji na Bliskim Wschodzie - bo co to ma do rzeczy? Owszem, Stany preferują demokrację (ja również), ale skoro można się dogadać z takim Mubarakiem czy saudyjskim królem Abdullahem, to można by się dogadać z jakimś dyktatorem izraelskim.Dla obrony szczególnych stosunków izraelsko-amerykańskich miesza się różne pojęcia i podejścia.

Brak jest racjonalnych argumentów uzasadniających niemal bezgraniczne wsparcie udzielane Izraelowi przez USA. Barack Obama, aby wprowadzić prawdziwą zmianę w amerykańskiej polityce zagranicznej musi doprowadzić do znormalizowania relacji na linii Waszyngton-Jerozolima. Nie oznacza to w żadnej mierze zerwania stosunków dyplomatycznych czy gwałtownego odcięcia się od Izraela. Oznacza to tylko - i aż - tyle, że Ameryka przestanie traktować Izrael niczym państwo specjalnej troski, nad którym musi być rozciągnięta specjalnego rodzaju kuratela.

Czas skończyć z drenowaniem kieszeni amerykańskich podatników i prawie bezwarunkowym poparciem politycznym. Ameryka powinna wspierać Izrael wtedy, gdy jest to w jej interesie, a gorąco sprzeciwiać się izraelskim działaniom, gdy szkodzą one interesowi Stanów Zjednoczonych. Po 60 latach istnienia czas odciąć pępowinę dokarmiającą kwitnącą gospodarkę i zamożnych Izraelczyków. Czas też nawiązać chociażby do prezydenta Eisenhowera i twardo domagać się realizacji konkretnych posunięć. Ike wymusił wycofanie się z zajętych w 1956 roku terenów, Obama także mógłby wymusić na Izraelu rozpoczęcie rzeczywistych (nie jak dotąd pozorowanych) rozmów z Palestyńczykami.

Tym bardziej, że od losu tych rozmów i poczynań Izraela w dużej mierze zależą możliwości współpracy Ameryki z krajami arabskimi. Z Rijadu płyną już zawoalowane ostrzeżenia. Rozsądna propozycja niemal leży na stole, trzeba tylko zebrać przy nim przedstawicieli zainteresowanych stron (niestety, Hamasu też) i rozmawiać. Dobra wola jest niezbędnym elementem sukcesu, a Obama może ją na stronach sporu wymusić i dołożyć coś od siebie. W tej chwili ma ogromny kapitał polityczny i tylko od niego zależy, w co go zainwestuje.

Traktujmy Izrael jak normalne państwo - powinien powiedzieć sobie Obama. Ale nie tylko on - wielu publicystów, blogerów i komentatorów także. Próba rozprawy z Hamasem pokazała - nad czym boleję - że stronnicy Izraela oprócz propagandowej papki nie potrafią wiele powiedzieć/napisać. Może podświadomie, ale traktują Izrael jako kraj wyjątkowy i wymagający wsparcia. Jednak chodzi im o wsparcie nieograniczone, bezwarunkowe i bezkrytyczne. Na to nie może być zgody. Izrael nie jest wyjątkowy, nic mu poważnie nie grozi, a kiedy są po temu podstawy, ja i wielu jego obecnych krytyków udziela mu poparcia. Mało kto kwestionuje także prawo Izraela do istnienia, ta kwestia nie istnieje.

Takiego stanowiska wypada oczekiwać od Obamy i jego administracji. W innym wypadku będziemy mieli do czynienia z kontynuacją polityki Busha.

Piotr Wołejko


Przeczytaj też:

 

Więcej tekstów oraz autorów na portalu Polityka Globalna:
 

 

sobota, 24 stycznia 2009

Wojna w Gazie dobiegła końca. Kosztowała życie grubo ponad tysiąc osób, najpewniej w większości cywilów. Nie ma mowy o chirurgicznych i precyzyjnych uderzeniach, ale od początku jasne było, że nie ma szans na ataki spełniające powyższe kryteria. Niemalże w przeddzień wyborów parlamentarnych Izrael zafundował sobie największą militarną operację od ataku na Liban z lata 2006 roku.

Ciekawe podsumowanie inwazji na Gazę, w postaci pytań i odpowiedzi, znajdziemy w Ynetnews. Czy Izrael wyciągnął wnioski z poprzedniego starcia (z Hezbollahem)? Nie wiadomo. Na teraz można stwierdzić, że łatwiej jest zwyciężyć, gdy nie ma przeciwnika. Czy Palestyńczycy wyciągnęli wnioski? Nie. Śmierć i destrukcja nie edukują narodów. Ponad tysiąc zabitych Izraelczyków podczas drugiej intifady nie przekształciło nas w miłośników pokoju - czytamy w Ynetnews. Nie staliśmy się także bardziej umiarkowani.

W dzisiejszej Gazecie Wyborczej opublikowano przejmujący i mądry tekst Davida Grossmana, izraelskiego pisarza, którego fragmenty pozwolę sobie in extenso zacytować:

"(...) ostatnia wojna w Gazie jest tylko kolejnym etapem drogi pośród ognia, przemocy i nienawiści. Idąc nią, raz wygrywamy, raz przegrywamy, ale jej ostatecznym kresem jest zniszczenie.

Cieszymy się w Izraelu, że tą kampanią odrobiliśmy porażkę w drugiej wojnie libańskiej. A powinniśmy słuchać tych, którzy mówią, że sukces Sił Obronnych Izraela nie jest niezbitym dowodem rozpętania operacji na taką skalę. I z pewnością nie usprawiedliwia metod osiągania celów przez naszą armię. Sukces dowodzi tylko tego, że Izrael jest silniejszy od Hamasu i że w pewnych sytuacjach potrafi zdobyć się na twarde okrucieństwo."

Trzeba bowiem powiedzieć wprost, że inwazja na Gazę nie zakończyła się sukcesem. Oczywiście sukcesu nie odniósł także Hamas. Wręcz przeciwnie - Izrael zadał mu ciężkie straty, zabił wielu wysoko postawionych członków tej organizacji, odciął chwilowo drogi zaopatrzenia w broń i amunicję, wymusił wstrzymanie ostrzału rakietowego terytorium Izraela. Jednak Izraelowi z pewnością chodziło o coś innego, co mówili zresztą wprost zarządzający wojną członkowie rządu i generalicji - eliminacja Hamasu, pozbawienie go władzy.

Tego nie udało się osiągnąć i w ogóle wydaje się wątpliwe, aby był to cel możliwy do zrealizowania bez ponownej okupacji Strefy Gazy przez izraelskie wojsko. Bez wątpienia jednak tylko wyrugowanie Hamasu z Gazy i zainstalowanie "przyjaznego" Izraelowi rządu (zapewne prezydenta Abbasa) było prawdziwym celem operacji. Odpowiedź na samo wystrzeliwanie rakiet mogły stanowić naloty czy wypady małych oddziałów, które działałyby punktowo, eliminując "lotne ekipy" wystrzeliwujące Kassamy na terytorium Izraela.

Brutalna prawda jest taka, że interwencja Izraela w Gazie przyniesie co najwyżej podobny skutek jak inwazja na Liban. Wojna z Hezbollahem ugruntowała pozycję tego ugrupowania na libańskiej scenie politycznej i doprowadziła do osłabienia prozachodniego rządu Fouda Siniory. O ile Hezbollah praktycznie zaprzestał ostrzału rakietowego Izraela, wojna z 2006 roku okazała się dla tego ugrupowania wyjątkowo korzystna i Hassan Nasrallah może być Izraelowi wdzięczny.

Ten sam scenariusz szykuje się w Gazie. Hamas zapewne powstrzyma się od ostrzału rakietowego, ale zyska w oczach mieszkańców Strefy Gazy i, kiedy się odbuduje, będzie o wiele silniejszy niż przed grudniową inwazją. Rekrutów Hamasowi nie zabraknie, a irańskie i syryjskie pieniądze, najpewniej uzupełnione o miliardową pomoc międzynarodową, pozwolą pokazać się Hamasowi jako świetnemu gospodarzowi. Hamas nie zmięknie, tak jak jego retoryka. Izrael, poza uwolnieniem się od rakiet, nie odniesie żadnych korzyści. Oddajmy ponownie głos Davidowi Grossmanowi:

"Kiedy wszyscy ujrzą ogrom zniszczeń i ofiar; może społeczeństwo izraelskie odrzuci na chwilę skomplikowane mechanizmy wsparcia i umacniania wiary we własną nieomylność. Może wreszcie zrozumiemy fundamentalną prawdę - że nasze postępowanie w regionie było od dawna błędne, niemoralne i niemądre. Że raz po raz rozdmuchiwaliśmy spalający nas płomień".

Grossman w żadnym razie nie usprawiedliwia postępowania Palestyńczyków. Wskazuje jednak na niepodważalny fakt - że to Izrael dysponuje narzędziami niezbędnymi do rozwiązania konfliktu. Grossman pisze:

"(...) wielokrotnie silniejszy [od Palestyńczyków - przyp. PW] Izrael dysponuje ogromnymi możliwościami ograniczenia przemocy po obu stronach. Dlatego też od niego w znacznej mierze zależy, czy uda się wyciszyć konflikt i wyrwać obie strony z kręgu przemocy. Ostatnia operacja militarna dowodzi, że nie rozumie tego chyba nikt w izraelskim kierownictwie - nikt nie docenia w pełni roli tego zasadniczego punktu całego sporu."

Izrael posiada niezbędne zasoby i narzędzia, a także łatwo może zdobyć zagraniczne wsparcie, aby rozwiązać problem izraelsko-palestyński. Jednak brutalny pokaz siły i przemoc nie są rozwiązaniem. To nie samoloty, helikoptery i czołgi mogą zdziałać przysłowiowe cuda.

"W końcu przecież nadejdzie dzień, kiedy zechcemy uleczyć rany, któreśmy właśnie zadali. Lecz jak to sprawić, skoro nie rozumiemy, że wojsko nie może być głównym instrumentem potwierdzania naszej obecności wśród i obok narodów arabskich?

(...) Kiedyś rozwieją się dymy rozsnuwane przez polityków ogłaszających całkowite zwycięstwo. Kiedyś zrozumiemy, do czego naprawdę doprowadziła ta operacja i jak wielka jest przepaść między deklaracjami a tym, co faktycznie wiedzieć musimy, żeby wieść normalne życie w tym miejscu. Kiedyś wreszcie przyznamy, że cały naród dał się tak łatwo omamić, bo bardzo chciał uwierzyć, że operacja w Gazie uleczy libańską traumę.

A wtedy skierujemy oczy na tych, którzy raz po raz podsycali zauroczenie potęgą i pychę izraelskiego społeczeństwa. Tych, którzy przez lata kazali nam szydzić z wiary w pokój i nadzieję na jakąkolwiek zmianę stosunków z Arabami. Którzy tłumaczyli nam, że do Arabów przemawia tylko argument siły, więc tylko tym językiem możemy się z nimi komunikować.

Tak często rozmawialiśmy z nimi tym i tylko tym językiem, że zapomnieliśmy o istnieniu innych, którymi można się porozumiewać - nawet z nieprzyjaciółmi i nawet tak nieprzejednanymi jak Hamas. (...) Rozmawiać z Palestyńczykami. Oto główny wniosek, jaki powinniśmy wyciągnąć z tej ostatniej, krwawej rundy wojny. Rozmawiać nawet z tymi, którzy odmawiają nam prawa do istnienia w tym miejscu. Zamiast ingnorować Hamas, najlepiej wykorzystać obecną sytuację i z myślą o porozumieniu wejść w dialog z całym narodem palestyńskim. Rozmawiać, żeby zrozumieć, że rzeczywistość nie sprowadza się do hermetycznej historii, którą my i Palestyńczycy opowiadamy sobie od pokoleń, w której uwięźliśmy, a która składa się w niemałej części z urojeń, pragnień i koszmarów.

(...) Rozmawiać w ramach przemyślanej strategii, inicjować dialog, mówić do ściany, mówić i wtedy, gdy nie przynosi to owoców. Na dłuższą metę taki upór przysłuży się o wiele bardziej naszej przyszłości niż setki samolotów zrzucających bomby".

Reasumując wywody Grossmana, Izrael musi spojrzeć prawdzie w oczy i przestać odrzucać rzeczywistość. Polityka izolacji Hamasu w Strefie Gazy (wraz z jej populacją) nie doprowadziła do niczego poza ostatnią eskalacją przemocy. Wzmacnianie prezydenta Abbasa w Zachodnim Brzegu to fikcja, a inwazja na Gazę tylko podkopała - i tak już słabą - pozycję tego umiarkowanego przywódcy. Zamiast powtarzać politykę USA wobec komunistycznej Kuby, gdzie embargo i izolacja także nie przyniosły żadnych efektów oprócz pauperyzacji ludności wyspy, należy zaangażować się w dialog także z Hamasem.

Brzmi to może szokująco, bo jakże - oburzą się niektórzy - rozmawiać z terrorystami? Dlaczego Bush zamiast zaprosić bin Ladena na kawę zaatakował Afganistan a potem Irak? Jest to jednak porównanie w niczym nieuprawnione i zwyczajnie absurdalne. Izrael nie może nie rozmawiać z przedstawicielami terytorium znajdującego się pod jego bokiem, zarządzającymi półtoramilionową społecznością. Nie można rozmawiać z jedną częścią Palestinian Authority i ignorować drugą. Takie rozmowy są niczym innym niż pozorowaniem gotowości do dialogu i zwodzeniem siebie, własnych obywateli i społeczności międzynarodowej.

Dopóki w Izraelu nie przejmie władzy lider, który ma wystarczającą determinację, aby doprowadzić do prawdziwego porozumienia, dopóty Izrael tkwić będzie w stanie zawieszenia. Przerwanie zaklętego kręgu przemocy i nienawiści zależy w 90 procentach od Izraela. USA mogą to tylko wesprzeć, a Palestyńczycy mają niewiele do powiedzenia. Nawet gdyby chcieli porozumienia, dopóki Izrael go nie zechce, także będą w stanie zawieszenia i permanentnego strachu przed izraelską bombą, która w każdej chwili może spaść na ich ulicę, dom, szkołę czy szpital.

Niestety, nic nie wskazuje na to, aby Izraelowi zachciało się chcieć...

Piotr Wołejko


Wcześniejsze wpisy o Izraelu i konflikcie izraelsko-palestyńskim:

środa, 21 stycznia 2009

Barack Obama oficjalnie został prezydentem Stanów Zjednoczonych. Wczoraj złożył prezydencką przysięgę i odwiedził kilka bali zorganizowanych na jego cześć. Od dziś nie ma już starego Baracka Obamy. Jest prezydent Obama. Można by rzec - wreszcie.

Dawno żaden prezydent nie obejmował urzędu z tak ogromnym kapitałem politycznym oraz kapitałem zaufania opinii publicznej. Dawno żaden polityk nie budził w kraju i na świecie tak wielkiego entuzjazmu i zainteresowania. Chyba żaden amerykański prezydent w historii nie wzbudzał tak wielkich oczekiwań i nadziei. Młody senator z Chicago wyrósł na gwiazdę swojej partii w roku 2004, a już cztery lata później zdobył jej nominację i wygrał wybory prezydenckie.

Błyskotliwa kariera była możliwa tylko dzięki wielkiej charyzmie oraz rzadkiej umiejętności dobierania sobie świetnych współpracowników - osób kreatywnych, zdolnych i często mądrzejszych od siebie. Obama zachwycił opinię publiczną w Stanach, a media oszalały na jego punkcie. Chwilę później fala obamamanii rozlała się po świecie. W pewnym momencie można było odnieść wrażenie, co celnie zauważył republikański konkurent Obamy - produkując stosowną reklamówkę telewizyjną - że Obama jest bardziej celebrytą, niż politykiem. Zachwytom mediów nad Obamą nie było końca i nawet głoszący antyamerykańskie hasła pastor Wright nie okazał się kłopotliwym problemem.

Wczorajsza inauguracja była imponująca. Jak zwykle Obama wygłosił dobre przemówienie. Mnie szczególnie zapadło w pamięć dość banalne stwierdzenie, które w obecnych realiach jest jednak wyjątkowo celne i ważne - "Wielkość nie jest dana. Na wielkość trzeba zapracować". Amerykanów i prezydenta Obamę czeka długa i ciężka praca, żeby wyprowadzić kraj na prostą. Festiwal złych lub fatalnych informacji o gospodarce nie chce się skończyć - indeksy giełdowe tracą, produkcja spada, miliony Amerykanów zwolniono z pracy, wielu z nich straciło domy.

Oczekiwania wewnętrzne są ogromne, a zagraniczne niewiele mniejsze. Niektórzy chyba naprawdę uwierzyli w to, że Obama zbawi świat, że rozwiąże problemy, które od lat nie mogą zostać rozwiązane. Kapitał polityczny nowy prezydent ma tak wielki, jak nikt w historii. Skala wyzwań jest wręcz przytłaczająca. Obama nie będzie mógł być wszędzie i nie będzie mógł zajmować się wszystkim. Nie starczy mu na to sił, środków i ludzi. Oczywiste jest, że cała masa spraw zejdzie na dalszy plan, a część zostanie odłożona ad calendas graecas.

Tytułowe rozczarowanie może pojawić się bardzo szybko, a kapitał, którym dysponuje Obama, może zmniejszyć się w tempie, w jakim amerykańskie banki traciły na wartości w ostatnich miesiącach. Prezydent, wówczas jeszcze elekt, tonował nadzieje i przebąkiwał o tym, że nie ma mocy cudotwórczych. Już wiemy, że Guantanamo nie zostanie zamknięte błyskawicznie, a wycofanie wojsk z Iraku może zająć więcej niż 16 miesięcy. Już w listopadzie bardziej lewicowo nastawieni Demokraci nie kryli, że słowa i nominacje do administracji Obamy są dla nich zawodem.

Aby uzdrowić gospodarkę Obama będzie musiał prezentować się jako centrysta i pragmatyk. Albo pozwoli mu to zebrać szerokie poparcie w Kongresie i zrealizować program naprawczy, albo zostanie zepchnięty do defensywy przez jastrzębi z obu wrogich sobie obozów. Obama musi reprezentować milczącą większość i nie dać zepchnąć się lewicowym bądź prawicowym radykałom do narożnika. Siedzący na barykadzie zawsze obrywają podwójnie, ale tak właśnie musi zachowywać się nowy prezydent. A nie będzie łatwo, bo jego własna partia może stać się szybko jego największym problemem. Powściągnięcie apetytów powiększonej w ostatnich wyborach demokratycznej większości może okazać się większym wyzwaniem od przekonania części Republikanów do poparcia poszczególnych inicjatyw.

Bałagan w kraju, sporo wyzwań za granicą. Obama nie będzie miał komfortu w postaci możliwości skupienia się na własnym podwórku. Entuzjazm, jaki wzbudził w świecie powinien być wykorzystany nie tylko do poprawy wizerunku Ameryki, ale przede wszystkim do załatwienia konkretnych problemów. Lista jest długa: Izrael i Palestyna, Iran, Irak, Afganistan, Pakistan i Indie, Rosja etc. Można spodziewać się aktywniejszej polityki i większego zaangażowania w sprawy Afryki, zostawionej przez Busha Chińczykom. Warto, gdyby nowy prezydent skupił więcej uwagi na Ameryce Łacińskiej, poprawił relacje z kluczowymi krajami regionu i mocniej wsparł walkę Meksyku z gangami narkotykowymi.

Wielki entuzjazm, wielkie oczekiwania i nadzieje, wielkie wyzwania i wielka praca do wykonania. Barack Obama będzie musiał się bardzo starać, żeby nie powstało wielkie rozczarowanie. I należy mu życzyć sukcesu, gdyż konsekwencje rozczarowania jego prezydenturą mogą być poważne. Dlatego dzisiaj za Obamę kciuki ściskają w Pekinie, w Moskwie, w Jerozolimie i Ramallah, w Brukseli, w Londynie, w Mexico City, w Nairobi i wielu innych stolicach, może nawet w Teheranie.

Piotr Wołejko

Blog Dyplomacja bierze udział w konkursie Blog Roku 2008 w kategorii polityka. Jeśli uważacie publikowane przeze mnie teksty za wartościowe i interesujące, wyślijcie smsa o treści C00108 (C zero zero jeden zero osiem) na numer 7144. Pieniążki z smsów przeznaczone zostaną na cele charytatywne.

Wcześniejsze wpisy o Stanach Zjednoczonych:

 

 

Więcej tekstów oraz autorów na nowym portalu Polityka Globalna:
 
niedziela, 18 stycznia 2009

"Ameryce nie na rękę są przyjazne relacje między UE a takim energetycznym gigantem jak Rosja. I USA zawsze będą dążyć do destabilizacji sytuacji na Ukrainie, zwłaszcza w kontekście stosunków rosyjsko-ukraińskich, ponieważ to mocno uderza w kontakty energetyczne Rosji z Europą. Amerykanie będą mnożyć przeszkody budowom rozmaitych alternatywnych źródeł energii, takich jak Gazociąg Północny czy Południowy Potok, żeby blokować zjednoczonej Europie dostęp do złóż gazu na zachodniej Syberii. Bo dostęp ten czyni Europę bardziej suwerenną we współczesnym świecie."

Autorem powyższej wypowiedzi jest Maksym Szewczenko, rosyjski politolog i publicysta. Cytat pochodzi z weekendowego dodatku do "Dziennika" - "Europa". Pozwoliłem sobie przywołać słowa Szewczenki, gdyż kilka kwestii wymaga sprostowania. Logika rosyjskiego dziennikarza jest prosta - Amerykanie zainstalowali w Kijowie wrogi Rosji reżim, którego celem jest utrzymywanie napięcia w relacjach Rosji z Unią Europejską. Tak naprawdę za sznurki na Ukrainie pociąga Waszyngton.

Borykająca się z problemami gospodarczymi Rosja już od ponad pół roku zrzuca winę za wszystkie klęski ekonomiczne na Amerykę. Prezydent Miedwiediew i premier Putin wielokrotnie obarczali Stany Zjednoczone winą za wywołanie kryzysu finansowego, twórczo rozwijana przez pomniejszych rosyjskich polityków jako próba zarażenia Matuszki Rassiji amerykańskim wirusem. Rządząca Rosją kasta czekistów i oligarchów uważa, że wszystko jest wynikiem spisku, mającego na celu rzucenie Rosji na kolana.

Wiemy już, że kryzys finansowy to wina złej Ameryki. Teraz, kiedy okazało się, że Ukraina stawia się w sporze o gaz, także ta kwestia nabrała nowego wymiaru - Ameryka podjudza skorumpowane elity ukraińskie do postawienia się Moskwie. Dla porządku tylko przypomnę, że to nie Ukraina zakręcała kurek z gazem dla siebie i krajów Unii Europejskiej (i nie tylko), tylko Gazprom na osobiste polecenie premiera Putina. To Putin odpowiada osobiście za to, że przez wiele dni gaz nie płynął (i nadal nie płynie) do odbiorców. Nie udało się zatańczyć na rurze pod akompaniament Putina i jego kolegów, trzeba więc zrzucić winę na Amerykanów. Wiadomo przecież, że sponsorowali Pomarańczową Rewolucję, a także zainstalowali w Gruzji wrogi reżim Saakaszwilego, sprzedając mu broń oraz szkoląc jego armię.

Celowo nie oceniam opisywanej powyżej logiki, aby każdy mógł wyciągnąć własne wnioski. Większość czytelników zapewne ma już wyrobione zdanie na prezentowane kwestie i jest małe prawdopodobieństwo, że je zmienią.

Zajmijmy się jeszcze argumentem o blokowaniu przez Amerykę rozwoju alternatywnych źródeł energii. Dla Polaków ani Gazociąg Północny (Nord Stream) ani Południowy Potok (South Stream) nie stanowią żadnej alternatywy. Nie tylko zresztą dla Polaków. Jeśli jako dywersyfikację źródeł energii rozumiemy budowanie nowych gazociągów łączących nas ze złożami tego samego dostawcy, to dochodzimy do absurdu. Alternatywą dla Europy nie jest kolejny gazociąg z Rosji, nieważne czy nazywa się Nord Stream czy South Stream, ale np. nowe połączenia z Algierią czy proponowany gazociąg (i ropociąg) z Nigerii. Alternatywą jest także sprowadzanie skroplonego gazu LNG.

Rozumiem stanowisko Rosjan, którzy chcą pozbyć się pośredników w przesyłaniu gazu, czyli państw tranzytowych. Z moskiewskiego punktu widzenia jest to posunięcie rozsądne, oznaczające bezpośredni dostęp do odbiorców i wyeliminowanie opłat tranzytowych (o które zresztą toczy się także spór z Ukrainą). Jeśli Rosjanie znajdą środki na sfinansowanie rur północnej i południowej, odniosą duży sukces. Jednak ta logika ma też pewne ułomności. Główną jest właśnie koszt projektu i jego rentowność.

I tu powracamy do rzekomego blokowania przez Stany Zjednoczone alternatywnych źródeł energii. Z powodu niskiej rentowności (albo nawet jej braku) i wysokich kosztów budowy (ok. 4 miliardów dolarów) Rosjanie bardzo ostro krytykowali (i wyśmiewali, próbując zdezawuować projekt) pomysł stworzenia ropociągu Baku-Tbilisi-Ceyhan. Ropociąg BTC spotykał się z podobnymi zarzutami ze strony Rosji, jak Nord Stream ze strony państw bałtyckich, Polski czy Szwecji. Mówiąc w dużym skrócie: projekt jest polityczny i ma na celu ominięcie Rosji; co więcej, jest zbyt kosztowny i się po prostu nie opłaca.

Tak się składa, że Amerykanie od dwóch dekad robią bardzo wiele, aby stworzyć alternatywne wobec Rosji szlaki przesyłu surowców energetycznych. Ropociąg BTC mógł powstać wyłącznie dzięki politycznemu wsparciu Waszyngtonu. Stany Zjednoczone popierają także inne projekty, które omijają Rosję i zapewniają Europie dostęp do kaspijskiej ropy i gazu. Gdyby nie spór z Iranem, być może pomysł gazociągu Nabucco byłby o wiele bardziej zaawansowany. Można powiedzieć nawet, że Ameryka zrobiła (i nadal robi) więcej dla zapewnienia bezpieczeństwa energetycznego Europy niż ona sama. Ciekawe, że po drugiej stronie Atlantyku dostrzegają zagrożenie monopolizacją dostaw surowców energetycznych w Europie przez Rosję, a w Brukseli czy kluczowych stolicach europejskich już nie.

Jeśli zaś chodzi o blokowanie dostępu do złóż, to przypominam panu Szewczence i czytelnikom o troszkę słabszej pamięci albo nie przyjmującym krytyki Rosji do wiadomości, że to sami Rosjanie jeszcze kilka lat temu, z ogromną zresztą radością, rugowali zachodnie, w tym europejskie koncerny energetyczne z rozmaitych projektów znajdujących się w trakcie realizacji bądź planowania. Sachalin, Sztokman, spór z BP o złoża w Kowykcie. Gdy ceny surowców szybowały w górę, Rosja nie widziała potrzeby dzielenia się zyskami z Europejczykami i uważała, że nie potrzebuje ich kapitału i know-how.

Europa będzie bardziej suwerenna we współczesnym świecie, jeśli nie będzie zagrożona zmonopolizowaniem dostaw surowców energetycznych przez jednego dostawcę, w obecnych warunkach przez Rosję. Szewczenko ma więc częściowo rację - dostęp do syberyjskich złóż jest dla Europy istotny. Jednak jeszcze ważniejsze jest rzeczywiste dywersyfikowanie źródeł, poprzez poszukiwanie nowych dostawców, a nie nowych szlaków tranzytowych od tego samego dostawcy. Amerykanie mogą tu tylko Europie pomóc i tego bardzo obawia się Rosja. Powstanie BTC to dla Kremla groźny precedens, który nie może się powtórzyć.

Piotr Wołejko

Blog Dyplomacja bierze udział w konkursie Blog Roku 2008 w kategorii polityka. Jeśli uważacie publikowane przeze mnie teksty za wartościowe i interesujące, wyślijcie smsa o treści C00108 (C zero zero jeden zero osiem) na numer 7144. Pieniążki z smsów przeznaczone zostaną na cele charytatywne.


Wcześniejsze wpisy o Rosji:

 

Więcej tekstów oraz autorów na nowym portalu Polityka Globalna:
 

 

15:23, p.wolejko , Rosja
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3
Zakładki:
1. Dyplomacja w Sieci
2. Blogi zagraniczne
3. Think-tanki
4. Media zagraniczne
5. Blogi polskie
6. Militaria
7. Periodyki
liczniki
Dyplomacja on Facebook