piątek, 29 stycznia 2010

Zbliżamy się do finału podsumowania 2009 roku w polityce międzynarodowej. W listopadzie dominował Manifest Realistyczny: Strategia polskiej polityki zagranicznej na XXI wiek - obszerna analiza, której jestem współautorem razem z Janem Barańczakiem z bloga Bookistan. Polskiej dyplomacji dotyczy również wywiad ze Zbigniewem Brzezińskim, który analizowałem na swoim blogu. Trochę w cieniu znajdowały się sprawy globalne, jednak trochę uwagi poświęciliśmy także wizycie Baracka Obamy w Chinach.

Zestawienia najważniejszych tematów kolejnych miesięcy ubiegłego roku opierają się na artykułach opublikowanych na niniejszym blogu oraz na portalu Polityka Globalna.

1. Polska polityka zagraniczna

grafikaListopad to miesiąc refleksji nad polską polityką zagraniczną. Rocznica odzyskania niepodległości była świetną okazją, aby dogłębnie zająć się dyplomacją. Rolą państwa jest przecież realizowanie interesu narodowego także na zewnątrz, tj. wobec państw trzecich. Z drugiej strony, silne państwo to przede wszystkim silna gospodarka. Istnieje bezpośredni związek pomiędzy siłą gospodarczą a "siłą" dyplomatyczną, prestiżem i poważaniem na arenie międzynarodowej. Gdy państwo było słabe, sąsiedzi nie wahali się rozerwać go na strzępy i podzielić między siebie. Rolą wszystkich obywateli razem i każdego z osobna jest zrobić wszystko, co w ich mocy, aby historia nie zatoczyła koła, a polska państwowość nie zaniknęła po raz kolejny.

W tym duchu, przyjmując realistyczne założenia, pisaliśmy wraz z Jankiem Barańczakiem Manifest Realistyczny. Jest to publikacja, jakiej w polskiej blogosferze dotychczas nie było. O wiele poważniejsza od codziennych wpisów na blogach, a także zdecydowanej większości artykułów prasowych. Lektura strategii wymaga czasu i koncentracji dłuższej niż dwuminutowej, klasycznej dla tekstów na blogach. Nie da się jej przeczytać zwracając uwagę na co drugie zdanie w co trzecim akapicie. To tekst dla wytrwałych, ale także poważnych komentatorów. Okazało się, że jest ich niewielu. Manifest stał się więc probieżem jakości blogosfery politycznej w naszym kraju. Test wypadł marnie.

Na zakończenie promocji Manifestu krótki fragment z syntezy tekstu: "Strategia podwójnego zaangażowania jest próbą zdefiniowania otaczającego Polskę świata, określenia priorytetów oraz przedstawienia najlepszego sposobu na ich osiągnięcie. Nasz kraj potrzebuje realistycznej i pragmatycznej strategii polityki zagranicznej, która nie będzie opierać się na rezygnowaniu z potencjalnych sojuszników, ani na naiwnej wierze, że znajdzie się wreszcie ktoś, kto na zawsze da nam bezpieczeństwo, ale na balansowaniu zagrożeń i aktywnym korzystaniu z pojawiających się możliwości".

O polskiej polityce zagranicznej wypowiedział się także Zbigniew Brzeziński, doradca ds. bezpieczeństwa narodowego w administracji prezydenta Jimmy'ego Cartera. Był to głos krytyczny: "Władze w Warszawie muszą prowadzić politykę realizowaną w przemyślany sposób. A ona nie może opierać się na ciągłych oczekiwaniach, że inne kraje pomogą Polsce rozwiązać kwestie, co do których Polska już dawno powinna była zająć konsekwentne stanowisko. I nie chodzi tu o stanowisko typu: „to mi się nie podoba”, „my się tego boimy”, tylko o konkretne działania, by danemu niebezpieczeństwu zapobiec lub przynajmniej zmniejszyć zagrożenie. A o tym bardzo mało słychać. Za to bardzo dużo się ciągle mówi o tym, co inni powinni dla Polski zrobić".

Więcej fragmentów z wywiadu Brzezińskiego dla Rzeczpospolitej oraz moje komentarze do słów politologa we wpisie Brzeziński krytycznie o polskiej dyplomacji z dn. 10 listopada 2009 r. Pisałem wówczas m.in. "Przekonanie o własnej wyjątkowości i roszczeniowa postawa wobec innych państw niejako immunizują nas od podejmowania działań na własną rękę, zarówno wewnętrznych, jak i zewnętrznych. Zbyt emocjonalna dyplomacja, przywiązanie do pustych gestów i nieumiejętność właściwej ich interpretacji doprowadzają nas do mylnych wniosków. Gdy prawda wychodzi na jaw, nasze zdziwienie jest ogromne, a często towarzyszy mu zawód oraz bardziej negatywne uczucia, prowadzące do nadużywania określeń takich jak "zdrada ".

2. Wizyta Obamy w Pekinie

grafikaA odbywała się ona w osobliwej atmosferze, podobnej do wizyty zawstydzonego dłużnika w swoim banku: "Paradoksalnie, to rozwijające się Chiny zdają się przemawiać do Stanów Zjednoczonych z pozycji siły. Paradoksalnie, gdyż poza finansowaniem amerykańskiego długu żadne inne przesłanki nie wskazują na zmianę układu sił - globalnego, ani pomiędzy Waszyngtonem a Pekinem. Stany Zjednoczone są oczywiście osłabione tzw. kryzysem finansowym, ale Chiny wcale nie są monolityczną potęgą". Problem mają bowiem bardziej Chińczycy, którzy muszą liczyć na uczciwość swojego dłużnika i życzyć mu sukcesów. W innym wypadku obligacje skarbowe USA okażą się warte mniej niż papier, na którym je wydrukowano.

Po kryzysie finansowym Amerykanie są w takim szoku, że "nie czują się na siłach mówić twardo o tym, czego się domagają". Lista życzeń jest zaś długa, a na jej czele znajduje się sztucznie zaniżany kurs chińskiego juana. Waluta pozwala Chińczykom utrzymać konkurencyjność własnej produkcji. Niektórzy ekonomiści twierdzą, że bez istotnej rewaluacji juana (urealnienia jego kursu) problemy z bezrobociem w Stanach Zjednoczonych nie będą mogły zostać rozwiązane. Tymczasem Obama, podobnie jak jego poprzednicy, nie jest w stanie twardo postawić tej sprawy w Pekinie. Ba, Obama stracił nawet moralny grunt pod nogami, odmawiając spotkania z Dalajlamą przed swoją wyprawą za Wielki Mur. Cytowane fragmenty pochodzą z wpisu Obama w Chinach z dn. 16 listopada 2009 r.

Materiały bonusowe

To zaszczyt i przyjemność polecać tak świetny reportaż jak Ciężkie życie w Timor-Leste Marka Lenarcika. Tekst niezbyt długi, ale niezwykle treściwy. Drugim wartym uwagi artykułem jest tekst Janka Barańczka zatytułowany 7 iluzji w polityce międzynarodowej. Życzę udanej lektury i jak zwykle zachęcam do komentowania.

Piotr Wołejko

 

grafika: Polityka Globalna

środa, 27 stycznia 2010

Dwa przekonania znajdują w XXI wieku poparcie zdecydowanej większości ekspertów: w sferze politycznej będzie to wiek Azji, a w sferze wojskowej nastąpi znaczący wzrost roli maszyn bezzałogowych. O pierwszym pisałem wielokrotnie, dziś pora na kilka słów dotyczących nowoczesnego pola walki.

W grach komputerowych już od dłuższego czasu rola rozmaitych robotów sterowanych lub nadzorowanych przez ludzi (znajdujących się często setki bądź tysiące kilometrów od frontu bitewnego) jest istotna. Nie jestem wielkim specjalistą od tego typu gier, więc tytułami muszą wesprzeć mnie Czytelnicy w komentarzach. Nie tytuły są bowiem najważniejsze. Kluczowe jest przekonanie, że maszyny wyręczą ludzi w wojnach, co oczywiście pozwoli oszczędzić życie żołnierzy.

Rosnąca rola samolotów bezzałogowych

grafikaTwórcy gier wyprzedzili realia, a na dziś największą karierę wśród maszyn bezzałogowych robią tzw. drony, czyli niewielkie samoloty sterowane na odległość przez wykwalifikowany personel (często byłych pilotów tradycyjnych samolotów bojowych). Drony są jednym z głównych elementów polowania amerykańskiego wywiadu i armii Stanów Zjednoczonych na przywódców Al-Kaidy oraz talibów. Liczba operacji z wykorzystaniem dronów wzrosła znacząco w ostatnich miesiącach. Oprócz możliwości ataku bezzałogowce zapewniają stały podgląd terenu, ułatwiając rozpoznanie i umożliwiając przeprowadzanie operacji przez siły lądowe.

Wszyscy pamiętamy, gdy po śmierci jednego z polskich żołnierzy w Afganistanie podniósł się rumor, iż armia naszego kraju nie posiada na swoim wyposażeniu dronów. Niektórzy posuwali się w komentarzach tak daleko, że twierdzili, iż gdyby bezzałogowce polskich sił zbrojnych znajdowały się podczas feralnej misji w powietrzu, nasz żołnierz uniknąłby śmierci. Omawiane maszyny ponownie zagościły na czołówkach mediów całkiem niedawno, gdy okazało się, że wystarczy niedrogi program komputerowy, aby każdy zainteresowany mógł przechwycić transmisję danych z znajdującego się w powietrzu drona. Dzięki temu walczący z wojskami amerykańskimi bojownicy wielokrotnie uniknęli przykrej niespodzianki w postaci ataku komandosów na ich kryjówkę.

Dron nie całkiem doskonały

Problem z bezpieczeństwem przesyłu danych to wierzchołek góry lodowej. O kolejnych niedoskonałościach i kłopotach związanych z dronami napisał Micah Zenko z Center for Preventive Action w think-tanku Council on Foreign Relations. Zenko twierdzi, że znajdujące się aktualnie na wyposażeniu amerykańskiej armii samoloty bezzałogowe wymagają wielu ulepszeń, gdyż nie przystają do wyzwań dnia jutrzejszego. Przede wszystkim, dzisiejsze drony są zbyt wolne, latają zbyt nisko, mogą być łatwo strącone przez przeciwnika dysponującego czymś więcej niż kałasznikowy i granatniki, czyli główną broń irackich i afgańskich rebeliantów. Istnieje także ryzyko utraty kontroli nad dronami, gdy przeciwnik rozwinął możliwości prowadzenia tzw. cyberwojny.

Drugą kwestią, na którą zwraca uwagę Zenko jest zakres wykorzystania dronów w walce. Nawet maszyny nowej generacji nie spowodują jednak, że uda się wyeliminować lub w znacznym stopniu ograniczyć udział konwencjonalnych sił zbrojnych, głównie tzw. troops on the ground, czyli żołnierzy w danym terenie. Drony są całkiem skuteczne w eliminowaniu liderów organizacji terrorystycznych czy rebeliantów, zapewniają też istotne informacje wywiadowcze, ale ich rola jest jednak ograniczona. Jak twierdzi Zenko, drony powinny być elementem szerszej strategii wobec przeciwnika, ale nie jej substytutem.

Prymat człowieka

Konstatacja eksperta z CFR pozwala postawić ważne pytanie o możliwość realizacji przez siły zbrojne taktyki offshore balancing, polegającej na kontrolowaniu sytuacji z pewnej odległości i wykorzystaniu lotnictwa oraz sił specjalnych gdy jest to niezbędne. Kilka miesięcy temu wiceprezydent Joe Biden ujawnił się jako zwolennik takiej właśnie strategii w Afganistanie, w przeciwieństwie do sugestii wojskowych oraz ostatecznej decyzji prezydenta Obamy o dosłaniu na pole walki dodatkowych 30 tysięcy żołnierzy.

Wątpliwości dotyczące dronów nie powodują, że offshore balancing traci rację bytu. Raczej poddaje w wątpliwość efektywność wykorzystania nowoczesnych środków walki, do jakich bez wątpienia zaliczają się samoloty bezzałogowe. Nawet w tak ograniczonej militarnie strategii rola dronów będzie... ograniczona. Druga refleksja, luźno związana z omawianą analizą dotyczy zastąpienia ludzi maszynami na polu walki. Gry komputerowe znacznie wyprzedziły realia początku XXI wieku. Jeszcze długi czas człowiek na linii ognia będzie odgrywał kluczową rolę.

Piotr Wołejko

 

grafika: Jim Howard/flickr

 

Cały świat na jednej stronie - Polityka Globalna:


wtorek, 26 stycznia 2010

Dlaczego warto powrócić do tematu wałkowanego wielokrotnie także na tym blogu? Ponieważ kopie w sprawie Iranu skruszyli Richard Haass, prezydent Council on Foreign Relations oraz Stephen Walt, wybitny politolog (realista) i komentator Foreign Policy. Dyskusję rozpoczął artykuł Haassa opublikowany w Newsweeku. Walt odpowiedział na niego na łamach Foreign Policy. W dużym skrócie streszczę pierwotny argument oraz replikę.

Argument Haassa

Haass początkowo wsparł propozycję Obamy, aby w sprawie irańskiego programu atomowego prowadzić zakrojone na szeroką skalę działania dyplomatyczne. Teraz zmienił zdanie. Uważa, że negocjacje nie prowadzą do nikąd, a Teheran dąży do osiągnięcia poziomu możliwości technologicznych, które pozwolą na skonstruowanie bomby jądrowej. Szef CFR twierdzi, że Amerykanie wespół z europejskimi partnerami powinni zmienić priorytety - zamiast negocjacji zacząć wspierać zmianę reżimu (regime change). Haass proponuje rozmaite formy wspierania irańskiej opozycji, ale także całego społeczeństwa, m.in. w kwestii dostępu do informacji.

W wymiarze dyplomatycznym propozycja Haassa obejmuje m.in. uderzenie w handlowe imperium Korpusu Strażników Rewolucji (dominującego podmiotu w irańskiej gospodarce) oraz przeforsowanie na forum Rady Bezpieczeństwa ONZ sankcji dotyczących zakazu importu benzyny przez Iran. Jakikolwiek postęp w rozmowach z Teheranem Haass warunkuje reformą systemu politycznego islamskiej republiki oraz zaprzestaniem wspierania terroryzmu. Nie pada wezwanie do akcji militarnej (uprzedzając pytania tych, którzy tekstu Haassa nie przeczytają).

Replika Walta

Odpowiedź Walta jest mocna. Przypomina on, że wiele postaci opozycji irańskiej także wspiera program nuklearny. Zakładając więc sukces przedsięwzięcia zmiany reżimu (co jest bardzo wątpliwe), nie można zakładać, że w kwestii atomu nowy rząd lub układ sił przy sterach władzy zmieni zdanie. Co więcej, zadekretowanie wspierania opozycji przez Obamę i Europejczyków w niczym dysydentom nie przysłuży.

Już teraz reżim oskarża ich o reprezentowanie zachodnich mocarstw, jednak gdy oficjalną polityką Stanów Zjednoczonych będzie pomoc opozycji, argument oskarżycieli zyska jakiekolwiek podstawy. Mówiąc krótko, dobra wola USA obróci się przeciwko siłom, które Ameryka chce wspierać. Zdaniem Walta rozsądnie jest nie mieszać się w wewnętrzne tarcia wewnątrz irańskich elit władzy i z rzadka potępiać łamanie praw człowieka.

Argumentem przeciwko włączaniu się w politykę wewnętrzną Iranu jest amerykańskie doświadczenie z Ameryki Środkowej, Somalii, Iraku czy Afganistanu. Walt wskazuje, że często zaangażowanie Waszyngtonu przynosiło rezultat odwrotny od zamierzonego. Podważa również argument dotyczący chybotliwości irańskiego reżimu przypominając, że autokracje potrafią trwać przez wiele lat pomimo dużego niezadowolenia społecznego.

Wgrafikaalt zarzuca szefowi Council on Foreign Relations brak cierpliwości. Naprawa relacji z Iranem, zagmatwanej łamigłówki komplikującej się przez trzy kolejne dekady, nie może nastąpić w kilka miesięcy czy jeden rok. Proces ten z natury będzie długi i pełen zakrętów, na których uczestnicy dialogu mogą wypaść z trasy. Dla porządku dodam, że kolega Haassa z CFR Ray Takeyh jest autorem świetnej książki dotyczącej trudnych relacji irańsko-amerykańskich zatytułowanej Hidden Iran. Nie muszę dodawać, że jest ona warta uwagi.

Na koniec Walt zwraca uwagę, że pozycja Haassa na dziś może za kilkanaście miesięcy wyewoluować w bardziej radykalną stronę - co będzie konsekwencją założeń przyjętych przez Haassa. Jeśli bowiem sankcje i ostrzejszy kurs wobec Iranu nie zadziałają (co jest bardzo prawdopodobne, przerabialiśmy to już chociażby za Georga W. Busha), kolejnym krokiem w celu powstrzymania Iranu od skonstruowania bomby atomowej będzie opcja militarna (czytaj: wojna).

Komentarz

Zmiana w polityce Obamy wobec Iranu, odwrót od straszenia wojną i zwrot w kierunku negocjacji, był istotną korektą kursu amerykańskiej polityki zagranicznej. Lata prezydentury Georga W. Busha pokazały, że konfrontacyjna polityka nastawiona na zmianę irańskiego reżimu jest nieskuteczna, a programy pomocowe dla opozycji nie przyniosły żadnego widocznego rezultatu poza ułatwieniem krytyki i represji opozycjonistów przez siepaczy reżimu.

Powrót do starego, czyli twardego, nieugiętego, pryncypialnego stanowiska nie zbliży Ameryki, Europy i świata do żadnego konstruktywnego rozwiązania. Irańczycy dalej będą robić to, co robili dotychczas, a ostra polityka nie zyska wsparcia Rosji i Chin nawet w sferze retorycznej. Irański reżim nie upadnie od nowych sankcji, skoro przeżył poprzednie. Im ostrzej grają Stany Zjednoczone, tym bardziej cieszą się konserwatyści spod znaku Chameneiego, Ahmadineżada, Jazdiego i im podobnych. Amerykanie ułatwiają im budowę oblężonej twierdzy i prowokowanie uderzenia militarnego, którego najbardziej oczywistym efektem byłaby klęska rosnącego w siłę ruchu opozycyjnego.

Polecam zapoznanie się z tekstami dwóch wpływowych amerykańskich politologów. Są to dwie istotne cegiełki dołożone do debaty o polityce USA wobec Iranu. Ma ona wpływ na wiele czynników, chociażby na dostępność irańskiego gazu naturalnego dla Europy, a więc także na bezpieczeństwo energetyczne Polski.

Piotr Wołejko

grafika: cfr.org

 

 

Cały świat na jednej stronie - Polityka Globalna:

 

poniedziałek, 25 stycznia 2010

Nobel dla Obamy, spięcia w stosunkach Turcji z Izraelem oraz nowa strategia afgańska Stanów Zjednoczonych to trzy tematy, które uznałem za najistotniejsze w październiku 2009 r. Obok nich sporo miejsca poświęcono, ponownie, Iranowi i jego programowi atomowemu. Teheran także tym razem pojawi się w podsumowaniu, w polecanym materiale bonusowym. Tymczasem przechodzimy do konkretów. Przypominam, że poniższe zestawienie opiera się artykułach opublikowanych na niniejszym blogu lub portalu Polityka Globalna.

1. Pokojowy Nobel dla Obamy

"John Bolton, były ambasador USA przy ONZ za rządów Georga W. Busha: "Komitet Noblowski nie mógł głosować w naszych wyborach prezydenckich w 2008 roku, więc zdecydował się oddać głos teraz (...) Obama dostał nagrodę za to, że tak bardzo "podoba się" Europejczykom. Dla Republikanów oznacza to, że "miękusy" aż pieją z zachwytu nad cudownym Barackiem, pupilkiem miejscowych mediów, intelektualistów oraz celebrytów" - pisałem w artykule Barack The Peacemaker z dn. 9 października 2009 r.

Krytycy dość mocno uprościli sprawę, jednak trudno nie stwierdzić (przyznał to także Obama), że nagroda została przyznana trochę na wyrost. Dobre chęci i dobre intencje to niewiele, ale Obama dał coś więcej - nadzieję (znowu), na inne, lepsze, opierające się na współpracy stosunki międzynarodowe. Patryk Gorgol na łamach Polityki Globalnej w ciekawy sposób argumentował, że Komitet Noblowski podejmował już gorsze decyzje, przyznając nagrodę  m.in. autorom traktatu z Locarno.

Inny publicysta Polityki Globalnej, Michał Gąsior, tak uzasadniał przyznanie Nobla Obamie: "Odszedł od agresywnej i ekspansywnej polityki swojego poprzednika, który pragnął hegemonii Ameryki w dzisiejszym świecie poprzez ciągły interwencjonizm. Barack Obama od początku swoich rządów odchodzi od tej polityki i wybiera dyplomatyczną drogę rozwiązywania wszystkich problemów i stawia na multilateralizm".

Najważniejsze jest jednak pytanie, czy Pokojowy Nobel ułatwi czy utrudni Obamie prowadzenie polityki zagranicznej? W przywołanym powyżej wpisie Barack The Peacemaker uzasadniałem, że Obamie będzie trudniej: "Dotychczasowa raczej realistyczna polityka zagraniczna z trudem znosi przesadne moralizatorstwo. Nie na darmo niektórzy określają realpolitik mianem politycznego cynizmu. Trudno będzie jednocześnie być trochę cynikiem i trochę moralizatorem".

2. Ochłodzenie stosunków turecko-izraelskich

Od dekad na Bliskim Wschodzie Stany Zjednoczone posiadają dwóch bliskich sojuszników - Izrael i Turcję. Państwa z upływem czasu stawały się także bliskie sobie, współpracując głównie na niwie militarno-wywiadowczej. Ciepłe stosunki zaczęły się jednak ochładzać, a punktem zwrotnym była interwencja izraelska w Strefie Gazy na przełomie 2008 i 2009 roku. Turecki premier Recep Erdogan ostro krytykował postępowanie Izraela, głównie brak poszanowania dla życia cywilów. Izrael odpowiadał, że Ankara jest wątpliwym stróżem moralności, wypominając Turkom politykę wobec Kurdów i Kurdystanu.

W październiku 2009 roku obserwowaliśmy kolejny etap ochłodzenia stosunków turecko-izraelskich. Turcy odwołali międzynarodową część lotniczych ćwiczeń wojskowych "Anatolian Eagle", w których miało wziąć udział m.in. lotnictwo izraelskie. O sprawie pisał w Polityce Globalnej specjalizujący się w sprawach polityki tureckiej Sebastian Pado. Jako nieprawdziwe Pado uznaje twierdzenia o tym, jakoby antyizraelski zwrot tureckiej dyplomacji był wynikiem umocnienia władzy mającej islamistyczne korzenie Partii Sprawiedliwości i Rozwju (AKP) Recepa Erdogana:

"Relatywnie bliskie więzi łączące Izraelczyków i Turków sięgają bowiem zaledwie początków lat 90-tych, podczas gdy o okresie Zimnej Wojny i kolejnych kryzysach dyplomatycznych z tamtego okresu niewielu stara się pamiętać. A szkoda, bo spojrzenie na tamte czasy pozwala zrozumieć, że polityka Erdoğana nie odchodzi zdecydowanie od politycznego konsensusu głównych sil rządzących od lat Turcją" - pisze Pado. W swoim tekście wskazuje, że konieczność zdobycia poparcia konserwatywnych mas utrudnia sympatyzowanie z Izraelem i nawet kemaliści czy nacjonaliści odeszli od "otwartego sympatyzowania z Izraelem".

W innym artykule, zatytułowanym Bliskowchodnia polityka Turcji, Sebastian Pado jasno wskazuje, że zmiana władzy w Republice Tureckiej nie spowoduje drastycznej zmiany w polityce wobec Izraela: "Być może nacjonalistyczna koalicja w mniejszym stopniu czułaby się emocjonalnie związana ze sprawą palestyńską czy światem arabskim i zaakceptowałaby prawo wojska do samodzielnego wyboru partnerów w manewrach wojskowych, poprawiając w ten sposób relacje z Izraelem. Zasadniczo jednak więzy z Iranem, Irakiem i Syrią pozostałyby nienaruszone i uwzględnić to muszą w swoich kalkulacjach izraelscy czy amerykańscy stratedzy. Powrotu do złotej ery współpracy z lat 90-tych bez radykalnej zmiany ukladu sil w regionie w żadnym wypadku nie będzie".

Kolejne miesiące przyniosły tylko kolejne znaki ochłodzenia wzajemnych relacji. Niedawne obcesowe potraktowanie tureckiego ambasadora przez izraelskiego wiceministra dobitnie pokazało, że strony nie szczędzą sobie nawet drobnych, zupełnie niepotrzebnych, złośliwości.

3. Co USA powinny zrobić z Afganistanem?

Odpowiedzi na tak postawione pytanie szukałem w artykule Chaos-istan z dn. 6 października 2009 r. Barack Obama rozważał wówczas, czy i ilu dodatkowych żołnierzy wysłać do Afganistanu. Jego zastępca, Joe Biden, zdradził natomiast, że osobiście byłby raczej za redukcją liczby żołnierzy i postawieniem na operacje sił specjalnych oraz naloty z powietrza (offshore balancing).

Udział w debacie wziął także znany publicysta Fareed Zakaria, który "w połowie września Newseeku wskazał trzy możliwości poprawy bezpieczeństwa w Afganistanie: zwiększyć ilość amerykańskich żołnierzy; zwiększyć ilość afgańskich żołnierzy; zmniejszyć ilość sił przeciwnika poprzez zawieranie z nim układów, przekupywanie itd. Wskazał przy tym na potencjał tkwiący w tym ostatnim rozwiązaniu, przypominając udane zastosowanie tej możliwości w Iraku".

Zakładając, że Amerykanie nie będą okupować Afganistanu przez dłuższy czas, należy postawić kilka pytań: "(...) czy Amerykanie oraz NATO powinni ponosić koszty operacji afgańskiej samodzielnie? Stawiając inaczej pytanie: dlaczego np. Rosja czy Chiny, również zmagające się z radykalnym islamem, nie powinny aktywniej włączyć się w walkę w Afganistanie?". Inne pytania dotyczą Pakistanu, gdzie radykałowie mają się całkiem dobrze. Bez uporządkowania Pakistanu nie będzie sukcesu w Afganistanie - wielokrotnie powtarzany banał nie stracił na aktualności.

Materiał bonusowy

Dziś pragnę polecić artykuł Tomasza Wojdały zatytułowany Irańska ruletka. Autor szeroko ujmuje działania zainteresowanych graczy w obliczu tzw. problemu irańskiego programu atomowego. W artykule znajdują się także linki do innych tekstów publicystów Polityki Globalnej traktujących o Iranie.

Życzę udanej lektury i zachęcam do komentowania.

Piotr Wołejko

piątek, 22 stycznia 2010

Wracamy do podsumowania ubiegłego roku. Wrzesień był miesiącem pełnym refleksji. Rocznica zamachu na World Trade Center zbiegła się z przygotowaniem nowej strategii afgańskiej przez administrację prezydenta Obamy. Zastanawialiśmy się także nad stosunkami polsko-ukraińskimi w prawie pięć lat od Pomarańczowej Rewolucji i zwycięstwa Wiktora Juszczenki w wyborach prezydenckich. Powrócił także temat irańskiego programu atomowego.

Przygotowując podsumowania korzystam z zasobów własnego bloga oraz artykułów opublikowanych na portalu Polityka Globalna.

1.  Afganistan osiem lat po WTC

"Kto byłby na tyle głupi, żeby atakować najpotężniejsze państwo na świecie?!", pytałem we wstępie do rocznicowego artykułu na temat zamachu z 11 września 2001 roku. Konsekwencje wojny w Afganistanie Amerykanie odczuwają do dziś. Szybkie "zwycięstwo" rozzuchwaliło administrację Busha, która parła do kolejnej konfrontacji - z Irakiem. Wizja obalania dyktatorów i demokratyzacji Bliskiego Wschodu za pośrednictwem amerykańskiej potęgi militarnej wydawała się atrakcyjna dla decydentów w Waszyngtonie.

Afganistan, choć szybko udało się rozbić reżim talibów, do dziś stanowi pole walki. Po święcie dziękczynienia prezydent Obama ogłosił, że wysyła do tego kraju dodatkowe 30 tysięcy żołnierzy. Końca walk nie widać. Do tego sytuacja w sąsiednim Pakistanie jest bardzo niestabilna, a na afgańsko-pakistańskim pograniczu od dłuższego czasu trwają regularne walki sił rządowych z rozmaitej maści rebeliantami i bojownikami (pro)talibskimi.

W artykule Afganistan: wojna bez celu pisałem m.in.: "Celem nie może już być budowa demokratycznego ani nawet silnego państwa afgańskiego. Może nim być natomiast powstrzymywanie terrorystów przed przygotowywaniem nowych ataków (...) Stąd nie można wycofać się i zapomnieć o Afganistanie, udając, że wszystko jest cacy. Nie dysponujemy jednak zasobami, a przede wszystkim determinacją, aby naprawić "upadły" Afganistan i postawić go na nogi. Warto już dziś zająć się opracowywaniem strategii wyjścia z Afganistanu".

2. Niewielkie zyski Polski z Pomarańczowej Rewolucji

Zwycięstwo Wiktora Juszczenki zostało powitane w Polsce (w przeciwieństwie do Moskwy) z wielkim entuzjazmem. Spodziewano się, że Ukraina znacząco zbliży się do Europy Zachodniej, a Polska miała być głównym adwokatem Kijowa. Patrząc z perspektywy pięciu lat od Pomarańczowej Rewolucji można śmiało stwierdzić, że nadzieje okazały się płonne, a stosunki polsko-ukraińskie uległy niewielkiej tylko poprawie.

W artykule Polska - Ukraina: stracona pięciolatka pisałem m.in.: "Wiele wydarzeń historycznych pozostaje powodem niezgody obu narodów, a niektóre wywołują żywy sprzeciw i oburzenie. Przyjęta przez władze Polski i Ukrainy taktyka przemilczenia trudnych chwil we wspólnej przeszłości nie przynosi spodziewanych rezultatów. Jak w każdej sytuacji, trudno na kłamstwach, półprawdach i przymuszonej historycznej amnezji zbudować trwałe, zdrowe i silne wzajemne relacje. Nie dość, że jest to kontrproduktywne, to jeszcze daje innym państwom do ręki jak najbardziej uzasadnione argumenty o hipokryzji i braku konsekwencji zachowań Warszawy".

Co więcej, bezpardonowa walka bohaterów Pomarańczowej Rewolucji między sobą oraz z Wiktorem Janukowyczem spowodowała, że Ukraina przez ostatnie pięć lat była w zasadzie sparaliżowana. Niedawna pierwsza tura wyborów prezydenckich pokazała, że najwięcej na nieustannych sporach i woltach politycznych stracił Wiktor Juszczenko. Jego sześcioprocentowe poparcie należy pozostawić bez komentarza.

Rekomendacja dla polskiej dyplomacji, w obliczu lekcji wyciągniętej z prezydentury Juszczenki, jest następująca: "Polska, jeśli nadal będzie uważać, że silniejsze związki z Ukrainą są dla niej kluczowe, powinna utrzymywać intensywne kontakty ze wszystkimi siłami politycznymi na Ukrainie i promować kierunek europejski. Nie jesteśmy w stanie narzucić Ukraińcom naszego punktu widzenia i nie powinniśmy próbować tego robić. Musimy natomiast zrobić wszystko, aby - niezależnie do wyboru Kijowa - utrzymywać z Ukrainą jak najlepsze stosunki. Do tej pory stawialiśmy wyraźnie na jeden obóz, czy nawet jednego polityka".

3. Iran i jego program atomowy - niekończąca się historia

Jeśli brak gorącego newsa, zawsze można napisać o brodatych ajatollahach pracujących nad skonstruowaniem bomby atomowej oraz dzielnych izraelskich żołnierzach, którzy aż palą się do zniszczenia irańskich instalacji nuklearnych. Temat atomu powrócił we wrześniu jednak nie tylko za sprawą ewentualnego izraelskiego ataku, ale z powodu amerykańsko-rosyjskich ustaleń dotyczących Iranu. Amerykanie zrezygnowali z rozmieszczenia w Polsce i Czechach elementów systemu antyrakietowego, Moskwa zaś miała wywrzeć wpływ na Teheran i skłonić Persów do ustępstw.

"Wielokrotnie pisałem już na łamach niniejszego bloga, że wiara w możliwość wywarcia istotnego (ergo skutecznego) nacisku na Teheran przez Moskwę jest złudna i nie należy przeceniać rosyjskich wpływów w islamskiej republice". Przytoczony fragment pochodzi z artykułu Raz jeszcze o wpływie Rosji na Iran opublikowanego dnia 17 września 2009 r. Rosji nie zależy na załatwieniu sprawy irańskiego programu atomowego po myśli Amerykanów. Moskwa ma po temu kilka powodów.

Rosja "trzyma Iran z daleka od swojego miękkiego kaukaskiego podbrzusza", czerpie także doraźne korzyści gospodarcze z izolacji Iranu, ale "przede wszystkim odcina groźnego konkurenta od europejskiego rynku energetycznego". Zachód, z oczywistych powodów, nie może układać się z Iranem. Rosjanie tymczasem de facto kontrolują irańskie złoża surowców energetycznych (przynajmniej w kwestii blokowania kierunku Zachodniego), prowadzą dobre interesy gospodarcze z Iranem, zarabiają na sprzedaży Iranowi uzbrojenia. Każde zamieszanie na Bliskim Wschodzie podbija także cenę ropy naftowej (w konsekwencji także gazu ziemnego), dzięki czemu rosyjski skarbiec szybciej zapełnia się dolarami. W podobnym tonie wypowiada się na łamach Polityki Globalnej Maciej Pawłowski.

Więcej o irańskim programie atomowym i jego konsekwencjach w artykule Irak czy Iran?

Materiał bonusowy

Dzisiaj polecam artykuł Tomasza Wojdały z bloga Rossija zatytułowany Rosja według Miedwiediewa. Autor analizuje artykuł rosyjskiego prezydenta Go Russia!

Zachęcam do podzielenia się w komentarzach refleksjami dotyczącymi powyższych tematów i artykułów, a także wskazania własnych propozycji lipcowych wydarzeń, o których powinniśmy pamiętać.Wcześniejsze podsumowania: styczeń, luty, marzec, kwiecień, maj, czerwiec, lipiec, sierpień.

Piotr Wołejko

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5
Zakładki:
1. Dyplomacja w Sieci
2. Blogi zagraniczne
3. Think-tanki
4. Media zagraniczne
5. Blogi polskie
6. Militaria
7. Periodyki
liczniki
Dyplomacja on Facebook