piątek, 28 stycznia 2011

Na bieżąco dochodzą do nas informacje z Egiptu, w którym protesty przeciwko reżimowi Hosniego Mubaraka nabierają na sile. Mimo zakazu demonstracji ogłoszonego przez władze, dziesiątki tysięcy ludzi w stolicy kraju, Kairze, a także w innych miastach kraju wyszły na ulice. Policjanci oraz nieumundurowani funkcjonariusze służb bezpieczeństwa próbują przy użyciu pałek, gumowych kul i armatek wodnych uspokoić tłumy niezadowolonych, głównie młodych ludzi. W kilku miastach, w tym w Kairze, podpalono biura proprezydenckiej partii NDP.

grafikaPowiew gniewu przeciwko autokratycznym reżimom w Afryce Północnej i na Bliskim Wschodzie dotarł do Egiptu z Tunezji, gdzie w połowie stycznia br. obalono rządzącego ponad dwadzieścia lat Zine Ben Alego. Kolejne posunięcia nowych władz w Tunisie, częściowo wymuszane przez demonstracje uliczne, tylko zagrzewają do walki Egipcjan, Jemeńczyków czy Jordańczyków (w obu tych państwach w ostatnich kilkudziesięciu godzinach odbyły się protesty wymierzone w nieudolne, skorumpowane reżimy). Obrazki aresztowanych członków rodziny Ben Alego oraz ustąpienie jego popleczników z rządu tymczasowego dodają sił Egipcjanom domagającym się ustąpienia rządzącego trzecią dekadę Mubaraka.

Sytuacja egipskiego prezydenta, który w ostatnich miesiącach mocno podupadł na zdrowiu, jest trudna. Postulaty demonstrantów dotyczą nie tylko rezygnacji Mubaraka i przyrzeczenia, iż jego syn, Gamal, nie będzie ubiegał się o fotel po ojcu, ale dotykają także wielu innych tematów - od gospodarki po więcej wolnośc i nowe wybory parlamentarne. Jordański król Abdullah II w odpowiedzi na protesty w Ammanie i kilku innych miastach wezwał rząd i parlament do przeprowadzenia reform. Próbuje bawić się w dobrego cara i domaga się od złych bojarów, aby ci wzięli się do roboty. Jednak rząd i parlament w Jordanii są posłuszne królowi i to Abdullah pociągał dotąd za kluczowe sznurki.

W przypadku rewolty takiej jak ta w Tunezji czy Egipcie rządzący autokraci mają wybór między twardą obroną własnej władzy oraz próbą przejęcia części postulatów własnych przeciwników, rozmiękczeniem ich zgodą na ograniczone reformy. Żadna z tych dróg nie gwarantuje pozostania przy władzy, jednak bardziej skuteczna jest opcja numer jeden. Jeśli reżim ustępuje demonstrantom, okazuje słabość. Może to być oznaka do kontynuacji protestów z jeszcze większym natężeniem. Kolejne ustępstwa tylko zachęcają demonstrantów do intensyfikacji wysiłku. W końcu reżim zaczyna się chwiać - istnieje możliwość, że frakcja tzw. twardogłowych spróbuje obalić dotychczasowe przywództwo i odkręcić zmiany, które zostały wprowadzone. Im dłużej zwlekają z swego rodzaju puczem, tym mniejsze mają szanse powodzenia.

Opcja numer jeden, czyli twarda reakcja na protesty daje reżimowi większe szanse na utrzymanie się przy władzy. Świetnie rozumieją to irańscy mułłowie, którzy w 1979 roku przeprowadzili skuteczną rewolucję i obalili szaha Pahlawiego, a w 2009 roku nie dali szans demonstrującym przeciwko wyborowi Mahmuda Ahmadineżada na drugą prezydencką kadencję. Władza zaprezentowała wówczas jednolite i zdecydowane stanowisko. Nie pojawiła się ani jedna rysa na ścianie, o którą rozbiła się tzw. Zielona Rewolucja. Brutalne metody pacyfikacji tłumów przyniosły pewną liczbę ofiar i międzynarodowe potępienie, jednak z punktu widzenia reżimu się opłaciły.

Pojawiły się plotki, że na ulice Kairu zaczyna wchodzić egipska armia. Na razie był to jeden wóz, który uznano za należący do wojska - spotkał się on z entuzjastycznym przyjęciem demonstrantów. Liczą oni, że wojsko obroni ich przed brutalną policją i wesprze w walce z Mubarakiem. Są to dość optymistyczne przewidywania, gdyż Mubarak to były wojskowy, a krajem de facto rządzi armia (Z ostatniej chwili: podano informację o rozkazie Mubaraka skierowanym do wojska, aby armia wsparła policję i zaprowadziła spokój na ulicach). Wygląda na to, że władza próbuje zastosować opcję siłową. Wyprowadzono na ulice większą liczbę policjantów i członków służb bezpieczeństwa, odcięto internet, zablokowano smsy.

Trwa próba sił i dopiero kolejne godziny, dni, a może tygodnie pokażą, co z tego wszystkiego wyniknie. Nawet rezygnacja Mubaraka nie musiałaby jednak oznaczać poważnych zmian. Rządząca elita może zdecydować się na poświęcenie przywódcy, byle utrzymać wpływy. Z kolei prawdziwie demokratyczne wybory mogłyby przynieść zwycięstwo Bractwa Muzułmańskiego, jedynej dobrze zorganizowanej grupy politycznej w Egipcie. Taki obrót zdarzeń nikomu nie byłby na rękę, stąd należy zachować daleko idący sceptycyzm odnośnie zasięgu spodziewanych zmian.

Piotr Wołejko

 

grafika: Al Jazeera/EPA

czwartek, 27 stycznia 2011

W ubiegły piątek, 21 stycznia BBC poinformowało o udanej akcji odbicia porwanego przez piratów statku handlowego, której głównymi bohaterami byli południowokoreańscy komandosi. Somalijscy napastnicy przejęli kontrolę nad jednostką Samho Jewelry przewożącą chemikalia ze Zjednoczonych Emiratów Arabskich na Sri Lankę. Statek został zaatakowany na wodach między Omanem a Indiami, 1300 kilometrów od somalijskiego wybrzeża.

Rozmach piratów

Rok 2010 przyniósł największą w historii liczbę aktów piractwa morskiego. Porwano ponad 50 statków, na pokładach których znajdowało się blisko 1200 członków załogi. Większość ataków miała miejsce w tzw. okolicach Somalii i Jemenu, czyli na terenach łowieckich somalijskich piratów. Jednak niebezpiecznie jest także na innych akwenach, chociażby w okolicach Nigerii czy Indonezji. Napisałem o okolicach Somalii i Jemenu, gdyż obszar, na którym statki handlowe są narażone na ataki, nieustannie się powiększa.

grafikaPiraci atakują już nie w odległości do 100 czy 250 kilometrów od własnych wybrzeży, tylko 600, 800 a nawet 1000 i więcej kilometrów od somalijskiego wybrzeża. Wspomniany we wstępie atak na Samho Jewelry pokazuje, że odległość zaczyna tracić na znaczeniu. Mówiąc inaczej, piraci zyskali większą swobodę działania. Dostosowali się do nowych, trudniejszych warunków. Ustanowiona w 2008 roku misja antypiracka, w której udział bierze kilkadziesiąt państw, pomogła w ustabilizowaniu sytuacji w Zatoce Adeńskiej. Także w pobliżu somalijskiego wybrzeża zrobiło się bezpieczniej. Piraci odrobili jednak lekcje i znaleźli sposób na kontynuowanie przestępczej działalności.

Oddajmy głos wiceadmirałowi Markowi Foxowi, stojącemu na czele amerykańskiej 5. floty, która bierze aktywny udział w zwalczaniu somalijskich piratów: "Po raz pierwszy obserwujemy trwałe, zwiększone wykorzystanie tzw. statków-matek - funkcjonuje nawet do ośmiu pirackich grup jednocześnie, które są rozlokowane w regionie". To zmienia warunki gry, dodaje Fox. Statek-matka pozwala w istotny sposób zwiększyć skalę działania, zapewnia też osłonę dla mniejszych jednostek, głównie łodzi motorowych, które przeprowadzają ataki. W efekcie, piraci atakują tam, gdzie nie sięga karząca ręka zagranicznych okrętów wojennych.

Rosnące koszty upadłości Somalii

Zmiana warunków gry oznacza poważne kłopoty dla handlu międzynarodowego. Dotychczasowa aktywność piratów przynosiła stratę rzędu 7 miliardów dolarów rocznie z powodu spadku przychodów z frachtu oraz wyższych kosztów ubezpieczenia. W kwocie tej najpewniej uwzględniono także koszt "wykupienia" porwanego statku i załogi. Jeśli piraci będą mieli większą swobodę działania, a na to się zanosi, rok 2011 może być jeszcze bardziej niebezpieczny od swego poprzednika. A, przypomnijmy, rok 2010 był pod względem ilości porwań rekordowy.

Problem piractwa morskiego jest o tyle poważny, że nie da się zabezpieczyć każdego akwenu poprzez obecność okrętów wojennych. Jest to fizycznie niemożliwe, a mówimy wyłącznie o szlakach handlowych. Działania prewencyjne w postaci koalicji antypirackich i wystawiania wspólnych flot mają pozytywny, acz ograniczony wpływ na bezpieczeństwo handlu morskiego.  Skoro państwa nie mogą poradzić sobie z piratami, będzie to musiał zrobić sektor prywatny. Na pokładach statków handlowych może pojawić się uzbrojenie bądź uzbrojeni ochroniarze. Być może prywatne agencje stworzą własną flotę uzbrojonych okrętów ochronnych, którą zaoferują armatorom za odpowiednią opłatą.

A piractwo, przynajmniej w wydaniu somalijskim, nie zniknie dopóty, dopóki nie zostanie ustabilizowana sytuacja wewnętrzna w Somalii. W tę czy inną stronę. Chaos i anarchia w tym kraju stają się coraz bardziej kosztowne dla świata.

Piotr Wołejko

 

grafika: themaritimelawyer.com

poniedziałek, 24 stycznia 2011

"Dla Europy i innych globalnych graczy rozpoczyna się nowa gra. Uprzemysłowione demokracje nie mają już monopolu na decydowanie o losach świata. Kraje "rozwijające się" teraz chcą zaistnieć na światowej scenie. Moim zdaniem tej zmianie sił musi towarzyszyć zmiana globalnej odpowiedzialności. Będzie to kluczowa kwestia w roku 2011 (...)" - napisał w The World In 2011 przewodniczący Rady Europejskiej Herman Van Rompuy. Warto pochylić się nie tylko nad powyższym fragmentem, ale nad całym artykułem Belga, ponieważ porusza on wiele istotnych dla przyszłości Europy i świata tematów.

Europa nie do końca zjednoczona

Nowa gra to sprawa oczywista. Niewielu dostrzegało to jeszcze w roku 2000, choć już wówczas Chiny miały za sobą dwie dekady dynamicznego rozwoju gospodarczego, a Indie zacierały wizerunek skostniałego kolosa. Dziś nie ma wątpliwości, że anomalia w postaci dominacji gospodarczej Zachodu (Europy i Stanów Zjednoczonych) dobiega końca. Azja powraca na naturalne dla niej miejsce. Wraz z wzrostem potęgi gospodarczej rośnie jej znaczenie polityczne, a także chęć kształtowania otaczającej ją rzeczywistości międzynarodowej.

W tym nowym świecie pozycja Europy, zjednoczonej Europy, jest dobra. Von Rompuy określa pozycję startową jako korzystną. I podaje dane potwierdzające taką tezę - "Choć stanowimy zaledwie 7 proc. populacji świata, wytwarzamy niemal 22 proc. światowego PKB. Razem jesteśmy pierwszą komercyjną potęgą świata, większą niż USA, Chiny czy Japonia". Proste równanie, w którym siła gospodarki równa się sile politycznej - stanowiące fundament realistycznej teorii stosunków międzynarodowych - nie znajduje jednak przełożenia w sytuacji, gdy mowa o organizacji międzynarodowej.

Unii brak woli politycznej, aby wykorzystać we właściwy sposób połączoną siłę gospodarczą. Nadal najwięksi, głównie Paryż, Berlin i Londyn, preferują grę pod siebie, za nic mając interesy bloku jako całości. Trudno w ogóle zdefiniować wspólny interes polityczny całej unii, ponieważ państwa członkowskie mają zbyt dużo zbyt odległych od siebie priorytetów. Gdyby spisać na kartce interesy 27 członków UE wyszedłby z tego misz-masz, z którego trudno byłoby wyłowić wspólne stanowisko.

Zastrzegam przy tym, że trudności te nie dotyczą absolutnie wszystkich kwestii. Jakie jednak ma być wspólne stanowisko Unii Europejskiej wobec Rosji czy Chin? Często słychać narzekania, że Rosja rozgrywa unię rozmawiając z niektórymi ponad głowami pozostałych. Jednak to przecież unia daje się rozgrywać - trudno czynić zarzut Rosji (czy komukolwiek innemu), że wykorzystuje okazję.

Przewodniczący Rady Europejskiej zwraca uwagę, że Europa coraz bardziej się integruje, a nowe ramy Traktatu Lizbońskiego sprzyjają ucieraniu wspólnego stanowiska. Brak jednak zgody na wspólne stanowisko w relacjach z partnerami strategicznymi (USA, Kanada, Rosja, Chiny, Japonia, Indie, Brazylia), które to relacje Van Rompuy chciałby wzmocnić, wypełnić je konkretniejszą treścią. Obawiam się, że będą to nadal treści narodowe, a więc francuskie, niemieckie czy polskie, a nie europejskie (unijne). W efekcie UE nadal będzie wypowiadać się z pełną mocą o szlachetnych zasadach i abstrakcyjnych wartościach.

Problemem dla UE może być także dynamiczny wzrost znaczenia G20, organizacji skupiającej największe gospodarki świata. Daleko jeszcze do nazwania G20 rządem światowym, czy nawet globalnym dyrektoriatem, jednak to właśnie na forum tej organizacji przywódcy najważniejszych państw prowadzą dialog i próbują podejmować wspólne działania - na razie dotyczące gospodarki. Kto wie, czy G20 to nie odpowiedź na malejące znaczenie skostniałej Rady Bezpieczeństwa ONZ, która z woli swych stałych członków (głównie Rosji i Chin) twardo broni się przed reformami, w tym bardzo istotną - bo dotykającą reprezentatywności tego gremium - kwestią poszerzenia rady o nowych członków. W ramach G20 spotykają się z grubsza przywódcy tych państw, które widziałyby dla siebie miejsce w RB ONZ.

Twardy orzech do zgryzienia

grafikaW tym miejscu należy wrócić do zarysowanej we wstępie kwestii zmiany globalnej odpowiedzialności. Wspomniana zmiana oznacza ni mniej ni więcej tylko dostosowanie obowiązków do aktualnej siły gospodarczej i potencjału politycznego państw rozwijających się. Tłumacząc z dyplomatycznego na nasze, kraje takie jak Chiny, Indie czy Brazylia powinny - jak uważa Zachód (Europa i USA) - w imię wspólnych interesów ograniczyć własne postulaty i ponosić koszty stabilizacji systemu międzynarodowego. Nie chodzi od razu o dołączenie do USA w roli globalnego policjanta, raczej zaś o zwiększenie wysiłków na rzecz rozwiązania problemów takich jak irański program atomowy, bliskowschodni proces pokojowy, konflikt na Półwyspie Koreańskim czy zmiany klimatyczne.

Pytanie, jakie nieuchronnie pojawia się przy tego typu dywagacjach jest następujące: dlaczego Chiny czy Indie miałyby postąpić tak, jak spodziewa się Zachód? Dlaczego miałyby w pełni zaakceptować obecny ład międzynarodowy? Ład, którego zasady stworzyły kraje Zachodu. Aktualna pozycja rosnących potęg przynosi im ogromne korzyści. Nie podważają systemu i czerpią wszelkie profity z jego funkcjonowania, natomiast nie robią wiele, by partycypować w kosztach utrzymania tegoż systemu (powołując się sprytnie na to, że są krajami na dorobku). Chiny bardzo oburzają się na wszelkie sugestie, że zamierzają tworzyć własny, konkurencyjny do obecnie istniejącego, ład międzynarodowy. Gdyby powstał, Chiny i USA (jako główny gwarant teraźniejszego systemu) znalazłyby się na prostej drodze do konfrontacji.

Dotychczasowe doświadczenia dotyczące globalnej, czy też regionalnej odpowiedzialności - a szerzej, ładu międzynarodowego - pokazują, że bardzo trudno doprowadzić do zmiany układu sił w drodze pokojowej. Wojna Trzydziestoletnia i pokój westfalski, wojny napoleońskie i kongres wiedeński, I wojna światowa i traktat wersalski, II wojna światowa i układy w Jałcie i Poczdamie - najistotniejsze zmiany następowały po tragicznych, często wieloletnich wojnach. Czy tym razem uda się przewartościować udziały poszczególnych potęg w inny sposób?

Piotr Wołejko

 

grafika: sanderwesterduin.blogspot.com

http://1.bp.blogspot.com/_Ew9_xL9xDDk/R-fLo_jwvrI/AAAAAAAAAGg/GloG85dqYy8/s200/dead%2Bglobe.jpghttp://1.bp.blogspot.com/_Ew9_xL9xDDk/R-fLo_jwvrI/AAAAAAAAAGg/GloG85dqYy8/s200/dead%2Bglobe.jpg
środa, 19 stycznia 2011

Co przychodzi nam do głowy, gdy ktoś zapyta nas o najgroźniejsze problemy o skali międzynarodowej? Terroryzm, proliferacja broni jądrowej, katastrofy naturalne, zmiany klimatyczne, wyczerpywanie się złóż surowców energetycznych, niedobór wody pitnej, masowe migracje, drugie dno kryzysu gospodarczego etc. Jest to bardzo szeroki wachlarz spraw polityczno-ekonomicznych. Głównie zresztą politycznych.

W tym monotematycznym zadęciu można pominąć równie ważne kwestie społeczne. Owszem, przewidywane problemy z wodą pitną można zaliczyć do tej grupy. Jest ich jednak znacznie więcej. Dlatego też dzisiejszy wpis poświęcę jednemu z nich, mianowicie problemowi bezrobocia wśród młodych (do 24-25 roku życia).

Podbudowa merytoryczna

Rzut oka na dane statystyczne wystarczy, aby dostrzec skalę problemu. Mylą się ci, którzy zakładają, że bezrobocie wśród młodych to głównie problem państw o bardzo słabych strukturach, często targanych konfliktami wewnętrznymi, a nawet wojnami. Owszem, trudno porównać liczbę bezrobotnych w krajach Afryki Subsaharyjskiej z liczbą bezrobotnych w krajach OECD. Jest oczywiste, że w pierwszej z tych grup bezrobocie jest większe. Wynosi średnio 50 procent. Trzeba przy tym zwrócić uwagę, że właśnie w Afryce Subsaharyjskiej populacja jest bardzo młoda (ba, będzie nawet młodsza w ciągu kilku najbliższych lat), a więc brak zajęcia dla młodych ludzi będzie szczególnie poważnym problemem.

grafika

źródło: economist.com

Spójrzmy jednak na OECD, a przekonamy się, że - jak powiedział Sekretarz Generalny tej organizacji Angel Gurria - sytuacja nie jest różowa [także u nas - przyp. P.W.]. W Hiszpanii więcej niż 40 proc. ludzi w wieku do 24 lat nie ma pracy. W Szwecji, we Włoszech czy w Irlandii blisko co trzecia osoba do 24 roku życia jest bezrobotna. W Polsce ponad 22 procent takich osób nie może znaleźć zatrudnienia. Bliżej średniej dla OECD, która wynosi 19,6 proc. (w roku 2010) znalazły się Stany Zjednoczone i Wielka Brytania. Właśnie w tym ostatnim kraju liczba bezrobotnych młodych ludzi zbliża się do okrągłego miliona.

Potrzeba długofalowych zmian

O ile w krajach Afryki Subsaharyjskiej wiele osób, w tym także - niestety - młodych nie posiada żadnego wykształcenia (często nie potrafią pisać i czytać), to w krajach OECD młodzi bezrobotni to często ludzie z dyplomami uniwersytetów, politechnik i innych szkół wyższych. Często są to dyplomy kierunków niewiele wartych na rynku pracy. Jednak nie można winić wyłącznie młodych za to, jakie studia ukończyli. W wielu przypadkach decyzja o humanistycznym kierunku studiów zapada zanim ktokolwiek na poważnie pomyśli o samych studiach. Już w podstawówce mogą trafić na nieudolnego nauczyciela i nieudolny system edukacji, w którym przedmioty ścisłe są traktowane po macoszemu.

Polska jest tego najlepszym przykładem. Gdy z radością przywraca się obowiązkową matematykę na maturze, a rektorzy szkół wyższych ubolewają nad tym, jakie to matoły trafiają na kierunki ścisłe, trudno o inną refleksję niż stwierdzenie, że zaczynamy budować dom od dachu, zamiast od fundamentów. A podstawą jest właściwe przygotowanie nauczycieli matematyki, fizyki i chemii. Następnie opracowuje się programy nauczania, a potem odpowiednio wyposaża pracownie. Cały proces trwa co najmniej kilka lat, a najpewniej jedno pokolenie (nieco ponad dekadę), jest dokładnie zaplanowany, a budżet na niezbędne wydatki zabezpieczony i niezagrożony aż do zakończenia zmian.

Tymczasem u nas wprowadza się obowiązkową matematykę i sprawę uznaje za rozwiązaną. Na pocieszenie poziom owej matury obniża się dość znacząco, aby nie wyszło, jak żałośnie  zostali do niej przygotowani uczniowie szkół średnich. Trudno się dziwić, że mamy niedobór inżynierów i nadpodaż humanistów. Gdy ktoś rozpoczyna studia na naukach politycznych czy społecznych, europeistyce, stosunkach międzynarodowych, socjologii czy filozofii rzadko zastanawia się, jaką pracę mógłby wykonywać po ich zakończeniu. Dochodzi do takich absurdów, sprawa już nie tylko wewnętrznie polska, że problemy ze znalezieniem pracy mają posiadacze tytułów doktorskich. Albo pracują na recepcji czy jako sekretarki lub, jak to się teraz modnie nazywa, asystenci ds. administracyjnych.

Kosztowne zaniechanie

Bezrobocie wśród młodych, strukturalne bezrobocie, niesie za sobą istotne konsekwencje. Nieważne, czy po studiach, czy po maturze, młodzi nie palą się do zakładania rodzin i posiadania dzieci. Rzadko stać ich na mieszkanie, i nie mam tu bynajmniej na myśli kupna własnego M. Ceny wynajmu w większych miastach, w porównaniu z zarobkami, na jakie mogą liczyć młodzi pracownicy, skazują młodych na gnieżdżenie się w kilka osób w jednym, wspólnie wynajmowanym mieszkaniu albo na mieszkanie z rodzicami.

W wielu krajach OECD, głównie w Europie, rośnie pokolenie młodych bezrobotnych, którzy ani się nie uczą (często już posiadają dyplom uniwersytecki), ani nie pracują, ani nie terminują/praktykują u pracodawcy, sposobiąc się do wykonywania zawodu. Nie są aktywni na rynku pracy nie ze swojej winy, bo przecież chcą pracować. Niestety, nikt nie chce ich zatrudnić. Przedłużające się bezrobocie i poczucie beznadziei fatalnie wpływa na psychikę każdego człowieka, a w szczególności młodego, który ma przecież całe życie przed sobą.

Z punktu widzenia państwa, wysokie bezrobocie wśród młodych ludzi to jedna z najgorszych plag, jaką można sobie wyobrazić. Zdrowi, silni i gotowi do pracy zamiast pracować, płacić podatki, i składki na emerytury aktualnych i przyszłych emerytów (a przecież będzie ich z każdym rokiem coraz więcej), siedzą w domach i, jeśli mają szczęście (spełnili wymogi ustawowe, najczęściej przepracowali już jakiś czas), otrzymują zasiłek dla bezrobotnych. Zamiast dawać państwu, oni jeszcze czerpią ze wspólnej kasy.

Nierzadko chwytają się praktyk czy staży, które - przynajmniej w Polsce - stały się współczesną formą niewolnictwa. Są darmowe, najczęściej nie ma po nich szans na normalne zatrudnienie w danej firmie/instytucji, a zgoda na ich odbywanie to prawdziwa łaska ze strony pracodawcy. Płatne praktyki to, w Polsce, miód-malina i przywilej, na który może liczyć niewielu. A gdy już młodym uda się znaleźć pracę, najczęściej zatrudnia się  ich na umowy cywilnoprawne, które można zerwać z dnia na dzień, na mocy których nie przysługują młodemu człowiekowi jakiekolwiek uprawnienia z kodeksu pracy, a składka emerytalna jest odprowadzana w minimalnej wysokości. ZUS po 40 latach takiej pracy stosownie nas podliczy i tylko własna zapobiegliwość może uchronić takie osoby od przymierania głodem.

Uwaga - młodzi!

Decydenci powinni mieć przed oczami świeże przecież obrazy z Tunezji, gdzie rządzący dość twardą ręką dyktator został przepędzony pod presją demonstracji. A demonstrowali głównie młodzi ludzie. Właśnie ci, których problemowi poświęcam niniejszy wpis. Do demonstracji czy rewolucji najbardziej nadają się zawiedzeni młodzi ludzie. Tacy, którzy nie mają nic (lub mają niewiele) do stracenia. Nie chcąc snuć katastroficznych wizji zwracam tylko uwagę, że młodzi mogą się w końcu zniecierpliwić, a kiedy wyjdą na ulice, zatrzęsą się parlamenty i gabinety, a może też i siedziby lub ekspozytury firm.

W krajach rozwijających się sytuacja jest o wiele bardziej dramatyczna. Wysoki przyrost naturalny i nikłe szanse na pracę, a więc na w miarę godziwe warunki bytowe sprawiają, że rośnie rzesza osób podatnych na populistyczne hasła i łatwo się radykalizująca. Może to doprowadzić do wielu konfliktów o charakterze wewnętrznym, a niektóre z nich mogą przenieść się poza, w wielu przypadkach wirtualne, granice. Niektórzy spośród opisywanych młodych ludzi z państw rozwijających się mogą także szukać szczęścia w tym bogatszym, rozwiniętym świecie. Bogatym może zagrozić masowa migracja, czyli jeden z klasycznych problemów, który wymieniłem we wstępie.

Dla spokoju społecznego i stabilności finansów państwa, kraje OECD (przypomnijmy, średnie bezrobocie osób w wieku do 24 lat wyniosło w 2010 roku 19,6 proc., podobne ma utrzymać się w 2011 roku) powinny pochylić się nad problemem bezrobocia wśród młodych ludzi. Mają oni nikłe szanse na równie szybkie wzbogacenie się co ich rodzice i dziadkowie, ale na dziś są tych szans w zasadzie pozbawieni.

Piotr Wołejko

piątek, 14 stycznia 2011

Wojna z terrorem, która była reakcją na zamachy z 11 września 2001 roku i wydarzenia, które nastąpiły w odpowiedzi na amerykańskie poczynania, przyniosły śmierć setek tysięcy osób. W zdecydowanej większości byli to cywile: afgańscy, iraccy, ale również hiszpańscy czy brytyjscy. Głównym teatrem batalii z terroryzmem stał się nikomu nieznany Afganistan. Kraj, który trzy dekady wcześniej próbował podbić Związek Radziecki, ale przeszkodzili mu w tym bohaterscy mudżahedini finansowani, szkoleni i zbrojeni przez Stany Zjednoczone, Arabię Saudyjską i Pakistan. W dziesiątym roku trwania wojny w Afganistanie Amerykanie przyznają otwarcie, że zaatakowali nie to państwo, które powinni.

Nie ma sukcesu w Afganistanie, bez sukcesu w Pakistanie

Gdy gen. Mike Mullen, szef Kolegium Połączonych Szefów Sztabów, czyli najwyższy rangą amerykański wojskowy mówi, iż Pakistan stanowi epicentrum globalnego terroryzmu, a sprawą absolutnie krytyczną jest zlikwidowanie bezpiecznych przystani [dla terrorystów] w Pakistanie, trudno o odmienną od powyższej konstatację. Nie możemy odnieść sukcesu w Afganistanie bez tego [czyli likwidacji pakistańskich kryjówek terrorystów] - dodaje gen. Mullen. Zapewnia przy tym jednocześnie, iż jest przekonany, że pakistańska armia wie, co powinna zrobić, aby wyeliminować zagrożenie.

My także to wiemy. Ba, wiemy również, że jest bardzo mało prawdopodobne, aby Pakistańczycy zechcieli zrobić porządek z rozmaitymi ugrupowaniami, organizacjami i sieciami terrorystycznymi działającymi na terytorium Islamskiej Republiki Pakistanu. Wiemy również, dlaczego nie robią porządku z Północnym Wazyrystanem, uważanym za siedzibę przywództwa ugrupowań odpowiedzialnych za rebelię w Afganistanie.

Pakistańczycy, a konkretnie wojsko i służby specjalne ISI, postrzegają interes narodowy własnego kraju odmiennie od Stanów Zjednoczonych czy Zachodu. Głównym zagrożeniem nie jest dla nich islamski terroryzm (chociaż liczba ataków, w tym na cele wojskowe, na terytorium Pakistanu systematycznie rośnie), tylko sąsiednie Indie. Głównym przedmiotem sporu z większym sąsiadem jest prowincja Kaszmir, o którą kłótnia trwa od momentu powstania niepodległych Indii i Pakistanu. Afganistan stanowi dla Pakistanu "strategiczną głębię", niezbędną przy wybuchu wojny z Indiami.

Stąd kluczowe dla Pakistanu,  którym przez większą część okresu niepodległości rządziło wojsko, jest utrzymanie kontroli nad Afganistanem. Taką kontrolę w czasach posowieckich zapewniał reżim talibów. Gdy nieuchronnie zbliża się termin wycofania zachodnich wojsk z Afganistanu pakistańska armia i ISI coraz mocniej skłaniają się ku swoim dawnym sojusznikom. Wspierają różne grupy talibów i rebeliantów, stoją w kontrze do indyjskiego otwarcia na Afganistan.

Państwo w stanie upadłości

grafikaChociaż Pakistan posiada broń nuklearną i jedną z większych armii na świecie, de facto jest państwem w stanie upadłości. Nie jest to upadłość ogłoszona wszem i wobec. Można ją natomiast stwierdzić obserwując wydarzenia w tym kraju, a także najbliższych (acz czasem skrywanych) sojuszników najważniejszej instytucji Pakistanu - armii. Wspomnianymi przyjaciółmi są organizacje takie jak Lashkar e-Taiba, odpowiedzialna za zamachy w Mumbaju z 2008 roku, w efekcie których zginęło blisko 200 osób, a Pakistan stanął na krawędzi wojny z Indiami.

Nie mogąc liczyć na Pakistańczyków w kwestii zwalczania terrorystów, Amerykanie muszą radzić sobie sami. Przeprowadzają liczne operacje (za zgodą, ale także bez zgody władz w Islamabadzie) na terytorium Pakistanu, wykorzystując zarówno siły specjalne, jak i samoloty bezzałogowe. Operacje te nie są jednak w stanie rozbić wspieranego z Pakistanu afgańskiego ruchu oporu. Inwazji na Pakistan nie będzie i nigdy nie mogło być o niej na poważnie mowy. Kraj ten musi sam poradzić sobie z problemem, który stworzył. Islamiści coraz bardziej dają o sobie znać i destabilizują kruche struktury pakistańskiego państwa.

Bez uporządkowania sytuacji wewnętrznej Pakistanu kraj ten nadal będzie rozsadnikiem niestabilności w regionie. Główna trudność polega na tym, iż bez rozwiązania kwestii przynależności Kaszmiru Pakistan raczej nie wyzbędzie się panicznego strachu przed Indiami. A to właśnie ten strach, obawa przed potężniejszym sąsiadem sprawiła, iż Islamabad postawił na asymetryczne środki walki z przeciwnikiem, w tym na ugrupowania terrorystyczne.

Być może określenie Pakistanu mianem epicentrum globalnego terroryzmu to pewna przesada (a co z Jemenem, z którego wywodziły się ostatnie próby zamachów terrorystycznych w USA?), jednak Islamabad ma poważne kłopoty z postawą wobec terrorystów.

Piotr Wołejko

 

grafika: warnewsupdates.blogspot.com

 
1 , 2
Zakładki:
1. Dyplomacja w Sieci
2. Blogi zagraniczne
3. Think-tanki
4. Media zagraniczne
5. Blogi polskie
6. Militaria
7. Periodyki
liczniki
Dyplomacja on Facebook