wtorek, 31 stycznia 2012

Czasy kryzysu finansowego, wielkiego deficytu publicznego i zadłużenia państw są niełatwe dla sił zbrojnych. W okresie pokoju wybór pomiędzy masłem a bronią wydaje się jasny. Budżety obronne państw zachodnich maleją, a wraz z nimi zmniejsza się liczebność wojsk oraz ilość sprzętu. Oszczędzają Brytyjczycy, którzy zrezygnowali (chwilowo) z posiadania lotniskowca i współdzielą okręt z Francuzami. Londyn i Paryż już w listopadzie 2010 r. zawarły bezprecedensowe porozumienie obronne, które analizowałem dla Fundacji im. Kazimierza Pułaskiego. W ślad za Londynem i Paryżem podążają Niemcy, obcinając stan osobowy armii o kilkadziesiąt tysięcy etatów, a także pozbywając się przestarzałego sprzętu.

Cięcia w wydatkach na obronę narodową dotarły także za ocean, do Stanów Zjednoczonych. Na początku stycznia br. administracja Baracka Obamy przedstawiła dokument strategiczny [pełna treść tutaj] „Sustaining U.S. Global Leadership: Priorities for 21st Century Defense”. Jak tłumaczy sekretarz obrony Leon Panetta, Pentagon będzie rekomendował Kongresowi m.in. zmniejszenie liczebności armii o blisko 100 tys. żołnierzy (cięcia dotkną zarówno siły lądowe, jak i Korpus Marines; należy przy tym poczynić zastrzeżenie, iż nawet po cięciach liczba żołnierzy będzie większa niż przed atakami z 11 września 2001 r.), wycofanie ze służby wielu samolotów i okrętów, spowolnienie zakupów samolotu bojowego nowej generacji F-35 (projekt opóźniony, przekroczone koszty), co ma przynieść blisko 260 mld dolarów oszczędności w ciągu najbliższych 5 lat.

Oszczędności i wydatki

grafikaBudżet Pentagonu ma w 2013 roku wynieść 525 mld dolarów, o 6 mld mniej niż obecnie. Zmniejszają się również koszty zagranicznych wojen ze 115 mld do 88 mld dolarów. Jednocześnie Panetta twierdzi, że w 2017 roku oczekuje budżetu obronnego na poziomie 567 mld dolarów. Sumy te, nawet po cięciach, wydają się astronomiczne. I słusznie. Ameryka rocznie wydaje na obronę więcej niż wynosi polskie PKB. Ba, wydatki obronne USA są większe niż 15 kolejnych państw razem wziętych, spośród których 11 to amerykańscy sojusznicy. Druga potęga gospodarcza i, jak się uważa w Waszyngtonie, przyszły rywal Stanów Zjednoczonych w walce o globalny prymat – Chiny – przeznacza na wojsko przynajmniej 5-krotnie mniejsze środki.

Decyzje podejmowane przez administrację Baracka Obamy dotkną bezpośrednio Europę, z której wycofane zostaną dwie amerykańskie brygady. W tym samym czasie USA zwiększą swoją obecność na Pacyfiku, utrzymując dotychczasowe bazy i tworząc nowe, jak chociażby w australijskim Darwin, o czym pisałem w listopadzie 2011 r.  Okręty US Navy nadal będą stacjonować w Bahrajnie (co wyjaśnia, dlaczego Ameryka nie protestowała, gdy Saudyjczycy przy wsparciu szejkanatów z Zatoki pacyfikowała lokalne demonstracje będące odpryskiem arabskiej wiosny) czy Singapurze. Wiele wskazuje na to, że szykuje się powrót amerykańskich wojsk na Filipiny.

Istotnym elementem oszczędności będzie dalsza prywatyzacja zadań sił zbrojnych. Na stronie 13. omawianej strategii stwierdzono wprost, że Pentagon musi kontynuować redukowanie kosztów prowadzonej działalności. Wśród elementów niezbędnych dla kontroli kosztów znajdziemy m.in. praktyki biznesowe i inne działania wspierające oraz ograniczenie wzrostu kosztów osobowych i związanych ze środkami trwałymi [bazy, biura i siedziby]. Można więc bez ryzyka postawić tezę, że administracja Obamy podąża wytyczoną przez Donalda Rumsfelda i Dicka Cheneya drogą prywatyzacji armii, o której szerzej w artykule przygotowanym dla tygodnika „Polska Zbrojna”.

Technologie priorytetem USA

Ograniczenie liczby żołnierzy i reorientacja na Pacyfik to tylko niektóre spośród planowanych zmian. Pentagon nie zamierza oszczędzać na siłach specjalnych oraz samolotach bezzałogowych, na które przeznaczone zostaną dodatkowe środki. US Navy utrzyma też 11 lotniskowców (chociaż opóźni się wejście do służby okrętów ochrony oraz łodzi podwodnych). Już wcześniej administracja Obamy obiecała dziesiątki miliardów dolarów na utrzymanie w gotowości nuklearnego potencjału odstraszającego. Na brak środków nie powinno narzekać także, powołane do życia w 2009 roku, Cyber Command, czyli dowództwo ds. cyberwojny. Amerykanie postanowili skupić więcej uwagi zarówno na cyberprzestrzeni, jak i na przestrzeni kosmicznej. Będą również rozwijać środki zwalczające możliwości area denial/anti-access rozbudowywane i opracowywane przez państwa takie jak Chiny czy Iran, a których celem jest powstrzymanie amerykańskich sił zbrojnych, głównie lotniskowców, od operowania w pobliżu ich granic.

W strategii widoczne jest postawienie na rozwój technologii i utrzymanie prymatu w tej dziedzinie. Mniej istotni są zwykli żołnierze, których liczbę można zmniejszyć. Chociaż z takim poglądem polemizują niektórzy eksperci, jak np. Frederick Kagan z American Enterprise Institute, trend ten (najpierw technologia) będzie zyskiwał na popularności. Zdaniem Kagana, w okresie kryzysu należy postawić na ludzi. Technologie najlepiej i najszybciej rozwijają się w czasach konfliktu. Bez odpowiedniej liczby dobrze wyszkolonych ludzi żadne technologie sobie nie poradzą.

Tak samo rozumuje faworyt do republikańskiej nominacji prezydenckiej Mitt Romney, który w wojskowym miasteczku Pensacola w stanie Floryda zapowiedział, że – w razie zwycięstwa w listopadowych wyborach prezydenckich – nie tylko powstrzyma zapowiedziane odchudzenie armii i Marines o blisko 100 tys. żołnierzy, lecz o taką liczbę zwiększy stan osobowy sił zbrojnych. Jak zwykle w takich przypadkach, Romney nie powiedział skąd weźmie na to pieniądze. Tymczasem w jakiś sposób trzeba zredukować sięgający 15 bilionów dolarów dług federalny, a budżet Pentagonu – obok systemów socjalno-zdrowotnych jak Medicaid i Medicare – jest najbardziej oczywistym źródłem oszczędności. Nawet po cięciach amerykański potencjał wojskowy będzie największy na świecie. I to przez wiele lat.

Piotr Wołejko

 

grafika: thecareerbiz.blogspot.com

wtorek, 24 stycznia 2012

Gdy w mediach powraca temat zbliżającego się wielkimi krokami ataku na Iran, nie mogę powstrzymać się od stwierdzenia, iż - jak powiedział Talleyrand - byłoby to gorsze niż zbrodnia, byłby to błąd. Decyzja o ataku na Iran, którą uzasadnia się prowadzeniem przez ten kraj prac nad programem nuklearnym (najpewniej jednocześnie cywilnym i wojskowym), opiera się na szeregu błędnych przesłanek. Co więcej, zwolennicy uderzenia w sposób istotny minimalizują negatywne konsekwencje takiego obrotu zdarzeń. Głównym problemem wydaje się niezrozumienie myślenia irańskich elit władzy. Entuzjaści ataku uważają, i taką narrację sprzedają w mediach, że irańskie władze składają się z szaleńców ogarniętych wizją zniszczenia Izraela i siania niepokoju w regionie.

O ile prezentowanie przeciwnika w taki sposób jest bardzo wygodne, a przy tym efektowne, nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. Ajatollahowie potrafią chłodno kalkulować i podejmować bardzo racjonalne decyzje. Pisałem o tym w artykule dla Polski Zbrojnej z połowie ubiegłego roku (Iran - racjonalny oportunista, PZ 23/2011). Przywoływałem w tym tekście dwóch amerykańskich ekspertów od polityki międzynarodowej, Raya Takeyha i Valiego Nasra, którzy twierdzą, iż "Iran nie jest, wbrew powszechnemu przekonaniu, mesjanistyczną potęgą zdeterminowaną wywrócić regionalny porządek w imię wojowniczego islamu; jest niezwykle oportunistycznym państwem starającym się zapewnić sobie dominację w najbliższym sąsiedztwie".

Meandry irańskiej dyplomacji

grafikaW podobnym tonie wypowiedział się Ali Alfoneh, irański politolog i ekspert konserwatywnego think-tanku American Enterprise Institute w rozmowie z Rzeczpospolitą (wydanie z 24 stycznia br.): "Wbrew temu, co często się o Iranie pisze, Republika Islamska systematycznie podejmowała racjonalne decyzje w obliczu egzystencjalnych zagrożeń". Dalej Alfoneh podaje przykłady takiego zachowania ze strony Teheranu: "[Republika - przyp. P.W.] potrafiła współpracować (...) z wrogiem - Izraelem - aby się obronić przed agresją Iraku w latach 80., a w obliczu porażki w tej wojnie zaakceptowała niekorzystne zawieszenie broni. Nie poszła w ślady III Rzeszy (do której jest często porównywana) i nie walczyła do końca, co pewnie skończyłoby się zbiorowym samobójstwem".

Jednocześnie irański ekspert z AEI zauważa ciekawą prawidłowość, na którą należy zwrócić większą uwagę. Alfoneh mówi, iż: "(...) kiedy sytuacja nie zagraża istnieniu państwa, Iran ma skłonność do popełniania rażących politycznych błędów i często się przelicza w swoich zamiarach". Politolog słusznie dostrzega, iż "Teheran ma szczególną skłonność do interpretowania normalnych, cywilizowanych zachowań jego przeciwników jako oznak słabości. To stało się coraz bardziej widoczne, od kiedy prezydentem USA został Barack Obama, który postawił na łagodniejsze stanowisko względem Iranu". Nic dziwnego, że nie okazało się ono skuteczne. Teheran błędnie je zinterpretował, a przeciwnicy zmiany twardego kursu wobec Iranu na konstruktywne zaangażowanie tylko przyklasnęli postawie ajatollahów i przedstawiają Obamę jako mięczaka i nieudacznika.

Warto przy tym pamiętać, że Irańczycy nie tylko nie potrafią odczytać gestów swoich przeciwników, lecz niekoniecznie zależy im na prawidłowym odbiorze wysyłanych sygnałów. Reżim znalazł się pod kontrolą konserwatystów, rośnie rola militarnej ostoi teokratycznego systemu władzy - Korpusu Strażników Rewolucji. Wśród irańskiej elity władzy dominuje aktualnie pogląd, iż jakiekolwiek otwarcie na świat i ustępstwa wobec presji Zachodu mogą doprowadzić do wybuchu buntu społecznego i obalenia reżimu. Skostniałe struktury nastawione są na trwanie, aparat represji coraz bardziej pracowicie prześladuje nieprawomyślnych obywateli, nawet tak wysoko postawionych w hierarchii władz jak eks-prezydent Mohammed Chatami czy eks-premier Mir-Hosejn Mousawi.

Oportuniści, nie szaleńcy

Jednocześnie, chociaż w Teheranie dominują twardogłowi, "trzeba jasno powiedzieć, że przywódcy Iranu nie są samobójcami" - jak mówi wspomniany wyżej Ali Alfoneh z American Enterprise Institute. Nie wierzy on w to, że jeśli Iran zbuduje bombę jądrową, będzie dążył do wymazania Izraela z mapy świata. Jego zdaniem bardziej realistyczny jest scenariusz, w którym "Iran coraz agresywniej rzuca wyzwania swoim sąsiadom i przeciwnikom", co będzie podsycało napięcie w regionie.

Uważam dokładnie tak samo, o czym zresztą pisałem w sierpniu 2010 r. we wpisie Implikacje irańskiego atomu dla Bliskiego Wschodu. Przytoczę fragment tego wpisu, gorąco zachęcając do lektury całego tekstu: "stworzenie koalicji balansującej przeciwko rosnącemu w siłę i gotowemu do ekspansji Iranowi. Zazwyczaj państw regionu nie chcą, aby na ich podwórku wyrósł gracz znacznie potężniejszy od pozostałych. Wzrost lokalnej potęgi wzmaga konflikty i może, w sposób niekorzystny dla słabszych, zmienić regionalny układ sił. Wówczas państwa zagrożone nową "siłą", często zapominając chwilowo o dawnych urazach, sporach czy nienawiści, decydują się wspólnie stawić czoła ekspansji aspirującej potęgi. Czasem lokalna koalicja wzmacniania jest obecnością zewnętrznej potęgi, zainteresowanej utrzymaniem status quo w regionie, a więc z definicji wrogiej zbytniemu wzmocnieniu się jakiegokolwiek państwa ponad miarę".

Nawet atomowy Iran można łatwo powstrzymać

Świat nie skończył się, gdy ZSRR wszedł w posiadanie bomby atomowej, ani gdy podzielił się tym odkryciem z Chinami. Kolejne państwa, choć jednak nieliczne, wchodziły w posiadanie broni A i nie doprowadziło to do przemiany globu w atomową pustynię. Atomowe odstraszanie wśród potęg jądrowych jest bardzo skuteczne. W przypadku Iranu również zadziała (Iran musi jeszcze skonstruować odpowiednie rakiety oraz umieścić bombę w tejże rakiecie, co nie jest takie proste).

Dodatkowo, Stany Zjednoczone zapewne obejmą sojusznicze kraje Zatoki Perskiej parasolem atomowym, gwarantując ich bezpieczeństwo. Uwolni je to spod presji Iranu i powstrzyma przed chęcią zbudowania własnego arsenału atomowego. Iran może pójść dwiema drogami: pierwszą, w której spróbuje wywrócić obecny ład regionalny do góry nogami i zwiększyć swoje wpływy; bądź drugą, w której reżim czując się wreszcie bezpiecznie skupi się na rozwoju gospodarczym i, w dalszej przyszłości, pójdzie drogą liberalizacji politycznej. Obecne wierzganie Iranu, w tym straszenie blokadą Cieśniny Ormuz, może wynikać ze strachu reżimu przed utratą władzy. Zabezpieczenie w postaci broni A powinno uspokoić myśli ajatollahów. Na co wtedy skierują swoją  uwagę?

To Ty, Czytelniku, zapłacisz za atak na Iran

Na koniec krótka uwaga dotycząca entuzjazmu dla uderzenia na Iran. Wszyscy już dziś odczuwamy na stacjach paliwowych koszty przymiarek do zaatakowania Iranu. Jeśli on jednak nastąpi, krótkofalowo ceny wystrzelą w górę. Iran może zareagować przesadnie, nie tyle próbując zablokować Ormuz, co zasypując gradem rakiet instalacje naftowe państw Zatoki oraz zatapiając tankowce. Wówczas wyższe ceny będą nam towarzyszyć dłużej. Jest jasne, co to oznacza dla światowej gospodarki, ledwo zipiącej po drugiej fali kryzysu finansowego.

Atak nie powstrzyma Iranu od prac nad bronią jądrową, nad którą pracują od połowy lat 70., czyli rządów obalonego przez rewolucję islamską szacha Pahlaviego. Reżim skonsoliduje władzę, gdyż program nuklearny (szeroko rozumiany, raczej cywilny niż wojskowy) ma poparcie zdecydowanej większości Irańczyków. Opozycja będzie musiała poprzeć władze, a te będą mogły przeprowadzić kolejną falę prześladowań i aresztowań, czyszcząc sobie przedpole polityczne na kilka następnych lat. O wariancie zmiany reżimu drogą zbrojną, czyli operacji na wzór iracki nie warto nawet myśleć. Amerykanie już zrozumieli, że tego się nie da zrobić.

Piotr Wołejko

 

grafika: warnewsupdates.blogspot.com

środa, 18 stycznia 2012

Wszyscy, którzy liczą na powtórkę tytanicznych zmagań z 2008 roku mogą się rozczarować, jeśli chodzi o prawybory GOP. Wszystko bowiem wskazuje na to, że prawybory skończą się zanim na dobre się rozpoczęły.

grafikaPrzyczyny są dość oczywiste. Po minimalnym sukcesie (albo minimalnej porażce, chodzi dosłownie o kilka głosów) w Iowa i przekonywującym zwycięstwie w New Hampshire, Mitt Romney jest w doskonałej sytuacji. Ma szansę, by zakończyć walkę o nominację już w styczniu – po głosowaniu na Florydzie.

Wcześniej, bo już w najbliższą sobotę, czeka go test w Karolinie Południowej. Jeśli wygra tutaj, jego droga do koronacji na Florydzie będzie już ustalona. Jeśli przegra, wiele zależy od tego z kim przegra i w jakim stylu. Jednak najnowsze sondaże pokazują, iż szansę na zwycięstwo, acz niewielką, ma w zasadzie tylko były spiker Izby Reprezentantów Newt Gingrich. Mimo bardzo ostrych ataków, Mitt Romney utrzymuje jednak około 10-procentową przewagę.

Z czego wynika cała ta sytuacja? Trzeba cofnąć się do grudnia 2011 roku. Wtedy też Gingrich miał swój „moment” – tryumfował w sondażach, zwłaszcza w kluczowym stanie Iowa. Ale wtedy też do gry wkroczył Super PAC, teoretycznie niezależna organizacja polityczna, która może zbierać nieograniczone w żaden sposób pieniądze, popierający Romneya. Za pomocą milionów dolarów przeznaczonych na negatywne spoty marsz Gingricha do zwycięstwa w Iowa został powstrzymany. Tymczasem sztab Romneya emitował w Iowa tylko pozytywne klipy mające zachęcić do głosowania na byłego gubernatora Massachusetts.

Co więcej, doradcy Romneya dzięki swoim doświadczeniom z 2008 roku, gdy walczył on o zwycięstwo z Huckabeem, dysponowali ogromną ilością informacji o potencjalnych uczestnikach caucuses (sejmików) w Iowa. Dzięki skomplikowanemu i wyrafinowanemu programowi „namierzającemu” potencjalnych głosujących, Romney po cichu zbudował w Iowa maszynę, które musiała w noc caucuses dać mu co najmniej dobry wynik. A ponieważ Gingrich nie potrafił stworzyć i nie miał pieniędzy na emisję przekonującej odpowiedzi na zalew negatywnych spotów SuperPACa Romneya, jego notowania w Iowa znacząco się pogorszyły.

Ta sytuacja została wykorzystana przez Ricka Santorum – kandydata który niemal zamieszkał w Iowa, prowadził tam kampanię non stop, a którego specyficzny rodzaj konserwatywnego populizmu trafił w tym stanie na podatny grunt. W ten sposób w Iowa Gingrich nie mógł zbudować momentum, które pozwoliłoby mu na zebranie wystarczającej ilości pieniędzy by skutecznie walczyć w New Hampshire,  i dalszych stanach.

Teraz wszystko zależy od Płd. Karoliny. Jeśli Romney wygra – niezależnie od tego czy 1 głosem czy też znaczącą przewagą – walka o nominację będzie praktycznie rozstrzygnięta. Jeśli przegra, da to szansę jednemu z jego konkurentów. Pod warunkiem że będzie to Gingrich, albo Rick Perry, i pod warunkiem że ich zwycięstwo będzie przygniatające. Tylko oni są w stanie zjednoczyć konserwatystów – mających duże wątpliwości co do Romneya – w opozycji przeciwko niemu.

Jednak szanse na taki rozwój wypadków są minimalne. Wszystko wskazuje na to, że czeka nas wiele miesięcy zmagań Romney-Obama. A najnowszy sondaż Public Policy Polling daje urzędującemu prezydentowi na starcie tej kampanii 5 punktów procentowych przewagi.

Michał Kolanko*

 

*Michał Kolanko - bloger (blog Spinroom) i komentator, członek zespołu USA 2008, specjalizuje się w tematyce wykorzystania nowych technologii w polityce, głównie amerykańskiej, lecz nie tylko. 


Wcześniejsze artykuły z cyklu Wyścig o Biały Dom 2012:



grafika: conservativenewssources.wordpress.com

wtorek, 17 stycznia 2012

Stany Zjednoczone, Francja, Rosja, Meksyk. W tych krajach odbędą się w tym roku wybory prezydenckie. Na Tajwanie już się odbyły, natomiast w kontynentalnych Chinach rozpocznie się proces wymiany kierownictwa, który dobiegnie końca na początku 2013 roku. Tak ważne wydarzenia jak wybór przywódców w czterech z pięciu stałych członków Rady Bezpieczeństwa ONZ oraz dynamicznie rozwijającym się Meksyku (tuż za pierwszą dziesiątką największych gospodarek świata) muszą znaleźć swoje miejsce na Dyplomacji.

Prawybory w USA, a później także kampanię wyborczą, relacjonuje Michał Kolanko z bloga spinroom.pl, a wcześniej członek ekipy USA2008.blox.pl. Wkrótce kolejny odcinek z jego cyklu Wyścig o Biały Dom 2012. Ja zajmę się dzisiaj Meksykiem, gdzie 1 lipca br., wraz z wyborami prezydenckimi odbędą się także wybory do Izby Deputowanych i Senatu.

Kampania i wybory w 2006 roku

Dobiega końca 6-letnia kadencja prezydencka Felipe Calderona z Partii Akcji Narodowej (PAN), który przejął stery władzy z rąk Vicente Foxa (również PAN) w drugiej połowie 2006 roku. Calderon wygrał bardzo równy wyścig o prezydenturę z Andresem Manuelem Lopezem Obradorem z Partii Rewolucji Demokratycznej (PRD), zdobywając zaledwie o 0,5% więcej głosów. Obrador przez wiele miesięcy kontestował rezultat elekcji mówiąc, że został on sfałszowany. Pokonany kandydat przez miesiące zazwyczaj prowadził w sondażach, a dopiero na tygodnie przed wyborami poparcie dla Calderona się ustabilizowało i zaczął wyprzedzać Obradora w niektórych badaniach.

Tak szczegółowo wspominam o sondażach przedwyborczych, gdyż wyrównana walka do końca może się powtórzyć. Oficjalna kampania wyborcza może ruszyć dopiero na przełomie lutego i marca, a do tego czasu prowadzący w badaniach opinii publicznej kandydat Partii Rewolucyjno-Instytucjonalnej (PRI) może stracić swoją ogromną przewagę. Na dziś Enrique Pena Nieto, 45-letni prawnik reprezentujący barwy PRI (wywodzący się z PRI prezydenci rządzili w latach 1928-2000) może liczyć na czterdzieści-kilka do 50% głosów. Drugie miejsce w sondażach zajmuje kandydat z partii Calderona (PAN), przy czym na czele wyścigu o nominację jest Josefina Vazquez Mota, w latach 2006-2009 sekretarz edukacji w rządzie Calderona. Trzeci jest wielki przegrany poprzednich wyborów, Andres Manuel Lopez Obrador (PRD).

Troje rywali w walce o prezydenturę

Nie powinniśmy się przyzwyczajać do kolejności kandydatów ani wysokości poparcia w sondażach, gdyż historia uczy, że wszystko może ulec zmianie. Na dziś wydaje się, że Enrique Pena Nieto z PRI jest murowanym zwycięzcą. Sześć lat temu to samo dotyczyło Lopeza Obradora (PRD). Najważniejsze pytanie dotyczy tego, czy wyborcy nie są już znudzeni 12 latami rządów PAN (mam na myśli prezydenta, gdyż w parlamencie z większością bywało różnie, aktualnie w Izbie Deputowanych najwięcej deputowanych ma PRI, w Senacie PAN). Jeśli odpowiedź jest przecząca, pojawia się kwestia gotowości wyboru pierwszej kobiety-prezydenta.

grafika

Od lewej: Andres Manuel Lopez Obrador (PRD), Enrique Pena Nieto (PRI) oraz Josefina Vazquez Mota (PAN); źródło: laprimeraplana.com.mx

Przedbiegi do kampanii pokazują, że największym wrogiem faworyta z PRI może być on sam. Dał się już poznać jako ignorant w kwestii książek, myląc tytuł książki największego z żyjących meksykańskich pisarzy, Carlosa Fuentesa. W odpowiedzi Fuentes, murowany kandydat do literackiego Nobla, odpowiedział, że „ten dżentelmen ma prawo mnie nie czytać, natomiast nie prawa wygrać wyborów prezydenckich w oparciu o ignorancję”. Pena Neto nie potrafił też podać ceny tak podstawowego produktu jak tortilla, pokazując zupełne oderwanie od problemów większości obywateli Meksyku. Później tłumaczył, że „nie jest panią domu”. Seksistowska wypowiedź pogorszyła tylko sprawę.

Kandydatka Partii Akcji Narodowej prezydenta Calderona może odpowiedzieć za średnio udaną wojnę z kartelami narkotykowymi, którą od początku urzędowania prowadzi Calderon. W jej wyniku zginęło już ponad 40 tys. ludzi, w dużej mierze niezaangażowanych w walkę po żadnej ze stron. Josefina Vazquez Mota jest bizneswoman z dużym, 9-letnim doświadczeniem w rządzie. Kompetencji jej więc nie brakuje. Jako kobieta może zebrać głosy innych kobiet, niezależnie od ich poglądów politycznych.

Ciekawym kandydatem jest również Lopez Obrador, który objeżdża kraj wzdłuż i wszerz ugruntowując swoje poparcie i licząc na zdobycie nowych wyborców. Sześć lat temu zebrał ponad 13,5 miliona głosów, niespełna pół miliona mniej od zwycięskiego Calderona. Interesującym ruchem ze strony reprezentanta PRD jest przedstawienie kandydatów do ewentualnego rządu. Będzie on też przedstawiał PAN i PRI jako dwie strony tej samej monety zapewniając, że tylko jego wybór na stanowisko prezydenta zapewni rzeczywistą zmianę.

Scenariusz na najbliższe sześć miesięcy

Jakie będą główne tematy kampanii? Na pewno jednym z nich będzie wspomniana wojna z narkobiznesem – kosztowna, długotrwała, krwawa i nie zakończona, jak na razie, sukcesem. Lopez Obrador będzie wzywał do jej zakończenia i zaprowadzenia pokoju wewnętrznego. Innym tematem poruszanym w kampanii będzie państwowy gigant naftowy PEMEX. Kandydaci PAN i PRI otwarcie rozważają dopuszczenie prywatnego kapitału do firmy, a nawet jej częściową prywatyzację na wzór brazylijskiego Petrobrasu. Wymaga to zmian w prawie, które zabrania dziś zagranicznym firmom udziału w wydobyciu ropy naftowej. Tymczasem PEMEX, który w 2008 roku zapewniał blisko 40% dochodów budżetu państwa (oddając prawie 80% z każdego zarobionego peso fiskusowi) boryka się z problemem spadającego wydobycia, niedoinwestowania i braku technologii [więcej we wpisie z 15 kwietnia 2008 r.].

Podczas kampanii ważna powinna być także kwestia rosnących nierówności społecznych. Wzrost cen żywności (w tym tak ważnej dla Meksykan kukurydzy) w połączeniu z załamaniem gospodarczym w USA sprawił, że wielu meksykańskim rodzinom żyje się dzisiaj gorzej niż trzy lata temu. Trudno natomiast spodziewać się tego, by polityka zagraniczna odegrała istotną rolę w zbliżających się wyborach. W zasadzie jedyny przewidywalny aspekt tego zagadnienia to spór o meksykańskich (głównie nielegalnych) imigrantów w USA. Może on przybrać ostrzejszy wymiar z powodu kampanii prezydenckiej w USA, gdzie kwestie imigracji oraz głosów latynoskiej mniejszości będą bardzo ważne. Kandydaci w wyborach prezydenckich w Meksyku poczują konieczność obrony praw i dobrego imienia swoich rodaków.

Piotr Wołejko

poniedziałek, 16 stycznia 2012

Ma Ying-jeou został ponownie wybrany na prezydenta Tajwanu, wygrywając wybory, które odbyły się dn. 14 stycznia br. Reelekcja kandydata Kuomintangu (KMT) była oczekiwana zarówno w Pekinie, jak i Waszyngtonie. Prezydent Ma zapewnia bowiem stabilizację w Cieśninie Tajwańskiej, dążąc do powolnego zbliżenia, głównie gospodarczego z Chinami (na co czekają towarzysze z KPCh), nie podnosząc haseł niepodległościowych (co przysporzyłoby Amerykanom bólu głowy).

grafikaLider KMT zdobył 51,6% głosów, a liderka opozycyjnej, skłaniającej się ku niepodległości partii DPP (Demokratycznej Partii Postępu) Tsai Ing-wen 45,6%. Niespełna 3% głosów zebrał niezależny James Soong. Jednocześnie odbyły się wybory do parlamentu, w których KMT prezydenta Ma zdobył 64 ze 113 mandatów. Jak ujął to nowy-stary prezydent: "powiedzieliście mi [wyborcy - przyp. P.W.], w najjaśniejszy z możliwych sposobów, abym kontynuował dotychczasową politykę". A jest to polityka ostrożnego zacieśniania więzi z kontynentalnymi Chinami, dla których Tajwan stanowi zbuntowaną prowincję. Rządzone przez Kuomintang Tajpei nie będzie otwarcie podważać pekińskiego dogmatu "jednych Chin". Prezydent Ma będzie skupiony na gospodarce i rozwoju tajwańskiego eksportu, licząc na chiński rynek, a także inwestycje z kontynentu. 

Cenna "mała stabilizacja"

Tajwańska układanka ułożyła się po myśli głównych mocarstw, tj. Stanów Zjednoczonych i Chin. Zwycięstwo kandydatki DPP mogłoby wprowadzić niepotrzebne napięcie w trójkącie Pekin-Tajpei-Waszyngton. Amerykanie, chociaż sprzedają Tajwanowi broń (w ostatnich trzech latach uzgodniono sprzedaż sprzętu o wartości kilkunastu miliardów dolarów) i są ustawowo (Taiwan Relations Act z 1979 r.) zobowiązani do obrony wyspy (przed Chinami), nie potrzebują teraz nowych problemów z rosnącym gigantem z Pekinu. Wystarczą spory o wartość juana, dumping cenowy, rywalizacja o surowce energetyczne oraz spór o kontrolę nad Morzem Południowochińskim. Gdy dodać do tego konieczny udział Chin w powściąganiu Iranu czy Korei Północnej jasno widać, że nie ma już miejsca dla Tajwanu. Stąd reelekcja Ma jest idealnym rozwiązaniem.

Dla Chin sukces Ma to oznaka, że spokojna polityka przyciągania Tajwanu działa i jest doceniana na wyspie. Gdyby sukces odniosła kandydata DPP, Pekin mógłby zmienić front, stawiając na twardszą retorykę i ograniczyć koncesje gospodarcze. Warto pamiętać, że 1500-2000 chińskich rakiet jest wycelowanych w Tajwan, a Ogólnochińskie Zgromadzenie Przedstawicieli Ludowych uchwaliło prawo, które nakazuje zaatakować wyspę w razie ogłoszenia przez nią niepodległości.

Utrzymać status quo

Powstają pytania, jak sytuacja będzie wyglądać za 4 lata, gdy dobiegnie końca druga i ostatnia kadencja prezydenta Ma. Po pierwsze, jak bardzo Tajwan zbliży się gospodarczo do Chin w tym okresie? Po drugie, czy po 8 latach rządów KMT nie nastąpi znużenie wyborców tym ugrupowaniem i oddanie władzy niechętnej Chinom DPP? Po trzecie, czy Stany Zjednoczone będą stały za Tajwanem, broniąc jego niezależności, głównie poprzez sprzedawanie broni?

Cztery lata w polityce międzynarodowej to wieczność w dzisiejszych czasach. Krajobraz geopolityczny może ulec istotnym przekształceniom. Może też utrzymać się status quo. Ten drugi scenariusz będzie chciał realizować prezydent Ma, ku uciesze zarówno Chin, jak i Stanów Zjednoczonych.

Piotr Wołejko

 

grafika: risingpowers.wordpress.com

 
1 , 2
Zakładki:
1. Dyplomacja w Sieci
2. Blogi zagraniczne
3. Think-tanki
4. Media zagraniczne
5. Blogi polskie
6. Militaria
7. Periodyki
liczniki
Dyplomacja on Facebook