środa, 30 stycznia 2013

„Gdy sprawy idą źle, nieuchronnie – jako premier 75-milionowego narodu – zaczynasz szukać innych dróg. To właśnie ostatnio powiedziałem prezydentowi Putinowi: Weźcie nas do Szanghajskiej Organizacji Współpracy (SzOW); zróbcie to, a pożegnamy UE, na stałe” – powiedział niedawno w tureckiej telewizji turecki premier Recep Erdogan. Dodał, że „SzOW jest lepsza, znacznie potężniejsza. Pakistan chce zostać jej członkiem. Podobnie Indie. Jeśli zechcą nas w SzOW, zostaniemy członkiem tej organizacji”. Jak należy odczytywać taką deklarację?

Czym jest SzOW?

Szanghajska Organizacja Współpracy liczy sześciu członków – Chiny, Rosję, Kazachstan, Kirgistan, Tadżykistan i Uzbekistan. Pięć państw ma status obserwatorów – Indie, Pakistan, Iran, Mongolia i Afganistan, a trzy partnerów w dialogu – Białoruś, Sri Lanka i właśnie Turcja (od grudnia 2012 r.). Organizacja zaczęła prężnie działać od 2001 roku, ale pierwsze spotkania w gronie pięciu członków założycieli (bez Uzbekistanu) zaczęły się pięć lat wcześniej. W 1996 roku przywódcy tzw. Szanghajskiej Piątki spotkali się w Szanghaju celem podpisania umowy o umocnieniu środków zaufania w kwestiach wojskowych na obszarze pogranicza. Rok później podpisano w Moskwie umowę o wzajemnej redukcji sił zbrojnych w rejonie granicy, co pozwoliło na delimitację czterech tysięcy kilometrów chińskiej granicy. Formalizacja współpracy, poprzez stworzenie organizacji, nastąpiła w czerwcu 2001 roku.

Głównym celem SzOW jest umacnianie bezpieczeństwa, w szczególności w Azji Centralnej (a więc znacznie węższy zakres działalności od UE, w ogóle trudno te dwie organizacje porównywać). Przy okazji jest to instrument ułatwiający współpracę dwóch stałych członków Rady Bezpieczeństwa ONZ – Chin i Rosji. Oba państwa łączy wiele wspólnych interesów. Przede wszystkim sprzeciwiają się multipolarnemu układowi sił, w którym Stany Zjednoczone odgrywają rolę wiodącą. Pekin i Moskwa starają się powściągać działania Waszyngtonu, blokując posunięcia USA na forum RB ONZ. Wspólnie działają też na rzecz ograniczenia aktywności i wpływów USA w Azji Środkowej. Jednocześnie toczą twardą walkę między sobą o ten region. Chiny dość agresywnie sięgają po surowce z tego regionu, budują infrastrukturę transportową i energetyczną, udzielają pożyczek i gwarancji poszczególnym państwom. Rosja jest tym zaniepokojona. Uważa Azję Środkową za strefę swoich uprzywilejowanych interesów. Zresztą sporów między Chinami a Rosją jest więcej. Dlatego SzOW odgrywa istotną rolę, tworząc płaszczyznę dialogu.

Nic dziwnego, że kraje takie jak Iran, Indie czy Pakistan pragną uczestniczyć w pracach organizacji, nawet na zasadach pełnego członkostwa. W ich żywotnym interesie leży stabilność Azji Środkowej, a także ewentualna współpraca gospodarcza – z pominięciem państw zachodnich.

Trzecia droga Turcji

grafikaTurcja również jest zainteresowana Azją Środkową, przede wszystkim zasobami energetycznymi regionu oraz społecznościami o korzeniach turkmeńskich. Ankara chciałaby też odgrywać większą rolę w polityce globalnej. Dziś jest zawieszona między Europą (czy szerzej – Zachodem) a Azją, szukając właściwej drogi dla wzmocnienia swoich wpływów. Po rewolucjach tzw. arabskiej wiosny stała się bardziej rozpoznawalna w arabskich krajach Afryki Północnej, ale korzyści z tego są na razie ograniczone. Nastąpiło zbliżenie z USA, ale cierniem w dwustronnych relacjach są trudne stosunki z Izraelem (od incydentu z udziałem aktywistów z Navi Marmara). Coraz lepiej układają się relacje z monarchiami z Rady Współpracy Zatoki – na szczeblu politycznym (współpraca w obalaniu dyktatorów w Libii czy Syrii) i gospodarczym (zwiększenie inwestycji).

Przedłużające się negocjacje członkowskie z Unią Europejską coraz bardziej frustrują Turków (czytaj więcej na ten temat we wpisie z listopada 2012 r.). W poczekalni spędzili już kilka dekad, a rozpoczęte w 2005 roku oficjalne rozmowy zostały w większości obszarów wstrzymane. Powód? Zawsze można wyciągnąć spór z Cyprem, ale bardziej chodzi o negatywne nastawienie głównych europejskich państw – Niemiec, Francji, ale też Austrii – do tureckiego członkostwa. Poparcie dla akcesji w Turcji spada. Tylko kurdyjska mniejszość gremialnie popiera unijną perspektywę swojego kraju. Nic w tym zresztą dziwnego, ponieważ Unia gwarantuje poprawę statusu mniejszości narodowych i progres w zakresie praw człowieka i obywatela.

Po co Turcji członkostwo w SzOW?

Deklaracja gotowości porzucenia członkostwa w UE na rzecz integracji w ramach Szanghajskiej Organizacji Współpracy może zaskakiwać – chodzi przecież o gruntowną reorientację polityki. Zagrożone jest prozachodnie oblicze Turcji, będące pewnikiem od czasów Ataturka. Turcja może przestać być przedmurzem Europy na niespokojnym Bliskim Wschodzie. Ostatnie lata pokazują zresztą, że Ankara gra coraz bardziej na siebie. Polityka zera problemów z sąsiadami, której architektem jest obecny szef MSZ Ahmet Davutoglu, pozwoliła zwiększyć wpływy polityczne i wymianę handlową. Okazała się ona jednak niekompatybilna z realiami arabskiej wiosny w Syrii. Turcja uczy się, że nie można utrzymywać dobrych relacji ze wszystkimi w nieskończoność.

Co Turcja zyska, zbliżając się do azjatyckich partnerów w SzOW? Znajdzie się bliżej Rosji i Chin, graczy o zasięgu globalnym. Otwarcie na Wschód oznacza nowe możliwości gospodarcze, w szczególności w sytuacji załamania ekonomicznego w Europie. Handel z państwami Unii stanowi ok. 40% ogółu wymiany handlowej, a odsetek ten będzie zapewne spadał. W kontekście politycznym, gra z głównymi potęgami nie będzie łatwa. Rosja i Turcja mają szereg wspólnych interesów, lecz także długi protokół rozbieżności (o relacjach obu państw więcej we wpisie z sierpnia 2009 r.). Taktyczne porozumienia są jak najbardziej możliwe, ale nic ponadto. Wystarczy wspomnieć o Górskim Karabachu, gdzie oba państwa wspierają inne strony konfliktu.

W kwestiach militarnych, nie należy przesadzać z uznawaniem SzOW za wschodnie antyNATO. Rosja ma już swoją organizację wojskową w regionie (OUBZ), a sojusz chińsko-rosyjski to dla obu państw o kilka kroków za daleko. Ewentualne poszerzenie organizacji o kolejne państwa (przypomnę: Indie, Pakistan, Iran) sprawi, że będzie ona w coraz większym stopniu eklektyczna i niezdolna do wypracowania wspólnego stanowiska. Pytanie należy więc postawić w inny sposób – czy członkostwo w NATO nie przeszkadza Turcji zbliżać się politycznie do SzOW? I czy członkowie SzOW będą chcieli bliżej współpracować z „koniem trojańskim” NATO?

Trudny wybór

Turcja stoi przed podobnym wyborem jak Rosja – patrzeć na zachód, czy na wschód? Zmierzać ku UE i USA, czy zmienić front i grać na dynamicznie rozwijające się państwa Azji i Pacyfiku? A może lepiej nadal stać pośrodku, dbając o wzrost pozycji w regionie? Na ile potencjał tej ostatniej opcji został już wykorzystany? Jednoznaczne opowiedzenie się za którymś z dwóch kierunków (bloków) będzie miał dalekosiężne konsekwencje. Z drugiej strony, decyzja o postawieniu na Europę może zostać zmieniona, a więc poważne wolty są dopuszczalne. Warto o tym pamiętać, analizując sprawy międzynarodowe.

Piotr Wołejko

 

Zdjęcie: Wikimedia Commons/Wilson Dias/ABr

czwartek, 24 stycznia 2013

Długo oczekiwane przemówienie premiera Camerona (tzw. The Speech) stało się faktem. Technika wrzucenia wystąpienia brytyjskiego na paski telewizji i serwisów informacyjnych zdradza dobrą piarową robotę. Oprócz celowania w ogórkową lukę w newsach (tu największy numer wycięli islamiści w Algierii), zadbano o kilka niestandardowych szczegółów – miejsce wystąpienia (Bloomberg w Londynie, choć Haga byłaby bardziej sexy) i czas - można mieć różne zdanie o premierze Cameronie, ale facet nie ma powszechnych dla jego środkowoeuropejskich odpowiedników problemów ze wstawaniem rano do pracy (wystąpienie zaczęło się kilka minut po ósmej lokalnego czasu).

Sam speech jest warty posłuchania (YouTube). Cameron pokazuje, że politycy mogą mówić o skomplikowanych sprawach prostym i zrozumiałym dla tzw. zwykłych ludzi językiem. Tyle o oprawie, bo z treścią już gorzej. Nie dlatego, że sam tekst przemówienia nawet nie „wyciekł” przed jego wygłoszeniem, lecz został po prostu „wypuszczony” przez służby prasowe premiera – to zmobilizowało nawet najbardziej leniwych komentatorów do napisania „gotowca” na pewny event medialny. The Speech to de facto kolejne powtórzenie europejskiej linii konserwatystów, znanej od wygranych przez nich wyborów.

Brytyjska wizja Unii - szkodliwa dla Polski

grafikaWarto wskazać na dwa – w zasadzie niewystępujące w naszych krajowych komentarzach – elementy, które mają istotny wpływ na sytuację Warszawy w nowej Europie - Cameron Style. Proponowana nowa, bardziej elastyczna i skuteczna Unia, ma opierać się na poszanowaniu różnorodności krajów członkowskich. Oznacza to, ni mniej ni więcej, rezygnację z idei konwergencji, czyli wyrównywania różnic pomiędzy poszczególnymi krajami. Pomysł ten jest podstawą polityki spójności, czyli idei przeznaczania pieniędzy niemieckiego podatnika na polskie autostrady. W zasadzie jest to powód, dla którego biedne kraje Europy Wschodniej przystępowały do UE. Ten fragment The Speech dedykuję fanom Unii Cameron Style.

Drugi wątek jest bardziej subtelny i wykazuje wewnętrzną sprzeczność pomysłu brytyjskich konserwatystów na Unię. Cichaczem usiłuje się, po raz kolejny, przyciąć kompetencje Parlamentu Europejskiego. Jednym z argumentów Londynu jest deficyt demokracji we wspólnocie. Metodą do jego zmniejszenia okazuje się zwiększenie roli krajowych parlamentów. Nie jest to nic nowego, bowiem już traktat Lizboński wprowadził do procedur decyzyjnych udział krajowych legislatur. Jak można było przewidzieć, rozwiązanie to niekoniecznie działa. Rządy zazwyczaj dysponują większością w parlamentach, więc ich udział w procesie decyzyjnym sprowadza się do włączenia przez premiera bądź prezydenta maszynki do głosowania. Ma to jednak jedną zaletę – ogranicza rolę Parlamentu Europejskiego.

W wizji Camerona demokratyzacja Unii i zbliżenie jej do obywateli ma polegać na obcięciu kompetencji jedynego ciała posiadającego demokratyczną reprezentację na poziomie europejskim. Parlament Europejski ma kiepską opinię nie tylko w Polsce, gdzie – gdyby wystartował – z łatwością wygrałby tytuł „pracodawcy marzeń”. Trzeba jednak podkreślić, iż wielokrotnie urywał się ze smyczy krajowych decydentów. Często z korzyścią dla Polski i słabszych krajów wspólnoty. Pomijając kiepską pracę polskiej reprezentacji, nigdzie Warszawa nie ma tak silnych wpływów jak w tej instytucji. Dla szefów rządów państw członkowskich PE jest najczęściej kłopotem, w najlepszym razie marnującym ich cenny czas. Krajowe legislatury z definicji będą mówiły zdaniem większości rządowej, czyli w wypadku Wielkiej Brytanii – głosem Davida Camerona.

Oba zaprezentowane przykłady w zasadzie znalazłyby poparcie w każdej ze stolic „starej” piętnastki. Odnosi się to zresztą do większości zaprezentowanych w przemówieniu pomysłów na nową Unię. W tym sensie trudno uznać żeby jego przemówienie zawierało jakieś, jak sam to określił, „herezje”.

Użyteczne wystąpienie

Za najciekawsze należy uznać to, czego w wystąpieniu zabrakło. Przede wszystkim, nie było ani słowa o „marnotrawnym” budżecie Unii i leniwych francuskich chłopach, którzy zamiast pracować czekają na dopłaty. Nie było też nic o centralistycznych zapędach eurogrupy i koniecznych oszczędnościach, zamiast cichego drukowania przez EBC pieniędzy. Można to uznać za objaw wypracowania kompromisu co do 7-letniego budżetu wspólnoty pomiędzy trzema kluczowymi graczami.

Bez wątpienia The Speech pomogło Cameronowi spacyfikować silną eurosceptyczną opozycję na prawym skrzydle konserwatystów, co wydaje się głównym celem całego eventu. Ceną będzie debata o Unii i referendum, jeśli oczywiście konserwatyści wygrają najbliższe wybory, a Unia nadal nie będzie im się podobała. Z drugiej strony, z samej treści wystąpienia – wbrew werbalnym reakcjom – zadowoleni mogą być zarówno kanclerz Merkel jak i prezydent Hollande. Nie tylko dlatego, że prywatnie zgadzają się z większością tez brytyjskiego premiera, ale przede wszystkim groźba BREXIT będzie doskonałym argumentem w stawianiu do pionu pomniejszych państw. Zawsze będzie można powiedzieć, że chcielibyśmy, ale David zagroził że wyjdzie ze wspólnoty, a przecież nikt nie chciałby Unii bez Londynu.

Marek Bełdzikowski, Czytelnik bloga Dyplomacja

 

grafika: Wikimedia Commons

środa, 23 stycznia 2013

Wystąpienie brytyjskiego premiera Davida Camerona poświęcone Unii Europejskiej skupiło uwagę obserwatorów życia politycznego na Starym Kontynencie (pełny tekst tutaj). Komentarze po przemówieniu były przewidywalne. Niestety, banalizacja mediów postępuje. Znów ci źli i niewdzięczni Brytyjczycy i bezczelny Cameron, który nie rozumie ducha integracji europejskiej. Unia to nie restauracja, w której można wybrać sobie dania z karty i, po posiłku, trzasnąć drzwiami – to z grubsza dominujący przekaz.

Co naprawdę powiedział Cameron?

Przede wszystkim zarzekał się, że nie popiera wyjścia swojego kraju z Unii Europejskiej. Wręcz przeciwnie, rozumie wady takiego rozwiązania i chciałby ich uniknąć. Główne dylematy Camerona celnie ujął publicysta „Polityki” Wawrzyniec Smoczyński: „Narzekając na Unię, ale pozostając jej członkiem, Brytania ma mocniejszą pozycję w Europie, niż gdyby wybrała radosną izolację. Członkostwo podnosi też jej znaczenie w świecie – Amerykanie przypomnieli niedawno Brytyjczykom, że ich „specjalny związek” wynika również z wpływu, jaki Londyn daje Waszyngtonowi w Brukseli. Zerwanie nie opłaca się także ze względów gospodarczych: 40 proc. brytyjskiego eksportu trafia do krajów Unii, a wyjście oznaczałoby utratę wpływu na politykę handlową całego bloku, choćby na nadchodzące negocjacje umowy o wolnym handlu z USA. Brytania jest bardziej powiązana z Europą, niż sami Brytyjczycy są gotowi przyznać”.

grafikaWielka Brytania nie jest Norwegią ani Szwajcarią, nie może pozwolić sobie na próbę odgrywania roli któregoś z tych dwóch państw. Londyn to dawna potęga o zasięgu globalnym, nadal zdolna do prowadzenia globalnej polityki. Norwegia ani Szwajcaria nigdy takiego statusu nie osiągnęły. Cameron zdaje sobie sprawę z tego, że głos Londynu silniej wybrzmiewa w towarzystwie europejskich sojuszników, a w odległej Azji czy Ameryce Południowej, miejscowi liderzy oczekują stanowiska Unii Europejskiej, a nie 27 (wkrótce 28) państw członkowskich.

Stąd też Cameron chciałby więcej Unii w polityce zagranicznej, by skuteczniej realizować brytyjskie interesy (a także europejskie, ale to na drugim miejscu). W kwestiach gospodarczych kluczowy jest dostęp do wspólnego rynku. Wyjście z UE oznacza poważne komplikacje, zapewne utratę wielu miejsc pracy z powodu utraty konkurencyjności brytyjskich produktów i usług. Będąc w Unii ma się wpływ na kształtowanie regulacji. Będąc poza nią można tylko patrzeć, jak inni decydują za nas.

Cameron podkreślił, że Brytyjczycy są od stuleci zaangażowani w wydarzenia na Starym Kontynencie, są krajem europejskim i – mimo wyspiarskiej mentalności znajdującej odbicie w przywiązaniu do suwerenności i niepodległości – zamierzają w Europie pozostać. To jest zresztą oczywiste, bo gdzie niby mieliby pójść?

Nowa wizja zjednoczonej Europy

Drugim zagadnieniem, na którym warto się skupić, jest przedstawiona przez Davida Camerona wizja nowej Unii. Cameron przedstawił pięć filarów takiej konstrukcji: konkurencyjność, elastyczność, więcej władzy dla państw członkowskich, demokratyczna odpowiedzialność, sprawiedliwość (rozumiana jako równe traktowanie). Sprowadza się to do wstrzymania centralizacji podejmowania decyzji w rękach Brukseli (Komisji, która do tego jest za duża), zwiększenia roli narodów (poprzez parlamenty) w podejmowaniu decyzji (tutaj ważna uwaga Camerona: nie istnieje coś takiego jak europejski demos. Podważa więc sensowność funkcjonowania Parlamentu Europejskiego) i ustanowienia modelu unii wielu prędkości jako podstawy dalszego istnienia UE.

Brytyjczycy proponują, by państwa samodzielnie decydowały o większej integracji, w szczególności politycznej. Mniej nakazów i obligatoryjności, więcej inicjatywy ze strony członków europejskiego klubu. Jako przykłady podawał m.in. strefę Schengen, wspólny rynek czy pakt fiskalny. Tutaj pojawia się jednak główna słabość koncepcji Camerona: jak pogodzić zacieśnioną współpracę z równym traktowaniem państw pozostających poza nią? Dlaczego integrujący mają godzić się na ponoszenie ciężarów dla wspólnego zysku i dopuszczać do niego tych, którzy tych ciężarów nie ponoszą? Równe traktowanie bez równych obowiązków? Na pewno nie na tym polega sprawiedliwość. Wymaga to wyjaśnień ze strony Camerona.

Europa wielu prędkości, z istotniejszą rolą parlamentów narodowych, to w pewnych dziedzinach Europa bardziej podzielona i różnorodna. Cameron chce większej jednolitości tylko na wspólnym rynku, który uznaje za główne osiągnięcie Unii Europejskiej. Domaga się też przywrócenia swobody decydowania w sprawach pracowniczych czy socjalnych. I apeluje, by zbadać zakres kompetencji Komisji Europejskiej i zastanowić się, czy powinna robić tak dużo (i czy nie wykracza poza swoje traktatowe uprawnienia).

W Polsce zazwyczaj boimy się Europy wielu prędkości. W mediach dominują komentatorzy i eksperci wypowiadający się z przestrachem o ewentualnym pozostaniu z boku czy poza głównym jądrem UE. Dużo w tym przesady i stadnego myślenia. W zjednoczonej Europie pociągi nie uciekają. Ta straszna Europa wielu prędkości została oficjalne dopuszczona w Traktacie Lizbońskim (procedura wzmocnionej współpracy) i jest elastycznym narzędziem pozwalającym zainteresowanym państwom na bliższą integrację. Decyduje tu interes narodowy. W takich kategoriach rozumuje Cameron. W takich kategoriach powinniśmy rozumować w Polsce.

Co dalej?

Najbliższe lata nie przyniosą większych zawirowań ani istotnych decyzji. David Cameron zapowiedział, że – w ślad za szefem KE Jose Barroso – chce rozmawiać o nowym traktacie na nowe czasy. Niekoniecznie punkt widzenia obu panów się zgadza, ale Cameron mocno wchodzi do debaty o Unii na najbliższe dekady. Dyskusja o Unii ma potrwać do wyborów parlamentarnych w 2015 roku, a ewentualne referendum dotyczące dalszego członkostwa (wyjście lub udział na nowych, wynegocjowanych w ramach traktatu albo z pozostałymi członkami UE zasadach) ma odbyć się w pierwszej połowie kolejnej kadencji. Zależy to od układu sił w nowym parlamencie. Cameron wcale nie musi wygrać.

De facto brytyjski premier sprytnie odłożył dyskusję o coraz bardziej gorącym temacie członkostwa w UE na kilka lat. Teraz priorytetem jest przywrócenie gospodarki na ścieżkę wzrostu. Oczywiście, od debaty na tematy unijne nie będzie ucieczki, lecz napięcie zmalało i powinno zostać utrzymane na dającym się przeżyć poziomie.

Na ile realne są oczekiwania Camerona względem UE? Na pierwszy rzut oka są absolutnie niemożliwe do spełnienia. Potencjalnie mogą być niebezpieczne, gdy inne państwa zażądają adekwatnych ustępstw na własną rzecz. Z drugiej strony, takie roszczenia nie są nowe, a w dyskusji nad nową perspektywą finansową zostały odnotowane. Przed wyborami do Parlamentu Europejskiego w 2014 roku miała się odbyć ogólnoeuropejska debata na temat przyszłości UE. Wystąpienie Camerona trafiło w punkt. Zawiera propozycje z gatunku ciekawych, kontrowersyjnych oraz mało realnych. Warto jednak pamiętać, że w polityce nie ma rzeczy niemożliwych. Potępianie Camerona w czambuł niczemu nie służy. Lekceważenie go również byłoby błędem.

Propozycjom brytyjskiego premiera trzeba się przyjrzeć, przemyśleć i konfrontować je z propozycjami płynącymi z innych stron. Polska w tej dyskusji powinna myśleć o swoich interesach i o tym, gdzie lepiej działać wspólnie, a gdzie warto zostać na uboczu. Tego powinna dotyczyć debata publiczna w naszym kraju.

Piotr Wołejko

zdjęcie: Wikimedia Commons/World Economic Forum swiss-image.ch/Photo by Remy Steinegger

niedziela, 20 stycznia 2013

Jutro Barack Obama zostanie po raz drugi zaprzysiężony na prezydenta. W listopadowych wyborach w 2012 r. wyraźnie pokonał kandydata republikanów Mitta Romneya. Pomiędzy tymi wydarzeniami Obama odniósł niewielkie, acz istotne zwycięstwo nad Partią Republikańską w sprawie tzw. klifu fiskalnego. Obama podzielił swoich rywali, natomiast finanse rządu federalnego w żaden sposób nie zostały "uzdrowione". W drugiej kadencji Obama bardzo chciałby zająć się gospodarką i przywrócić ją na właściwy tor. Liczy też zapewne na jakiś sukces za granicą. Pragnie zapisać swoje nazwisko w historii dokonując czegoś wielkiego. Nie będzie miał łatwo.

Trudno o postępy w sprawach wewnętrznych

grafikaRepublikanie nadal będą robić wszystko, aby na froncie wewnętrznym powstrzymywać prezydenta przed realizowaniem jego zamierzeń. Robili tak przez cztery lata pierwszej kadencji, licząc na to, że totalna obstrukcja pozwoli im odzyskać Biały Dom. W efekcie poprzedni skład Izby Reprezentantów był nieefektywny, przyjmując ograniczoną liczbę, do tego niezbyt istotnych, ustaw. Teraz, gdy Obama nie może ubiegać się o kolejną reelekcję, republikanie będą twardo blokować wszelkie inicjatywy Obamy i demokratów, by w 2016 roku powrócić do Białego Domu. Oznacza to, że inicjatywy prezydenta mają małe szanse zyskać poparcie na Kapitolu. W Senacie nie będzie z tym trudności, wszak większość mają tam demokraci, ale w Izbie obstrukcja będzie trwać w najlepsze.

W lutym Stany Zjednoczone czekają kolejne trudne i dramatyczne negocjacje dotyczące podwyższenia pułapu zadłużenia rządu federalnego. Wątpliwe, by udało się uzyskać odpowiednio wysoki "zapas", a tym bardziej przyjąć chociaż częściowe reformy o charakterze długofalowym. A powinny one dotknąć programów socjalnych i zdrowotnych oraz prawa podatkowego. Szanse na zdroworozsądkowe porozumienie, które jest konieczne, są podobne do tych, jakie ma uczestnik gry w totolotka na trafienie szóstki.

Gospodarka będzie więc musiała radzić sobie z pokryzysowymi zawirowaniami samodzielnie, przy ewentualnym dalszym wsparciu Fedu. Pytanie, na ile drukowanie pustego pieniądza może pozytywnie oddziaływać na poziomy produkcji, zatrudnienia i bezrobocia. Pieniądz zresztą zostaje w większości w sektorze finansowym, nie docierając do pożyczkobiorców. Co więcej, amerykańskie firmy mają rekordowe "zapasy" wolnej gotówki, która leży na kontach i nie pracuje dla gospodarki. Potrzebny jest sygnał od rządu, że jest w stanie zapanować nad własnymi finansami. A tego trudno się spodziewać.

Za granicą niewiele łatwiej

W obliczu wątpliwych do osiągnięcia postępów w sprawach wewnętrznych, prezydent Obama może skierować w pewnym momencie swoją uwagę poza granice USA. Po prawdzie, już teraz musi to robić, do tego w sytuacjach, których rozwiązanie nie jest proste. Syria to problem "odziedziczony" jeszcze z pierwszej kadencji, po części jest tak z Mali - z tą różnicą, że Francuzi zdecydowali się na interwencję dopiero 11 stycznia. Różne kryzysy mogą wybuchać w innych miejscach świata, a musimy pamiętać o dających się przewidzieć wyzwaniach, jak wycofanie się z Afganistanu w 2014 roku oraz wzrost zaangażowania w Azji i na Pacyfiku.

Gdziekolwiek spojrzeć, o sukcesy nie będzie łatwo. Presja na bardziej widoczne zaangażowanie w obalenie Baszara al-Assada będzie narastać z każdym miesiącem trwania wojny domowej, która jest prawdziwą krwawą łaźnią. W ponad rok od wybuchu rebelii konflikt pochłonął już 60 tysięcy ofiar. Niechybnie kolejne tysiące zginą, zanim zapadnie definitywne rozwiązanie. Nie można wykluczyć, że Assad wytrzyma kolejny rok, chociaż wydaje się, że nawet Rosja - wraz z Iranem główny obrońca syryjskiego dyktatora - powoli przygotowuje się do jego upadku. Syria może pogrążyć się w chaosie walk etniczno-religijnych, a te z łatwością przeniosą się wówczas do Libanu.

Amerykańskiego zaangażowania może też wymagać Mali. Francuzi wraz z afrykańskimi siłami powinni poradzić sobie z obroną południa kraju, ale czy uda im się odbić północ? Jeśli tak, to gdzie przeniosą się islamscy radykałowie, pośród których znajduje się liczny "kontyngent" międzynarodowy. Wyczyszczenie Sahelu z tych radykałów i terrorystów może potrwać wiele lat, gdyż znajdują oni tam sprzyjające dla ich działalności warunki - często wirtualną władzę państwową, biedę i brak perspektyw dla młodych ludzi, ogromną przestrzeń geograficzną dla prowadzenia działalności i ukrywania się. "Zabawa" w Sahelu może się dopiero rozpoczynać.

Malijskie problemy zwracają też uwagę na dwa inne kraje afrykańskie, gdzie islamiści mają duże wpływy i możliwości działania - Nigerię (Boko Haram) i Libię, gdzie w zeszłym roku zginął amerykański ambasador. Destabilizacja Afryki Północnej zaczęła się zresztą od Libii, walki z Kaddafim i jego późniejszego obalenia. Region został zalany bronią z arsenałów libijskiego dyktatora.

O ból głowy może przyprawić Obamę także Egipt, gdzie trwa utrwalanie się nowego postrewolucyjnego porządku oraz Izrael i Iran. W Izraelu na kolejną kadencję premiera sposobi się Beniamin Netanjahu, z którym Obama ma chłodne relacje. Wątpliwe, by w sprawie palestyńskiej udało się pójść do przodu. Prędzej powstaną kolejne osiedla żydowskie utrudniające jakiekolwiek porozumienie.

Krajem, gdzie już w tym roku może wybuchnąć kryzys, jest Iran. Mahmud Ahmadineżad kończy urzędowanie po dwóch kadencjach, odbędą się wybory prezydenckie. Czy zielony ruch na rzecz zmian, który powstał w 2009 roku, znów podniesie głowę? Czy tym razem Obama zdecyduje się poważniej wesprzeć opozycję?

Europa i Pacyfik

Druga kadencja Obamy w polityce zagranicznej upłynie na układaniu się z licznymi państwami azjatyckimi. Zwrot ku Pacyfikowi, omawiany szerzej we wpisie z 11 stycznia br., oznacza przede wszystkim mozolne budowanie relacji z krajami Azji Południowo-Wschodniej (blok ASEAN), Indiami, Japonią, Koreą Płd., Australią oraz, a może w szczególności, z Chinami. Wszystko to zajmie mnóstwo czasu i skupi uwagę wielu pracowników Departamentu Stanu.

Z punktu widzenia Europy zanosi się na kolejną kadencję coraz mniejszego znaczenia relacji transatlantyckich. Owszem, nadal są one ważne, ale coraz bardziej uznaje się je - głównie w Waszyngtonie - za echo przeszłości. Przyszłość jest na Pacyfiku. Jaskółką nadziei w tej sytuacji jest wybór senatorów Kerry'ego i Hagela na sekretarzy, odpowiednio, stanu i obrony. Słyną oni z przywiązania do więzi transatlantyckich, ze znaczenia przykładanego do NATO. Problem w tym, że tendencje dotyczące wydatków obronnych w Europie mogą bardzo utrudnić Kerry'emy i Hagelowi znaczącą poprawę dwustronnych relacji.

Nie zapominać o sąsiadach

Jakby tego było mało, coraz wyraźniej w amerykańskim establishmencie rysuje się pogląd, iż należy większą uwagę poświęcić krajom zachodniej półkuli. Nie tylko sąsiadom, Meksykowi i Kanadzie, ale przede wszystkim państwom Ameryki Południowej, z największym naciskiem na Brazylię. Prezydent Bush junior lekceważył najbliższe sąsiedztwo, podobnie czynił Obama podczas pierwszej kadencji (wsparcie walki Kolumbii czy Meksyku z narkogangsterami to główne inicjatywy, warte wspomnienia i pochwały). Czy lekceważenie ustąpi pola zaangażowaniu i współpracy? Chiny już podgryzają dawnego regionalnego hegemona na jego własnym podwórzu.

Co oczywiste, to tylko zarys głównych wyzwań, jakie czekają prezydenta Obamę w jego drugiej kadencji. Będzie się musiał napracować, by przejść do historii jako lider, który rozwiązał ważny problem, nieważne już czy wewnętrzny, czy międzynarodowy. Jednak jutro powinien zrobić sobie wolne od takich rozważań i cieszyć się chwilą. Jeden dzień taryfy ulgowej, a później nie ma zmiłuj.

Piotr Wołejko

 

zdjęcie: Wikimedia Commons

środa, 16 stycznia 2013

Warto zwrócić uwagę na fakt, który z pewnością zostanie pominięty w naszych krajowych mediach, chociaż dotyczy sprawy kadrowej i to o dużej sile rażenia. Remont strefy euro postępuje, a jej sercem jest tzw. Eurogrupa, czyli w dalszym ciągu bardziej nieformalne i niż gremium decyzyjne (zrzesza ministrów finansów państw strefy euro) w ramach Unii Europejskiej. Ten stan rzeczy zmieni się jednak zasadniczo i to szybciej niż się wielu obserwatorom spraw europejskich wydaje.

grafikaPowstała na przełomie wieków wspólna waluta miała w założeniu objąć wszystkich członków wspólnoty. Dlatego długo nie myślano o odrębnych rozwiązaniach instytucjonalnych. Nawet po wejściu projektu w życie, czyli w roku 1999, wyłączenie się z tego projektu krajów takich jak Szwecja czy Dania traktowano jako stan przejściowy. Eurosceptycyzm (w odniesieniu do nowej waluty) Wielkiej Brytanii traktowano jako element odrębności wyspy od kontynentu, jeden z wielu w obszarach integracji europejskiej, co nie wymagało tworzenia żadnych odrębnych bytów instytucjonalnych. W zasadzie ten stan rzeczy trwał aż do „dużego” rozszerzenia z 2004 roku, które w rewolucyjny sposób zmieniło geografię wspólnoty. Okazało się, że członkowie strefy euro znaleźli się w mniejszości, a co gorsze, sam proces rozszerzania tej strefy (dodajmy, że tylko o tych, których członkowie klubu chcieli widzieć w swoim gronie, a nie tych, którzy chcieli do niego dołączyć) szedł opornie – przegrane referendum w Szwecji, odmowa organizacji powtórnego referendum przez Danię. Do tego doszła specyfika wspólnego obszaru walutowego, który wymagał innej polityki gospodarczej niż kraje które zachowały swoje narodowe waluty.

Dobre złego początki

Początkiem odrębności instytucjonalnej klubu euro było wieczorne spotkanie ministrów finansów tych państw. Coraz bardziej uroczysta kolacja, poprzedzająca normalne spotkanie Rady Unii Europejskiej w konfiguracji ministrów finansów (znanej szerzej pod akronimem ECOFIN), miała służyć - oprócz towarzyskich - celom konsultacyjnym i wymiany doświadczeń pomiędzy członkami strefy euro, a nie konkurencji wobec zwykłego spotkania Rady całej Unii. Gremium wydawało się właściwe, wspólna waluta bez wątpienia należy do zagadnień o charakterze stricte gospodarczym i finansowym.

Bardzo szybko okazało się, że kraje unii walutowej łączy dużo więcej. Co więcej, zaobserwowano że jeśli uzgodni się coś na nieformalnej kolacji, to na zwykłym i nudnym posiedzeniu Rady, działając jako blok można w - początkowo dwunastkę - a później w siedemnastkę narzucić całej Unii praktycznie wszystko. Faktycznie jedynym realnym przeciwnikiem dla decydującego w klubie Euro tandemu niemiecko-francuskiego była Wielka Brytania. Znaczenie wielkich graczy uwydatniła formalna nierówność mniejszych państw – równiejszych – tych z klubu euro i mniej równych spoza tego klubu. Wpływ podziału na posiadaczy wspólnej waluty i resztę, na praktykę negocjacyjną wspólnoty jest w chwili obecnej decydujący. Nie dziwi więc fakt, że tradycyjny sojusz słabych – powstający ze strachu przed dominacją wielkich, przestał w tym gremium występować.

Kraje Eurogrupy przez cały czas były i są w zasadzie lojalne wobec Paryża i Berlina, a pozostali w zasadzie nie mają wielkiego wyboru. Jeśli się da grupują się wokół Londynu. Jednakże zarówno obecny lokator Downig Street 10, jak i jego poprzednik, nie wykazują specjalnych ambicji w obszarze Unii, co skazuje pozostałe państwa na dyktat kolejnych odsłon Merkozego. Realnej, zdolnej do skutecznego oporu opozycji wobec krajów – członków unii walutowej – opozycji w ramach Unii Europejskiej po prostu nie ma.

Zarysowana powyżej geografia polityczna w sposób jasny objawiała się w obszarze spraw finansowych w roku 2004. Obecnie jest widoczna nie tylko w obszarze wszystkich polityk wspólnotowych, ale i instytucjach unijnych.

Holandia na czele

Trwający proces instytucjonalizacji tego stanu rzeczy doprowadził do utworzenia, wzorem stanowiska przewodniczącego Rady Europejskiej, pozycji przewodniczącego Eurogrupy. Pierwszym piastującym to stanowisko był premier i minister finansów Luksemburga Jean Claude Juncker. W lutym zastąpi go minister finansów Holandii (królestwa Niderlandów) – Jeroen Dijsselbloem. Geograficzna bliskość  nie jest tu przypadkowa. Klasowe podziały w ramach samej wspólnoty są czymś normalnym. Oprócz trzech najważniejszych państw, wyraźne fory mają kraje Beneluxu. Są one nie tylko preferowane z racji tego, że zakładały UE, ale również bliskich geograficznej i mentalnościowej do takich krajów jak Niemcy, Francja, ale także Wielka Brytania. Jest to więc partner nie tylko znany, ale i bliski mentalnościowo, nie zaś egzotyczny, jak dawne kraje satelickie ZSRR.

Z naszej perspektywy nawet tak krótka ławka kadrowa może generować spore różnice. Holandia jest jednym z najbardziej eurosceptycznych państw wspólnoty. Odmiennie niż w przypadku Wielkiej Brytanii, eurosceptycyzm nie wynika z fluktuacji na wewnętrznej scenie politycznej. Właściwie we wszystkich aspektach polityki europejskiej Haga zajmowała bardzo jastrzębie stanowisko. Wspólna waluta nie jest tu wyjątkiem. To właśnie Holandia u samego jej zarania domagała się nie tylko przestrzegania formalnych kryteriów członkostwa. Jest również autorem pomysłu tzw. małej unii walutowej, bez znajdującego się w poważnych tarapatach fiskalnych południa Europy. Królestwo Niderlandów było też jednym z najgłośniejszych krytyków kolejnych programów pomocowych.

Wszystkie te linie polityki Holandii są aktualne od dnia dzisiejszego. Co to wszystko oznacza? Nowy przewodniczący Eurogrupy nie ma więcej władzy niż Van Rompuy w Radzie Europejskiej. Jego funkcja jest głównie dekoracyjna, gdyż decyzje o znaczeniu strategicznym są podejmowane przez dużych graczy. Przykłady zarówno Van Rumpuya, jak i Junckera pokazują, że potrafili oni wypracować sobie znaczącą pozycję. Nie możemy mieć wątpliwości, że nowy holenderski głos przewodniczącego Eurogrupy będzie niechętny jej poszerzeniu. Jest to kolejny negatywny prognostyk przyjęcia wspólnej waluty nad Wisłą.

Marek Bełdzikowski, Czytelnik bloga Dyplomacja

 

grafika: Wikimedia Commons

 
1 , 2
Zakładki:
1. Dyplomacja w Sieci
2. Blogi zagraniczne
3. Think-tanki
4. Media zagraniczne
5. Blogi polskie
6. Militaria
7. Periodyki
liczniki
Dyplomacja on Facebook