niedziela, 26 stycznia 2014

Mija pół roku odkąd napisałem na blogu Dyplomacja o globalnym przebudzeniu społeczeństw. W artykule zwracałem uwagę na coraz większą łatwość w manifestowaniu swojego niezadowolenia przez społeczeństwo. Przyczyny protestów są bardzo różne, od czysto lokalnych, do niemalże globalnych. Niektóre protesty przekształcają się w rewolucje, które potrafią - choć nie w każdej sytuacji - doprowadzić do zmian politycznych bądź nawet ustrojowych.

Przykłady niedawnych masowych protestów

Ze świecą szukać jednak przykładów, gdzie rewolucja odniosła sukces. Sukces rozumiany jako zastąpienie starego porządku nowym, zgodnym z postulatami zgłaszanymi w czasie protestów. Gdy pominiemy przykłady protestów, które nie doprowadziły do żadnych bądź żadnych istotnych zmian - jak Oburzeni, Okupuj Wall Street, demonstranci ze stambulskiego Parku Gezi czy Brazylijczycy protestujący przeciwko marnotrawieniu pieniędzy na kosztowne inwestycje w infrastrukturę sportową - a skupimy się na przykładach protestów, które doprowadziły do istotnych zmian - Tunezja, Libia, Egipt, Bułgaria - dostrzeżemy, iż były to niekoniecznie zmiany na lepsze.

Owszem, obalono - w świecie arabskim - kilku mniej lub bardziej krwawych dyktatorów, lecz za wyjątkiem Tunezji, efektem końcowym był chaos. W Libii trwa on w najlepsze od kilkunastu miesięcy, w Egipcie następuje natomiast kontrrewolucja i powrót armii do bezpośredniego sprawowania rządów. Zmiana władzy w Bułgarii nie przyniosła spodziewanej przez społeczeństwo poprawy sytuacji.

Gdzie jest ukraiński Wałęsa?

grafikaObserwując trwające wiele tygodni protesty na Ukrainie mam wrażenie, że - podobnie jak w wyżej wymienionych przypadkach, tych udanych i nieudanych - wspólnym mianownikiem porażki demonstrantów jest brak przywództwa. Nawet nie deficyt, a po prostu brak wiarygodnych liderów, a najlepiej jednego lidera. Widzieliśmy to wczoraj w Kijowie, gdy liderzy partii opozycyjnych (Jaceniuk, Kliczko) negocjowali z prezydentem Janukowyczem, a następnie udali się na Majdan i pytali demonstrantów o opinię ws. wynegocjowanego porozumienia. Zdaje się, że powinno to wyglądać inaczej, tzn. posiadający legitymację wśród demonstrantów liderzy muszą być decyzyjni. Muszą mieć możliwość podejmowania decyzji bez konieczności uzyskiwania akceptacji. Janukowycz może się teraz zastanawiać, czy warto negocjować z ludźmi, którzy nie mają mocy sprawczej.

Warto postawić pytanie, gdzie jest ukraiński/egipski/syryjski Wałęsa, Mandela czy Chomeini? Bezgłowa rewolucja, nawet jeśli doprowadzi do obalenia starego porządku, ma mizerne szanse na stworzenie sensownej alternatywy. Dobitnie pokazał to przykład Egiptu, gdzie liderami opozycji próbowali być Amr Moussa czy Mohamed ElBaradei, czyli ludzie oderwani od problemów społeczeństwa, a kiedyś mniej lub bardziej związani z upadłym reżimem. W wyborach prezydenckich wielu Egipcjan miało alternatywę w postaci wyboru między dżumą a cholerą, czyli głosowaniem na przedstawiciela dawnego reżimu Ahmeda Szafika, bądź reprezentującego Bractwo Muzułmańskie Mohameda Morsiego. Czy na Ukrainie efekt ewentualnego sukcesu protestów pod szyldem Euromajdanu będą podobne - w starciu o prezydenturę stanie Janukowycz (względnie jego surogat z Partii Regionów) i lider nacjonalistów Ołeh Tiahnybok?

Czas na protesty 3.0, czyli wersję z liderami

O ile dziś technologia (internet, social media) pozwala na łatwą i szybką organizację masowych protestów, to taki oddolny ruch (grassroots) ma ogromne problemy z wykreowaniem wiarygodnego i reprezentatywnego przywództwa. Weźmy Syrię, gdzie protesty przeciwko Assadowi zaczęły się dość spontanicznie, a walczących z oddziałami wiernymi reżimowi zaczęli - politycznie - reprezentować przebywający od lat na emigracji działacze, formując ad hoc Syryjską Radę Narodową. Z biegiem czasu autorytet SRN spadał, a gdy kilka miesięcy temu jedna z głównych grup rebelianckich, Wolna Armia Syryjska, praktycznie się rozpadła, trudno stwierdzić kogo to ciało teraz reprezentuje.

Problem tkwi w tym, że zwołujący się za pośrednictwem internetu demonstranci wręcz szczycą się tym, że ich ruch nie posiada żadnego przywództwa. Że nie jest scentralizowany, tylko w pełni demokratyczny. Że nikt nie przewodzi, a wszyscy uczestnicy są równi. Niestety, ateńska agora nie sprawdza się w sytuacjach kryzysowych, a o takich przecież mowa.

Co więcej, w porewolucyjnej rzeczywistości dawni demonstranci zamiast się jednoczyć, dzielą się. Nie potrzebują do tego nawet "pomocnej dłoni" swoich rywali (w Egipcie armii czy Bractwa Muzułmańskiego), gdyż sami potrafią doskonale się osłabić. Znamy to już z Ukrainy, gdzie Pomarańczowa Rewolucja przerodziła się w tragifarsę tuż po wyniesieniu Juszczenki do prezydentury, czy z Polski, gdzie Solidarność już w 1993 r. oddała władzę postkomunistom, doświadczając hekatomby w wyborach parlamentarnych.

Piotr Wołejko

 

Zdjęcie: Spotkanie Nelsona Mandeli z Frederikiem de Klerkiem na Światowym Forum Ekonomicznym w Davos w 1992 r. (źródło: weforum.org/Wikimedia Commons)

wtorek, 21 stycznia 2014

Powiązani z Al-Kaidą bojownicy z Falludży posiadają wystarczająco dużo broni, by okupować Bagdad - to nie tylko tytuł artykułu z The National, angielskojęzycznej gazety z Abu Zabi, lecz również cytat z wypowiedzi irackiego wiceministra spraw wewnętrznych.

Irackie siły bezpieczeństwa nie odbiły Falludży, ani szeregu innych miejscowości w sunnickiej prowincji Anbar, z rąk powiązanych z Al-Kaidą ugrupowań i sprzymierzonych z nimi miejscowych plemion. Cały czas nie odbyła się czwarta bitwa o Falludżę, wspomniana przeze mnie w ostatniej, pochodzącej ze stycznia, analizie sytuacji w Iraku oraz Syrii. Wydaje się jednak, że bez jakiegoś rodzaju szturmu się nie obędzie, gdyż rebelianci zapuszczają korzenie w kontrolowanych przez siebie miejscach - aresztują lokalnych oficjeli, tworzą własne sądownictwo, a w meczetach wzywają do stawiania oporu irackim siłom bezpieczeństwa.

Tymczasem w Iraku dzień jak co dzień, czyli zamachy i wybuchy bomb pułapek. Dziesiątki ofiar śmiertelnych oraz jeszcze liczniejsze grono rannych. Rok 2013 był najbardziej krwawy od sześciu lat, czyli roku 2007. Wówczas rozpędu nabierało tak zwane sunnickie przebudzenie, a Amerykanie wysłali do Iraku dodatkowe kilkadziesiąt tysięcy żołnierzy - skupiając ich znaczną część we wspomnianej wyżej prowincji Anbar. To tam ruch oporu był najsilniejszy, a Al-Kaida znalazła swoją bezpieczną przystań. Teraz wracają najgorsze koszmary trudnych lat 2004-2007, gdy rebelia przeciwko Amerykanom nabierała rozpędu. Tym razem celem nie są już Amerykanie (opuścili Irak z końcem 2011 r.), lecz szyicki rząd Nuriego al-Mailikiego. Maliki jest w znacznej mierze odpowiedzialny za to, co dzieje się w jego kraju.

grafika

Źródło: ONZ (via BBC News)

O ile wspomnianej we wstępie przez wiceministra spraw wewnętrznych okupacji Bagdadu przez bojowników powiązanych z Al-Kaidą (ISIL) raczej nie będzie, to skala problemu jest coraz większa. Niezdolność Bagdadu do przywrócenia porządku i ładu, w prawniczej nowomowie - skorzystania z monopolu na przemoc, którym powinna dysponować władza - tylko zachęca przeciwników Malikiego do chwycenia za broń. Ciekawe, czy z okazji skorzystają także radykałowie po stronie szyitów, którzy koniunkturalnie wspierają Malikiego, lecz niejednokrotnie decydowali się na realizację własnej polityki. Jeśli taki scenariusz miałby się ziścić, dzisiejsza sytuacja będzie za rok wspominana jako prawdziwa sielanka. Kolejna odsłona krwawej wojny o podłożu religijnym prowadzi do punktu wyjścia, jakim było ponad 34 tysiące ofiar wśród cywili w 2006 roku.

Piotr Wołejko

środa, 15 stycznia 2014

Wojna domowa w Syrii trwa w najlepsze, a sytuacja geopolityczna wokół tego konfliktu zmienia się jak w kalejdoskopie. Już niedługo zapewne okaże się, że Baszar al-Assad wcale nie jest taki zły, jak przedstawiano to jeszcze do niedawna, a więc - w ostateczności - lepiej, by pozostał na stanowisku prezydenta Syrii, a jego Alawici w dalszym ciągu dzierżyli ster władzy w Damaszku. Przygrywką do nagłej zmiany frontu przez kraje zachodnie mogą być kontakty wywiadów, o których rozpisuje się zachodnia prasa.

Walki w łonie opozycji

grafikaO ile warto wstrzymać się jeszcze z ferowaniem jednoznacznych wyroków, to nie ulega wątpliwości, że czynnikiem, który odegrał decydującą rolę w zmianie percepcji Assada, jest rosnąca potęga radykalnych islamistów z organizacji takich jak ISIL czy Jabhat al-Nusra. Obie grupy są "afiliowane" przy al-Kaidzie, co zapewnia im stały napływ funduszy i chętnych do bitki bojowników, a także odpowiednie publicity. W ubiegłym roku uznawana za najbliższą Zachodowi grupę opozycyjną Wolna Armia Syryjska (FSA) poszła w rozsypkę. Gwoździem do jej trumny była fuzja siedmiu grup opozycyjnych i powstanie Frontu Islamskiego. Nastąpiło to w listopadzie 2013 r., a za decyzją o połączeniu stała zapewne Arabia Saudyjska - główny sponsor operacji pt. "obalenie Assada i osłabienie przez to wpływów szyickiego Iranu". 

Ostatnie dni przyniosły z Syrii doniesienia o intensywnych walkach syryjskiej opozycji z... ISIL (Islamskie Państwo Iraku i Lewantu). Nastąpił skoordynowany atak na powiązanych z al-Kaidą bojówkarzy, którzy zdawali się przejmować rebelię przeciwko Assadowi z rąk jej "prawowitych właścicieli", czyli Syryjczyków. W łonie ISIL znaczącą rolę odgrywają bowiem zagraniczni dżihadyści. Jeśli ISIL nie uda się zakorzenić w lokalnych strukturach plemiennych, Syryjczycy mogą odnieść w tej walce sukces. Może jednak zdarzyć się to, co nastąpiło w Somalii - tam al-Shabab, w pewnym momencie przejęte przez zagranicznych bojowników, bardzo mocno wtopiło się w struktury plemienne i stało się dzięki temu ugrupowaniem w zasadzie niemożliwym do usunięcia ze sceny politycznej. Reprezentuje bowiem część miejscowej ludności.

Możliwy scenariusz zdarzeń

Gdy opozycja jest zajęta sama sobą, nie zważając przesadnie na los ludności cywilnej, wzrasta pozycja urzędującego prezydenta Syrii Baszara al-Assada. Okazuje się, że jest on jedyną postacią, która ma szanse na uporządkowanie sytuacji w kraju, na przywrócenie względnej stabilności. A o tej stabilności marzy nie tylko Izrael czy Jordania, lecz także kraje zachodnie, zmęczone i rozdarte konfliktem syryjskim. Po tych kilku latach rebelii staje się jasne, że status quo wcale nie był zły. Assad przestaje być "trędowaty" dla Zachodu. Odblokowanie komunikacji za pośrednictwem wywiadów to pierwszy krok do dalszych konsultacji.

W tej geopolitycznej rozgrywce Syryjczycy nie są niestety podmiotem. Nikt się nimi nie przejmuje. A gra może wyglądać tak - Amerykanie dogadają się z Iranem i Rosją, przy wsparciu Izraela, że Assad powinien jednak zostać. Izrael w zamian za to ustępstwo ze strony USA (i Europy) może bardziej konstruktywnie podejść do rozmów z Palestyńczykami, na czym teraz bardzo Amerykanom zależy. Kupią tym także umacniającą się po rocznej przerwie juntę wojskową w Egipcie, która z nienawiści do islamistów wspiera reżim Assada zezwalając na tranzyt irańskiej ropy przez własne porty. Amerykanie znowu "podpadną" Arabii Saudyjskiej, która jest poważnie zaniepokojona odprężeniem amerykańsko-irańskim, a także Turcji, która zajęła dość twarde antyassadowskie stanowisko. Turcy są jednak w tej chwili zajęci rozgrywkami wewnętrznymi (starcie Erdogana i jego niedawnego sojusznika F. Gullena, lidera ruchu religijnego) i nie mają głowy do Syrii. Po krótkim czasie dojdą do wniosku, że stabilna Syria z Assadem jest o niebo lepsza od rozkręcającego się z roku na rok chaosu.

Piotr Wołejko

poniedziałek, 13 stycznia 2014

Błędy i niedociągnięcia popełnione w przeszłości mszczą się dzisiaj. Gwałtowna dekolonizacja Afryki, w efekcie której powstało kilkadziesiąt - w zdecydowanej większości nieprzygotowanych do niepodległości - państw to główna przyczyna dzisiejszych niepokojów na Czarnym Lądzie. Sztuczne granice, brak elit i westfalskie rozumienie suwerenności to prawdziwie wybuchowa mieszanka. Afryka nigdy nie była kontynentem stabilnym, a w niezliczonych wojnach trup słał i ściele się gęsto. Czy Zachód jest w stanie cokolwiek zrobić? Zasypywanie Afryki pieniędzmi nie przyniosło bowiem pozytywnych skutków.

Mniejszy bądź większy chaos

Niestabilna jest Afryka Północna, w której od Tunezji przez Libię po Egipt rewolucje wywróciły konserwowany przez dekady autorytarny porządek polityczny. Podmuch arabskiej wiosny dotarł do Sahelu w postaci Tuaregów, którzy postanowili upomnieć się o swoje prawa w Mali. Szło im to naprawdę dobrze, w kilka miesięcy przejęli kontrolę nad połową terytorium kraju. Na tym obszarze coraz śmielej zaczęli działać radykalni islamiści, w tym terroryści z grup powiązanych z Al-Kaidą. Gdy islamiści przejęli pałeczkę w początkowo tuareskim buncie i zaczęli zagrażać pokonaniem resztek zdemoralizowanej i słabej malijskiej armii, do gry wkroczyła dawna metropolia - Francja. W kilka tygodni udało się pokonać islamistów i wymusić na Tuaregach, by realizowali swoje cele za pomocą metod politycznych.

grafikaJednak nie tylko Mali jest płonącym problemem na obszarze Sahelu. Kolejne kostki domina to Niger, Czad, Republika Środkowoafrykańska i Sudan Południowy. Z powodzeniem można dodać też północną część Nigerii. Na południe od Republiki Środkowoafrykańskiej oraz Sudanu Południowego wieczną ostoją niestabilności jest DR Kongo (oczywiście nie leży na obszarze Sahelu). Gdy udało się powierzchownie ugasić pożar w Mali, z pełną mocą wybuchł pożar w Republice Środkowoafrykańskiej. Znowu to Francuzi musieli wysłać swoich żołnierzy, by ratować dawną kolonię przed totalnym chaosem i zbrodniami przeciwko ludzkości. Paryż apeluje do sojuszników o pomoc, gdyż sam nie poradzi sobie z porządkowaniem tak ogromnego terytorium. Nie w sytuacji, gdy nie ma czegoś takiego jak linia frontu, a walki wybuchają i gasną w różnych punktach kraju.

Poważny niepokój wzbudza też sytuacja w Sudanie Południowym, który istnieje jako niezależny byt dopiero 2,5 roku. Walka o władzę między elitami dwóch najliczniejszych plemion - Dinkami i Nuerami - nabiera niebezpiecznej dynamiki. Pytania o zachowanie integralności kraju są może przedwczesne, lecz obawy o długotrwały konflikt, który może pochłonąć tysiące istnień ludzkich są jak najbardziej uzasadnione. Ostatnie dekady zebrały w Sudanie wyjątkowo krwawe żniwo, a teraz do walki między sobą stanęli dawni towarzysze broni, zbuntowani przeciwko Arabom z Chartumu.

Jak pomóc, żeby nie zaszkodzić?

Porządkowanie sytuacji w Sahelu nie może być oderwane od porządkowania sytuacji w Afryce Północnej. Dopóki w Libii trwa chaos, a coś takiego jak władza centralna de facto nie istnieje, nie ma mowy o stabilności w Sahelu. Zbyt dużo broni, zbyt duże pole do popisu dla licznych milicji i ugrupowań o radykalnym charakterze. Nawet gdy Libia była oazą spokoju pod twardą pięścią Muammara Kaddafiego, Sahel przypominał dziurawy kanister paliwa, do którego co chwilę podbiegali z zapałkami chętni do wywołania fajerwerków. Sahel to kombinacja ubóstwa, wysokiego przyrostu naturalnego i słabej, zacofanej gospodarki. Wszystko to jest podlane sosem niekompetentnej, skorumpowanej i nastawionej na promowanie interesów własnego plemienia/grupy etniczno-religijnej władzy. A w tle mamy wspomniane na początku sztuczne granice, których politycy afrykańscy zrzeszeni w Unii Afrykańskiej są gotowi bronić do krwi ostatniej. Nie zapominajmy też o surowcach naturalnych, za którymi idą gigantyczne pieniądze i koncerny z całego świata, gotowe - i to dosłownie - po trupach dojść do celu, czyli zdobyć kontrakty na wydobycie i eksport.

W takich warunkach się poruszamy i należy zapytać, czy potrafimy się w tym wszystkim odnaleźć. Czy mamy odpowiedź na bolączki państw Sahelu i jakąś alternatywę dla rosnącej rzeszy podatnych na radykalizację ludzi? Czy wysłanie kilku tysięcy żołnierzy rozwiązuje cokolwiek poza doraźnymi problemami? Czy odgrywamy rolę policjanta przerywającego masakry cywilów, nie mając wiele więcej do zaproponowania? Co moglibyśmy zaproponować wiedząc, że budowa państwa od podstaw (nation-building) to kosztowne przedsięwzięcie, które nie za bardzo nam wychodzi? Czy wysyłanie do kolejnych państw kontyngentów pokojowych składających się z afrykańskich żołnierzy (chwała Unii Afrykańskiej za to, że takie misje organizuje) stanowi lepsze rozwiązanie niż zachodnia interwencja?

Listę pytań można z powodzeniem uzupełniać o kolejne propozycje. Tylko czy znajdujemy jakieś rozsądne, racjonalne odpowiedzi? Czy możemy zrobić coś więcej od doraźnego gaszenia pożarów?

Piotr Wołejko

 

grafika: Flockedereisbaer / Wikimedia Commons

wtorek, 07 stycznia 2014

Nie chciałem zabierać głosu w sprawie postępującego upadku brytyjskiego premiera Davida Camerona, lecz nie sposób przejść obojętnie wobec wysoko postawionej osoby, która w tak oczywisty sposób mija się z faktami. Rozumiem, że względy polityczne przemawiają za przewodzeniem antyimigranckiej nagonce, lecz to już problem pijarowców Camerona, by przebierając go za Nigela Farage'a, lidera nacjonalistów z UKIP, zachowali minimum powagi i chociaż cieniutką nić wiążącą Camerona z rzeczywistością.

Przelicytować nacjonalistów z UKIP

grafikaNagonka na Polaków, a także na innych imigrantów zarobkowych (głównie Rumunów i Bułgarów, dla których brytyjski rynek otworzył się z początkiem 2014 r.) to efekt słabnących sondaży Partii Konserwatywnej, której przewodzi David Cameron. Wymykająca się perspektywa drugiej kadencji Torysów u władzy i Camerona na Downing Street 10 wymusza gwałtowne ruchy, a Cameron postanowił postawić na skrajnie prawicowy, nacjonalistyczny elektorat. Mówiąc wprost, chce osłabić rywali z UKIP (Partii Niepodległości Zjednoczonego Królestwa), której przewodzi charyzmatyczny eurodeputowany Nigel Farage (znany chociażby z porównania Hermana van Rompuya do szmaty od mopa).

UKIP notuje coraz lepsze wyniki w sondażach, a dwucyfrowe poparcie dla tej partii wydaje się ustabilizowane. Cameron obawia się sukcesu UKIP w tegorocznych wyborach do Parlamentu Europejskiego i ewentualnego "kopa", jaki dobry wynik w tychże wyborach dałby nacjonalistom w przypadku nowego rozdania w kraju. Farage to znany krytyk UE, brytyjskiego w niej członkostwa, oraz unijnych polityk, w tym dotyczących imigracji. Cameron wkracza więc na terytorium, na którym UKIP jest nie tylko wyrazisty, ale wiarygodny. Próba przelicytowania nacjonalistów wygląda na powtórkę manewru zastosowanego przez francuską UMP (gaullistów), zagrożoną rosnącym poparciem skrajnej prawicy prowadzonej przez Marine Le Pen. Wątpliwe jednak, by taka taktyka mogła się powieść. Dlaczego wyborcy mieliby poprzeć podróbkę, skoro mogą postawić na oryginał?

Rozpętana przez polityków antyimigrancka nagonka ma się świetnie. Dawno nie było tak wysokiego poparcia dla "rozprawienia się" z imigrantami. W sytuacji, gdy debata zamienia się w emocjonalną hucpę, racjonalne argumenty i badania niezależnych ośrodków nie mają szansy przebicia. Trwa lincz na imigrantach, którzy przyjeżdżają na Wyspy rzekomo tylko po to, by czerpać z hojnego (coraz mniej, rząd Camerona systematycznie tnie budżet i dalej będzie ciął) socjalu, podczas gdy bezrobocie w Wielkiej Brytanii przekracza 7%, a wzrost gospodarczy ma wynieść nieco ponad 1% w 2013 r. i ok. 2% w 2014 r. (dane za Eurostatem). Rząd brytyjski, rzekomo wspierający wolny handel (jak widać, ogranicza się to tylko do kapitału i obrony londyńskiego City), nie tylko zamierza uderzyć w imigrantów, lecz również wspierać jawnie protekcjonistyczną politykę "Buy British", czyli "Kupuj brytyjskie". Ot, żelazna logika brytyjskich konserwatystów.

Polacy w Wielkiej Brytanii

W Wielkiej Brytanii swojego szczęścia, a przede wszystkim pracy, szukają setki tysięcy Polaków. Najnowsze dane GUS wskazują Wielką Brytanię jako główny kierunek polskiej emigracji - 637 tys. Polaków spośród 2,13 mln emigrantów udało się właśnie tam. Większość z nich to wykształceni (wśród nich znaczna grupa to osoby młode) ludzie, którzy nierzadko pracują poniżej swoich kwalifikacji. Najczęściej pracują legalnie, płacą podatki, wynajmują pokoje/mieszkania/domy, kupują produkty w miejscowych sklepach, a więc brytyjski budżet wzmacnia VAT. Chcą być traktowani tak samo jak miejscowi, więc jeśli jakieś świadczenia im się należą, to starają się po nie sięgać. To żadne przestępstwo, podobnie jak tzw. optymalizacja podatkowa, która nierzadko wzbudza społeczne oburzenie. Ale Cameronowi przeszkadzają zasiłki dla dzieci polskich imigrantów, które znajdują się w Polsce, a nie przedsiębiorcy tworzący skomplikowane struktury, byle tylko obniżyć należne fiskusowi daniny. Zarówno imigranci, jak i przedsiębiorcy, działają w ramach prawa. A wobec prawa wszyscy powinni być równi.

Polski rząd słusznie reaguje na zaczepki Camerona względem przebywających w Zjednoczonym Królestwie Polaków. Słusznie odnosi się do faktów i konkretów. To nie magiel, tylko dyplomacja i emocje nie powinny mieć tu racji bytu. I raczej nie mają, bo mimo nagonki na polskich imigrantów kwitnie polsko-brytyjska współpraca w zakresie obrony wydobycia gazu łupkowego przed planami Komisji Europejskiej, która zamierza wprowadzić liczne bariery de facto uniemożliwiające eksploatację tego surowca.

Polityczna wydmuszka?

Przykro tylko patrzeć na Davida Camerona, który sprawiał naprawdę niezłe wrażenie najpierw jako młody i zdolny lider Torysów, a następnie jako premier koalicyjnego rządu Partii Konserwatywnej i Liberalnych Demokratów. Okazało się, że za pijarową otoczką nie ma zbyt wiele treści, a Cameron ma wszelkie zadatki na to, by skończyć niczym bańka mydlana.

Piotr Wołejko

 

zdjęcie: 10 Downing Street Website (via Wikimedia Commons)

 
1 , 2
Zakładki:
1. Dyplomacja w Sieci
2. Blogi zagraniczne
3. Think-tanki
4. Media zagraniczne
5. Blogi polskie
6. Militaria
7. Periodyki
liczniki
Dyplomacja on Facebook