piątek, 29 lutego 2008

Annan, Kibaki, OdingaW miesiąc od uznawanych powszechnie za sfałszowane wyborów prezydenckich w Kenii, których efektem była śmierć ponad tysiąca osób oraz konieczność opuszczenia domów przez ok. 300 tysięcy Kenijczyków, lider opozycji Raila Odinga oraz prezydent Mwai Kibaki zawarli porozumienie. Głównym postanowieniem układu jest powstanie Rządu Jedności Narodowej - nienazwanego tak wprost, ale tak należałoby go nazwać. Premierem zostanie Raila Odinga, przegrany wyborów prezydenckich, a zarazem lider największej partii w parlamencie - tzw. Oranges.

Aby umożliwić Odindze objęcie funkcji premiera, nastąpi rewizja konstytucji (ta poważniejsza nastąpi później, najpierw wprowadzi się przepisy tworzące urząd premiera). Do tej pory ustawa zasadnicza nie przewidywała tego stanowiska. Praktycznie całą władzę wykonawczą dzierżył prezydent, co było zresztą przyczyną krytyki konstytucji już w ostatniej dekadzie ubiegłego wieku. Stanowiska w rządzie zostaną podzielone wg "siły" poszczególnych partii w parlamencie. Orange Democratic Movement, choć posiada ich najwięcej, w dotychczasowym gabinecie - powołanym przez Kibakiego tuż po zaprzysiężeniu - nie miał żadnego przedstawiciela.

Komentując osiągnięte porozumienie - dużą rolę odegrał tu były Sekretarz Generalny ONZ Kofi Annan - Odinga powiedział: "otwieramy nowy rozdział w naszej historii. Od konfrontacji przechodzimy do kooperacji". Mwai Kibaki stwierdził natomiast, iż "więcej spraw nas łączy, niż dzieli (...) W Kenii jest wystarczająco dużo miejsca dla nas wszystkich".

Osiągnięcie porozumienia pomiędzy Kibakim a Odingą należy uznać za bardzo ważne osiągnięcie. Od momentu ogłoszenia wyników wyborów obóz Mwai Kibakiego wysyłał sygnały zniechęcające do podtrzymywania wiary w to, iż uda się szybko i bez większych ofiar zakończyć powstały kryzys. Niespełna tydzień temu pisałem, że perspektywy porozumienia są niewielkie, a Kibaki zdaje się grać na czas. Wydawało się, iż prezydent zamierza wykorzystać pogłębiający się kryzys gospodarczy jako argument za utrzymaniem się przy władzy.

Nie da się w tej chwili dokładnie oszacować poniesionych przez Kenię strat, ale z pewnością wyniosły one więcej niż 1 miliard dolarów. To, co zniszczono przez miesiąc, Kenia może nadrabiać przez lata. Jeśli układ pomiędzy Kibakim a Odingą się utrzyma, będzie to możliwe. Trzeba jednak wziąć pod uwagę fakt, iż obaj liderzy nie zapałali nagle do siebie miłością. Z pewnością nienawidzą się tak mocno, jak przedtem. Porozumienie zawarli z rozsądku. Rozwód może nastąpić szybko, kiedy jedna ze stron (stawiałbym na Odingę) stwierdzi, iż druga (Kibaki) nie wywiązuje się z obietnic lub po prostu oszukuje.

I to jest chyba najpoważniejsze niebezpieczeństwo czające się tuż za horyzontem. Porozumienia z rozsądku, w dodatku zawierane pod międzynarodową presją, rzadko cieszą się cechą długotrwałości. Rozwód może być szybki, bolesny i kosztowny.

Więcej o porozumieniu: Reuters

Zdjęcie: newvision.co.ug

09:37, p.wolejko , Afryka
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 28 lutego 2008

Amerykańskie bazy w BułgariiJaki to kraj, który ma świetne relacje zarówno ze Stanami Zjednoczonymi i z Federacją Rosyjską? Jaki to kraj, który zapewnił sobie udział w dwóch rosyjskich projektach energetycznych, a jednocześnie zacieśnia współpracę wojskową z Amerykanami, zezwalając Waszyngtonowi na korzystanie ze swoich baz wojskowych? O kraju tym dr Przemysław Żurawski vel Grajewski, adiunkt na Wydziale Studiów Międzynarodowych i Politologii Uniwersytetu Łódzkiego, powiedział, że jest "koniem trojańskim Rosji w Unii Europejskiej". Jak sam tytuł wpisu wskazuje, krajem o którym mowa jest Bułgaria.

Bułgaria - członek NATO od 2004 roku, a Unii Europejskiej od 2007 roku - pokazuje, w jaki sposób należy prowadzić skuteczną politykę zagraniczną. Dziś Bułgarzy podpisali umowę ze Stanami Zjednoczonymi, która pozwoli Amerykanom na wykorzystywanie czterech bułgarskich baz przez 10 lat. Jest to jeden z elementów nowej strategii Pentagonu dotyczącej rozmieszczenia amerykańskich wojsk - bazy powinny być mniejsze oraz usytowane bliżej możliwych "punktów zapalnych".

Z drugiej strony, Bułgaria uczestniczy w projektach dwóch rosyjskich rurociągów - ropociągu Burgas-Alexandroupolis oraz gazociągu South Stream. Pierwszy projekt, który przewiduje również gruntowną modernizację terminalu w Burgas, ma na celu ominięcie cieśnin Bosfor i Dardanele w tranzycie ropy rosyjskiej i nadkaspijskiej. South Stream ma zapewnić przesył rosyjskiego gazu via Morze Czarne do Warny, a następnie do Włoch oraz przez Rumunię aż do Austrii. Gazociąg ten stanowi wyraźną konkurencję dla projektu Nabucco, którym gaz z Azerbejdżanu (a docelowo także z Kazachstanu i być może Turkmenistanu oraz Iranu) płynąłby przez Turcję, Grecję, Bułgarię, Rumunię i Węgry, również do Austrii.

 

Gazociągi

Może warto przyjrzeć się bliżej polityce realizowanej przez Sofię? Jak widać, można jednocześnie utrzymywać dobre relacje z USA i z Rosją, czerpiąc z tego wymierne korzyści. Wszyscy oskarżający Bułgarię o bycie koniem trojańskim w UE powinni przemyśleć swoje stanowisko. Nie sztuką jest bowiem opieranie się na jednym partnerze przeciw drugiemu. Sztuką jest wygrywanie jak najwięcej dla siebie od obu stron. Mądrą nauką jest także stare polskie przysłowie - pokorne cielę dwie matki ssie.

Obrazki: news.bbc.co.uk, bi.gazeta.pl

22:22, p.wolejko , Europa
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 25 lutego 2008

W ubiegły piątek uczestniczyłem w bardzo interesującym spotkaniu zatytułowanym "UE po traktacie reformującym". Z radością uczestniczyłem w dyskusji [zorganizowanej przez Forum Młodych Dyplomatów przy współpracy Fundacji Konrada Adenauera], gdyż chciałem dowiedzieć się więcej o traktacie, który przez jednych jest uznawany za niebywały sukces, przez innych za zgniły kompromis, a przez niektórych nawet za zdradę narodową. Moja opinia nt. traktatu nie jest pochlebna, ale o tym później.

Skupię się tylko na jednej kwestii, która dobitnie pokazuje, iż traktat reformujący (zwany także lizbońskim) jest po prostu słaby i nie spełnia pokładanych w nim nadziei. Doktor Rudolf Ostrihansky z Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego opowiedział o najistotniejszych zmianach, które "Lizbona" wprowadza. Niezwykle skomplikowana jest kwestia "niedoszłego ministra spraw zagranicznych" - o którą kruszono kopie przez bardzo długi czas.

Traktat reformujący wprowadza bardzo istotną zmianę - "niedoszły minister" będzie jednocześnie wiceprzewodniczącym Komisji Europejskiej oraz przewodniczącym Rady [Unii Europejskiej] ds. zagranicznych. Zniknie natomiast stanowisko piastowane dotychczas przez Javiera Solanę - Wysoki Przedstawiciel ds. Wspólnej Polityki Zagranicznej i Bezpieczeństwa.

Usytuowanie "niedoszłego ministra" jest wyjątkowo niefortunne. Jednocześnie będzie członkiem zarówno Komisji, jak i Rady. Są to dwa kluczowe organy w Unii Europejskiej, ale o krańcowo rozbieżnym charakterze oraz zdecydowanie różnych kompetencjach. Charakter Komisji jest oczywiście ponadnarodowy, a Rada jest ciałem międzyrządowym. Pojawiają się istotne wątpliwości, czy "niedoszły minister" nie będzie przypadkiem szpiegiem jednej instytucji przeciwko drugiej. Nie wiadomo, jak jednocześnie będzie mógł zlecać KE rozmaite działania wykonawcze (zadanie Rady) i jako członek tejże komisji będzie je następnie wykonywał.

Powstał jakiś potworek prawny, legislacyjny bubel, który z pewnością przysporzy Unii Europejskiej wiele kłopotów. Jak określił to pracownik naukowy WPiA UW, traktat reformujący to krok wstecz w stosunku nie tyle do tekstu eurokonstytucji [pogrzebanej przez Francuzów i Holendrów w referendach], ale do poprzednich traktatów. Lista zarzutów jest długa - "Lizbona" dokonuje tylko poprawek w już istniejących traktatach, a nie zastępuje ich; wypadła gdzieś [najpewniej w trakcie przygotowywania mandatu do konferencji międzyrządowej aprobującej traktat z czerwca ub. r.] kwestia prymatu prawa wspólnotowego nad krajowym [i tak oczywista w świetle orzecznictwa Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości]; Karta Praw Podstawowych staje się częścią dorobku prawnego unii, ale nadal nie bardzo wiadomo, jaki jest jej charakter prawny i kogo oraz w jaki sposób wiąże; niejasna pozostaje rola oraz kompetencje Prezydenta Rady Europejskiej - możliwe są jego konflikty z "niedoszłym ministrem". 

To tylko część z długiej listy zarzutów pod adresem nowego traktatu. Góra urodziła mysz, w dodatku brzydką - wiele lat dyskusji, przeznaczenia cennego dla Europy czasu na deliberowanie o ustroju UE nie przynosi przełomu. Przynosi zawód.

Pomijając powyższe zarzuty, należy przypomnieć, że traktat lizboński (w zasadzie eurokonstytucja) miał przybliżyć Europę do obywateli. Tak nie jest. Pozbawiono społeczeństwa możliwości wypowiedzenia się na temat traktatu - referendum odbędzie się tylko tam, gdzie wymaga tego konstytucja - w Irlandii. Nawet jeśli Irlandczycy odrzucą traktat, nie wiadomo, czy Bruksela ponownie na nakaże im głosować (taka sytuacja miała już miejsce w przypadku traktatu z Nicei). Irlandczycy zresztą bardzo niedobrze odebrali wznowienie prac nad eurotraktatem, gdyż Francuzom i Holendrom nie nakazano powtórnego głosowania - a do Dublina po odrzuceniu Nicei przyszedł bezwarunkowy prikaz w formie grzecznej, acz stanowczej prośby.

Traktat lizboński przepycha się tylnymi drzwiami, a europejscy liderzy boją się publicznej debaty na temat tekstu traktatu. Nie jest to jednak dziwne, skoro tekst jest nieczytelny nawet dla prawników zajmujących się prawem wspólnotowym [nie ma tekstu jednolitego, tylko poprawki do już istniejących traktatów]. Traktat w 90 procentach powiela rozwiązania z eurokonstytucji, którą już dwukrotnie odrzucono.

Nie można budować zaufania obywateli do UE na ewidentnym oszustwie, jakim jest przyjęcie traktatu reformującego za plecami wyborców. Nie można też określać traktatu mianem sukcesu. Jest to gigantyczna porażka, która - i to nie wyjdzie UE na dobre - powinna zostać pogrzebana po referendalnych porażkach, a nie reanimowana. Tekst traktatu, jego założenia oraz sposób przyjęcia są nie do przyjęcia. Potrzebny jest traktat w miarę krótki, jasny i precyzyjny. Traktat przemyślany i pozbawiony legislacyjnych bubli i niedoróbek. Traktat, który nie będzie zgniłym kompromisem.

Najgorsze, że już prawie całą dekadę unia traci czas na bezowocne debaty o własnej przyszłości wewnętrznej, zupełnie ignorując świat zewnętrzny czy gospodarkę. Zaniechania z tego okresu bardzo ciężko będzie nadrobić. Najlepszym przykładem fiaska "Lizbony" [traktatu] jest Strategia Lizbońska. Stała się ona już powszechnym obiektem drwin. Obawiam się, że z traktatem reformującym stanie się tak samo. Ze szkodą dla UE.

23:16, p.wolejko , Europa
Link Komentarze (8) »
niedziela, 24 lutego 2008

BośniaNiepodległość Kosowa, jakkolwiek byśmy jej nie oceniali, może stanowić początek procesu zmian granic na Bałkanach. Na gruzach dawnej Jugosławii powstaje kolejne państwo - nie wiadomo, czy ostatnie. Parlament Republiki Serbskiej (jednej z dwóch części Bośni i Hercegowiny) przegłosował uchwałę de facto wzywającą do przeprowadzenia referendum ws. secesji serbskiej części BiH. Krok ten może stanowić przyczynek do bardzo poważnych zmian terytorialno-politycznych w regionie.

Bośnia i Hercegowina to sztuczny twór powstały na mocy porozumienia z Dayton. Państwo składa się z dwóch bytów - Federacji Bośni i Hercegowiny oraz Republiki Serbskiej. BiH do dziś nie jest do końca suwerenna - od 1995 roku wysiłki partii politycznych koordynuje Wysoki Przedstawiciel ONZ dla Bośni i Hercegowiny. Mandat przedstawiciela, którym obecnie jest Miroslav Lajcak, przedłużono do 30 czerwca 2008 roku. Wcześniej funkcję tą pełnił m.in. Lord Paddy Ashdown. Toczył on ciężkie boje, zwłaszcza z Serbami, o zachowanie integralności Bośni i Hercegowiny.

Napisałem sztuczny twór, gdyż tak naprawdę nikt nie jest z jego istnienia zadowolony. Podziały polityczne przebiegają wzdłuż linii etniczno-wyznaniowych, co oznacza, iż Serbowie znajdują się w permanentnej opozycji wobec Chorwatów oraz Bośniaków (muzułmanów). Gdyby nie twarda postawa wysokich przedstawicieli ONZ, BiH już dawno przestałaby istnieć. Wiele wskazuje na to, że po niepodległości Kosowa zbliża się także koniec istnienia Bośni i Hercegowiny w obecnym kształcie.

Secesja Republiki Serbskiej - i późniejsze przyłączenie się do Serbii - to bardzo prawdopodobna sytuacja. Szczerze mówiąc, sądzę, iż jest to bardzo dobre rozwiązanie. Opuszczenie przez RS Bośni i Hercegowiny z pewnością ułatwi życie Chorwatom i Bośniakom. Wiele rozwiązań było do tej pory blokowanych przez Serbów, którzy nie pogodzili się z separacją od swoich krajanów w Serbii.

Procesy reorganizacji terytorialno-politycznej, które mogą nastąpić na Bałkanach po ogłoszeniu niepodległości przez Kosowo, mogą - wbrew powszechnemu mniemaniu - przysłużyć się całemu regionowi. Co więcej, może to nastąpić w sposób absolutnie pokojowy lub w bardzo niewielkim stopniu przy użyciu przemocy. Dla niektórych będzie to zwykłe bajanie, ale przyłączenie się Republiki Serbskiej oraz północnej części Kosowa do Serbii, a nawet samego Kosowa do Albanii, należy uznać za korzystne - długoterminowo - rozwiązanie. Znikną sztuczne byty państwowe, narzucone przez nierozumiejących miejscowych realiów obcych. Powstaną w miarę jednolite etnicznie i religijnie państwa.

Dla Europy zapewne takie ruchy będą trudne do zrozumienia. W epoce Unii Europejskiej zanika poczucie wspólnoty narodowej, wypierane przez wspólnotę kontynentalną, europejską. Państwa narodowe zdają się odchodzić do lamusa, a tryumfy święci pojęcie supranational - ponadnarodowy. Tymczasem na Bałkanach bardzo widoczne są procesy narodowe, nacjonalistyczne. Stąd niestabilność BiH oraz niepokoje w Kosowie (a swego czasu także w Macedonii). Dużą rolę odgrywa w tym także świeża pamięć ostatniej dekady XX wieku, pełnej przemocy, gwałtów, czystek etnicznych. Albańczycy nie chcą żyć "pod batem" Belgradu, a Serbowie "pod batem" Prisztiny.

Przez wieki Bałkany były w sposób sztuczny zjednoczone pod jednolitą władzą - czy to Imperium Ottomańskiego, czy to Austro-Węgier, czy to Jugosławii. Narody bałkańskie pozbawione były suwerenności. Stąd dążenie do państwa narodowego, w którym np. Albańczycy będą decydować o swoich sprawach. Europa musi zrozumieć, że twory na wzór Bośni i Hercegowiny - ponadnarodowe - nie mogą zakorzenić się na Bałkanach. Nie można pominąć etapu państw narodowych i od razu przejść na etap ponadnarodowy. Zresztą, Europa potrzebowała do tego dwóch krwawych wojen oraz dekad zażartej rywalizacji.

Paradoksalnie, na Bałkanach wszystko może odbyć się teraz w dość pokojowych warunkach. Pełna przemocy ostatnia dekada XX wieku mogła być katalizatorem, który nauczył Serbów, Chorwatów, Bośniaków i Albańczyków tego, co Europę nauczyła I czy II wojna światowa. Kto wie zresztą, czy interwencja zachodnich mocarstw w sprawy bałkańskie nie była niepotrzebna, czy nie przeszkodziła wykrystalizowaniu się tego, co krystalizuje się teraz. Nie powinniśmy w tym raczej przeszkadzać. Uszanujmy prawo narodów do samostanowienia (skoro już uszanowaliśmy prawo Kosowa do niepodległości).

Więcej o BiH: Podział administracyjny, ustrój polityczny, Wysoki Przedstawiciel ONZ

Mapa: seoblackhat.com

21:53, p.wolejko , Europa
Link Komentarze (12) »
piątek, 22 lutego 2008

Kenia - podziały etniczneJeszcze pół roku temu Kenia, 36-milionowy kraj położony w rogu Afryki - graniczący od północy z Sudanem, Etiopią i Somalią, od zachodu z Ugandą a od południa z Tanzanią, uznawana była za oazę stabilności i wzór do naśladowania dla swoich sąsiadów. Wydawało się, że demokracja jest już w miarę głęboko osadzona i stabilna, a gospodarka rozwijała się naprawdę w dobrym tempie. Wybory prezydenckie (oraz parlamentarne), które odbyły się pod koniec grudnia miały potwierdzić ten wizerunek Kenii, a także dać dobry impuls państwom regionu oraz całej Afryki.

W szranki stanęli dotychczasowy prezydent - Mwai Kibaki oraz lider opozycji Raila Odinga. Sondaże wskazywały, że walka między nimi będzie wyrównana i obaj mają szanse na zwycięstwo. Odinga zjednoczył wiele plemion oraz grup językowo-etnicznych w miarę zwartą siłę polityczną. Kibaki natomiast oparł się głównie na plemieniu, z którego się wywodzi - Kikuyu. Zamieszkuje ono głównie w prowincji Central. Bastionem Odingi jest zaś prowincja Nyanza, położona nad Jeziorem Wiktorii (tereny zamieszkałe przez plemię Luo, z którego Odinga się wywodzi).

Wybory okazały się niezwykle wyrównane. Gdyby nie "cuda nad urną", najpewniej wygrałby je Raila Odinga. Kiedy exit-polls zaczęły dawać mu zwycięstwo, nagle przybyło sporo głosów na Kibakiego. Ostatecznie, niewielką różnicą głosów, okazało się, że wygrał Mwai Kibaki. Kiedy tylko komisja wyborcza ogłosiła wyniki, Kibaki natychmiast złożył prezydencką przysięgę. W tym samym momencie w całym kraju podnosiła się niesamowita wrzawa pod hasłami "ukradzionego zwycięstwa" oraz sfałszowania wyborów. Przemoc rozlała się po Kenii - płonęły domostwa i sklepy, ludzie byli mordowani i przepędzani ze swoich domów, odbywały się masowe protesty i demonstracje.

Prawie dwa miesiące po wyborach, które odmieniły Kenię, nadal nie ma rozwiązania sporu pomiędzy obozem Kibakiego a obozem Odingi. Prezydent ani myśli ustąpić z urzędu, czy zgodzić się na powtórzenie wyborów. Nie jest także zbyt skory do dopuszczenia partii Odingi, tzw. Pomarańczowych (Orange Democratic Movement) do rządu, w którym znajdują się obecnie jedynie najbliżsi polityczni stronnicy Kibakiego - tzw. twardogłowi (zachęcający prezydenta do trwania na stanowisku). Oranges oraz inne partie opozycyjne wobec Kibakiego mają w parlamencie większość i odniosły nawet jeden bardzo prestiżowy sukces, powołując na stanowisko speakera (odpowiednik marszałka Sejmu) swojego przedstawiciela. Speaker to formalnie trzecie stanowisko w państwie.

Tygodnie protestów, dantejskich scen oraz wiele prób doprowadzenia do porozumienia pomiędzy zwaśnionymi stronami - próbowali m.in. abp Desmond Tutu, były SG ONZ Kofi Annan - zakończyły się fiaskiem. Chociaż Odinga nie domaga się już powtórzenia wyborów, obóz Kibakiego odrzuca żądanie Oranges przyznania Odindze stanowiska premiera - i zwiększenia kompetencji osoby pełniącej tę funkcję.

Dwa miesiące niepewności, protestów, zamieszek - w tym mordów i rabunku - poważnie uderzyły w podstawy gospodarki Kenii. Port w Mombasie traci swoje znaczenie na rzecz tanzańskiego Dar es Salam, zniszczono wiele sklepików i siedzib małych firm, w wielu miejscach jest tak niebezpiecznie, że przejazd drogą stanowi poważne ryzyko, wieści o mordach oraz czystkach etnicznych odstraszają turystów. Gospodarka kenijska nie udźwignie zbyt długo ciężaru narzuconego jej przez nieudolnych polityków. Podobno Mwai Kibaki gra na przeczekanie, gdyż liczy, iż kryzys gospodarczy zniechęci społeczeństwo do popierania Odingi. Zdaje się jednak zapominać o tym, że to jego plemię - Kikuyu - stanowiło podstawę klasy przedsiębiorców oraz biznesmenów. Gra na przeczekanie uderza więc w pobratymców co najmniej tak samo, jak w opozycję. Kibaki z pewnością wie też, że to przeciwko Kikuyu skierował się gniew większości pozostałych plemion.

Niezbędne jest szybkie wyjście z politycznego impasu. Najuczciwsze byłyby ponowne wybory prezydenckie, monitorowane przez ONZ i Unię Afrykańską. Na to się jednak nie zanosi. Mwai Kibaki grając na czas liczy na osłabienie poparcia dla swojego rywala - Raili Odingi. Być może założenie jest słuszne - ale realizacja takiego planu będzie mieć katastrofalne skutki dla mieszkańców Kenii oraz dla gospodarki. Jeśli prezydentowi Kibakiemu zależy na czymś więcej, niż utrzymaniu się na stołku, powinien jak najszybciej dojść do porozumienia z Railą Odingą i spróbować wspólnymi siłami naprawić to, co zepsuto przez ostatnie dwa miesiące. Jednocześnie należy wskazać termin nowych wyborów prezydenckich (lub uzyskać zapewnienie Kibakiego, że zgodzi się na przedterminowe wybory) za - powiedzmy - dwa lata.

Kenia przestała stanowić dobry przykład dla regionu oraz dla całego Czarnego Lądu. W krótkim okresie zniszczono wiele z tego, co budowano latami. Są jednak szanse na ograniczenie szkód i odrobienie strat. Potrzebna do tego będzie jednak mądrość, rozsądek oraz myślenie nie tylko o sobie i swoim żołądku. Demokracja nie oznacza nieustannego przedłużania mandatu dotychczas rządzących. Dopóki oni tego nie zrozumieją, nie ma mowy o demokracji. Mamy wówczas do czynienia co najwyżej z jej kiepską imitacją.

Obrazek: african.lss.wisc.edu

21:51, p.wolejko , Afryka
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4
Zakładki:
1. Dyplomacja w Sieci
2. Blogi zagraniczne
3. Think-tanki
4. Media zagraniczne
5. Blogi polskie
6. Militaria
7. Periodyki
liczniki
Dyplomacja on Facebook