środa, 25 lutego 2009

Słowo kryzys jest teraz odmieniane przez wszystkie przypadki i gości każdego dnia w większości gazet oraz mediów elektronicznych. Nie jest to w żadnym razie zaskakujące, skoro codziennie jesteśmy wręcz przygnieceni złymi, bardzo złymi i fatalnymi informacjami. Globalna wioska nie zna litości, informacja krąży po świecie tak szybko, iż wydarzenia na jednym końcu świata błyskawicznie wywierają wpływ na sytuację na drugim końcu.

Co było przyczyną kryzysu, który porównuje się - na razie w sposób zupełnie nieuprawniony - do Wielkiej Depresji z lat 30. ubiegłego wieku? Ogromne zadłużenie, wynikające z życia ponad stan. W przyrodzie zaś nie ma miejsca na zbyt dużą nierównowagę. Zawsze istnieje punkt, którego osiągnięcie oznacza kolokwialne "wyjście poza bandę" i konieczność odreagowania. Nie dało się utrzymać sytuacji, w której np. Amerykanie nabywali dom dzięki ultrataniemu kredytowi hipotecznemu, a następnie brali kredyty pod zastaw tej samej nieruchomości i biegli do salonu po nową Toyotę czy Forda.

Za życie ponad stan płacą teraz Amerykanie, Brytyjczycy oraz inni, gdyż w okresie ogólnoświatowej prosperity wydawali dużo więcej, niż powinni. Polityka rządów i banków centralnych sprzyjała, a wręcz promowała konsumpcję oraz zadłużanie się na ogromną skalę. Nagle praktycznie każdego było stać na dom bądź mieszkanie, drugi samochód, trzecią plazmę itd. Wiele państw było równie mało przezornych jak ich obywatele i także utrzymywało wysoki deficyt budżetowy. Teraz mamy efekty tak krótkowzrocznej polityki.

Zadziwiające jest, że pomysłem na walkę z kryzysem, którego praprzyczyną jest zbyt duże zadłużenie, jest jeszcze większe zadłużanie się. To, co robią Stany Zjednoczone jest skrajnie nieodpowiedzialne i gdyby nie hegemoniczna pozycja Ameryki, byłoby niemożliwe do udźwignięcia. Plan Paulsona + niedawny plan Obamy + zapowiadany plan wsparcia dla właścicieli mieszkań mających problemy ze spłatą hipoteki = 700 + 800 + 275 miliardów dolarów! A to tylko część prawdziwych kosztów tych wszystkich programów.

Pompowanie w gospodarkę tak ogromnych ilości pożyczonych pieniędzy wcale nie musi być pozytywnym bodźcem. Mamy już zresztą coraz więcej sygnałów świadczących o tym, że plan Paulsona, czyli pomoc dla banków, okazał się porażką, a banki i tak zostaną znacjonalizowane. Byłby to krok całkowicie sprzeczny z amerykańską filozofią ekonomiczną, ale przede wszystkim byłoby to przyznanie się do klęski planu ratunkowego i wyrzucenia w błoto setek miliardów dolarów. Do tego miliardów pożyczonych, które będą spłacać kolejne pokolenia Amerykanów. Okazuje się, że republikański slogan "generational theft" - kradzież pokoleniowa - jest wyjątkowo trafnym opisem tego, co serwuje Amerykanom kolejna administracja (plan Paulsona to "dziecko" administracji Busha).

Wyrzucono miliardy na banki, które same przyznawały, że nie księgowały zbyt gorliwie otrzymywanych pieniędzy i trochę "wlały" tu, a trochę tam; teraz Obama zapowiada wyrzucenie 275 miliardów na domy, których właściciele nie radzą sobie ze spłatą kredytu. Wiadomo, żaden polityk nie powie im tego wprost, ale taka jest prawda: żyliście ponad stan, obraliście drogę na skróty w celu realizacji "American Dream"; musicie za to zapłacić, tracąc dom, być może samochód i odkładając Wasze plany na dekadę bądź dwie.

Mało kto przypomina dzisiaj o tym, że to właśnie zachęcane przez Kongres i administrację giganty hipoteczne Fannie Mae i Freddie Mac odpowiadają w dużej mierze za wypaczenia na rynku nieruchomości, tj. za to, że miliony Amerykanów mogły nabyć dom, choć tak naprawdę nie było ich na to stać. Mało kto był na tyle rozważny, aby odmówić przedstawicielom banków i innych firm oferujących tanie jak barszcz kredyty i możliwość przeprowadzki do nowego domu w dobrej dzielnicy. Wystarczyło pokazać dowód tożsamości i złożyć podpis pod umową kredytową, a od przeprowadzki dzieliło Joe'go i Susan zaledwie kilka chwil.

Fannie Mae i Freddie Mac zostały znacjonalizowane, gdyż w pewnej chwili ich wartość sięgnęła prawie zera, a rozprowadziły one kredyty hipoteczne o wartości ponad 5 bilionów dolarów! Teraz Obama zamierza wesprzeć każdą z tych firm kwotą w wysokości 100 miliardów dolarów, aby powstrzymać falę tzw. foreclosures, czyli przejmowania domów przez wierzycieli, głównie banki oraz ułatwić spłatę tym, którzy próbują spłacać, ale w obliczu trudności na rynku pracy jest im trudno. Nie wiem jak można skompromitowanym instytucjom powierzyć choćby centa, ale to akurat małe piwo. Problemem jest to, że Obama za wszelką cenę nie chce dopuścić do niezbędnej weryfikacji tego, kto próbował realizować "American Dream" na skróty.

Drogą Ameryki idą inne państwa (i nie tylko), wydając pożyczone pieniądze, aby ratować na siłę różne firmy i sektory. Idea dosypania pieniędzy firmom motoryzacyjnym i bankom jest bardzo popularna. W Niemczech kryzys finansowy może doprowadzić do zmiany utartego i sprawdzającego się do tej pory modelu gospodarczego, w którym banki należące do landów odgrywają wielką rolę w finansowaniu przemysłu. Landesbanki nie tylko zapewniały kapitał, ale także wywierały wielki wpływ na finansowane przedsiębiorstwa, posiadając w ich radach nadzorczych czy zarządach swoich, potężnych, przedstawicieli. Landy z trudem ratują teraz własne banki, które straciły fortunę na inwestowaniu w amerykańskie instrumenty oparte na kredytach hipotecznych.

Europejczycy, choć ostatnio Amerykanie - niestety - też, spoglądają coraz śmielej w stronę protekcjonizmu i zamiast dbać o utrzymanie wolnej wymiany handlowej idą łatwą ścieżką populizmu i zbijania kapitału wewnątrz (własnych państw). Szczytem absurdu była propozycja prezydenta Francji Sarkozy'ego, który chciał wesprzeć francuskie koncerny motoryzacyjne pod warunkiem zachowania miejsc pracy we Francji i likwidacji linii produkcyjnych w krajach Europy Środkowej. Propozycje Europy na kryzys to ochrona własnego rynku, stos nowych przepisów (szczęśliwie na razie tylko zapowiadanych, a nie wprowadzanych) oraz wykorzystanie okazji do wskazania palcem rajów podatkowych i pogrożenia im palcem.

Wszystkie te działania nie przybliżą nas ani o milimetr do rozwiązania problemu trwającego kryzysu. One go wręcz pogłębiają i czas najwyższy przestać odrzucać rzeczywistość. Nie pożyczki i nowe długi, a zaciśnięcie pasa jest odpowiedzią na obecny kryzys.

Piotr Wołejko


Wcześniejsze wpisy poświęcone kryzysowi finansowemu:

  • Fatalne rozwiązania
  • Podążamy w stronę katastrofy
  • Kryzys trwa w najlepsze
  • Szkodliwość interwencjonizmu

 

Więcej tekstów oraz autorów na portalu Polityka Globalna:
 

 

niedziela, 22 lutego 2009

Teheran i Ankara podpisały umowę ws. tranzytu gazu do Europy, według której 35 miliardów metrów sześciennych błękitnego paliwa miałoby trafić z Iranu, przez Turcję, na Stary Kontynent, informują źródła irańskie. Być może jest to pierwszy krok w kierunku włączenia Iranu do projektu gazociągu Nabucco, cierpiącego do tej pory, między innymi, na deficyt dostawców gazu. Azerbejdżan nie jest w stanie samodzielnie podołać temu zadaniu.

Iran posiada drugie na świecie rezerwy gazu ziemnego, ustępując jedynie Rosji. W przeciwieństwie do Federacji Rosyjskiej Iran nie odgrywa jednak większej roli jako eksporter surowca. Wewnętrzna konsumpcja gazu ziemnego w Iranie przewyższa jego produkcję, a dla zapewnienia wszystkim konsumentom paliwa Teheran jest zmuszony importować gaz z sąsiedniego Turkmenistanu.

Z tymi dostawami był zeszłej zimy problem, który spowodował całkiem spore zamieszanie: Iran nie wywiązywał się z płatności i Turkmenistan wstrzymał dostawy (oficjalny powód: problemy techniczne; skąd my to znamy? Vide Możejki); w efekcie Iran musiał wstrzymać eksport gazu do Turcji, aby pokryć wewnętrzne zapotrzebowanie; Turcja z kolei ograniczyła dostawy do Grecji; na końcu wszystkich pogodził Gazprom, zwiększając ilość tłoczonego do Turcji gazu.

Zdaje się, że Teheran wyciągnął z tej lekcji wnioski, czego efektem może być podpisana w ostatnich dniach umowa z Turkmenistanem, zapewniająca Iranowi 10 miliardów metrów sześciennych gazu rocznie ze złóż Yoloten. Irańczycy stawiają na współpracę z Turkmenami, a także budują podwaliny pod eksport turkmeńskiego gazu do Europy via Turcja. Ankara z kolei przebąkuje coś o budowie gazociągu, który połączyłby Turcję z irańską prowincją Bushehr.

Wszystko to wygląda pięknie, a działania Iranu są całkowicie zrozumiałe. Europa jest oczywistym rynkiem zbytu dla irańskiego gazu, a Iran pożądanym przez Europę dostawcą. Uniezależnienie się od dostaw rosyjskich jest dla wielu środkowoeuropejskich państw UE priorytetem. Z drugiej strony Iran nie zamierza odgrywać roli moskiewskiego wasala, a raczej realizować własne interesy. Wielu komentatorów przecenia wpływ Kremla na ajatollahów i nie docenia ambicji i dumy Persów. W obliczu nowej administracji w Białym Domu i spodziewanego nowego otwarcia, protekcja rosyjska na arenie międzynarodowej nie jest Teheranowi niezbędna. Stąd większe pole manewru dla sprawnych dyplomatycznie Irańczyków.

Głównym problemem pozostaje jednak zwiększenie krajowej produkcji gazu ziemnego, która umożliwiałaby wejście w naturalną, zdawałoby się, rolę jednego z największych eksporterów błękitnego paliwa. Wiążą się z tym duże nakłady finansowe, ale tutaj mogą pomóc zagraniczne koncerny, oraz konieczność oszczędniejszego zużywania gazu przez konsumentów krajowych. Nie uda się łatwo ani szybko osiągnąć docelowego stanu gotowości do eksportu znaczących ilości gazu.

Warto także nadmienić, że 35 miliardów metrów sześciennych to relatywnie niewiele. Jeśli uwzględnimy rosnące potrzeby Turcji, która jest uzależniona od importu (jak na razie rosyjskiego) gazu, może się okazać, że projekt jest ekonomicznie nieopłacalny. Azerbejdżan "obiecał" zaledwie 8 miliardów metrów sześciennych. Połączenie sił przez Baku, Teheran i, być może, Aszchabad nadałoby projektowi większą dynamikę. Będzie to jednak trudne, gdyż Rosja zrobi wiele, aby pokrzyżować szyki projektowi alternatywnego, omijającego Rosję, gazociągu do Europy.

Miłe dla duszy wiadomości należy więc przyjąć na chłodno, choć z radością, jeśli okażą się prawdziwe. Bez Iranu nie będzie dywersyfikacji dostaw gazu dla Europy, a bez europejskich (w perspektywie także amerykańskich) inwestycji (i know how) nie będzie tak potrzebnej modernizacji irańskiej gospodarki. Dalekosiężne cele są zbieżne, ale po drodze jest wiele trudnych do ominięcia raf.

Piotr Wołejko

Wcześniejsze wpisy poświęcone energetyce:

 

Więcej tekstów oraz autorów na portalu Polityka Globalna:
 

 

czwartek, 19 lutego 2009

Niedoszła prezydent Stanów Zjednoczonych, pełniąca obecnie funkcję sekretarza stanu Hillary Clinton udała się do Azji ze swymi pierwszymi wizytami. Podróż umilają jej przepełnione miłością oświadczenia Korei Północnej, która poprzez agencję prasową KCNA grozi Korei Południowej starciem na pył.

Kiedyś to Prusy były uznawane za kraj, w którym armia posiada państwo. Dzisiaj dawny historyczny ideał wciela w życie Koreańska Republika Ludowo-Demokratyczna. Większość mieszkańców głoduje, podczas gdy wyżsi oficerowie, istotniejsi aparatczycy oraz służby specjalne pławią się w luksusach. Podczas gdy Kim Dzong Il, o ile jeszcze żyje, bo tego nie sposób stwierdzić, delektuje się najprzedniejszym kawiorem i popija Dom Perignon, zwykli Koreańczycy dzielą miskę ryżu na całą rodzinę w ramach jedynego posiłku dziennie.

Rzekomo potężna armia północnokoreańska wrażenie robi tylko pod względem liczby żołnierzy. Są oni jednak wyposażeni w przestarzałe uzbrojenie, a w większości także słabo wyszkoleni; ich morale także pozostawia wiele do życzenia. Bo czego można spodziewać się po wygłodzonym szeregowym, którego całe życie można podsumować cytatem: "marność nad marnościami, a wszystko marność"?

Reżim Kim Dzong Ila dobrze się bawi, co jakiś czas podgrzewając atmosferę w celu wyłudzenia żywności, paliwa i pieniędzy. Reżimowi bardzo podobała się "słoneczna polityka" poprzedniego prezydenta Korei Południowej, w myśl której Phenian otrzymał carte blanche. Niezależnie od swoich poczynań, z Południa płynął na Północ strumień żywności oraz paliwa. Niestety dla reżimu, w zeszłym roku władzę przejął Lee Myung-bak, ksywka "Buldożer", któremu nie w smak było dogadzanie Phenianowi bez względu na wszystko.

Buldożer bez chwili wahania "rozjechał" dawne zwyczaje i wprowadza politykę odpowiedzialności - za dobre zachowanie Phenian może być nagradzany; koniec z carte blanche i przymykaniem oka na poczynania północnego sąsiada. Reakcja Kima i jego popleczników mogła być tylko jedna. Przyzwyczajeni do rozpasania i braku jakichkolwiek zobowiązań "komuniści" wściekli się co nie miara i zaczęli grozić. W międzyczasie oczywiście zajmują się tym, w czym mają wielkie doświadczenie - propagandowo rozgrywają politykę Lee, używając mało wybrednych epitetów pod adresem prezydenta Korei Południowej.

Ilość kubłów pomyj wylewanych na Seul zwiększyła się w ostatnim czasie, tuż przed wizytą Hillary Clinton w Seulu. Phenian krzyczy, Phenian obraża i Phenian grozi - wojną nuklearną, starciem Południa w pył oraz zapowiada test rakiety balistycznej Taepodong-2, której zasięg obejmuje także Alaskę. Ostatnie testy kończyły się fiaskiem i pośmiewiskiem Phenianu, ale nie można z góry lekceważyć takiego wydarzenia.

Barack Obama bardzo chciałby doprowadzić do denuklearyzacji Półwyspu Koreańskiego, jednak wątpliwe jest, aby udało mu się tego dokonać. Północ świetnie czuje się w swojej dotychczasowej roli, jest przyzwyczajona do szantażowania i uzyskiwania w ten sposób profitów. Potrzeby reżimu nie są duże - ot, żeby wyżywić samych siebie. Dlatego trudno spodziewać się rezygnacji z narzędzi, które pozwalają zdobyć trochę czasu.

Rytualne pohukiwania Phenianu nie robią już zbyt wielkiego wrażenia. Jeśli ktoś się "rozerwać", powinien śmiało wejść na stronę KCNA i poczytać depesze reżimowej agencji. Odnoszę wrażenie, że cały ten cyrk powoli dobiega końca, a głosy z Phenianu to przysłowiowe ostatnie podrygi konającej ostrygi. Kto da się nabrać i wycofa się (np. prezydent Lee), ten "trąba", jak zakończył "Ferdydurke" Witold Gombrowicz.

Piotr Wołejko

 

Wcześniejsze wpisy poświęcone Azji:

 

Więcej tekstów oraz autorów na portalu Polityka Globalna:
 

20:57, p.wolejko , Azja
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 16 lutego 2009

Wiele wylano atramentu na temat proklamowanej przez ówczesnego prezydenta Rosji Władimira Putina "dyktatury prawa", którą zamierzał wprowadzić w czasie swoich rządów. Już samo połączenie słów "dyktatura" i "prawo" było dość osobliwe i pozwalało domniemywać, że owa dyktatura nie będzie równoznaczna z rządami prawa.

Dość osobliwe podejście do rządów prawa, czyli "dyktatura prawa" oznaczała ni mniej ni więcej tyle, że państwo, którego emanacją był prezydent, znowu jest silne i może zrobić z obywatelem co zechce. Usankcjonowano dyskrecjonalność na niemalże każdym poziomie podejmowania decyzji, de facto legalizując w ten sposób korupcję. W tym samym czasie pozwolono niewielkiej grupie ludzi blisko związanej z Kremlem wzbogacić się w ekspresowym tempie. Dyktatura prawa okazała się karykaturą rządów prawa i zaprzeczeniem czegoś znanego nam jako "demokratyczne państwo prawne".

Nie zdajemy sobie jednak sprawy z tego, że i w naszym, rzekomo demokratycznym i cywilizowanym świecie istnieje zjawisko bardzo niebezpieczne i szkodliwe - tytułowa "dyktatura sędziów". Nie wdając się w dłuższe wywody należy stwierdzić, że opiera się ona na europejskim pojmowaniu wolności i praw człowieka z jednej, a także koncepcji "żyjącego aktu prawnego" z drugiej strony.

Miałem przyjemność wysłuchać dzisiaj wykładu Antonio Scalii, sędziego amerykańskiego Sądu Najwyższego, który gościł na wydziale prawa Uniwersytetu Kopenhaskiego. Scalia znany jest z rygorystycznego podejścia do tekstu konstytucji, zwanego tekstualizmem - "prawo oznacza to, co zostało zapisane". Jak ujął to podczas wykładu Scalia, w ten sposób można znaleźć odpowiedź na wiele trudnych pytań, np. czy konstytucja USA pozwala na dokonywanie aborcji (w tym na życzenie) oraz czy związki homoseksualne powinny być dopuszczone. Odpowiedź mianowanego przez Ronalda Reagana w 1986 roku sędziego jest prosta - nie, nie pozwala.

Scalia jest przeciwnikiem koncepcji "żyjącego (żywego) aktu prawnego", a zwłaszcza "żyjącej konstytucji", której interpretacja zmienia się wraz ze zmianą realiów, postępem itd. Argument Scalii przeciwko tej popularnej w Europie koncepcji jest następujący - zamiast zmieniać interpretację przepisów, należy po prostu zmienić przepisy. Jeśli taka jest wola większości, nie będzie to specjalnie trudne. Niech zadziała demokracja, czyli głównie wybierane przez społeczeństwo parlamenty.

W innym przypadku, na co zwraca uwagę Antonio Scalia, sędziowie otrzymują dodatkowe uprawnienia w postaci możliwości dokonywania zmian w prawie. Nie tylko jest to ingerencja w kompetencje władzy ustawodawczej, ale także zadanie, które nie powinno spoczywać na barkach sędziów. Ci mają patrzeć na prawo takie, jakie jest i na jego podstawie wydawać wyroki. Nie ma miejsca na interpretację czy kreatywność sędziowską.

Swoboda w podejmowaniu przez sędziów ważkich decyzji rośnie z roku na rok. Jest to szczególnie widocznie w przypadku sądów międzynarodowych, takich jak Europejski Trybunał Sprawiedliwości (ETS) czy Europejski Trybunał Praw Człowieka (ETPC). Sądy te, na podstawie dość generalnych i ogólnych tekstów traktatów, dyrektyw czy konwencji (ETPC) podejmują często bardzo precyzyjne decyzje. Już wiele dekad temu ETS zapoczątkował tradycję wyinterpretowywania norm prawnych z tekstu traktatu, których w samym traktacie próżno szukać.

Dopóki interpretacja ta szła w kierunku pro-obywatelskim, czyli prowadziła do znoszenia różnych kłopotliwych barier dla obywateli - mało kto protestował. Jednak rosnąca rola prawników i ETS-u w szczególności zaczyna budzić wątpliwości. Sędziowie z osób opierających się na prawie stanowionym niemalże sami zaczęli stanowić prawo. Jak bowiem inaczej określić dokonywane przez nich interpretacje? Ta swoboda w "kreowaniu" prawa (jego rozumienia) wynika m.in. z powszechnej w Europie (w USA jest to pogląd kwestionowany) idei "żywego aktu prawnego", który powinien być "czytany" z uwzględnieniem obecnych realiów.

Tutaj lokuje się fundamentalna różnica pomiędzy tekstualistami, reprezentowanymi przez wspomnianego sędziego Scalię, a zwolennikami dostosowywania interpretacji aktu prawnego do panujących w danej chwili warunków. Jak słusznie zauważył Scalia, istnieje niedoceniane niebezpieczeństwo takiego myślenia - większość może przeforsować interpretację niekorzystną dla mniejszości, a "konstytucja ma właśnie chronić mniejszości przed większością".

Koncepcją konstytucji jest utrudnianie zmian, pewna petryfikacja stanu z chwili jej uchwalenia. Nie można więc przyjąć koncepcji ustawy zasadniczej jako dokumentu "żywego", który większość w danym momencie może interpretować inaczej niż, dajmy na to, przed dwiema dekadami. Jeśli większości zależy na zmianach, demokracja zapewnia odpowiednie po temu procedury. Może nie będzie to najszybsza droga, ale z pewnością najlepsza dla demokracji. Przecież to parlament najlepiej odzwierciedla obecne przekonania społeczeństwa i przedstawiciele obywateli powinni wprowadzać w życie zmiany, których domaga się ich elektorat.

Nie powinna to być w żadnej mierze działka sędziów. Sędziowie nie mają obowiązku (ani prawa) wsłuchiwać się w głosy "większości" ani tym bardziej dostosowania interpretacji do obecnych realiów i poglądów tejże "większości". To zadanie wyłącznie dla parlamentów. Coraz intensywniejsze wkraczanie sądów w kompetencje władzy ustawodawczej budzi poważne wątpliwości.

Choć są ogromne różnice pomiędzy "dyktaturą prawa", która sankcjonuje prawo silniejszego, a "dyktaturą sędziów", obie są skrajnie szkodliwe dla powszechnego na Zachodzie ustroju liberalnej demokracji. O ile pierwsza jest koncepcją rosyjską, druga zakorzeniła się (niepostrzeżenie) w Europie i w bliższej bądź dalszej przyszłości może stać się problemem. O ile można zrozumieć chęć wspomożenia kulejącej władzy ustawodawczej na gruncie czysto ludzkim, na gruncie prawnym (zwłaszcza ustrojowym) trudno zaakceptować przejmowanie kompetencji legislatywy przez judykaturę.

Po to w demokracji istnieje trójpodział władzy, aby go przestrzegać. Obawiano się, aby władza wykonawcza bądź ustawodawcza nie miała zbyt wielkiego wpływu na władzę sądowniczą, gdyż mogłoby to zagrozić prawom obywateli. Nie przewidywano jednak sytuacji odwrotnej, w której to judykatura przejmuje uprawnienia tychże władz, w ten sposób je ograniczając.

Dla zdrowia demokracji i utrzymania równowagi pomiędzy trzema władzami, byłoby wskazane, aby sądy powściągnęły swoje zapędy kreatorsko-interpretatorskie i zajęły się tym, do czego są powołane. Konsekwencje utrzymania obecnego stanu są trudne do przewidzenia, ale jest mało prawdopodobne, aby przyniosły one pożytek obywatelom.

Piotr Wołejko

Czytaj też:


Więcej tekstów oraz autorów na portalu Polityka Globalna:
 

sobota, 14 lutego 2009

Funkcją umowy jest regulowanie stosunków między układającymi się stronami. Prawnicy określają umowę mianem konstytucji dla stron, gdyż określa ona ich uprawnienia i obowiązki. Źle sporządzona umowa, czyli - mówiąc potocznie - zła umowa, jest gorsza niż brak jakiejkolwiek umowy. W polityce jest tak samo.

Niestety, opozycja w Zimbabwe zdecydowała się pójść inną drogą, przyjmując złą umowę, zamiast konsekwentnie odmawiać jej zawarcia. Oczywiście Morgan Tsvangirai i jego Movement for Democratic Change (MDC) oraz mniejsze ugrupowanie Artura Mutambary nie byli w komfortowej sytuacji. Presja sąsiadów Zimbabwe na zawarcie umowy z prezydentem Robertem Mugabe była ogromna. Zwłaszcza RPA, lokalny i kontynentalny hegemon dużo "zainwestowała" w porozumienie.

Porozumienie z Mugabe może być jednak dużym błędem. W zasadzie utrzymuje on pełnię władzy, kontroluje 15 z 31 ministerstw, w tym armię (zaś sprawy wewnętrzne podlegają wspólnemu nadzorowi opozycji i reżimu), a opozycja przejęła m.in. finanse, czyli bezpośrednią odpowiedzialność za zwalczanie katastrofalnego - hodowanego przez lata przez Mugabe - kryzysu. W obliczu sięgającej setek milionów procent inflacji Harare dokonało cięcia dwunastu (sic!) zer w swojej walucie, a także dopuściło używanie innych walut w obiegu wewnętrznym. Tym samym radosna polityka dodrukowywania pieniędzy, gdy były one potrzebne, dobiegła końca.

Końca nie dobiegły natomiast fatalne dla Zimbabwe rządy Mugabe. Bohater wojny o niepodległość, popularny na wsi Mugabe pociąga za wszystkie sznurki, a porozumienie z opozycją jest tak skonstruowane, że może on w każdej chwili, bez potrzeby tłumaczenia, odwołać lidera opozycji Morgana Tsvangirai ze stanowiska premiera. Jak to się u nas w Polsce mawia, Mugabe może wymienić zderzak, ale najpierw pozwolić mu się skompromitować. Z jednej strony Mugabe może wyrzucić Tsvangiraia kiedy zechce, a z drugiej zachował możliwość blokowania prób naprawy, które opozycja spróbuje podjąć.

Nic dziwnego, że Stany Zjednoczone i Wielka Brytania ostrożnie podchodzą do złego porozumienia reżimu z opozycją i nie spieszą z deklaracjami hojnej pomocy. Zimbabwe jest nadal zbyt chore, aby pomocą okazały się wyłącznie pieniądze. Dopóki jakąkolwiek funkcję publiczną pełni Robert Mugabe, dopóty nie ma żadnej nadziei na poprawę. Przez poprawę rozumiem rozpoczęcie procesu naprawy państwa, skończenie z gigantyczną korupcją i patronażem zaprowadzonym przez Mugabe oraz rozliczenie blisko 30-letnich rządów krwawego dyktatora. Niezbędna jest także naprawa gospodarki, zwłaszcza poprzez przywrócenie dawnej roli rolnictwa. Niegdysiejszy spichlerz Afryki, dziś jest ruiną i domem milionów spauperyzowanych, głodujących ludzi.

Dogadywanie się z Mugabe, choć wymuszone z zewnątrz oraz przez okoliczności wewnętrzne, to duży błąd. Treść umowy, z której tak dumna jest Republika Południowej Afryki, jest haniebna. Pretoria zamiast robić wszystko, aby zapewnić Mugabe pozostanie u władzy, powinna robić co w jej mocy, aby zmusić go do ustąpienia (nawet kosztem azylu i wygodnego życia dyktatora na terytorium RPA). Jak widać, południowoafrykańscy politycy są zbyt miękcy i nie chcą pomóc nie tylko mieszkańcom Zimbabwe, ale i sobie. Wiele problemów przysparzają RPA miliony imigrantów z Zimbabwe, rok temu dochodziło do dantejskich scen i napaści na obcokrajowców w RPA.

Zła umowa, niczym zła konstytucja - nie może doprowadzić do niczego dobrego. Trudno liczyć na zimbabweański Okrągły Stół i udane pojednanie. Strony umowy sobie nie ufają, a Mugabe z pewnością nie zamierza oddawać władzy. To człowiek chory na władzę, który doprowadził swój kraj do całkowitej ruiny, ale władzy nie oddał. I chyba sprawdzi się powiedzenie, że odda ją dopiero po śmierci.

Piotr Wołejko

Wcześniejsze artykuły o sytuacji w Zimbabwe:


Więcej tekstów oraz autorów na portalu Polityka Globalna:
 

22:57, p.wolejko , Afryka
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2
Zakładki:
1. Dyplomacja w Sieci
2. Blogi zagraniczne
3. Think-tanki
4. Media zagraniczne
5. Blogi polskie
6. Militaria
7. Periodyki
liczniki
Dyplomacja on Facebook