niedziela, 28 lutego 2010

grafikaW ciągu tygodnia zazwyczaj brakuje czasu na przeczytanie wszystkich artykułów, które chciałoby się przeczytać. Dyplomacja na Facebooku ułatwia zapoznanie się z wyselekcjonowanymi przez autora najważniejszymi materiałami znalezionymi w sieci. Tym, którzy nie chcą lub nie mogą skorzystać z opcji śledzenia Dyplomacji na popularnym portalu społecznościowym, będę przedstawiał niektóre spośród polecanych w ostatnich siedmiu dniach interesujących tekstów w cotygodniowym podsumowaniu dokonywanym na blogu. Poniżej wybór z minionego tygodnia:

1. Turecka gazeta Hurriyet przedstawia, jak przygotowuje się grunt pod wojnę, tym razem Stanów Zjednoczonych z Iranem. Autor tekstu przywołuje niepokojące dane z badań opinii publicznej, wedle których zdecydowana większość Amerykanów uważa Iran za istotne zagrożenie dla amerykańskich interesów narodowych.

2. Brytyjski The Economist zabiera głos w debacie o zmianie układu sił pomiędzy Zachodem a Wschodem. Tygodnik przypomina, że przewaga gospodarcza Azji była w poprzednich stuleciach oczywistością, a nagły wzrost ekonomicznej potęgi Zachodu to "wynalazek" dość niedawnej przeszłości. Na ten sam temat pisałem w ubiegłym tygodniu.

3. Internetowy dziennik Asia Times zwraca uwagę na aresztowanie przez Irańczyków szefa organizacji terrorystycznej Jundallah, podejrzewanej o przygotowanie skutecznego zamachu na kilku wysokich rangą dowódców Korpusu Strażników Rewolucji, który miał miejsce kilka miesięcy temu. Pojmanie terrorysty przychodzi w momencie narastającej presji Ameryki i jej sojuszników na Teheran w sprawie irańskiego programu atomowego.

4. W Birmie bez zmian, liderka opozycji Aung San Suu Kyi pozostanie w areszcie domowym - zdecydował Sąd Najwyższy, o czym informuje Agencja Reutera.

5. Amerykański New York Times poddaje pod rozwagę propozycję stworzenia zasad wykorzystywania bezzałogowych samolotów bojowych, intensywnie wykorzystywanych w trakcie zwalczania terrorystów. Zwiększenie roli dronów na polu walki, a także rosnąca ilość cywilnych ofiar spowodowanych użyciem bezzałogowców, stawia wiele pytań i dylematów domagających się odpowiedzi. Więcej o wykorzystaniu samolotów bezzałogowych pisałem w ubiegłym miesiącu.

6. Dwóch ekspertów amerykańskiego think-tanku Council on Foreign Relations, James Lindsay i Ray Takeyh, dyskutuje o konsekwencjach zdobycia broni jądrowej przez Iran. Jakie mogą być posunięcia Teheranu w regionie i co Stany Zjednoczone będą musiały zrobić, aby powstrzymać państwo ajatollahów.

7. Stephen Walt, profesor politologii i jeden z głównych zwolenników teorii realistycznej w stosunkach międzynarodowych, napisał na swoim blogu, na łamach amerykańskiego magazynu Foreign Policy, dwa ciekawe artykuły. Pierwszy traktuje o zamieszaniu dotyczącym miejsca osądzenia Khalida Szejka Mohameda, terrorysty zaangażowanego w zamach z 11 września 2001 roku. W drugim Walt przypomina Sekretarzowi Obrony USA Robertowi Gatesowi podstawowe zasady tworzenia i funkcjonowania sojuszy, odnosząc się do narzekań Gatesa na niewystarczające zaangażowanie Europy w Afganistanie.

Powyższe materiały stanowią wartościową strawę intelektualną dla każdej osoby zainteresowanej polityką międzynarodową. Zapraszam codziennie na Dyplomację na Facebooku. Podsumowanie zbliżającego się tygodnia w przyszły weekend na blogu Dyplomacja.

Piotr Wołejko

 

grafika: Tomasz Wojdała

sobota, 27 lutego 2010

Zarówno w obliczu katastrofy naturalnej na Haiti, jak i słabości bądź nieistnienia struktur państwowych w Somalii, Afganistanie czy Jemenie, społeczność międzynarodowa stoi przed podobnym problemem - czy i ewentualnie jak można pomóc "upadłym" i odbudować kraje, z których pozostały tylko zgliszcza.

grafikaOperacje typu nation-building (naprawy, odbudowy państw), polegające na postawieniu na nogi instytucji państwa, stają się coraz istotniejszym wyzwaniem, przed którym stoją nie tylko bogate i rozwinięte kraje Zachodu. Upadli znajdują się bowiem najczęściej w sąsiedztwie państw rozwijających się. Weźmy choćby Republikę Południowej Afryki, która zmaga się od wielu już  lat z milionami imigrantów z sąsiedniego Zimbabwe. Po amerykańskiej inwazji na Irak do Syrii napłynęła fala uchodźców. Podobnie działo się jeszcze przed amerykańską inwazją na Afganistan w przypadku Iranu, który stał się schronieniem dla tysięcy ludzi uciekających przed talibami.

Jednak uchodźcy to tylko wierzchołek lodowej góry problemów związanych z upadłymi państwami. Jak pokazały przykłady Somalii, Afganistanu, Jemenu czy Sudanu, słabość państw doskonale wykorzystują rozmaici ludzie i siły spod ciemnej gwiazdy, od przemytników po zorganizowaną przestępczość, od piratów po terrorystów. Często siły te są wspierane przez lokalnych watażków. W efekcie dochodzi dzisiaj do paranoicznej sytuacji, w której każdy kilometr kwadratowy ziemi niczyjej może być traktowany jako źródło przyszłego zagrożenia.

Amerykańskie operacje w Afganistanie i Iraku, ale także europejskie i natowskie zaangażowanie w Bośni czy Kosowie lub oenzetowskie w Demokratycznej Republice Kongo pokazują, że odbudowa cywilnych instytucji państwa, a także zapewnienie bezpieczeństwa wewnętrznego i zewnętrznego są kosztowne i bardzo trudne. Wymagają również długoterminowego zaangażowania: finansowego, wojskowego oraz cywilnego. Zabezpieczenie odpowiednich środków, sił zbrojnych i policyjnych, a także cywilnych ekspertów w rozmaitych dziedzinach nawet na papierze wygląda na skomplikowane.

Pytanie, czy można pomóc upadłym państwom podnieść się i powrócić do względnej stabilności. Patrząc na dotychczasowe próby, odpowiedź powinna być negatywna. Nie można porównywać zakończonej sukcesem odbudowy zniszczonej wojną Europy czy Japonii z dzisiejszymi wyzwaniami w postaci krajów takich jak Haiti, Somalia czy Afganistan. Brak tam tradycji państwowo-społecznych, które pozwalałyby ufać w powodzenie operacji "naprawczej". Stąd z dużym sceptycyzmem należy potraktować wezwanie Richarda Haassa, prezydenta Council on Foreign Relations, do jak najszybszego stworzenia przez Stany Zjednoczone licznych cywilnych jednostek "naprawczych", zdolnych do wsparcia państw upadłych.

Propozycja Haassa jest bardzo romantyczna i idealistyczna, może być odebrana jako element amerykańskiego imperializmu, o który Stany Zjednoczone są nieustannie oskarżane. Jednak przede wszystkim jest to pomysł nierealistyczny, oparty na wątłych podstawach faktycznych. A dzisiaj także finansowych, gdyż Ameryki po prostu nie stać na kontynuowanie "naprawiania" świata. Wystarczy Irak i Afganistan, które mimo wieloletnich nakładów oraz zaangażowania setek tysięcy żołnierzy oraz pracowników cywilnych dalekie są od osiągnięcia stanu, w którym moglibyśmy powiedzieć - "te państwa samodzielnie dadzą radę".

Co w takim razie należy zrobić? Czy Europa może sobie pozwolić na istnienie słabych państw w swoim sąsiedztwie, takich jak chociażby Kosowo, Bośnia i Hercegowina czy Mołdowa? Słabi u granic nie wróżą niczego dobrego. W przypadku tych państw można ufać, że scenariusz somalijski czy afgański jest bardzo mało prawdopodobny. Jednak co zrobić z państwami takimi jak Somalia, Zimbabwe czy Jemen - położonymi daleko od zamożnych państw Zachodu, mogących potencjalnie stać się przechowalnią lub inkubatorem wrogich naszym wartościom sił? Albo inaczej, które mogą swoją niestabilnością zagrażać innym, stabilnym lub w miarę stabilnym państwom regionu?

Richard Haass twierdzi, że pomoc dla lub naprawa upadających państw jest mniej kosztowna od odbudowy państw upadłych. Ciężko przyjąć taki argument na wiarę, gdyż każdy przypadek należy rozpatrywać indywidualnie. W przypadku zdrowia człowieka lepiej stosować profilaktykę niż zwalczać skutki choroby, jednak niektóre schorzenia są nieuleczalne bądź ich leczenie kosztuje bardzo dużo pieniędzy.

Podobnie jest w przypadku państw. Niektórym można pomóc zanim popadną w tarapaty, inne można spróbować odbudować - o ile sobie tego życzą. Różnica pomiędzy organizmem człowieka a państwa jest taka, że człowiek w ostateczności umiera, a nawet upadłe państwo nadal żyje. Wszystkim nie da się pomóc i powinniśmy się do tej myśli przyzwyczaić.

Piotr Wołejko

grafika: npr.org

Cały świat na jednej stronie - Polityka Globalna:

czwartek, 25 lutego 2010

Niedawne aresztowanie blisko pięćdziesięciu aktywnych i emerytowanych wyższych dowódców armii tureckiej jest kolejnym etapem walki pomiędzy mającym islamistyczne zabarwienie rządem Partii Sprawiedliwości i Rozwoju (AKP) a świeckimi siłami zbrojnymi. Media nad Bosforem donoszą o coraz to nowych planach spisków, które wychodzą na światło dzienne, a ich autorzy mogą trafić za kratki.

Operacja Młot

grafikaNajnowsza odsłona starcia rządu z armią opiera się na szeroko zakrojonych planach wojskowych z roku 2003. Było to świeżo po przejęciu władzy przez AKP. Generalicja miała przygotować operację podzieloną na część lądową, morską i powietrzną. Jeśli przecieki z wojska są wiarygodne, w meczetach miały wybuchać bomby, a ludzie w mundurach rozważali także sprowokowanie incydentu zbrojnego z uczestnictwem greckich sił zbrojnych. W kraju miał zapanować chaos wewnętrzny, z którym podejrzewany o zamiar islamizacji kraju rząd Recepa Erdogana miał sobie nie radzić. Do tego dochodzi wróg zewnętrzny w postaci Grecji. Chaos może opanować tylko armia, która wychodząc z baraków na ulice obala demokratycznie wybrany rząd i przejmuje władzę.

Scenariusz niemal idealny. Mieli go w końcu stworzyć najwyżsi dowódcy tureckiej armii. Nietrudno kupić informacje o planowanym przez wojskowych zamachu stanu. W Turcji to nie pierwszyzna. Przynajmniej czterokrotnie armia odsuwała cywilne ekipy od władzy. Ostatnią, która była wcześniejszym wcieleniem AKP, zaledwie w 1997 roku. Jej członkami byli zarówno dzisiejszy premier Recep Erdogan, jak i prezydent Abdullah Gul. Broniąca świeckości państwa od czasów Ataturka, ojca Republiki Tureckiej, armia nie była zachwycona przejęciem władzy przez przefarbowanych islamistów (jak ich postrzegano).

Lata mijały, a zamach stanu, choć wielokrotnie znajdował się na ustach komentatorów, nie doszedł do skutku. W 2010 roku, gdy AKP posiada bardzo mocny mandat i wyraźnie widać, że ścisnęła w rękach ster rządów, plotki o zamachu stanu wydają się mało prawdopodobne. Armia stara się nie wychylać, choć jest to trudne dla instytucji przyzwyczajonej do odgrywania istotnej roli w bieżącej polityce. Rozliczenia ze świeckim establishmentem, do którego oprócz armii należą także urzędnicy, a także dziennikarze czy pracownicy akademiccy, trwają w najlepsze od dłuższego czasu. Dziś mówi się o opisanej przeze mnie powyżej operacji Młot, do niedawna tematem numer jeden była sprawa tzw. Ergenekonu.

Wymiana ciosów trwa

Sprawy przeciwko rzekomym zamachowcom nie zakończyły się jeszcze wyrokami skazującymi. Wielu ludzi przez miesiące siedzi za kratkami bez formalnego postawienia zarzutów. Zdaje się, że kolejne rewelacje o domniemanych zamachach stanu stały się wygodnym orężem rozprawy z niewygodnymi osobistościami życia publicznego oraz wojskowymi. Pytanie, czy rząd AKP poczuł się tak silny, że podjął otwartą walkę ze swoimi przeciwnikami z armii (zakładając, że sprawa ma zabarwienie polityczne), czy też dowody na planowane zamachy stanu są tak mocne, że można wreszcie doprowadzić do skazania spiskowców.

Świecka strona sporu, choć znajduje się w defensywie, nie jest całkowicie bezbronna. Armia nadal posiada wystarczające możliwości, aby obalić rząd, a są gotowe do obrony są także inne instytucje broniące laickości republiki. Turecki Trybunał Konstytucyjny omal nie zdelegalizował kilkanaście miesięcy temu partii rządzącej. Byłby to aksamitny zamach stanu, przeprowadzony przez prawników zamiast wojskowych. Efekt jednak dokładnie ten sam co w przypadku wyprowadzenia czołgów na ulice. Erdogan i spółka zniknęliby z życia politycznego, a republika po raz kolejny zostałaby uratowana przed próbą islamizacji (AKP cały czas jest podejrzewana o posiadanie ukrytej islamistycznej agendy).

Warto przyglądać się rozwojowi sytuacji w Turcji. Nie można wykluczyć żadnego scenariusza - zamachu stanu, skazania na karę więzienia wysokich dowódców wojskowych, odwetowych posunięć świeckiego establishmentu, kolejnych rewelacji o planowanych i domniemanych zamachach stanu. A wszystko to dzieje się w kraju bardzo ważnym z punktu widzenia Unii Europejskiej i Stanów Zjednoczonych, posiadającego wielkie ambicje odgrywania istotnej roli na Bliskim Wschodzie, w Azji Centralnej i na Kaukazie oraz na Bałkanach.

Piotr Wołejko


Wcześniejsze wpisy poświęcone Turcji:

 

grafika: 1.bp.blogspot.com

 

Cały świat na jednej stronie - Polityka Globalna:

 

wtorek, 23 lutego 2010

Po napisaniu wczoraj notki o problemach finansowych Grecji naszła mnie smutna refleksja. I nie chodzi wcale o to, że druga faza kryzysu uderza w państwa, a nie prywatne przedsiębiorstwa, choć związek pomiędzy tym faktem a moją refleksją jest oczywisty. Otóż mam na myśli kulturę bezkarności wśród politycznych decydentów, którzy doprowadzili swoje państwa do trudnej sytuacji finansowej.

Politycy schowali się za plecami bankierów

Bawiła mnie nagonka na menedżerów instytucji finansowych i populistyczna krucjata skierowana w wielki biznes. Nie umniejszając skali wynaturzeń, których efektem był kryzys finansowy, prywaciarze ryzykowali prywatną kasę. Tymczasem politycy zarządzają publicznymi pieniędzmi, ściągniętymi od swoich obywateli. Instytucje finansowe urządziły sobie, w ramach obowiązujących regulacji (za których istnienie - lub brak, jak kto woli - odpowiadają ci sami politycy, o których za chwilę będzie mowa) globalne kasyno z ogromnymi wygranymi. Politycy natomiast okazali się idącymi na łatwiznę mięczakami, niezdolnymi do podejmowania trudnych decyzji.

grafikaZazwyczaj niezależnie od koniunktury rządy i parlamenty zwiększały wydatki, redystrybuując pieniądze budżetowe. Szastanie przywilejami na prawo i lewo, ustępstwa wobec grup nacisku zdolnych do tupnięcia nogą i walki o "swoje" i patologiczna niechęć do zdroworozsądkowego wyrównania wydatków z przychodami zaprowadziły wiele państw na skraj finansowej katastrofy. Dziś Grecja, jutro być może Hiszpania, Portugalia lub Irlandia. A może Włochy? Może również Polska, która wcale nie jest do końca zieloną wyspą na tle czerwonej Europy. Owszem, nasz dług w porównaniu do zadłużenia innych jest mniejszy, ale jesteśmy od nich sporo biedniejsi. W dodatku reform ograniczających wydatki nie widać, tak samo jak większości, która mogłaby je przygotować i poprzeć.

Grecję będą ratowały kraje strefy euro, a kto uratuje Polskę? Unia Europejska? A może Międzynarodowy Fundusz Walutowy? Nieważne, może uda się uniknąć potrzeby ratowania. Nie w tym rzecz. Problemem jest kultura bezkarności polityków, którzy dla doraźnych korzyści w postaci utrzymania poparcia w sondażowych słupkach w zdecydowanej większości przypadków nie podejmą trudnych, acz koniecznych decyzji. Kultura bezkarności może jeszcze bardziej rozkwitnąć w obliczu pomocy udzielanej Grekom przez kraje należące do strefy euro. Jak zmusić Ateny do drastycznych reform budżetowych? Czy można ufać planom reform oraz deklaracjom greckich polityków? Tych samych, którzy przez dekady fałszowali statystyki i kłamali jak najęci?

Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego?

Nie ma żadnych mechanizmów międzynarodowych, które zmusiłyby upadłych (takich jak Greków) do zmiany zachowania. W efekcie kryzysy i załamania będą się powtarzać. Bezkarność jednych uderza w innych, niezależnie od ich aktualnego statusu. Problemy Grecji stały się problemami Unii Europejskiej, a poważne zdenerwowanie wywołały głównie wśród innych upadających (Hiszpania, Portugalia). Gdy kilkanaście miesięcy temu Węgry musiały zwrócić się o pomoc finansową, inwestorzy nie rozróżniali pomiędzy Polską, Węgrami, Słowacją czy Łotwą - wycofali duże ilości pieniędzy z całego regionu. Efekty bezkarności jednego rozłożyły się na wiele państw.

Reasumując, warto rozważyć propozycje Obamy, który chciałby ponownego rozłączenia bankowości detalicznej od inwestycyjnej - niech bankierzy powalczą o pieniądze na rynkach finansowych, a nie posiłkują się depozytami gwarantowanymi przez państwo. Inne rozsądne propozycje powstrzymania globalnej spekulacji oraz powstawania instytucji "zbyt dużych by upaść" także są warte rozważenia.

Od propozycji do regulacji droga jednak daleka. Widać ją gdzieś na horyzoncie, a to już lepiej niż w przypadku budżetowej nierozwagi państw. Nie widać chętnego ani pomysłów, które pozwoliłyby powstrzymać narastającą spiralę zadłużenia. Trudno liczyć w tej kwestii rozsądek polityków. Zdaje się, że w najbliższym czasie duży deficyt budżetowy i rosnący dług publiczny będą dominującym standardem międzynarodowym.

Piotr Wołejko

 

grafika: typicallyspanish.com

 

Cały świat na jednej stronie - Polityka Globalna:

 

poniedziałek, 22 lutego 2010

Patrząc na dzisiejsze problemy Grecji można zastanowić się, jak ci sami Grecy mogli stworzyć imponującą cywilizację, która do dziś stanowi istotny element tożsamości europejskiej, a szerzej - zachodniej. Oczywiście takie stwierdzenie to ogromne uproszczenie, jednak ostatnie trzy dekady to dla Greków czas, który chluby im nie przynosi. W szczególności w ekonomii.

Paradoksalnie, po wstąpieniu w 1981 roku do Unii Europejskiej Grecja nie rozwijała się szybciej. Lata 80. to niemal stagnacja z minimalnym wzrostem gospodarczym. Podobnie wygląda pierwsza połowa lat 90. Dopiero druga część ostatniej dekady dwudziestego wieku to bardziej widoczny wzrost gospodarczy, przekraczający 3 procent w skali roku. Nijak ma to się jednak do okresu od lat 50. do początku lat 70., gdy grecka gospodarka pędziła w tempie 7 procent. Był to czas greckiego cudu gospodarczego.

grafikaKrajobraz po cudzie nie jest już różowy. Kraj coraz więcej wydawał, przejadał fundusze rozwojowe z Unii Europejskiej, a następnie zaczął majstrować przy statystykach. Wejście do strefy euro oparte było na danych, jakich nie powstydziliby się komunistyczni aparatczycy z czasów gospodarki centralnie planowanej. Tu dodano, tam odjęto, to pominięto i Grecja, nie spełniająca kryteriów stała się członkiem eurostrefy. Jedno kłamstwo pociąga za sobą kolejne. Tak było w przypadku Aten. Grecy cały czas upiększali i wygładzali dane, aby wskaźniki zgadzały się w Brukseli. Dopiero obecny kryzys finansowy obnażył wielopiętrowy mechanizm kłamstw, jaki Unii Europejskiej (i światu) serwowano przez wiele lat.

Trudno jednoznacznie stwierdzić, czy szokujący stan finansów greckich (ponad dwunastoprocentowy deficyt budżetowy, dług przekraczający 100 procent PKB) poważnie zagraża stabilności europejskiej waluty czy nie. Być może jest to tylko wierzchołek góry lodowej, a sama Grecja jest zbyt niewielka, aby nie można było jej uratować - jak pisze na swoim blogu Trystero. Atenom unia obiecała już wsparcie. Co jednak, gdy inni stojący w kolejce za Grecją będą musieli prosić o podobną pomoc? Czy kraje europejskie stać na uratowanie Portugalii, Hiszpanii, Irlandii i Włoch? Wszystkie wymienione kraje tworzą z Grecją tzw. grupę PIIGS.

Czy udzielający pomocy powinni zażądać i wyegzekwować drastyczne reformy budżetowe? Żądać może i mogą, ale czy można później wyegzekwować realizację zmian, które najpewniej doprowadzą przeprowadzających je polityków do końca politycznej kariery i wywołają ogromne niezadowolenie społeczne? Wsparcie dla Grecji może mieć dalekosiężne skutki polityczno-finansowe. Czy zagrożona jest wspólna waluta? Czy dopiero pomoc dla Aten może jej zagrozić, jeśli inni będą musieli uzyskać podobne wsparcie?

Z moich wielokrotnych wizyt w Grecji, zarówno na kontynencie, jak i na wyspach, mam jedną generalną refleksję: Grecy są zbyt wyluzowani, powolni i leniwi. Ich ulubioną odpowiedzią na każde pytanie dotyczące zrobienia czegokolwiek to "tomorrow" (jutro). Byłem m.in. w Atenach na miesiąc przed Igrzyskami Olimpijskimi i zszokował mnie wszechobecny chaos i nieporządek. Grecy ledwo zdążyli. Wówczas im się udało, teraz już nie. Bez zmiany podejścia zwykłych obywateli trudno liczyć na znaczącą poprawę sytuacji.

Do pełni szczęścia być może potrzeba niewiele, ale Grecy raczej nie mają aktualnie uśmiechu na twarzach, gdy przypomni im się słowa "Jaka piękna katastrofa".

Piotr Wołejko

grafika: 1.bp.blogspot.com

Cały świat na jednej stronie - Polityka Globalna:

 
1 , 2 , 3 , 4
Zakładki:
1. Dyplomacja w Sieci
2. Blogi zagraniczne
3. Think-tanki
4. Media zagraniczne
5. Blogi polskie
6. Militaria
7. Periodyki
liczniki
Dyplomacja on Facebook