sobota, 26 lutego 2011

Najnowsze doniesienia z Libii wskazują, iż spod władzy pułkownika Kaddafiego wymykają się już nawet fragmenty stolicy kraju, Trypolisu. Eksport ropy z terminali na wschodzie kraju, gdzie rozpoczął się bunt przeciwko satrapie, został niemalże całkowicie wstrzymany - donosi Agencja Reutera. Wydaje się, że domyka się trzeci etap arabskiej rewolty, która zmyła już z powierzchni ziemi wieloletnich prezydentów Tunezji i Egiptu.

Upadł reżim Zine Ben Alego w Tunisie oraz Hosniego Mubaraka w Kairze, chwieje się despotia Muammara Kaddafiego. Być może następny w kolejce do opuszczenia stanowiska jest jemeński prezydent Ali Abdullah Saleh. Protesty mają miejsce również w Maroku i Algierii. Kilka dni temu bardzo gorąco zrobiło się w Bahrajnie. Demonstranci wyszli także na ulice Iranu, który zaciera ręce z powodu kłopotów z grubsza proamerykańskich dyktatorów arabskich, jednak mułłowie z Teheranu muszą uważać. Sytuacja społeczno-gospodarcza w Iranie nie jest bardzo różna od tej, która przyczyniła się do wybuchu w Tunezji, Egipcie czy Libii.

Czego się nie spodziewać?

grafikaCzytelnicy Dyplomacji wielokrotnie zwracali mi uwagę, iż nie odnoszę się do wydarzeń w krajach arabskich. Uwaga słuszna, gdyż poza jednym wpisem poświęconym temu, jak dyktatury mogą próbować radzić sobie z rewolucjami, nie wypowiadałem się na temat wydarzeń w Afryce Północnej. Dlaczego? Ponieważ mam poważny problem z arabską rewoltą. Otóż nie sądzę, aby w jej wyniku nastąpiły fundamentalne zmiany. Owszem, geopolityka regionu może ulec transformacji, jednak sytuacja wewnętrzna w poszczególnych państwach pozostanie raczej niewzruszona.

W Tunezji czy Egipcie nie należy spodziewać się ani fali demokratyzacji, ani islamizacji. Demokracja to ustrój wymagający bardzo wiele od społeczeństwa, które chce ją zaprowadzić. W krajach arabskich wymogi te nie są spełnione. Oglądając rewolucję z ekranów telewizorów można odnieść wrażenie, że jest inaczej, jednak nie ma się co łudzić. Demokracja to pieśń przyszłości, mniej lub bardziej odległa. Islamizacja, czy przejęcie władzy przez radykałów, to także mało prawdopodobne rozwiązanie. Nie mają oni aż tak silnego poparcia społecznego, a stosunkowo silne siły zbrojne nie pozwolą na powstanie teokracji.

Podobnie będzie w przypadku Libii i Jemenu. Z tą jednak różnicą, że struktury państwowe są w tych krajach o wiele słabsze. Ważniejsze są więzi plemienne. Kraje te, w szczególności Jemen, w wyniku zmiany władzy mogą się po prostu rozpaść. Gdyby Jemen stał się drugą Somalią, siły destabilizacyjne oddziaływałyby ze zdwojoną siłą na i tak niestabilny region. Teraz widzimy jak na dłoni, jak naprawdę wyglądała bliskowschodnia, czy też arabska stabilizacja. Jak kruche były jej podstawy. Wystarczył wzrost cen żywności, żeby opresyjność reżimu zaczęła na poważnie irytować społeczeństwo.

Czego się spodziewać?

Arabska rewolta nie robi na mnie wielkiego wrażenia, gdyż spodziewam się, iż władzę w Tunezji, Egipcie czy Libii nadal będą sprawować podobne rodzaje reżimów (chociaż w przypadku Libii naprawdę może dojść do rewolucji, bo nikt nie skopiuje Kaddafiego z jego wszystkimi osobliwościami). Możliwe, że w Tunezji czy w Egipcie dojdzie do w miarę wolnych wyborów, a tytularnie rządzić będzie nowe pokolenie przywódców. Obawiam się jednak, że staną się oni marionetkami prawdziwych władców tych państw - struktur siłowych, głównie wojska.

Prominentny realista, były doradca prezydenta USA ds. bezpieczeństwa narodowego stwierdził, że dyktatorzy (w tym arabscy) zapewniali stabilność. A to była istotna wartość dodana. O jakości tej stabilizacji pisałem już wyżej. Dziś Stany Zjednoczone stoją w rozkroku, wahając się między wsparciem rewolty a popieraniem upadających despotów. Obama musi nie tyle znaleźć się po właściwej stronie historii, ile po stronie amerykańskiego interesu narodowego. Wydaje się, że niewiele by stracił wyraźniej wspierając demonstrujące społeczeństwa. Nowe władze będą raczej podobne do obecnych, a podtrzymywanie znienawidzonych tyranów fatalnie wpływa na amerykański PR.

Poboczne wątki

Przez chwilę dyskusja wywołana arabską rewoltą koncentrowała się na Izraelu i jego bezpieczeństwie w obliczu zmiany władzy w Egipcie. Obawiano się, że Izrael znajdzie się w otoczeniu skrajnie nieprzychylnych mu sił (Hezbollah w Libanie, Hamas w Strefie Gazy, Bractwo Muzułmańskie w Egipcie, do tego wroga Syria). Pokazało to, o czym jednak mało kto chciał dyskutować, jak fatalną politykę wobec sąsiadów prowadzą Izraelczycy. Gdyby nad Nilem zdecydowano, że bliższe stosunki z Izraelem są nieopłacalne, Państwo Żydowskie znalazłoby się niemal w całkowitej izolacji (nawet z przyjaznym Egiptem nie jest w tej materii różowo). Jak można było do tego dopuścić? Warto bliżej przyjrzeć się temu problemowi.

Przeglądając komentarze "gadających głów" dotyczące wydarzeń w świecie arabskim można odnieść wrażenie, iż trwają intensywne poszukiwania najlepszego bon motu. Stąd nieustanne poszukiwania najlepszego porównania do historycznych zdarzeń. Czy arabska rewolta bardziej przypomina rok 1848, czy raczej 1989? Czy następuje fundamentalna zmiana (nie następuje), czy dzisiejsze wydarzenia przyczynią się do poważniejszych zmian w bliżej nieokreślonej przyszłości (być może)?

A Wy, jak uważacie?

Piotr Wołejko

 

grafika: channel4.com

poniedziałek, 21 lutego 2011

Interdyscyplinarne Koło Naukowe Dyplomacji i Prawa na Uniwersytecie Warszawskim, Koło Studiów Strategicznych i Bezpieczeństwa na UW oraz portal Polityka Globalna mają zaszczyt zaprosić do udziału w debacie „Polityka zagraniczna Baracka Obamy na półmetku jego prezydentury”, która odbędzie się we wtorek 1 marca, w godz. 20.00-21.45, w sali A3 w budynku Collegium Iuridicum II, przy ul. Lipowej 4 (koło BUWu). Dołączcie do wydarzenia na Facebooku! Zaproście swoich przyjaciół i znajomych!

Czy prezydent Obama dobrze radzi sobie w polityce zagranicznej? Zbliżenie z Rosją, ostrzejsze sankcje wymierzone w Iran, dalsze ocieplenie relacji z Indiami i naprawienie stosunków z Europą. Do tego wycofanie większości wojsk z Iraku. Z drugiej strony mamy zwiększone zaangażowanie i narastające kłopoty w Afganistanie i Pakistanie, niepokój na Półwyspie Koreańskim i raczej przeciętne układy z Chinami.

Trudna do oceny jest sytuacja w Ziemi Świętej, gdzie Obama próbował zachęcić Izrael i Palestyńczyków do rozmów pokojowych. Postępów brak. I na koniec kwestia zupełnie świeża, czyli rewolta w krajach arabskich. Czy administracja Obamy we właściwy sposób reaguje na wydarzenia i czy nowa układanka w Afryce Północnej i na Bliskim Wschodzie będzie oznaczała mniejsze wpływy USA w regionie?

Oceniać politykę zagraniczną Baracka Obamy będą:

  • Bartosz Węglarczyk – dziennikarz „Gazety Wyborczej”, były korespondent tej gazety w Stanach Zjednoczonych
  • Zbigniew Pisarski – Prezes Fundacji im. Kazimierza Pułaskiego
  • Michał Kolanko – autor bloga Spinroom, członek zespołu tworzącego blog o wyborach prezydenckich USA 2008
  • Paweł Burdzy – dziennikarz i publicysta, korespondent polskich mediów ze Stanów Zjednoczonych

Honor moderowania debaty przypadł w udziale autorowi niniejszego bloga. Stąd tym bardziej serdecznie zapraszam Czytelników Dyplomacji do aktywnego uczestnictwa w spotkaniu. Po krótkim wstępie każdego z panelistów głos otrzyma publiczność. Liczę na żywą dyskusję z Waszym udziałem!

Patronat internetowy nad wydarzeniem objęły portal Polityka Globalna oraz wpolityce.pl.

sobota, 19 lutego 2011

Ekonomiści i analitycy finansowi lubują się w tworzeniu chwytliwych określeń dla grup państw, które łączą pewne parametry gospodarcze. Mieliśmy więc cegły (BRICs - Brazylia, Rosja, Indie i Chiny) i świnki (PIIGS - Portugalia, Irlandia, Italia, Grecja i Hiszpania), czy też azjatyckie tygrysy. Do tygrysów zaliczano swego czasu również kraje bałtyckie (Litwa, Łotwa, Estonia), a Irlandia stanowiła byt autonomiczny i była celtyckim tygrysem. Trudno się więc dziwić, że wymyślono również sformułowanie "afrykańskie lwy".

Gdy spojrzymy na wskaźniki rozwoju gospodarczego państw afrykańskich (wyłączamy arabską Afrykę Północną i skupiamy się na części subsaharyjskiej) dostrzeżemy, iż rzeczywiście można mówić o pędzących lwach. Wiele państw znajduje się na ścieżce szybkiego wzrostu. Prognozy wskazują, że tak będzie także w najbliższej przyszłości. Dynamicznie rozwija się wymiana handlowa z Afryką, a na kontynent ściągają inwestorzy. Pomoc rozwojowa i humanitarna nadal odgrywa istotną rolę, podobnie jak pieniądze przesyłane do domu przez emigrantów.

Surowce i korupcja

grafikaProblemem może być fakt, iż wzrost gospodarczy w większości przypadków opiera się na eksporcie surowców naturalnych lub płodów rolnych. Aktualnie ceny surowców i artykułów podstawowych są wysokie (w niektórych przypadkach szybko rosną), ale tak wcale nie musi być. Coraz powszechniej mówi się o tym, że niektóre surowce i artykuły podstawowe są zbyt drogie i wkrótce będziemy świadkami pęknięcia bańki na rynkach. Wszystko przez spekulantów, którzy grali na podwyżkę cen i wkrótce będą chcieli spieniężyć wzrosty.

Silne uzależnienie od surowców to typowo afrykańska choroba (choć powszechnie znamy ją jako holenderską). Kraje takie jak Angola, Demokratyczna Republika Kongo, Czad, Nigeria czy Gwinea Równikowa czekałby gwałtowny wstrząs w przypadku istotnej przeceny na rynku ropy naftowej. Teraz wszyscy cieszą się z zamieszania w Egipcie, które wywindowało ceny czarnego złota powyżej 100 dolarów za baryłkę, a przed kryzysem cena oscylowała wokół 150 dolarów. Pozostałe sektory gospodarki czy nawet wydobycie innych surowców nie są już najmocniejszą stroną afrykańskich lwów. Brak alternatywnych kół zamachowych dla gospodarki.

Drugim problemem państw z Czarnego Lądu jest powszechnie panująca korupcja. Średni wynik dla całej Afryki w rankingu percepcji korupcji Transparency International w 2010 roku to niespełna 2,9 (w skali do 10, gdzie 10 oznacza stan idealny, czyli brak korupcji). Większość szerokiego strumienia pieniędzy płynącego do Afryki nie trafia więc do obywateli i nie jest inwestowana w szeroko pojętą modernizację, a wędruje do kieszeni rządzących elit. Bogacą się rodziny, rody i klany przywódców, natomiast przepaść pomiędzy dochodami najuboższych i najbogatszych błyskawicznie się powiększa.

Wielka zmarnowana szansa?

Afrykańskie lwy nie radzą sobie także z edukacją i ochroną zdrowia. W wielu państwach problemem jest zapewnienie porządku i bezpieczeństwa (nie mówię tu o trudno dostępnych regionach, gdzie panuje bezprawie, czy też prawo silniejszego). Kłopotem może być również demografia. W 2009 roku średnio 40,9 proc. mieszkańców kontynentu miało mniej niż 15 lat. Ludzi tych trzeba nie tylko wyżywić, ale zapewnić im jakieś zajęcie. Zamieszki w krajach arabskich pokazują, jak niezadowolenie młodej części populacji może przełożyć się na zmiany polityczne.

Jakby tego było mało, należy pamiętać o kwestii konfliktów granicznych, etnicznych i religijnych. Od pierwszych niepodległości w Afryce w niezliczonych konfliktach wewnętrznych bądź zewnętrznych zginęły już miliony ludzi. Najobficiej spłynęła krwią ziemia Sudanu, Demokratycznej Republiki Kongo i Rwandy. Ostatnie z tych państw jest dziś stawiane za przykład dla innych - za wzór sukcesu gospodarczego. Udało się go osiągnąć za cenę ścisłej kontroli politycznej nad obywatelami. Każdy kraj to inna historia, o której długo można by opowiadać.

Czy w powyższym artykule nie wyśmiewam się przypadkiem z afrykańskich lwów? Skądże znowu. Wskazuję tylko, że jest istotna różnica pomiędzy światem widzianym zza biurka w londyńskim City czy na Manhattanie, a twardą rzeczywistością Afryki. Perspektywy rozwoju kontynentu, w szczególności jego subsaharyjskiej części są pozytywne. Sukces osiągną jednak tylko nieliczni. Większość nie będzie potrafiła we właściwy sposób wykorzystać świetnej koniunktury. Chyba, że skorumpowani kleptokraci przeistoczą się w światłych menedżerów. A na to szanse są marne, prawda?

Piotr Wołejko

 

Pisząc powyższy artykuł korzystałem m.in. z danych ekonomicznych zamieszczonych na stronie African Economic Outlook.

 

grafika: Wikimedia Commons

Tagi: gospodarka
22:01, p.wolejko , Afryka
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 15 lutego 2011

Wymieniając najpoważniejsze zagrożenia i wyzwania, przed którymi stoimy w XXI wieku, najczęściej wskazujemy na terroryzm, proliferację broni masowego rażenia czy dostępność wody pitnej. Problemów jest wiele, stąd trudno się dziwić, że niektóre nie przebijają się do powszechnej świadomości. Jednym z najbardziej niedocenianych wydają się państwa upadłe bądź upadające, które promieniują niestabilnością nie tylko w najbliższym sąsiedztwie. Tymczasem Robert Gates, sekretarz obrony USA określił mianem „głównego strategicznego wyzwania” kwestię radzenia sobie z problematyką słabych organizmów państwowych.

Czym są państwa upadłe?

Trudno o jednolitą definicję. Zdaniem niektórych jej poszukiwanie absolutnie mija się z celem. Były Sekretarz Generalny ONZ Boutros Boutros Ghali definiował sytuację upadku państwa w następujący sposób: „Cechą charakterystyczną jest upadek instytucji państwowych, w szczególności policji i wymiaru sprawiedliwości, co powoduje paraliż władzy oraz upadek prawa i porządku publicznego – bandytyzm i ogólny chaos”. Co więcej, „funkcjonowanie rządu jest niemożliwe, a jego majątek został zniszczony lub zrabowany, zaś doświadczeni urzędnicy zginęli lub musieli opuścić kraj”. Upadłość państwa, zauważa Ghali, rzadko jest wynikiem wojen międzypaństwowych. Najczęściej przyczyny destrukcji państwowości tkwią wewnątrz państwa.

grafika

grafika: Wikimedia Commons (po kliknięciu mapa powiększy się)

Od sześciu lat amerykański magazyn Foreign Policy we współpracy z pozarządową organizacją Fund for Peace przygotowują tzw. Indeks Państw Upadłych (IPU). Eksperci oceniają państwa w dwunastu kategoriach, wśród których znajdują się m.in.: demografia, problem uchodźstwa, nierównomierny rozwój, delegitymizacja państwa (wynikająca chociażby z chronicznej korupcji), jakość usług publicznych, aparat bezpieczeństwa (istnienie niewielkiej elity, która szczyci się bezkarnością), naruszenia praw człowieka. Należy pamiętać, iż upadek państwa jest wynikiem splotu wielu rozmaitych czynników ze sfery społecznej, ekonomicznej, środowiskowej etc.

Na czele wspomnianego rankingu w roku 2010 znajduje się Somalia, która „zdobyła” 114 na 120 możliwych do zdobycia punktów (od 1 do 10 w każdej z 12 kategorii; im więcej punktów, tym sytuacja gorsza).  Drugie miejsce w rankingu IPU zajmuje Czad (punkt mniej od lidera), a na trzecim uplasował się Sudan (nieco ponad dwa punkty straty do Somalii). W pierwszej dziesiątce znajdują się również Zimbabwe, Demokratyczna Republika Kongo (DRK), Afganistan czy Irak, a zamyka ją Pakistan (ponad 102 „zdobyte”  punkty). Z państw europejskich 58 miejsce w rankingu zajęła Mołodwa, a 60 Bośnia i Hercegowina (ponad 83 punkty).

Jak poradzić sobie z zagrożeniami?

Słabe państwa stanowią bezpieczną przystań dla terrorystów, grup przestępczych czy piratów. Są źródłem uchodźców, którzy zalewają sąsiednie państwa – często znajdujące się w niewiele lepszej kondycji. Dotychczasowe doświadczenie w radzeniu sobie z problemem upadłych państw nie jest najlepsze. W Europie jakoś udało się zlepić Bośnię i Hercegowinę oraz zapewnić niepodległość Kosowa, ale poza starym kontynentem było już znacznie gorzej. Somalia, gdzie na początku lat 90. próbę zaprowadzenia porządku podjęli Amerykanie, do dziś nie podniosła się z kolan. Podobnie Afganistan czy DRK. Zostawiony sam sobie Czad czy Sudan również nie mają się najlepiej.

Tymczasem operacje typu nation-building, odbudowa państwa od podstaw, mocno straciły na popularności. Co więcej, koszty takich misji są ogromne, gdyż ich prowadzenie wymaga cierpliwości i czasu, zaangażowania militarnego oraz wykorzystania cywilnych specjalistów. Czy trzeba dodawać, że w epoce cięć budżetowych i wielkich deficytów nie ma chętnych na naprawę państw? Ci zaś, którzy dysponują odpowiednimi zasobami, najczęściej z powodów politycznych (poszanowanie suwerenności, brak interesów w danym regionie) również nie są zainteresowani długotrwałą i kosztowną misją.

Skoro odbudowa nie wchodzi raczej w grę, co możemy zrobić? Wesprzeć organizacje pozarządowe? A może spróbować odciąć się od upadłych, wznieść oddzielające nas od nich mury? Jak konkluduje na przykładzie Somalii Bronwyn Bruton z think-tanku Council on Foreign Relations: „Nasz wpływ na wydarzenia jest niewielki, szczególnie w znaczeniu pozytywnym. Możemy natomiast, niemal bez ograniczeń, oddziaływać destrukcyjnie na sytuację”. To niezbyt wiele. Ba, donikąd nas to nie zaprowadzi.

Piotr Wołejko

Artykuł ukazał się w nr 4/2011 tygodnika grafika

czwartek, 10 lutego 2011

Jak dobrze wiecie, Dyplomacja nie jest blogiem aktualizowanym każdego dnia. Publikuję tutaj artykuły z mniejszą bądź większą częstotliwością, a decydującym czynnikiem jest ilość wolnego czasu, którym dysponuję. Nie oznacza to jednak, że Dyplomacja żyje od wpisu do wpisu, przesypiając sporą część tygodnia. Wręcz przeciwnie. Na bieżąco komentuję aktualne wydarzenia i podsuwam Czytelnikom interesujące teksty, a także zachęcam do dyskusji o polityce międzynarodowej - a wszystko to dzięki Dyplomacji na Facebooku.

grafikaGorąco zapraszam wszystkich Czytelników do dołączenia do społeczności Dyplomacji za pośrednictwem portalu Facebook. W rok od startu profilu bloga zebrało się już ponad tysiąc osób zainteresowanych rozmową o sprawach światowych. Wspólnie poleciliśmy ponad 1100 artykułów i analiz oraz dodaliśmy ok. 5 tysięcy komentarzy. Dziękuję Wam za to!

Jednocześnie pragnę przypomnieć, że na tablicy Dyplomacji na Facebooku każdy może dodać link do materiału, który uzna za interesujący. Pełna interaktywność z jednej strony, jak i możliwość przedstawienia własnego zdania w krótszej formie z drugiej sprawiają, że gdy nie mogę przygotować kolejnego wpisu, jestem aktywny na Dyplomacji na Facebooku. Wy też możecie być aktywni. Odwiedzajcie blog oraz jego profil, aby być zawsze na bieżąco z najważniejszymi wydarzeniami na świecie. Zaproście także swoich przyjaciół i znajomych, aby dołączyli do naszej społeczności. Szersze grono komentatorów powiększa pole do dyskusji i czyni ją jeszcze ciekawszą.

Piotr Wołejko

Tagi: dyplomacja
21:49, p.wolejko , Inne
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2
Zakładki:
1. Dyplomacja w Sieci
2. Blogi zagraniczne
3. Think-tanki
4. Media zagraniczne
5. Blogi polskie
6. Militaria
7. Periodyki
liczniki
Dyplomacja on Facebook