poniedziałek, 27 lutego 2012

Mitt Romney nie ma łatwego życia. Jego droga do nominacji Partii Republikańskiej wiedzie przez Michigan i wtorkowe prawybory. Wydawałoby się że Romney, którego ojciec był gubernatorem tego stanu, ma zwycięstwo w kieszeni. Tak jednak nie jest.

Michigan jest stanem, w którym Romney po prostu musi wygrać, jeśli chce zachować szanse na wygranie nominacji. Po upokarzających klęskach w Kolorado i Minnesocie Romney desperacko potrzebuje zwycięstwa w Michigan i w Arizonie. Ten wtorek może rozstrzygnąć o losach nominacji.

Głównym przeciwnikiem Romneya jest teraz Rick Santorum. Ten były senator z Pennyslwanii jeszcze pod koniec 2011 roku traktowany był jako kandydat ciekawostkowy, bez realnych szans na zwycięstwo nawet w jednym stanie. Ale Santorum, głównie dzięki uparcie prowadzonej kampanii w Iowa, gdzie ostatecznie został ogłoszony zwycięzcą, wyrósł na główną konserwatywną alternatywę dla Romneya. Nie stał się nim natomiast Newt Gingrich. Chaotyczna kampania byłego spikera Izby Reprezentantów na tyle osłabiła jednak Mitta, że w powstałą przestrzeń bez żadnego problemu wszedł Santorum.

Rick Santorum nie miał jednak dobrego tygodnia. Źle wypadł w dwudziestej debacie Republikanów w Arizonie. Nie przebił się ze swoim przekazem i nie zdołał wystarczająco skutecznie zaatakować Romneya. A ten  zasypuje go negatywnymi spotami wyborczymi w obu stanach w których jutro odbędą się prawybory.

grafika

Michigan for Mitt? Nie do końca (źródło: pbs.org via Scott Olson/Getty Images)

Plan gry jest prosty: jeśli Romney wygra w Michigan, jego trudna droga do  ostatecznego zwycięstwa będzie kontynuowana.  Jeśli przegra z Santorumem, to insiderzy Partii Republikańskiej wpadną w panikę i głosy o konieczności wejścia do rozgrywki jeszcze jednego kandydata (jest to technicznie wykonalne, ale politycznie bardzo ryzykowne) staną się jeszcze głośniejsze.

Romney w sondażach w Michigan idzie łeb w łeb z Santorumem, a tylko przekonujące zwycięstwo zamaże wrażenie, iż jego kampania przeżywa kryzys. Bez tego zwycięstwa będzie mu też coraz trudniej zbierać pieniądze na dalsze prowadzenie kampanii. Być może będzie zmuszony do skorzystania  z własnego majątku, co będzie miało fatalny wydźwięk medialny.

Mordercza walka w prawyborach trwa. Dla wielu obserwatorów zaskoczeniem jest to, jak słabym i niepewnym kandydatem okazał się Romney. W Michigan będzie miał szansę pokazać, że jest inaczej.

Michał Kolanko*

 

*Michał Kolanko - członek redakcji portalu 300polityka.pl

 

Wcześniejsze artykuły z cyklu Wyścig o Biały Dom 2012:

niedziela, 26 lutego 2012

Równo za tydzień, w przyszłą niedzielę, Rosjanie wybiorą Władimira Władimirowicza Putina na prezydenta Federacji Rosyjskiej. Po czteroletniej przerwie w urzędowaniu na Kremlu, Putin wraca na szczyt władzy. Choć de facto nigdy go nie opuścił, nadzorując Dmitrija Miedwiediewa z rosyjskiego Białego Domu - siedziby premiera.

Jak donosi z Moskwy dla portalu NaTemat.pl Wiktor Bater, sondaże przeprowadzone przez Centrum Jurija Lewady nie pozostawiają wątpliwości co do wyniku wyborów. Przy frekwencji na poziomie ok. 60% Władimir Putin zdobędzie blisko 2/3 głosów, deklasując swoich "rywali" (komunista Ziuganow, nacjonalista Żyrinowski, oligarcha Prochorow, psuedoopozycjonista Mironow) i zastąpi tymczasowego prezydenta Miedwiediewa, zainstalowanego na Kremlu tylko po to, by nie zmieniać konstytucji (ograniczającej liczbę kadencji z rzędu do dwóch). W międzyczasie wydłużono prezydencką kadencję z 4 do 6 lat, co oznacza, iż Putin może rządzić nawet do 2024 roku.

Putin 2018 czy 2024?

Mogę się w swoich przewidywaniach mylić, co sprawdzimy najdalej za sześć lat, jednak moim zdaniem Putin nie dociągnie do wspomnianego wyżej 2024 roku. Jego rządy potrwają do 2018 roku, a być może będzie musiał oddać władzę (przynajmniej oficjalnie) przed tym terminem. Dlaczego? Może trochę naiwnie, jednak wierzę, iż protesty po zeszłorocznych wyborach do Dumy oznaczają początek końca obecnego systemu władzy. Oferowany przez Putina et consortes układ, w którym obywatele mają zapewnioną stabilność polityczną i bezpieczeństwo gospodarcze, a w zamian nie angażują się w politykę, powoli wygasa. Kreml nie jest w stanie zapewnić ani stabilności ani bezpieczeństwa, a ogromne zyski z ropy naftowej w niewielki sposób poprawiają warunki bytowe ponad 100-milionowej populacji.

grafika

źródło: Wikimedia Commons

Stąd też Putin próbuje zastosować taktykę "nowego otwarcia", zapowiadając liczne i dość odważne reformy (liberalizacja gospodarcza i polityczna, m.in. przywrócenie powszechnych wyborów gubernatorów w częściach składowych Federacji Rosyjskiej) nakierowane na modernizację kraju i rozwój gospodarczy. Niestety, dotychczasowa praktyka rządów Putina i "interrexa" Miedwiediewa pokazuje, że za wielkimi słowami nie podążają czyny. W swoim inauguracyjnym wystąpieniu prezydenckim Miedwiediew zapowiadał, iż najważniejsze dla niego będzie przestrzeganie prawa i powstrzymanie nihilizmu prawnego, niszczącego państwo. Nic takiego nie nastąpiło. Wszelkie inicjatywy liberalizacyjne Miedwiediewa były powstrzymywane przez Putina lub, co bardziej prawdopodobne, były odgrywane przez prawnika z Petersburga na zasadzie dobry glina - zły glina.

Czego spodziewać się po prezydencie Putinie?

Co może zaserwować Rosjanom i światu powracający na Kreml Władimir Putin? Odgrzewane kotlety, które wszyscy dobrze znają. W polityce zagranicznej zaostrzenie kursu wobec Zachodu i koniec resetu ze Stanami Zjednoczonymi. Rękę Putina widać wyraźnie już w podejściu Moskwy do Syrii - Rosjanie są najwierniejszymi obrońcami masakrującego swoich obywateli dyktatora Baszara Asada. Nic więc dziwnego, że protestujący Syryjczycy wykrzykują, że ich rewolucja dotrze także do Moskwy. W dyplomacji Putin nie będzie bawił się w subtelności, a głosy obrońców praw człowieka zbędzie ironicznym uśmiechem. Za rządów Putina żadne kolorowe rewolucje już nie przejdą. Warto przy tym dodać, że gaz nadal będzie odgrywał istotną rolę w polityce zagranicznej, stanowiąc kluczowy instrument rosyjskiej dyplomacji. Po udanym zakończeniu budowy Nord Streamu Putin postawi teraz na South Stream, co przy nieustannych problemach gazociągu Nabucco nie będzie specjalnie trudne.

W polityce wewnętrznej nie będzie żadnego poluzowania dla opozycji. Wykluczenie z udziału w wyborach prezydenckich Grigorija Jawlińskiego z Jabłoka pokazuje, że Putin zamierza mieć wszystko pod kontrolą. Pełną kontrolą. Widać jednak, że Rosjanie coraz mniej obawiają się represji i decydują na wyjście na ulice. Protestów może być więcej i będą gromadziły więcej demonstrantów. Skąd takie przekonanie? Jak pisałem wyżej, Putinowi trudno przychodzi wywiązanie się ze swojej części umowy, czyli zapewnienie bezpieczeństwa gospodarczego, socjalnego. Do tego cały czas pogarsza się sytuacja na Kaukazie, gdzie trwa coś na kształt wojny partyzanckiej lokalnej muzułmańskiej społeczności z rosyjskim okupantem.

Niepewna przyszłość

Z rozwoju zdarzeń nie może być zadowolony Michaił Chodorkowski, były szef Jukosu i osobisty więzień prezydenta-premiera Putina. W 2010 roku został on skazany na kolejne sześć lat więzienia (został aresztowany w 2003 roku i od tego czasu jest pozbawiony wolności). Powrót Putina na Kreml oznacza dla niego, że nadal będzie tkwił za kratami. Ponieważ sprawa ma charakter osobisty, Putin nie dopuści do wyjścia Chodorkowskiego na wolność. Skoro teraz siedzi on za kradzież 350 milionów ton ropy, to w okolicach 2015 roku przedstawi się mu jeszcze bardziej absurdalne zarzuty.

W rosyjskiej suwerennej demokracji wyniki są znane na długo przed dniem wyborów. Możemy być pewni, że Putin w dniu 4 marca odniesie pewne zwycięstwo w pierwszej turze i powróci na Kreml. W żaden sposób nie przybliży to jednak Rosji do rozwiązania poważnych problemów, które trapią ten kraj. Zamiłowanie rosyjskiego społeczeństwa do stabilizacji i pokoju może poprowadzić kraj w zupełnie przeciwnym kierunku.

Piotr Wołejko

wtorek, 21 lutego 2012

Obraz wojny w Afganistanie przekazywany opinii publicznej przez władze i media ma niewiele wspólnego z rzeczywistością. Mimo wysiłku ostatnich dwóch lat, gdy liczba żołnierzy w Afganistanie zwiększyła się o kilkadziesiąt tysięcy, podpułkownik Daniel Davis z U.S. Army twierdzi, że zaobserwował „brak sukcesów na praktycznie każdym poziomie”. Liczba ofiar (zabici i ranni) rośnie z roku na rok, podobnie jak ilość ataków rebeliantów, a afgańska armia i policja to wirtualne byty, niezdolne do zapewnienia bezpieczeństwa po wycofaniu się z kraju sił zachodniej koalicji.

Podpułkownik Davis, w służbie od 1985 roku, czterokrotny uczestnik misji bojowych (operacja Pustynna Burza, Afganistan 2005-2006, Irak 2008-2009 i ponownie Afganistan 2010-2011), przygotował dwa raporty (jeden z nich tajny, przeznaczony dla członków Kongresu, senatorów, władz państwowych; drugi, w formacie PDF, znajdziecie tutaj) zawierające obserwacje i wnioski dotyczące sytuacji w Afganistanie, a także artykuł w Armed Forces Journal, w którym skrótowo wyłożył swoje zdanie. Zainteresowanym szczegółami polecam zapoznanie się z podlinkowanymi wyżej materiałami. Poniżej zwięzłe streszczenie raportu.

Afganistan – prawda z pola walki

Nic nie działa lepiej niż liczby i cytaty. Przyjrzymy się więc liczbie amerykańskich żołnierzy w Afganistanie w kolejnych latach: 21,100 (2005), 23,300 (2006), 26,400 (2007), 35,600 (2008), 69,000 (2009), 102,000 (2010 i 2011). Dane dotyczą momentu szczytowego, przed końcem 2011 roku rozpoczęła się redukcja amerykańskiego kontyngentu, który ma powrócić do rozmiaru sprzed 2010 roku w roku obecnym. Procentowo wzrost liczebności sił amerykańskich przedstawia się następująco: 15% (2005), 10% (2006), 12% (2007), 26% (2008), 49% (2009), 32% (2010) i 0% (2011). A jak wygląda statystyka zabitych i rannych? Nieprzerwany wzrost, przy czym jest on znacznie większy w latach 2009-2010: 26% (2005), 26% (2006), 43% (2007), 9% (2008), 62% (2009) i 57% (2010).

grafika

źródło: short-sharp-shock.blogspot.com via MSNBC

Ilość zabitych i rannych amerykańskich żołnierzy dramatycznie rośnie w analizowanym przedziale czasu. W roku 2004 zginęło 52 żołnierzy, a 218 zostało rannych, co przekłada się na 270 ofiar walk w Afganistanie. Rok 2005 to odpowiednio: 99 zabitych i 268 rannych (367 ogółem), natomiast rok 2006 przyniósł w sumie 498 ofiar (98 zabitych i 400 rannych). Liczba ta niemal ulega podwojeniu w 2007 roku – 117 zabitych, 749 rannych (866 ofiar) i zbliża się do tysiąca w roku 2008: 155 zabitych i 795 rannych, co daje łącznie 950 ofiar.

Kolejne lata to już statystyki prawdziwie szokujące: rok 2009 przyniósł 2459 ofiar, z czego 317 stanowili zabici, a 2142 ranni; rok 2010 przyniósł już 5739 ofiar, z czego 499 stanowili zabici, a 5240 ranni; rok 2011 przyniósł nieco mniej ofiar niż poprzedni – 5542, z czego 418 stanowili zabici, a 5124 ranni.

Z czego wynikają tak alarmujące dane? Wystarczy porównać rok 2009 z 2011, by zobaczyć dramatyczny wzrost liczby ogólnych aktów przemocy – z nieco ponad 15 tys. do 27,700 oraz liczby improwizowanych ładunków wybuchowych (IEDs; znalezionych oraz tych, które eksplodowały) z niespełna 5,200 do 11 tys. W tym samym czasie liczba zabitych i rannych amerykańskich żołnierzy wzrosła o 164%.

Afgańskie siły bezpieczeństwa – śmiech na sali

Już w 2004 roku wysocy rangą oficerowie amerykańskiej armii sprzedawali opinii publicznej historie o rozbudowującej się i mężnie walczącej narodowej armii afgańskiej (ANA). Davis w swoim raporcie przytacza wypowiedzi m.in. gen. Waltera Sharpa z posiedzenia Komisji Sił Zbrojnych Izby Reprezentantów USA: „Rozwój ANA to bez wątpienia jedno z najlepszych ostatnich doniesień z Afganistanu (…) Gdziekolwiek ANA się nie pojawi, jej profesjonalizm wzbudza entuzjazm Afgańczyków”. W podobnym tonie, na posiedzeniu analogicznej komisji senackiej w roku 2005 wypowiadał się gen. John Abizaid: „Amerykańscy dowódcy raportują, iż afgańska armia świetnie sprawdza się w boju przeciwko rebeliantom na południowej granicy kraju”. Nie inaczej wypowiadał się, na posiedzeniu komisji w Izbie w 2007 roku, gen. Karl Eikenberry: „Afgańska armia oraz afgańska policja (…) cały czas rosną w siłę i osiągnęły imponujący poziom integracji wertykalnej i horyzontalnej pod okiem koalicyjnych mentorów (…) Odgrywają one istotną rolę w zapewnianiu stabilizacji własnego narodu”.

Tymczasem, jak dowodzi Davis, Afgańczycy do dziś przeprowadzają operacje praktycznie wyłącznie przy aktywnym współudziale sił koalicyjnych, nie podejmując w zasadzie samodzielnych działań. Wojsko jest słabo wyszkolone i niezdyscyplinowane (dezercje są codziennością), do tego podzielone etnicznie (sytuacja policji jest analogiczna). Co więcej, żołnierze i policjanci są zastraszeni przez talibów, obawiając się zemsty na swoich rodzinach, a nawet własnej śmierci poza koszarami/posterunkiem policji. Sytuacji nie ułatwia skorumpowana administracja pod wodzą prezydenta Karzaja. Davis tego nie mówi, ale jest jasne, że po opuszczeniu Afganistanu przez wojska koalicji, policja i armia rozpierzchną się na cztery wiatry, a władzę w Kabulu przejmą popierani przez Pakistan talibowie.

Konkluzja – na co to wszystko?

Raport Davisa potwierdza to, co powszechnie wiadomo o sytuacji w Afganistanie. Jest jednak o tyle cenniejsze, że mówi to doświadczony żołnierz, który zna armię i pole walki od podszewki. Oczywiście dowództwo sił zbrojnych USA niezwłocznie zaprzeczyło rewelacjom Davisa, jednak w swoim raporcie podpułkownik ukazuje również mechanizm manipulacji opinii publicznej przez polityków i najwyższych dowódców (jak mniemam, stłamszonych przez polityków, od których zależą ich kariery i generalskie gwiazdki). W sprawie wojny irackiej oraz afgańskiej Biały Dom i Pentagon prowadzą (w przypadku Iraku prowadziły) zakrojoną na szeroką skalę wojnę propagandową, której celem jest przekonanie społeczeństwa, iż wszystko zmierza w dobrą stronę, ku szczęśliwemu końcowi. Media, o których Davis również wspomina w raporcie, pozwoliły się stłamsić i w przypadku wojen stały się tubami propagandowymi administracji.

Tymczasem, nie bardzo wiadomo po co zginęły tysiące żołnierzy koalicji (głównie Amerykanie), a kilkadziesiąt tysięcy zostało rannych. Taktyczne sukcesiki są prezentowane jak wielkie i ważne wiktorie, a w rzeczywistości w Afganistanie koalicja ponosi strategiczną klęskę biorąc udział w wojnie domowej, stojąc po przegranej stronie. Karzaj nie cieszy się zaufaniem Pakistanu i najpewniej będzie musiał wkrótce odejść. Czy naprawdę Zachód musi być uwikłany w Afganistanie jeszcze przez dwa lata, skoro od dłuższego czasu jest jasne, że odwlekamy tylko nieuniknione? że w Kabulu rządzić i tak będą talibowie lub podobne im ugrupowanie, wspierane finansowo i logistycznie przez Pakistan? Udało się bardzo poważnie osłabić al-Kaidę, zabić i aresztować wielu jej członków i przywódców, z Osamą bin Ladenem na czele, natomiast nie udało się (i nie uda się) powstrzymać Pakistanu przed zainstalowaniem w Kabulu takich władz, jakich Islamabad/Rawalpindi (siedziba rządu/kwatera główna armii) sobie życzą. Problem radykalizmu islamskiego, zwalczany rzekomo w Afganistanie, można rozwiązać nie w tym kraju, a nawet nie w Pakistanie.

Prawdziwym celem walki z radykalizmem powinna być Arabia Saudyjska – obrzydliwie bogaty siewca najbardziej fundamentalnej interpretacji sunnizmu, tj. wahabizmu (Rijad to główny sponsor i ideolog pakistańskich madras, z których wywodzą się talibowie).

Piotr Wołejko

piątek, 17 lutego 2012

W środę 15 lutego br. Nicolas Sarkozy publicznie ogłosił, iż zamierza ubiegać się o reelekcję. Na dziś wszystkie znaki na niebie i ziemi zdają się skazywać go na porażkę z kandydatem socjalistów Francois Hollandem. Niektórzy twierdzą nawet, że Sarko może w ogóle nie dotrwać do drugiej tury wyborów, przegrywając walkę o elektorat prawicy z Marine Le Pen (córką Jean-Marie Le Pena), liderką nacjonalistycznego Frontu Narodowego. Gdyby tak się stało, Hollande miałby zwycięstwo w kieszeni. Nie skreślałbym jednak Sarkozy’ego już teraz.

Marna ocena pierwszej kadencji Sarkozy’ego

Dorobek urzędującego prezydenta nie jest nadzwyczajny. Większość wiązanych z nim nadziei nie została spełniona, a sam Sarkozy nie był przesadnie przywiązany do obietnic, które składał.  Komentując w maju 2007 roku wynik poprzednich wyborów prezydenckich pisałem o oczekiwaniach wobec Sarko: „Wielu wybitnych intelektualistów (m.in. Andre Gluksmann) liczy, że pchnie on Francję do przodu po blisko 30 latach buksowania w miejscu. Liczą, iż przeprowadzi on reformę etatystycznego państwa i rozbuchanych przywilejów socjalnych; że zliberalizuje gospodarkę i obniży podatki; że odejdzie od tradycji gaullistowskich i diametralnie zmieni francuską politykę zagraniczną - zrewiduje proarabskie podejście Paryża, porzuci antyamerykanizm i realistycznie będzie patrzył na Rosję i jej politykę”. Powszechnie wiadomo, że poza porzuceniem antyamerykanizmu reszta postulatów pozostała w sferze pobożnych życzeń.

Miał jednak Sarkozy świetny PR, który wytworzył wokół niego atmosferę hiperaktywnego, naładowanego energią i nastawionego na działanie prezydenta. Gdy powie się „sprawdzam”, okazuje się, że ta piękna narracja jest blefem. Owszem, Sarko wielokrotnie próbował podejmować trudne reformy, jednak niewiele z nich wyszło poza fazę planów i dyskusji. Przy silniejszym sprzeciwie związków zawodowych Sarkozy tracił grunt pod nogami i rakiem wycofywał reformatorskie propozycje.

Hiperaktywny Sarkozy musiał więc znaleźć inne pole do popisu. Wewnętrzną stagnację starał się maskować poczynaniami za granicą. Tutaj rzeczywiście wszędzie było go pełno. Szczyty G-20 czy Unii Europejskiej były jego żywiołem. Za francuskiej prezydencji w UE Sarkozy negocjował rozejm między Rosją a Gruzją, który oddawał Rosji kontrolę nad dwiema autonomicznymi prowincjami gruzińskimi. Sarkozy wyraźnie nie chciał podejmować żadnych wymierzonych w Rosję kroków, podtrzymując paryską tradycję przychylnego spoglądania w kierunku Moskwy. Wracając do forum UE, ranga Francji malała wprost proporcjonalnie do pogłębiania się kryzysu finansowego. Wraz z obcięciem przez agencję S&P najwyższego ratingu AAA Francja traciła wpływ na kształt formującego się ładu fiskalnego strefy euro. Dziś sprowadza się on do ogłaszania przez Paryż własnych propozycji, a następnie przyjęcia w pełni (bądź zdecydowanej większości) stanowiska zaprezentowanego przez Berlin.

Rywale prezydenta

Średnio udana kadencja Sarkozy’ego jest główną przyczyną jego aktualnej sytuacji w sondażach. Od początku prowadzi w nich kandydat socjalistów Francois Hollande (obecnie 30% poparcia). Sarko zajmuje nieustannie drugą pozycję (obecnie 25% poparcia). Trzecie miejsce okupuje Marine Le Pen (ok. 17-18% poparcia). Może mieć ona jednak problem z wystartowaniem w wyborach, gdyż opornie idzie jej zbieranie podpisów 500 wybranych w powszechnych wyborach polityków, chociaż trudno spodziewać się, by ostatecznie nie dopięła swego i odpadła z tak błahej przyczyny. Tym bardziej, że poparcie dla Frontu Narodowego ma tendencję wzrostową. Dwucyfrowym poparciem legitymuje się również centrysta Francois Bayrou, który może liczyć na ok. 12-13% głosów. Widać wyraźnie, że bez drugiej tury się nie obejdzie.

grafika

Gra toczy się o Pałac Elizejski, który jest oficjalną rezydencją prezydenta Francji (źródło: Wikimedia Commons)

Wspomniany we wstępie scenariusz, w którym Sarkozy przegrywa z Marine Le Pen i ta ostatnia wchodzi do drugiej tury z socjalistą Hollandem zakłada powtórkę sytuacji z 2002 roku, gdy Jean-Marie Le Pen rywalizował z Jacquesem Chirakiem. Wybierając między przeziębieniem a cholerą wszyscy nienacjonalistyczni wyborcy oddali głos na Chiraca. Teraz zagłosowaliby na Hollande’a, gdyż Marine Le Pen prezentuje całkowicie abstrakcyjny program polityczno-gospodarczo-społeczny, którego realizacja oznaczałaby transformację Francji w międzynarodowego pariasa, protekcjonizm ekonomiczny i rozpad UE. A przede wszystkim, nacjonaliści nie mają we Francji poparcia większego niż 20-25% (w porywach).

A może jednak powtórka z rozrywki?

Mimo rosnącego powoli poparcia dla nacjonalistów, batalia rozegra się między dwoma głównymi nurtami polityki: socjalistami Hollande’a i gaullistyczną prawicą Sarkozy’ego. Chociaż Hollande prowadzi we wszystkich sondażach od dobrych kilku miesięcy, Sarkozy nie stoi na straconej pozycji. W kampanii w 2007 roku przez pierwsze tygodnie Sarko przegrywał w sondażach z socjalistką Segolene Royal, by – po wyprzedzeniu rywalki – nie oddać już prowadzenia. W przypadku drugiej tury wyniki były wówczas bardziej wyrównane; przez większą część kampanii różnica między Sarko a Royal nie była większa niż 4-5 pkt. proc. Teraz różnica wynosi 15 pkt. proc. na korzyść Hollande’a, a zdarzają się badania wskazujące na nawet 20-proc. przewagę socjalisty.

W czym, wobec takich wyników sondaży, Sarkozy może upatrywać swojej szansy? Na pewno potrafi prowadzić kampanię wyborczą i zjednywać sobie w jej trakcie poparcie wyborców. Zapewne powtórzy manewr z 2007 roku i uderzy w populistyczno-nacjonalistyczne tony, by uszczknąć głosy Marine Le Pen. Jednocześnie nie powinien zapominać o centrum (Bayrou), które najbardziej interesuje się gospodarką. Tutaj Sarko nie ma się za bardzo czym pochwalić, będzie więc musiał składać ambitne obietnice. Zapowiedzi z chwili zgłoszenia chęci walki o reelekcję, iż kapitan nie opuszcza okrętu w trakcie sztormu nie wystarczą.

Jednak największym atutem Sarkozy’ego jest sam Francois Hollande. Cytując eurosceptycznego euro deputowanego z Wielkiej Brytanii Nigela Farage’a, Hollande ma „charyzmę mokrej ścierki i wygląd niskiego rangą urzędnika bankowego”. Czego jak czego, ale charyzmu Sarkozy’emu odmówić nie można. Hollande będzie musiał pokazać w trakcie kampanii, iż posiada cojones. W innym przypadku Sarkozy spróbuje stłamsić kandydata socjalistów.

Nie przywiązałbym natomiast większej roli do wsparcia udzielonego Sarkozy’emu przez Angelę Merkel. O wyborze prezydenta zdecydują sprawy wewnętrzne. Warto jednak zapamiętać ten moment, gdyż dotychczas układ Merkozy był raczej tworem powstałym z przymusu, a tandem Nicolas i Angela nie pałał do siebie szczególną sympatią. Nie wnikając w osobiste relacje prezydenta Francji i kanclerz Niemiec należy zauważyć, że nagła sympatia Merkel do Sarkozy’ego wynika z pomysłów Hollande’a. Zamierza on wycofać poparcie Paryża dla paktu fiskalnego, rzekomo ratującego strefę euro, a skrojonego przez Berlin.

Kalendarz wyborczy

Pierwsza tura wyborów odbędzie się w niedzielę 22 kwietnia, dogrywka 6 maja. Kampania potrwa więc 10 tygodni i należy spodziewać się zażartej walki Sarkozy’ego o odwrócenie niepomyślnych dla niego sondaży. Chociaż znużenie urzędującym prezydentem jest duże, a przewaga Hollande’a do tej pory nie podległa dyskusji, nie wykluczałbym ostatecznego zwycięstwa Sarkozy’ego. Bezbarwnego Hollande’a czekają trudne chwile i czas pokaże, czy będzie on w stanie wytrzymać presję, nie popełnić istotnych błędów i obronić posiadaną przewagę.

Piotr Wołejko

niedziela, 12 lutego 2012

Ostatni raz pisałem o filmie w 2007 roku (Bunt. Sprawa Litwinienki), co dobitnie pokazuje, iż nie jestem krytykiem filmowym, a Dyplomacja to nie blog kinomana. Kiedy jednak polityka przeplata się z kinematografią, jak w Idach marcowych, warto napisać o tym kilka słów. Idy pokazują politykę od środka, dają wgląd w kuchnię polityczną. Konkretnie w amerykańską kuchnię wyborczą.

grafikaGłównym bohaterem filmu wyreżyserowanego przez Georga Clooney'a jest wiceszef kampanii demokratycznego kandydata do partyjnej nominacji prezydenckiej Stephen Myers, którego postać brawurowo gra Ryan Gosling. Aktor ten zupełnie nie przypadł mi do gustu w fatalnym filmie "Drive", jednak teraz już wiem, że była to wina beznadziejnego scenariusza i jeszcze gorszej pracy reżysera. Gosling jest świetny. Wracając do Id marcowych, Stephen to zdolny i ambitny młody wilk, wybitny strateg i PRowiec, który prezentuje dość idealistyczne podejście do polityki. Wielokrotnie podkreśla, że nie mógłby promować kogoś ani czegoś, w co/kogo nie wierzy. Jak można się spodziewać, jego podejście zostanie wystawione na ciężką próbę.

Kandydat, na chwałę którego pracuje Stephen (oraz jego przełożony Paul - całkiem dobry Philip Seymour Hoffman) to gubernator Mike Morris (w tej roli Clooney), postać daleka od kryształowej. Stephen z biegiem czasu odkrywa kolejne tajemnice Morrisa, które stara się jak najlepiej tuszować przed opinią publiczną. Błyskotliwa kariera Stephena staje jednak pod znakiem zapytania w chwili, gdy decyduje się on na spotkanie z Duffym, szefem sztabu rywala Morrisa w walce o demokratyczną nominację. Przeciwnik proponuje Stephenowi opuszczenie Morrisa i przejście na stronę przeciwnika, czyli po prostu zdradę. Spotkanie okazało się pułapką, w efekcie której Stephen zostaje wyrzucony ze sztabu Morrisa, a następnie wystawiony do wiatru przez sprytnego sztabowca Duffy'ego.

W międzyczasie reżyser Clooney przypomina "operację chaos", czyli sprytny chwyt republikanów sprzed 4 lat, polegający na udziale wyborców republikańskich w demokratycznych prawyborach w stanach, gdzie głosować mogli nie tylko sympatycy demokratów, lecz wszyscy chętni wyborcy. Operacja miała na celu przedłużenie demokratycznych prawyborów i wykrwawianie się Obamy i Clinton aż do prawyborów w ostatnich stanach. W Idach marcowych mamy do czynienia z prawyborami w kluczowym stanie Ohio, który wielokrotnie rozstrzygał o wyniku ostatecznej, listopadowej elekcji. W wyniku operacji chaos kandydat Stephena - Mike Morris - może stracić Ohio na rzecz przeciwnika. Jeśli jednak zdobędzie poparcie senatora Thompsona, który odpadł już z wyścigu, lecz posiada ponad 300 "zaklepanych" delegatów, porażka w Ohio okaże się bez znaczenia. Problem w tym, że rywal Morrisa zaproponował Thompsonowi tekę sekretarza stanu, a Morris odmawia jakichkolwiek negocjacji z Thompsonem. Po ludzku go nie znosi.

Uczucia ani poglądy polityczne nie są jednak najważniejsze, gdy w grę wchodzi władza. Morris ostatecznie zawiera układ z Thompsonem proponując mu wiceprezydenturę (a wiceprezydent ma spore szanse na przejęcie schedy po swoim przełożonym). W międzyczasie wyautowany z kampanii Stephen powraca odradzając się jak feniks z popiołów. Używając szantażu zmusza Morrisa do przywrócenia go do sztabu, do tego jako szefa całego biznesu. Czym szantażuje Morrisa? Samobójstwo popełnia młoda stażystka w sztabie gubernatora, która - o czym Stephen dowiedział się wcześniej - zaszła w ciążę z Morrisem. Stephen zachęcił ją do dokonania aborcji i cichego odejścia ze sztabu, lecz przybita młoda kobieta nie poradziła sobie z trudną sytuacją.

Trupy z szafy, czyli przeszłość kandydata i jego wcześniejsze wypowiedzi czy stanowiska to tylko jeden z elementów kuchni politycznej pokazanej w Idach marcowych w pełnej krasie. Warto przyjrzeć się relacjom polityków oraz ich spindoktorów z mediami. Określenie "czysta patologia" od razu ciśnie się na usta. Politycy szantażują się na wzajem, a wszyscy są szantażowani przez media. Przecieki i ploteczki rozsiewane przez żądnych władzy polityków rujnują kariery i niszczą życie wszystkich, którzy zdają się stać na ich drodze.

Amerykańska demokracja uchodzi za jedną z najbardziej doskonałych. Jest to jednak piękna fasada, za którą stoją nieograniczona ambicja i żądza władzy oraz gotowość do poświęcenia wszystkiego w pogoni za nią. Polityką żądzą pieniądze, a te spływają od grup interesów i zamożnych sponsorów, a wszyscy darczyńcy wystawiają politykom słone rachunki. Trwająca właśnie w Stanach Zjednoczonych kampania wyborcza po raz kolejny pobije rekordy w ilości wydanych pieniędzy oraz brutalności spotów telewizyjnych.

Teraz mogą finansować je nie tylko sztaby konkretnych kandydatów, lecz tzw. Super PACs, czyli teoretycznie niezależne komitety polityczne. Mogą one (i najczęściej tak się dzieje) utrzymywać nieoficjalne więzi ze sztabami i komitetami kandydatów, jednak nie muszą ujawniać, za kim stoją. Brak wymogu autoryzacji spotów wyborczych przez kandydatów oznacza eldorado dla telewizji, które zarobią krocie oraz osiąganie kolejnych szczytów agresji i chamstwa. Przełamane zostaną kolejne bariery, a ludzie tacy jak Stephen, Paul czy Duffy zadbają o to, by na rywali ich klientów wylane zostały kubły pomyj.

Idy marcowe to film, po którym wychodzi się z kina z niesmakiem. Jest to niesmak wynikający nie ze słabości obrazu, lecz z celnego uchwycenia rzeczywistości. Przykro dowiedzieć się (lub podtrzymać w przekonaniu), że w polityce cynizm nie zna granic i nie można nic na to poradzić. Mądrość ta znajduje odbicie w transformacji Stephena ze zdolnego naiwnego idealisty w brutalnego bezideowego gracza. Otwarta końcówka filmu pozostawia nadzieję, że Stephen nie poddał się regułom gry, ale czy można w to wierzyć?

Piotr Wołejko

 

grafika: students.pl

 
1 , 2
Zakładki:
1. Dyplomacja w Sieci
2. Blogi zagraniczne
3. Think-tanki
4. Media zagraniczne
5. Blogi polskie
6. Militaria
7. Periodyki
liczniki
Dyplomacja on Facebook