środa, 27 lutego 2013

Z tym Iranem to same problemy. Po pierwsze, podobno zmierza do wejścia w posiadanie broni jądrowej, co na pewno wpłynie na zmianę układu sił w regionie Zatoki Perskiej, a być może zagraża istnieniu Izraela. Po drugie, nadal wspiera organizacje parające się działalnością terrorystyczną. Po trzecie wreszcie, w czerwcu odbędą się w nim wybory prezydenckie i znowu może dojść do protestów przeciwko twardogłowym konserwatystom.

Atomowa historia się powtarza

Niektórzy twierdzą, że atak na Iran to kwestia miesięcy. Przewidywane terminy tego ataku wielokrotnie już mijały bez rezultatu. Naloty na irańskie instalacje nuklearne nie są łatwe do przeprowadzenia, a ich skuteczność wzbudza wątpliwości. Wiedzy nie da się zniszczyć za pomocą bomb, chociażby były to potężne bunker busters (niszczyciele bunkrów). Iran wydaje się zresztą zmierzać nie do skonstruowania bomby, a do osiągnięcia możliwości technicznych jej stworzenia. Z bronią A czy bez niej Iran jest bezpieczny, a reżim bardziej niż amerykańskich czy izraelskich nalotów obawia się o stabilność wewnętrzną.

Wznowione po raz kolejny negocjacje w łonie P5+1 (stała piątka RB ONZ + Niemcy) z Iranem nie przyniosą żadnego przełomu. Podobnie jak poprzednie tego typu rozmowy. Po obu stronach pozostanie co najwyżej frustracja. Nie ma szans na porozumienie, ponieważ stanowiska obu stron są nie do pogodzenia. A jakoś nikt nie chce wykonać kroku do przodu, żeby przełamać impas. Głównym problemem jest całkowity brak zaufania między Iranem a Stanami Zjednoczonymi. Stoją za tym głębokie urazy z ostatnich trzech dekad. Perspektyw na odbudowę zaufania brak, obie strony zadowalają się na razie biciem piany i propagandą.

Konsekwencje atomowego Iranu

Czy atomowy Iran będzie stanowił poważny problem dla regionu bądź dla świata? Mocno wątpliwe. Na ten temat wylano już hektolitry atramentu. Ciekawy jest na przykład ten raport, który rozprawia się z tezą o nieuchronnym wyścigu zbrojeń atomowych między Iranem a Królestwem Arabii Saudyjskiej. Jeśli rzeczywiście Iran wejdzie w posiadanie broni atomowej, Amerykanie mogą to zneutralizować oferując swój parasol ochronny sojusznikom w regionie. Będzie to oznaczało koniec gry, a nie jej początek.

Jednocześnie irańskie władze poczują się pewniej, reżim będzie bezpieczniejszy, a to z kolei może sprzyjać próbom ekspansji zewnętrznej - w postaci bardziej aktywnego lub bezpośredniego zwiększania wpływów. Na to parasol ochronny USA nie zadziała, ale są inne narzędzia, które może zastosować Waszyngton albo państwa regionu.

Delikatna sytuacja wewnętrzna

Sam Iran znajduje się teraz w newralgicznym momencie zmiany na szczytach władzy. Co prawda uprawnienia prezydenta są niewielkie, bo wszystkie kluczowe decyzje podejmuje najwyższy przywódca (Ali Chamenei), to posiada on mandat z wyborów powszechnych i to daje mu znaczącą siłę przebicia. Walka o schedę po Ahmadineżadzie jest brutalna, o czym rozpisują się media na całym świecie. Ostatnio uwagę przykuła m.in. publiczna kłótnia między Ahmadineżadem a klanem Laridżanich. Sprawę uciszył dopiero najwyższy przywódca, ale nie oznacza to, że nastąpiło zawieszenie broni.

Tak się składa, że irańskie wybory prezydenckie ponownie wypadają w trakcie pierwszych miesięcy kadencji prezydenta Obamy. Poprzednio wyciągał on otwartą dłoń do Irańczyków, proponował dialog. Jego reakcja na brutalne tłumienie protestów po sfałszowanych wyborach była jednak bardzo ograniczona. Szybko też wycofał "marchewkę" i wrócił do polityki sankcji i straszenia ew. opcją militarną w sprawie programu atomowego. Teraz sytuacja może się powtórzyć. Czy w razie protestów Stany Zjednoczone mocniej wesprą opozycję? Czy znowu będą przyglądać się pokazowi siły reżimowych bojówek i strażników rewolucji? Trzeba też pamiętać, że najwyższy przywódca Chamenei nie jest już najmłodszy ani najzdrowszy. Wakat na stanowisku przywódcy oznacza polityczny chaos. To są okazje do ewentualnego uderzenia wojskowego, ale też do politycznego rozegrania. Można też nie robić za wiele i czekać na rozwój zdarzeń. Obama będzie miał twardy orzech do zgryzienia.

Iran miesza w Syrii

Pisząc o Iranie nie można nie wspomnieć o Syrii. Teheran z całych sił wspiera prezydenta Assada w walce z rebeliantami. Na niewiele się to zdaje, bo Assad jest w defensywie. Jeśli wreszcie przegra, wpływy Iranu w regionie zostaną drastycznie ograniczone. Nie oznacza to, że Iran nie będzie mógł namieszać, próbując ograniczać straty. Nie od dziś pojawiają się informacje świadczące o przygotowaniach Iranu do rzeczywistości post-Assadowskiej. Nie wątpię, że są przynajmniej częściowo prawdziwe. Co będzie robił Iran? Wspierał dotychczasowych sojuszników i rozniecał ogień destabilizujący Syrię. Libia bez takich "atrakcji" do dziś nie może się pozbierać.

Piotr Wołejko

środa, 20 lutego 2013

Tytułowe pytanie powraca niczym bumerang po kolejnych "wybrykach" królestwa Kimów. Nie inaczej było ostatnio, gdy 12 lutego br. Korea Północna przeprowadziła trzeci w swej historii test atomowy (co więcej, jak chwalił się reżim, z wykorzystaniem zminiaturyzowanej głowicy). Chiny znowu zostały postawione w niezręcznej sytuacji, a ich stanowcze potępienie postępowania Pjongjangu mogło co najwyżej wywołać zażenowanie partnerów międzynarodowych. Sytuacja nie jest jednak tak prosta, a Chiny mają ograniczony wpływ na działania swego sąsiada.

Przewaga klienta nad patronem

Na temat stosunków chińsko-północnokoreańskich pisałem in extenso w maju 2010 r. Ukazywałem je jako przykład relacji patron-klient w polityce międzynarodowej (o tym koncepcie pisałem więcej w lipcu 2009 r.). Jak się okazuje, wpływ patrona na państwo klienckie jest mocno ograniczony, a klient ma spory margines swobody. Dotyczy to zarówno relacji Chin z Koreą Północną, jak też USA z Izraelem czy Iranu z Hezbollahem.

grafikaTen ostatni przykład, mimo że dotyczy relacji państwa z aktorem niepaństwowym, jak najbardziej wpisuje się w generalne zasady układu patron-klient. Pozwala też przypomnieć o tym, że patron czasem może przymusić klienta do dogodnego dla siebie zachowania. Hezbollah został tak przyciśnięty na początku lat 90. ubiegłego tysiąclecia, gdy Iran wymusił na nim uwolnienie porwanych zagranicznych cywilów. Nie było łatwo, ale Iran porozumiał się ze Stanami Zjednoczonymi i wywiązał się ze swojej części umowy. Jednakże Hezbollah nie mógł, i nadal nie może sobie pozwolić na zadrażnienia w stosunkach z Iranem. Jest to główny sponsor i dostawca uzbrojenia dla organizacji. Nie ma alternatywnego patrona (Syria jest za słaba), a poczucie zagrożenia ewentualnym starciem z Izraelem jest znaczna.

Co z tą Koreą?

W interesującym artykule prof. Steve Tsang z University of Nottingham proponuje Chinom, by przycisnęły Pjongjang do ściany i zakomunikowały Kim Dzong Unowi, że nie pozwolą na szantaż i wymuszanie pomocy wtedy, gdy może to szkodzić chińskim interesom. Teoretycznie logiczne, natomiast w relacjach patron-klient rzadko się to sprawdza. Co więcej, wbrew temu co pisze Tsang, status quo nadal jest dla Chin mniej kosztowny niż dopuszczenie do upadku reżimu i poniesienie konsekwencji takiego obrotu zdarzeń. Lepsze jest wrogiem dobrego, a przedstawiony przez Tsanga scenariusz jest dla Chin bardzo optymistyczny. Warto jednak pamiętać, że w takich przypadkach dużą rolę odgrywa także "Pan Murphy" (ten od praw) i trzeba jego udział brać pod uwagę.

Dla Korei Północnej posiadanie broni jądrowej jest gwarancją trwania reżimu. Oczywiście nie 100-procentową gwarancją, bo takie w polityce międzynarodowej nie występują. Jest to jednak gwarancja na tyle skuteczna, że gra jest warta świeczki. Chiny nie są działaniami Pjongjangu zagrożone. Jako w zasadzie jedyny partner reżimu prowadzą z nim dialog i dbają o interesy. Na pewno "wybryki" Północy nie są Pekinowi na rękę i krótkoterminowo szkodzą wizerunkowi, lecz nie są to koszty nie do udźwignięcia.

Piotr Wołejko

 

grafika: Wikimedia Commons (autor: Gilad Rom)

poniedziałek, 18 lutego 2013

Siły zbrojne czy rozwinięta gospodarka? Co będzie wyznacznikiem siły w XXI stuleciu? Na tak postawione pytanie próbuje odpowiedzieć amerykański politolog Joseph Nye. Warto przyjrzeć się  jego zwięzłej analizie. Konkluzja artykułu Nye'a jest następująca: wojsko nie będzie tak istotne, jak w XIX i XX w., natomiast pozostanie kluczowym elementem polityki globalnej.

Silna gospodarka jest zazwyczaj punktem wyjścia do stworzenia silnej armii. Wystarczy podać tu przykłady Wielkiej Brytanii i Francji w XVI-XIX w., Niemiec w XIX i XX w. czy Stanów Zjednoczonych, Japonii czy Związku Sowieckiego w XX stuleciu. Jednakże można budować potężną, przynajmniej liczebnie, armię bez prężnej ekonomii. Spójrzmy na Koreę Północną, gdzie większość mieszkańców przymiera głodem, a kraj przeprowadza testy rakiet balistycznych i głowic jądrowych. W przypadku konfliktu taka układanka posypałaby się jednak niczym domek z kart. Słaba gospodarka nie byłaby bowiem w stanie utrzymać potężnej machiny wojennej w ruchu. Musiałaby liczyć na zdobyczne surowce i środki. Taka sytuacja nie jest jednak niczym nowym w historii (Aleksander Wielki, Napoleon, Hitler). 

Posiadanie silnej i sprawnej armii nie jest w dzisiejszych czasach ekstrawagancją. W Europie może się nam wydawać inaczej, ale wynika to z ignorancji i krótkiej pamięci. Bałkany w latach 90. i na początku obecnego tysiąclecia pokazują, że nawet na naszym, rzekomo spokojnym kontynencie, konflikty są jak najbardziej możliwe. Gdy spojrzymy dalej, na drugą stronę Morza Śródziemnego, dojrzymy mnóstwo trwających i potencjalnych konfliktów, które mogą wymusić zaangażowanie europejskich sił zbrojnych. Dziś już tylko kilka państw jest w stanie wyjść poza Europę i, jak Francja, poprowadzić zamorską operację. Byłoby to jednak bardzo trudne bez wsparcia, głównie logistycznego, Stanów Zjednoczonych.

Ameryka jest ciekawym przykładem także dlatego, że jej flota odegrała znaczącą rolę po azjatyckim tsunami w 2004 roku. US Navy zrobiła to, czego oczekiwała tzw. międzynarodowa opinia publiczna - pomagała dotkniętym przez kataklizm. Czy za dziesięć lat będzie w stanie działać na taką skalę? W obliczu zapowiadanych cięć i ograniczania liczby okrętów, pytanie jest jak najbardziej zasadne. Samo soft-power w postaci wyasygnowania pieniędzy nie wystarczy. Potrzebne są elementy hard-power, tylko że stosuje się w pokojowy sposób.

Niemniej, wojsko nadal wykorzystuje się głównie do tego, do czego jest ono przeznaczone. Udowodniliśmy już, że nawet w Europie występowały konflikty zbrojne. W ogóle trudno uznać ostatnie dwie dekady za czas pokoju. Liczba wojen, gdy zacznie się je podsumowywać, może zaskoczyć. A musimy do niej dodać konflikty o charakterze wewnętrznym, w tym te, w których interwencja zewnętrzna nie jest możliwa. Siły zbrojne nadal są bardzo potrzebne i mają co robić. W krajach i regionach, gdzie państwowość jest słaba bądź iluzoryczna, nie występują regularne siły zbrojne. A konflikty bez ich udziału bywają bardziej krwawe i długotrwałe. I tutaj wracamy do gospodarki, która cierpi już na braku odpowiedniego poziomu bezpieczeństwa, nie wspominając o pełnowymiarowym konflikcie. W tym kontekście warto wspomnieć o Kenii, która zdecydowała się w ubiegłym roku na interwencję w Somalii (poprzez wsparcie trwającej już interwencji międzynarodowej) z powodu rosnącego zagrożenia dla jej najbardziej intratnego źródła dochodów - turystyki.

W sporze interesów z gospodarką zazwyczaj zatryumfują te pierwsze. Fakt, że Wielka Brytania i Niemcy były dla siebie głównymi partnerami handlowymi w 1914 roku nie powstrzymał ich od prowadzenia ze sobą wojny. Między bajki można włożyć teorie głoszące zwiększanie się bezpieczeństwa międzynarodowego w miarę postępującej wymiany handlowej czy globalizacji. Dlatego oprócz silnej gospodarki poważne państwa rozwijają własne siły zbrojne. Zgodnie z zasadą si vis pacem, para bellum.

Piotr Wołejko

środa, 13 lutego 2013

Prezydent Barack Obama wygłosił orędzie o stanie państwa. Co oczywiste, skupił się na sprawach wewnętrznych, w szczególności na gospodarce. Poświęcił jednak trochę czasu polityce zagranicznej. I na niej się skupimy.

Climate change na poważnie

Zaczęło się od zmian klimatycznych i przeciwdziałaniu nim. Obama wezwał Kongres do podjęcia działań w tej dziedzinie. Legislacja powinna wprowadzać rozwiązania oparte na modelu rynkowym, który dobrze się w Ameryce sprawdził, chociażby w przypadku ograniczenia emisji tlenku siarki. Prezydent zagroził przy tym, że jest gotów do podejmowania jednostronnych decyzji w sytuacji braku porozumienia na Kapitolu. Przypomniał, że zdarzenia takie jak huragan Sandy można uznawać za przypadkowe albo powiązać je z dominującym w świecie naukowym poglądem o rosnącym wpływie emisji gazów cieplarnianych na zmiany klimatyczne. Żeby im przeciwdziałać potrzeba nie tylko działań na własną rękę, lecz również współpracy międzynarodowej. O niej nie było mowy. Tymczasem cały czas trwają prace nad przyjęciem traktatu, który zastąpi słynne porozumienie z Kioto. Bez USA nie będzie miał on sensu. A inni główni emitenci, z Chinami na czele, nie palą się do nakładania na siebie żadnych wiążących zobowiązań.

Afganistan i Al-Kaida

Następnie prezydent podniósł kwestię Afganistanu i walki z terroryzmem. Według słów Obamy, dzięki poświęceniu żołnierzy i cywilów „Stany Zjednoczone zakończą misję w Afganistanie i osiągną nasz cel, jakim jest pokonanie rdzenia Al-Kaidy”. Misja afgańska zbliża się do końca – to fakt. Obama przed wyborami wycofał dodatkowe 33 tys. żołnierzy, a do końca 2014 roku wycofane zostaną pozostałe siły. Trwają negocjacje z rządem afgańskim w sprawie zaangażowania USA w Afganistanie po 2014 roku. Możliwe są wszystkie opcje, od pozostawienia znacznego kontyngentu po totalne wycofanie się z kraju (jak w przypadku Iraku).

grafikaźródło: WhiteHouse.gov

To wszystko wiedzieliśmy już wcześniej. Ważniejsze jest twierdzenie Obamy o pokonaniu rdzenia Al-Kaidy. Jak pisaliśmy w maju ub.r. z Michałem Holą, terroryzm ewoluuje i trudno o jednoznaczną ocenę, czy jesteśmy bezpieczniejsi po zabiciu Osamy bin Ladena i rozprzestrzenieniu się Al-Kaidy w innych miejscach świata (Jemen, Afryka Północna, Somalia, Sahel). Trudno więc uznać za prawdziwe słowa, iż „organizacja, która zaatakowała nas 11 września 2001 r. jest cieniem samej siebie”. Jest inna, jeszcze bardziej zdecentralizowana, ale wcale nie mniej niebezpieczna. We współpracy z lokalnymi ugrupowaniami jest w stanie, co pokazuje przykład Jemenu, Somalii a ostatnio Mali, kontrolować znaczne terytorium i narzucać własną ideologię. Al-Kaida jest elastyczna i nadal atrakcyjna.

W kontekście terroryzmu Obama zapowiedział też informowanie Kongresu, społeczeństwa oraz świata o podejmowanych przeciwko terrorystom działaniach. Wynika to zapewne z chęci uspokojenia wzburzenia wywołanego polityką ekspansji ataków samolotów bezzałogowych na pograniczu pakistańsko-afgańskim czy w Jemenie oraz nieustannie powracających doniesień o potężnej sieci tajnych więzień i katowni CIA. Administracja Obamy musiała dojść do wniosku, że zaczyna tracić piarowsko w tym zakresie i potrzebne jest kontrnatarcie.

Atom, otwarcie na Europę i obrona wartości

Następnie Obama napomknął o Korei Północnej i Iranie, potępiając prace nad rozwojem militarnej technologii nuklearnej i wzywając Teheran do negocjacji. Obama ma zamiar kontynuować współpracę z Rosją w dziedzinie redukcji potencjału atomowego. Tutaj pojawia się pytanie, czy Moskwa jest gotowa do kooperacji. Od powrotu Putina na Kreml widzimy zdecydowanie ochłodzenie w relacjach amerykańsko-rosyjskich. Nie widać natomiast potencjału do kolejnego resetu.

W relacjach z Europą Obama zaproponował rozpoczęcie prac nad kompleksowym porozumieniem o wolnym handlu i inwestycjach z Unią Europejską. Trudno nie odnieść wrażenia, że to chęć podbudowania więzi transatlantyckich, nadwerężonych przez amerykański zwrot ku Azji. Amerykanie pracują już nad układem o wolnym handlu na Pacyfiku. Teraz chcą nadrobić zaległości w Europie. Zwracając się ku przyszłości, która najpewniej znajduje się na azjatyckich rynkach, warto pamiętać o teraźniejszości – tutaj przewaga Europy nad resztą świata jest nadal ogromna. Poprawa kondycji gospodarek państw europejskich jest istotna również przez wzgląd na NATO.

Na koniec Obama zapewnił o poparciu dla dążeń wolnościowych, przywołując przykłady pokojowej demokratyzacji w Birmie oraz wojny domowej w Syrii. O interwencji w tej ostatniej nie ma mowy. Będzie natomiast „presja na reżim” oraz poparcie Izraela w jego działaniach na rzecz zapewnienia bezpieczeństwa i pokoju. Niestety, nie wymienił w tym kontekście Palestyńczyków. A bez nich osiągnięcie czegokolwiek będzie niemożliwe. Swoją drogą, trudno spodziewać się tego, że Obama uzgodni cokolwiek z Netanjahu. Musiałby wykazać naprawdę ogrom determinacji i zaangażować się w sprawę osobiście. A raczej nie ma na to czasu ani ochoty. Uniknie też okazji to poniesienia spektakularnej porażki.

Jak widać, polityka zagraniczna została potraktowana po macoszemu. Prezydent Obama pominął szereg państw i poważnych problemów, z którymi przyjdzie mu się zmierzyć (relacje z Pakistanem czy Chinami, spory terytorialne na Morzu Południowochińskim, meksykańskie kartele narkotykowe, eksploracja surowców w Arktyce). Jego przemówienie to jednak orędzie o stanie państwa, a nie o działaniach na arenie międzynarodowej. O tych więcej powie sekretarz Kerry. A wszystko skomentujemy na Dyplomacji.

Piotr Wołejko
wtorek, 12 lutego 2013

Szczyt stanowi doskonały przykład win-win strategy, w której każdy dostał coś, co może zaprezentować jako sukces. Na poziomie przekazu medialnego diagnoza jest prosta: wygrali wszyscy. Premier Cameron dostał to, co chciał, czyli przycięcie budżetu do 908 mld euro po stronie płatności. Oznacza to spełnienie postulatów dalszych cięć. Merkolland dostał sukces już na drugim szczycie (poprzednia perspektywa wymagała aż trzech), co ułatwi kanclerz wygranie zbliżających się wyborów (temat pieniędzy niemieckiego podatnika marnowanych w Brukseli zniknie z mediów). Tu tkwi tajemnica tak dziwnie skonstruowanego 7-letniego budżetu. Brak kompromisu i oparcie się na prowizoriach budżetowych uchwalonych corocznie przez Parlament Europejski byłoby masakrą piarowską dla rządów płatników netto, a dla Pani Kanclerz w szczególności. Przewodniczący Parlamentu Europejskiego Martin Schulz zadbałby o odpowiedni poziom debaty tej jesieni (reprezentuje SPD, główną opozycję wobec CDU, z której wywodzi się Merkel).

Kto wygrał?

Szpagat z niespotykaną dotychczas różnicą pomiędzy płatnościami a zobowiązaniami (medialnie uznano to za deficyt budżetu) służy zabezpieczeniu przed wetem płatników netto (dla nich są niskie wpłaty) i biorców netto (dość rozsądny, biorąc pod uwagę realia, poziom zobowiązań). Dla przypomnienia – w trakcie poprzednich negocjacji - projekt perspektywy 2007-13 zawetowali właśnie płatnicy netto (WB), jak i biorcy netto (Hiszpania). Najwyraźniej tą lekcję w Berlinie zapamiętano.

Wygranymi są również instytucje europejskie. Stanowisko przewodniczącego Rady Europejskiej wykazało swoją przydatność. Parlament Europejski wyraźnie zdystansował Komisję w roli przeciwwagi państw członkowskich. Pełna lista wygranych krajów znajduje się tutaj, a fajna – głównie twitterowa zbitka całych negocjacji tutaj.

W świecie realnym, a nie medialnym, Polska jest bez wątpienia jednym z największych beneficjentów porozumienia, chociaż nie jedynym. Z dużych państw na szczycie wygrały Niemcy, utwierdzając swoją pozycję głównego rozgrywającego. Zwycięzcami są również kraje postkomunistyczne – z rozszerzeń 2004 i 2007 roku, chociaż wszystko wskazywało, że poniosą największe straty. O sukcesie może mówić też Parlament Europejski, jak również przewodniczący Rady Herman von Rompuy.

Kto przegrał?

Najwięcej Unia Europejska jako całość. Budżet 2014-2020 jest, w kontekście globalnym, kiepskim powtórzeniem tego z lat 2007-2013, ignorującym słabnącą pozycję państw europejskich w globalnej wielkiej grze. W praktyce stał się on jednym wielkim transferem socjalnym. Z dużych projektów R&D (czyli badania i rozwój) ostał się jedynie program Galileo. Lista przegranych jest dużo dłuższa. Jest nim zarówno premier Cameron, który co prawda obronił rabat, ale w blairowskim rozmiarze. Prezydent Holland był typowym aktorem drugiego planu, co chyba jest poniżej ambicji. Całkowicie nie zaistniały „średnie mocarstwa” Europy, czyli Włochy i Hiszpania. Nie lepiej wypadli mali płatnicy netto. Rozdano im co prawda rabaty, ale jednocześnie przycięto w nowym budżecie to, co się w tych krajach najbardziej podobało. Wielkim przegranym szczytu jest również Komisja Europejska, chociaż „cięcia” w wydatkach na administrację okazały się symboliczne, to w sensie politycznym szczyt wykazał słabnącą pozycję tej instytucji. Nie udało się wybronić więcej z pierwotnej propozycji, od której rozpoczęła się cała dyskusja.

Co stoi za polskim sukcesem?

Bez większych wątpliwości możemy przyjąć, że szczyt stanowi sukces Polski. Skrywana medialnie porażka w pewnym obszarze wspólnej polityki rolnej, w postaci obcięcia środków na tzw. II filar, jest tak naprawdę mało znaczącym szczegółem.

Warto się jednak zastanowić, czy był to cud nad Wisłą, czy Wersal – w rozumieniu negocjacji pokojowych po pierwszej wojnie światowej, gdzie zadecydowały się zachodnie granice II RP. Obiektywnie, pasywna strategia negocjacyjna, stosowana zresztą przy poprzednich negocjacjach w 2005 i 2006 roku, sprowadzająca się do jazdy na gapę, najpierw w wagonie niemieckim a potem francuskim, dała nam 4,5 mld euro więcej niż w 2006 roku, co przy ogólnie mniejszej puli całego budżetu jest wielkim sukcesem. Trzeba jednak zauważyć, że pozostałe aktywne elementy negocjacji po stronie polskiej były zdecydowanie mniej udane. Praktycznie żadnej roli nie odegrała grupa tzw. „przyjaciół spójności”, a można wręcz powiedzieć, że odegrała rolę negatywną w listopadzie, kiedy to - żeby nieco podsypać starym biorcom netto (kraje południa) - obniżono nieco capping, czyli maksymalny poziom absorpcji środków spójności. Automatycznie obniżyło to kwotę dla Polski. W tym przypadku przyjaciele spójności strzelili nam w kolano, nie dając nic w zamian. Główni gracze tej grupy, czyli Włosi i Hiszpanie, byli tak osłabieni kryzysem, że nie odegrali praktycznie żadnej roli w negocjacjach, zarówno w listopadzie jak i w lutym. Warto podkreślić, że w trakcie poprzednich negocjacji to właśnie Madryt - wraz z Londynem (choć z różnych pozycji) -  położył jeden ze szczytów.

Jak ocenić działania naszego komisarza?

Chociaż premier Donald Tusk chwalił mocno w swojej poszczytowej wypowiedzi „naszego” komisarza, to trudno uznać jego występ za udany. Pomijając problem propozycji startowej budżetu – delikatnie mówiąc mało przemyślanej w perspektywie przyszłych negocjacji, to liczba medialnych gaf będących udziałem naszego człowieka w Komisji była zdecydowanie zbyt duża. Można wspomnieć o dwóch istotniejszych: pierwsza to informowanie przed pierwszym szczytem w listopadzie o przygotowywaniu się przez Komisję na prowizorium budżetowe, co zostało odebrane jako strzelanie we własny projekt budżetu; druga to wywiad dla pewnej duńskiej gazety, w której komisarz Lewandowski wyraźnie odmówił Danii prawa do rabatu. Wywiadu udzielił na kilka dni przed lutowym szczytem, kiedy rabat dla Danii był dawno dogadany. Niepotrzebnie podniosło to ciśnienie wśród tych krajów i scementowało koalicję Wielkiej Brytanii, Niemiec, Danii, Holandii i Finlandii, która faktycznie rozegrała cały szczyt. Trudno się dziwić, że tak wyraźną nieporadność wykorzystał przewodniczący Parlamentu Europejskiego i to on a nie komisarz, zorganizował konferencję prasową, która była głównym wydarzeniem pierwszego dnia szczytu. Niezbyt udane występy medialne mają też aspekt czysto personalny. Warto przypomnieć, że poprzednik komisarza Lewandowskiego na tym stanowisku to aktualna prezydent Litwy, która wypromowała się właśnie w trakcie poprzednich negocjacji nad budżetem wspólnoty.

Więcej pieniędzy, które trudniej będzie wydać

Wydaje się więc, że naszemu sukcesowi bliżej do cudu nad Wisłą – rzadkiemu w naszych dziejach zbiegowi pozytywnych zbiegów okoliczności, niż przebiegłości negocjacyjnej. Trzeba również podkreślić, że pieniądze z budżetu 2014-2020 będą dużo trudniej dostępne niż te z perspektywy na lata 2007-2013. Wykorzystano to już w momencie jego uchwalania. Różnica pomiędzy płatnościami i zobowiązaniami to nie tyle deficyt, co miara niewykorzystania środków przez beneficjentów. Dzisiaj te niewykorzystane środki (a jest ich całkiem sporo) wracają do tych którzy je wpłacili. „Myk” negocjacyjny zastosowany przez HvR polegał na pokazaniu tej różnicy już na starcie i założeniu że płatnicy netto po prostu ich nie wpłacą, zamiast po wpłaceniu dostawać je powrotem.

Marek Bełdzikowski, Czytelnik bloga Dyplomacja

 
1 , 2
Zakładki:
1. Dyplomacja w Sieci
2. Blogi zagraniczne
3. Think-tanki
4. Media zagraniczne
5. Blogi polskie
6. Militaria
7. Periodyki
liczniki
Dyplomacja on Facebook