środa, 26 lutego 2014

Panie prezydencie, gwarantuję Panu że w tym momencie – gdzieś, w jakiś sposób, ktoś z administracji rządowej właśnie coś spieprzył. W ten sposób sekretarz obrony Robert Gates podsumował sytuację z którą mierzy się każda osoba na wysokim stanowisku kierowniczym. W momencie, gdy dowiaduje się o problemie, jego konsekwencje dotknęły już wielu osób i są potencjalnym zagrożeniem dla funkcjonowania administracji. Szczególnie gdy kieruje się organizacją skupiającą kilkaset tysięcy osób, jak Departament Obrony. Autor wspomnień Duty: Memoirs of a Secretary at War wie o czym mówi. Pracował w administracjach 8 prezydentów USA. Towarzyszył Z. Brzezińskiemu w rozmowach z przedstawicielami Iranu na kilka dni przed zajęciem ambasady USA w Teheranie. Przez wiele lat pracował w National Security Council a pod koniec zimnej wojny został dyrektorem CIA. W administracjach G.W. Busha i B. Obamy pełnił funkcję sekretarza obrony. Nominację na stanowisko otrzymał gdy był rektorem uniwersytetu w Teksasie. W krótkim czasie przyszło mu spotykać pozornie takich samych dwudziestolatków jak na uczelni, ale tym razem byli to żołnierze ciężko doświadczeni przez wojnę w Afganistanie i Iraku.

Zmiany w armii, zmiany na polu bitwy

grafikaWiększość omawianej książki dotyczy tych dwóch miejsc i wszystkiego, co z nimi - z militarnego punktu widzenia- związane. Gates obrazowo zdiagnozował sytuację. Inwazje na te dwa kraje były jak gonienie samochodu przez psa. Pies samochód dogonił, ale tak właściwie to po co? Zastępował Donalda Rumsfelda, bliskiego przyjaciela wiceprezydenta Cheneya, który miał olbrzymi wpływ na politykę wojenną USA. W tym kontekście opisuje jak istotne są relacje personalne. Jak wiele od nich zależy. A wszystkie decyzje, jakie przychodzi podejmować związane są z olbrzymimi kosztami, naciskami, ryzykiem. Jedną z najtrudniejszych było wydłużenie czasu służby na wojnie z 12 do 15 miesięcy. Oznaczało to że wielu żołnierzy ominie dwa razy pod rząd święta, urodziny dzieci, itp. (tzw. law of twos). To wiązało się z olbrzymią presją i zwiększeniem liczby urazów psychicznych żołnierzy. Jedną z najdroższych decyzji była konieczność zwiększenia liczebności armii: Marines o 27 000 (do 202 000), US Army o 65 000 (do 547 000). Ameryce po prostu brakowało żołnierzy dla przedłużającej się wojny na dwóch frontach. Sama ta decyzja kosztowała 100 mld $. Autor zauważył, że to posunięcie uratowało Irak i Afganistan przed upadkiem i pozwoliło USA na zintensyfikowanie działań wojennych (surge). Każda ze znaczących decyzji była ryzykowna. Administracja nigdy nie była w stanie przewidzieć sytuacji w perspektywie najbliższych 6 miesięcy.

Tym bardziej, że zmieniła się charakterystyka współczesnych konfliktów. Ze state-to-state na bardziej lokalne i punktowe. Dla ich rozwiązania nie była nawet konieczna olbrzymia przewaga militarna, ale często techniczna. Na przykład zagrożenie ze strony fundamentalistów operujących z terytorium Pakistanu, wobec braku współpracy z rządem, było niwelowane poprzez użycie dronów. Skala rozwoju tej technologii jest olbrzymia. W 2003 r. było w Iraku 8 UAV (Unmanned Aerial Vehicle). W 2008 r. już 1700. Liczebność wojsk specjalnych (m. in. SEAL, Delta Force) zwiększono w związku z tym o 30%. Bush podczas swojej ostatniej wizyty w Pentagonie usłyszał, że tego dnia Special Operations Command prowadzi działania w 61 krajach (!). Często jednak hamulcem w rozwoju technologii bywa biurokracja. O MRAPach – najlepiej opancerzonych pojazdach chroniących żołnierzy przed ładunkami wybuchowymi umieszczanymi przy drogach (IED) – Gates dowiedział się z prasy. A blisko 80 % ofiar było skutkiem właśnie IED. Wprowadzenie do służby tych pojazdów zmniejszyło zagrożenie o 75% (!), choć od pierwszej prośby generałów do decyzji Pentagonu minęły 2 lata.

Gates mówi jak jest, jego zdaniem

Robert Gates ustanowił precedens, służąc na tym stanowisku w dwóch różnych administracjach – republikańskiej i demokratycznej. Dzięki temu ma unikalną perspektywę i nie waha się prezentować swoich opinii. Nowa administracja skażona jest grzechem micromanagement – próby zarządzania każdą sprawą. Stara też nie jest bez winy, z reguły zostawia zobowiązania nie do wykonania. Gates zmuszony był przez Obamę do cięcia 33 głównych programów, które sam zaproponował Bushowi. Choć według niego prezydenci Obama i Bush nigdy nie rozpatrują ponownie raz podjętej decyzji, to Bush kierował się częściej instynktem, natomiast Obama chce poznać wszystkie możliwe opcje (most deliberative president I worked for). Dwunastego dnia swojej prezydentury B. Obama powiedział mu: niepokoi mnie to co wiem, to czego nie wiem niepokoi mnie jeszcze bardziej, a najbardziej martwię się o to czego mi nie mówią. Wiele informacji zanim dotrze do prezydenta dociera do prasy. I tutaj pojawia się ciekawy podział. Jeśli przeciek pochodzi z Białego Domu, to z reguły pojawia się w New York Times. Jeśli z Pentagonu to zwykle w Washington Post. A prasa w USA ma dużą siłę rażenia. Jeden artykuł w magazynie Rolling Stone pozbawił stanowiska głównodowodzącego wojskami w Afganistanie generała McChrystala. Gates nie szczędzi ostrych słów wobec nieodpowiedzialnych zachowań, które doprowadzają do takich komplikacji. Prezydenta Saakaszwiliego nazywa aggressive and impetuous georgian nationalist, prezydenta Karzaja - przeczulonym na swoim punkcie, ponieważ tamten potrafi zrzucać winę na USA za krytyczny artykuł w Irish Times (who the hell reads IT outside Ireland?!).

Potrafi także krytycznie spojrzeć na własne działania. Wiele decyzji podejmowanych na najwyższych szczeblach określa po prostu jako głupie. Jako sekretarz obrony anulował program nowego helikoptera prezydenckiego VH-71. Miał gorsze osiągi niż dotychczasowy (m.in. zasięg i możliwość manewrowania) ale za to oferował mikrofalówkę na pokładzie. Gates skwitował: żeby prezydent w czasie ataku nuklearnego zdążył sobie podgrzać obiad.  Tak opisuje swój wpływ na „wolne” wybory w Afganistanie: wszystko to była brudna sprawa, prezydent Afganistanu był umoczony (tainted), a nasze (USA) ręce były równie brudne. Wszystko to dlatego, że naciskał na złamanie konstytucyjnego terminu wyborów prezydenckich, tak aby USA zdążyły wesprzeć opozycję wobec Karzaja. Inne kraje nie były lepsze. W Iraku aresztowano irańskiego generała, który za odpowiednie głosowanie obiecywał legislatorom 250 000 $. Pytanie tylko czy USA chcą być na równi z Iranem.

Tarcza antyrakietowa

A propos wątku irańskiego, pojawia się sprawa Polski i Czech – czyli tarczy antyrakietowej. Gates tłumaczy powody wycofania z projektu rozwojem techniki. Tarcza ma służyć do obrony przed rakietami dalekiego zasięgu m. in. z Iranu i Korei Północnej. Ponieważ oba kraje rozwijają raczej rakiety średniego zasięgu (grożące Bliskiemu Wschodowi i Alasce), które można unieszkodliwić nowymi rakietami SM-3 z okrętów i dotychczasowych baz (Alaska i Kalifornia) - nie ma powodu dla rozwijania tej technologii w Polsce. Rozumie jednak rozgoryczenie, choć jego zdaniem wynika ono z różnicy interesów. Polska chciała rakiet, a właściwie związanego z nimi pakietu militarnego jako straszaka na Rosję i element wewnętrznej rozgrywki politycznej. Prezydent Kaczyński naciskał na zakończenie negocjacji przed wyborami w 2009 r., a minister Klich na zaangażowanie na poziomie podobnym do tego jakie USA ma w Jordanii i Pakistanie. Gates przypomina w tym miejscu błędną decyzję ogłoszenia informacji  o rezygnacji z tarczy 17 września - w rocznicę napaści na Polskę (chociaż myli się pisząc o agresji Nazistów).

Co wpływa na podejmowane decyzje?

Sprawa tarczy antyrakietowej jest pewną egzemplifikacją problemów przed jakimi stoją decydenci. Wytyczanie kierunków działań wiąże się z wieloma aspektami, których z zewnątrz nie widać, a także takimi, za którymi nie idzie racja, ale nacisk polityczny, finansowy. Do tego dochodzą kwestie personalne – ambicji, głupoty, obojętności, braku odwagi, itp. To wszystko otacza jeszcze nieprzewidywalna rzeczywistość. Robert Gates w sposób bardzo bezpośredni podchodzi do tych spraw przedstawiając barwny i nierzadko przygnębiający opis rzeczywistości oraz próby zmiany stanu rzeczy. Jest to odważna książka, po napisaniu której raczej nie przybyło mu przyjaciół. Z drugiej strony otrzymujemy wyjątkową możliwość podejrzenia polityki USA od kuchni.

Dariusz Pruchniewski

 

Poprzednio Darek opisywał książkę "Jack Kennedy. Elusive Hero".

 

Grafika pochodzi ze strony amazon.com, gdzie książka jest dostępna 20,99 dolarów w wersji papierowej i 24,53 dolarów w formie ebooka.

czwartek, 13 lutego 2014

Największym wydarzeniem  tego roku w polityce europejskiej jest wyścig do pracodawcy roku naszej klasy politycznej, czyli Parlamentu Europejskiego. Wizja prawdziwie europejskich apanaży i warunków pracy jest bez wątpienia silnym motywatorem do walki o biorące miejsca na listach. Co ciekawe, temperatura rywalizacji rośnie z kadencji na kadencję, chociaż wiedza o sowitych apanażach w tej relatywnie mało znaczącej instytucji wspólnoty, jest ograniczona. Efektem tego stanu rzeczy jest sprowadzenie spraw europejskich w polskiej kampanii wyborczej do Parlamentu Europejskiego do serii awantur o właściwe miejsce na listach kandydatów.

Niestety najbliższa kadencja europarlamentu może nie być jedynie spełnieniem wizji słonecznych i beztroskich wakacji na koszt niemieckiego podatnika. Przyczyną tego stanu rzeczy mogą być działania uważanego za naszego sojusznika premiera Wielkiej Brytanii i właśnie kanclerz Merkel. Ten funkcjonujący oficjalnie już od 2012 roku na europejskiej scenie tandem ma dość ambitną agendę zmian, która niestety w wielu punktach jest sprzeczna z interesami Polski i pozostałych biednych członków tej organizacji.

Mniej swobodna swoboda przepływu osób

grafikaW naszych mediach przebiła się jedynie antyemigrancka krucjata premiera Camerona, który zapowiedział cięcie socjalu dla emigrantów z nowych państw członkowskich.  W konsekwencji  przez nasze media przewaliła się nawała polityków donoszących o ich telefonach do premiera Zjednoczonego Królestwa. Co ciekawe – utrzymywano, że były to mało przyjacielskie w tonie i treści rozmowy - a Cameron był pozycjonowany przez główne siły polityczne w Polsce jako bliski nam człowiek w eurokołchozie. Ta zadziwiająca  wolta wizerunkowa była chyba pierwszym przejawem – przynajmniej w ostatnim 25-leciu – próby przynajmniej werbalnej obrony ekonomicznych interesów obywateli (jeszcze) polskich przez władze Polski. Oczywiście wynika to z faktu, iż chodzi o około miliona głosów samych emigrantów i ich rodzin.

Niestety, problem w Warszawie z Wielką Brytanią nie sprowadza się tylko do kwestii ostrej kampanii antyemigranckiej, polegającej na odebraniu zasiłków na dzieci, ale do kwestii bardziej fundamentalnych. Generalnie państwa bogate, w tym Anglicy, potrzebują innej Unii niż my, a lista sprzeczności czyli rozbieżności w interesach narodowych pomiędzy bogatymi a biednymi  jest całkiem spora. Najbardziej medialnym obszarem tego sporu jest oczywiście polityka imigracyjna. Nie ogranicza się ona jedynie do cięcia zasiłków na dzieci imigrantów. Pomysł zgłaszany przez Wielką Brytanię jest znacznie bardziej kompleksowy i wiąże się z ograniczeniem swobody przemieszczania się na terytorium wspólnoty. Co więcej Brytyjczycy w swoich planach nie są odosobnieni. Ich stanowisko znajduje nie tylko zrozumienie, ale i wsparcie u innych starych członków wspólnoty. Na razie nieformalne rozmowy na ten temat były prowadzone również w trakcie szczytu Partnerstwa Wschodniego w Wilnie. Do sojuszników Wielkiej Brytanii w tym zakresie można zaliczyć Niemców czy Holendrów, ale głosy wspierające pomysł ograniczający możliwości przemieszczania się po terytorium wspólnoty popierają nawet pozostające poza Unią, ale stosujące część jej praw Norwegia, czy Szwajcaria.

Kolejna odsłona walki z delokalizacją przemysłu

Niestety nie jest to jedyny aspekt czekających nas zapewne przemian wspólnoty. Zupełnie pominiętym w naszych mediach aspektem nowego pomysłu na Unię są pomysły w obszarze swobodnego przepływu towarów. Sprowadzają się one do różnych koncepcji ożywienia upadającego w krajach zachodnich przemysłu. Warto się tutaj wsłuchać w słowa premiera Wielkiej Brytanii, które zostały wygłoszone na niedawnym szczycie w Davos. Należy uświadomić sobie, że krajem low production costs jest również, a może przede wszystkim, Polska. Tekst wygłoszony przez Camerona brzmiał jak przemówienie kanclerza Schroedera czy też prezydenta Chiraca, którzy na dzień dobry dla dziesięciu nowych członków wspólnoty w 2004 roku rzucili hasło walki z delokalizacją unijnego przemysłu do jej nowych członków i stosowanym przez nich dumpingiem socjalnym. W przeciwieństwie do Chin czy Indii, Polska jest dość łatwym celem do stosowania różnych metod zachęcania producentów do powrotu do krajów starej unii.

Dlaczego mamy bać się właśnie teraz tego zagrożenia?  Napięcia na linii bogaci – biedni występowały zawsze,  zresztą nie tylko w tej organizacji.  Eurosceptycyzm jest wprost proporcjonalny do stopnia w jakim dany kraj jest płatnikiem netto do wspólnej kasy. Niechęć albo pisząc wprost ksenofobia wobec nowych członków charakteryzowała praktycznie każde rozszerzenie.  Przez prawie dekadę największe ofiary w tym zakresie ponosiły hiszpańskie owoce masowo wyrzucane przez francuskich farmerów  blokujących drogi w całej Francji w latach 90.

Czy aby na pewno Jedna Europa?

Tym, co odróżnia tamte czasy od dzisiejszych jest uruchomienie procesów integracyjnych odnoszących się do jedynie do wybranych członków, jak chociażby unia bankowa, w praktyce prowadzące do podziału wspólnoty jako całości. W przeciwieństwie do historycznych już procesów integracyjnych związanych np. z tworzeniem strefy Schengen nie są one dostępne dla wszystkich chętnych a jedynie dla wybranych. Jeśli ten proces nie zostanie zatrzymany, a wszystko wskazuje że niestety tak nie będzie, dzisiejsza w miarę egalitarna w zakresie poziomu integracji wspólnota stanie się formacją kilku prędkości, w której będzie dominować grupa państw posiadaczy waluty euro.  

Nie jest to jedyny z ośrodków mających ambicję tworzenia własnej wersji wspólnoty – jednym z nich jest pozostający poza strefą Euro ale bardzo silny w Brukseli gracz – czyli Wielka Brytania.  Paradoksalnie, w sytuacji w której unia jako całość traci swoją spoistość, będzie to dużo łatwiejsze.  Pozostali gracze zostaną nie tyle zmarginalizowani, ale przede wszystkim ich problemy i potrzeby będą stanowić peryferia problemów i dyskusji prowadzonych przez centrum w Brukseli. W sposób oczywisty będzie wymagało to zmiany traktatów unijnych. I proces przygotowania się do tej zmiany właśnie obserwujemy.

Najbardziej zaawansowani w tych przygotowaniach są Brytyjczycy, gdyż w kontekście przygotowywanej zmiany traktów należy traktować wypowiedzi premiera Camerona. Planowane przez niego referendum na temat dalszej obecności Wielkiej Brytanii w Unii będzie doskonałym argumentem do prowadzonych przez nią negocjacji o nowym traktacie. Wszyscy będą chcieli Brytanię we wspólnocie zatrzymać, pytanie czyim kosztem. Odpowiedź jest dość oczywista. Wielka Brytania i pozostali starzy członkowie wspólnoty dążą do instytucjonalnego obniżenia konkurencyjności nowych członków wspólnoty.  Na razie propozycje renegocjacji traktatu nie spotykają się z entuzjastycznym przyjęciem – czego przykładem jest ostatnie spotkanie z prezydentem Hollandem. Bez wątpienia atmosfera ta zmieni się w okolicach brytyjskiego referendum o dalszym członkostwie we wspólnocie. Unia bez Londynu byłaby dużo słabsza niż jest obecnie i, podobnie jak w latach 70., pozostali członkowie wspólnoty posuną się na ławce, żeby utrzymać na niej Brytyjczyków.

Europarlament w środku politycznej burzy

Wydaje się, że pisanie przyszłego traktatu odbędzie się na linii Londyn – członkowie strefy Euro. Tym bardziej, że do czasu brytyjskiego referendum będzie już wypracowana architektura infrastrukturalna i organizacyjno-prawna eurolandu. Co w tym wszystkim robi europarlament? Otóż łatwo wyobrazić sobie, że stanie się polem konfliktu politycznego wokół planowanych zmian instytucjonalnych we wspólnocie. Nie idzie tutaj jedynie o rosnącą siłę eurosceptyków w tej instytucji, ale przede wszystkim o konieczność przynajmniej przedyskutowania wprowadzanych zmian instytucjonalnych, polegających np. na ograniczaniu praw emigrantów z nowych państw członkowskich czy swobodę poruszania się po wspólnej Europie. Awantura medialna będzie więc prawdopodobnie większa niż przy znienawidzonej przez wszystkich Lizbonie, która dotyczyła nie tylko mało zrozumiałych dla ogółu kwestii instytucjonalnych.

Dyskusja nad przyszłym traktatem będzie ogniskowała się wokół kwestii znacznie bardziej medialnych niż wypowiedzi premiera Camerona. Europosłowie nowej kadencji mogą być zmuszeni do zagłębienia się w tematykę europejską i co gorsza reagowanie na propozycje zgłaszane przez swoich kolegów z innych krajów. Ciepłe i leniwe z powodu zazwyczaj niskiego ciśnienia w Brukseli wakacje mogą się okazać dość nerwowe i groźne dla dalszego przebiegu kariery politycznej. Bo jak tu wytłumaczyć wyborcom w Polsce, że tak się walczyło z tą straszną Brukselą, że córce w Londynie zabrali mieszkanie socjalne, a do wnuka znów trzeba z paszportem i pod czujnym okiem Home Office? I to wszystko jeszcze pod koniec kadencji parlamentu w kraju, kiedy następne wybory za pasem.

Marek Bełdzikowski

 

grafika: Wikimedia Commons

czwartek, 06 lutego 2014

Dziś mija 25 lat od rozpoczęcia obrad Okrągłego Stołu. Przez dwa miesiące, do 5 kwietnia 1989 r., przedstawiciele władz negocjowali z reprezentantami opozycji solidarnościowej. Status obserwatora rozmów posiadała strona kościelna. Okrągły Stół położył podwaliny pod transformację ustrojową, gospodarczą i społeczną. Praktycznie bez rozlewu krwi udało się zamienić autokrację zwaną demokracją ludową na demokrację bezprzymiotnikową, czyli autentyczną. Okrągły Stół mógłby być polskim towarem eksportowym, a zapotrzebowanie na negocjacyjny model rozwiązywania konfliktów politycznych i społecznych w różnych zakątkach świata jest duże. I stale rośnie.

Niech przemówią usta zamiast karabinów

grafikaMożna mnożyć przykłady państw, gdzie negocjacje władzy z opozycją mogłyby zaoszczędzić życie setek bądź tysięcy ludzi. Najbliższym dla nas jest z pewnością Ukraina, gdzie od wielu tygodni trwają protesty przeciwko rządzącym. Niespełna dziesięć lat temu coś na kształt Okrągłego Stołu doprowadziło do zażegnania konfliktu politycznego i powtórzenia wyborów prezydenckich. Przykre, że po zaledwie dekadzie Ukraina wraca do punktu wyjścia sprzed Pomarańczowej Rewolucji – masowych protestów, braku zaufania do władzy, represji służb bezpieczeństwa, zaangażowania Rosji w obronę status quo. Kluczowa różnica pomiędzy rokiem 2004 a 2014 to brak zaufania do liderów partii opozycyjnych. Majdan w 2004 r. ufał niektórym politykom. Euromajdan w 2014 r. podchodzi do polityków sceptycznie. Utrudnia to rozmowy z władzą i czyni bardzo trudnym ewentualne kompleksowe negocjacje, powtórkę sprzed 10 lat.

Trochę dalsze przykłady państw, gdzie negocjacje mogłyby zastąpić przemoc i rozlew krwi to Egipt czy Syria. W obu przypadkach najsilniejsi gracze nie uznali jednak za stosowne sięgnąć po ten właśnie instrument rozwiązywania konfliktów. W Egipcie były nawet dwie szanse na ogólnonarodowy dialog – po obaleniu Mubaraka i zwycięstwie Mohameda Mursiego w wyborach prezydenckich, a następnie po obaleniu Mursiego. Ani Bractwo Muzułmańskie, ani siły zbrojne nie wybrały drogi analogicznej do okrągłostołowej. W Syrii Baszar al-Assad również nie widział potrzeby prowadzenia rozmów z opozycją, a obecnie nie ma nawet za bardzo z kim rozmawiać, bo opozycja rozpadła się na zbyt wiele podmiotów, spośród których żaden nie stwarza nawet pozorów reprezentatywności.

Optymistycznym przykładem dialogu i transformacji może być Birma (Mjanma), gdzie rządząca przez dekady junta wojskowa z własnej inicjatywy postanowiła przeprowadzić szereg reform ustrojowych. Nadal nie można Mjanmy uznać za kraj demokratyczny, lecz w porównaniu do – kryterium ukraińskie, roku 2004 – osiągnięto znaczące postępy.

Dlaczego Polsce i Birmie się udało? Istotnym czynnikiem była obecność silnej, zjednoczonej i pokojowo nastawionej opozycji. Na jej czele stały (i stoją w przypadku Birmy) legendarne wręcz postaci – Lech Wałęsa i Aung San Suu Kyi, laureaci Pokojowego Nobla. Nieprzypadkowo podkreślam pokojowe nastawienie opozycji, gdyż odegrało ono kluczową rolę w budowaniu pozycji, wiarygodności oraz wizerunku poza granicami kraju. Dlatego tak ważne jest, by ukraińskie demonstracje pozostały pokojowe i odporne na liczne prowokacje. Innym czynnikiem, który utorował drogę do pokojowej transformacji, było nastawienie władz. Nie zdecydowały się one (chociaż wcześniej nie miały oporów) na rozwiązanie siłowe, wybierając drogę rozmów i dialogu. Dlaczego? Decydująca była świadomość zmian zachodzących w społeczeństwie, sytuacja gospodarcza, geopolityka (Birma). Lista na pewno jest dużo dłuższa.

Niewykorzystany symbol

Okrągły Stół to nie tylko wydarzenie historyczne, lecz model postępowania, który moglibyśmy promować na świecie. Zamiast tego pozwalamy niszczyć wizerunek Okrągłego Stołu na naszym podwórku. Dla niektórych jest to symbol zdrady narodowej, a nie sukcesu. Czy lepiej było z władzą nie negocjować, stawiając daleko idące żądania i nie godząc się na cokolwiek poza kapitulacją? Czy lepiej było czekać na kolejną brutalną pacyfikację i krew płynącą po ulicach? Czy Polak miał znowu strzelać do Polaka? Dlaczego mielibyśmy wstydzić się niemal bezkrwawej rewolucji, jaką było stopniowe odsuwanie od władzy PZPR? Niestety, dopóki sami między sobą nie dojdziemy do konsensusu, do w miarę jednolitej oceny Okrągłego Stołu, dopóty nie zostanie on wykorzystany w świecie jako polski model rozwiązywania sporów o fundamentalnym charakterze. Model, który zamiast śmierci przynosi pokój. Model, który choć trochę stabilizuje bardzo niestabilną sytuację. Model, który prowadzi do pojednania, a nie do rozliczeń i rozdrapywania ran – w którym ważniejsze jest to, co będzie jutro, od tego, co było wczoraj i co jest dziś.

Piotr Wołejko

 

zdjęcie: Erazm Ciołek / Wikimedia Commons

wtorek, 04 lutego 2014

Zapraszam do wysłuchania podcastu z audycji Świat Na Wskroś, na falach Radia Kielce, podczas której miałem okazję rozmawiać o sytuacji w Iraku. Kontekst jest jasny: bezpieczeństwo w kraju w obliczu okupacji Falludży przez sunnickie plemiona (z Al-Kaidą w tle). Pisałem o tym na łamach Dyplomacji w ubiegłym miesiącu: Al-Kaida mogłaby okupować Bagdad? oraz Czwarta bitwa o Falludżę.

niedziela, 02 lutego 2014

Miniony tydzień upłynął pod znakiem dwóch tematów: Euromajdanu na Ukrainie oraz więzienia CIA w Polsce. To drugie zagadnienie dotyka fundamentalnego zagadnienia praw człowieka, poszanowania prawa oraz suwerenności państwa. Oto bowiem na terytorium Polski funkcjonariusze innego państwa dopuszczali się rażącego łamania prawa, które na terytorium Polski obowiązuje.

Milczenie to zła droga

grafikaPodstawowe pytanie w związku z powyższym brzmi: czy nasi oficjele, którzy wydawali zgodę na użyczenie Amerykanom nieruchomości w Starych Kiejkutach wiedzieli, co będzie się tam działo? Czy zostali poinformowani bądź mogli się spodziewać, że Amerykanie będą stosować "rozszerzone techniki przesłuchań", czyli - mówiąc wprost - torturować przetrzymywanych i przesłuchiwanych więźniów? Czy polscy decydenci świadomie zgodzili się na zawieszenie funkcjonowania polskiego prawa, w tym Konstytucji RP, w nieruchomości użyczonej Amerykanom? Jeśli odpowiedzi na powyższe pytania są twierdzące, to nie dziwi zbiorowa "amnezja" decydentów, gdyż konsekwencje prawnokarne są bardzo poważne.

W sytuacji, gdy Amerykanie sami doszli do wniosku, że ujawnienie części informacji na temat programu extrajudicial renditions leży w interesie demokracji i Stanów Zjednoczonych, w Polsce dominuje pogląd przeciwny. Ciszej nad tą trumną, a właściwie nad trupem w szafie, jakim jest fakt istnienia na naszym terytorium więzienia CIA - tak zdają się mówić politycy, dziennikarze i eksperci. Oczywiście nie wszyscy, lecz bardzo wielu spośród nich. Bezpieczeństwo i służby lubią ciszę. Ale czy to uzasadnia przymknięcie oka na torturowanie więźniów przez funkcjonariuszy państwa trzeciego na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej? Może nie warto zgadzać się na stawianie Polski w jednym szeregu z Uzbekistanem, Algierią, Egiptem, Tajlandią czy Maroko? Tam też Amerykanie przywozili, przetrzymywali i "przesłuchiwali" więźniów. Nie są to kraje uchodzące za wzór demokracji i poszanowania praw człowieka.

Warto podkreślić, że "więzienia CIA" zostały zlokalizowane w Polsce, na Litwie i w Rumunii, a nie we Francji, we Włoszech czy w Niemczech. Wybrano trzy byłe demoludy, kraje "nowej Europy" - jak podzielił Stary Kontynent ówczesny sekretarz obrony USA Donald Rumsfeld. Władze tych państw zapewne niezbyt gorliwie dopytywały, po co Amerykanom wille położone w zacisznych miejscach, czy stare wojskowe lotniska, na których lądowały nieoznakowane samoloty. Kombinacja warunków geopolitycznych, polityki zagranicznej i wewnętrznej sprawiła, że to Polska, Litwa i Rumunia zostały poproszone o wyświadczenie sojuszniczej przysługi.

Skąd tortury w arsenale CIA?

Nie można nie wspomnieć o atmosferze tamtych czasów - wojnie z terroryzmem prowadzonej przez administrację Busha, wojnie z Irakiem, zamachach z Hiszpanii czy Wielkiej Brytanii. Hasło "walka z terrorem" służyło za młot Thora, którym można było wyważyć każde drzwi. Większość z nich otwierała się jednak na sam dźwięk słowa terroryzm. Czy uzasadnia to jednak zgodę na tortury na terytorium Polski?

Co więcej, powszechnie uważa się, że torturowany człowiek powie wszystko i przyzna się do wszystkiego, byle tylko tortury dobiegły końca. Bardzo niewielu jest w stanie wytrzymać zadawanie bólu niczym Chuck Norris czy Sylvester Stallone w filmach akcji z lat 80. W tym miejscu należy przypomnieć, skąd w ogóle w arsenale CIA i sił specjalnych USA wzięły się tortury. Amerykanie posiadali specjalną formację zajmującą się przygotowaniem żołnierzy i funkcjonariuszy do misji, podczas których istniało ryzyko pojmania przez siły wroga. W teorii i praktyce pokazywano więc, co może czekać pojmanych nieszczęśników. Do nauki metodologii tortur wykorzystano tych samych ludzi, którzy uczyli amerykańskich żołnierzy, jak poradzić sobie podczas tortur. Odwrócono ten proces i dawni nauczyciele przetrwania stali się nauczycielami wyciągania informacji za pomocą tortur.

Nauka na przyszłość

Nie ma obrony dla naszych decydentów, jeśli wiedzieli bądź mogli zdawać sobie sprawę z tego, że Amerykanie torturują więźniów na terytorium Polski. Jak napisał Patryk Gorgol, zajmujący się prawem i polityką międzynarodową autor bloga Kącik Dyplomatyczny, więzienie CIA w żaden sposób nie zwiększało bezpieczeństwa Polski. Nasz kraj nie miał też powodów do dziękowania za przyjęcie do NATO - było to także w interesie USA, a poza tym sumiennie wypełnialiśmy nasze sojusznicze obowiązki w Afganistanie oraz, już ponadprogramowo, w Iraku. Nic nie byliśmy Amerykanom dłużni. Przykre, że za "usługę użyczenia nieruchomości" strona polska przyjęła jeszcze zapłatę w wysokości 15 milionów dolarów. Brak słów, by to skomentować.

W całej sprawie optymistyczne może być to, że więzienie CIA w Polsce nie było zbyt intensywnie używane. Na lotnisku w Szymanach odnotowano bodaj 6 lotów nieoznakowanych maszyn wykorzystywanych przez CIA. Nie oznacza to w żadnym stopniu, że nic wielkiego się nie wydarzyło i nie ma powodu do oburzania się. Zostaliśmy wykorzystani, a nasze dobre imię doznało poważnego uszczerbku. Istotne jest, by cała klasa polityczna wyciągnęła z tej sprawy właściwe wnioski i w przyszłości nie godziła się na "prośby zaprzyjaźnionych wywiadów" bez gruntownego zbadania sprawy. Warto też przypominać, że eksterytorialna pozostaje wyłącznie ambasada "zaprzyjaźnionego państwa", a na pozostałym terytorium Polski obowiązuje polskie prawo. I że nie można go bezkarnie łamać. Należy mieć nadzieję, że nie będziemy już występować w jednym szeregu z Uzbekistanem, dyktaturą i udzielnym księstwem Isłama Karimowa.

Piotr Wołejko

 

grafika: Wikimedia Commons

Zakładki:
1. Dyplomacja w Sieci
2. Blogi zagraniczne
3. Think-tanki
4. Media zagraniczne
5. Blogi polskie
6. Militaria
7. Periodyki
liczniki
Dyplomacja on Facebook