piątek, 30 listopada 2007

edukacjaMimo znaczącego wzrostu nakładów na szkolnictwo w Nowej Zelandii, Australii, Szwecji czy Norwegii - od 35 do 50% w latach 1995-2003 - nie nastąpiła poprawa wyników osiąganych przez uczniów. W pierwszych dwóch państwach rezultaty osiągane przez uczniów w wieku 13-14 lat ze sprawdzianów z matematyki bardzo nieznacznie spadły, a krajach skandynawskich obniżyły się dość gwałtownie, bo prawie o 10%. Choć w Wielkiej Brytanii wydatki na edukację wzrosły znacząco, zwłaszcza za czasów rządów Labourzystów (od 1997 roku), poziom wiedzy uczniów utrzymuje się na tym samym poziomie od 50 lat.

Zwiększenie nakładów nie rozwiązuje problemu słabych wyników osiąganych przez uczniów - możemy przeczytać w specjalnym artykule poświęconym edukacji, który znalazł się w jednym z niedawnych wydań tygodnika The Economist. Tekst pokazuje, w jaki sposób Singapur, Korea Południowa czy Hong Kong poradziły sobie z zapewnieniem wysokiego poziomu nauczania w szkołach.

Nie były do tego potrzebne extra-nakłady, ani inne finansowe gratyfikacje. W Repulibce Korei system edukacyjny jest stworzony w taki sposób, że najważniejsi są nauczyciele pracujący w szkołach podstawowych. Prestiż płynący z wykonywania tego zawodu jest ogromny, a konkurencja niemalże zabójcza. Do pracy w charakterze nauczyciela szkoły podstawowej przyjmuje się wyłącznie osoby, które ukończyły studia z najlepszymi wynikami - jest to pięcioprocentowa grupa studentów z tzw. topu. Dla porównania, w Stanach Zjednoczonych nauczycielami zostają zwykle studenci z 30-procentowej grupy, która kończy naukę z najniższymi rezultatami. Tymczasem, jak wykazują badania, od poziomu wykształcenia nauczycieli zależy w ogromnym stopniu późniejszy poziom wiedzy uczniów. Południowkoreański oficjel ujął to następująco: "Jakość systemu edukacji nie może przewyższać jakości tworzących go nauczycieli".

O ile jednak w Korei Południowej bycie nauczycielem jest powodem do dumy i źródłem prestiżu, w Ameryce jest zupełnie odwrotnie. Nauczyciele są tam marnie opłacani, a także nie cieszą się szacunkiem. Nic więc dziwnego, że do szkół trafiają głównie słabsi absolwenci, którzy nie byli w stanie znaleźć sobie lepszego zajęcia. Efekty, w postaci poziomu nauczania, a więc i poziomu uczniów, są oczywiste.

Oprócz wyławiania najlepszych spośród najlepszych jako kandydatów na nauczycieli, kraje, które stworzyły efektywne systemy edukacji zapewniają nauczycielom niezbędny "trening" w postaci praktyk oraz nadzoru bardziej doświadczonych starszych kolegów. Co więcej, system edukacji nauczycielskiej jest stworzony w taki sposób, aby odpowiadać zapotrzebowaniu szkół na nauczycieli; jest ściśle skorelowany z ilością miejsc pracy dostępnych w szkołach. Jeśli jest niewielu kandydatów na nauczycieli, można poświęcić naprawdę spore sumy na ich naukę oraz wdrożenie do zawodu.

Kolejnym pomysłem na zwiększenie skuteczności nauczania jest zapewnienie ścisłej współpracy między nauczycielami tego samego przedmiotu. W Finlandii dostają oni jedno wolne popołudnie, podczas którego wymieniają się pomysłami i uwagami, a także wspólnie tworzą plany przeprowadzania lekcji. W Bostonie, który i tak posiada jeden z najlepszych w Stanach systemów edukacyjnych, "kiedy nauczyciel odchodzi na emeryturę, praktycznie wszystkie jego plany lekcji, praktyki oraz zdobyte doświadczenie odchodzą wraz z nim" - powiedział amerykański nauczyciel. "Tymczasem gdy w Japonii nauczyciel idzie na emeryturę, jego spuścizna pozostaje".

Dobre wyniki egzaminów, zwłaszcza z przedmiotów ścisłych, uczniów pochodzących z Finlandii, Korei Płd., Japonii czy Kanady to także efekt skoncentrowania czasu i wysiłków nauczycieli nad tymi uczniami, którzy radzą sobie słabiej. W Finlandii nawet jeden na siedmiu nauczycieli w danej szkole prowadzi zajęcia uzupełniające, na które uczęszcza nawet 1/3 uczniów. W Singapurze nauczyciele są zobowiązani do dłuższego przebywania w szkole, jeśli uczniowie nie radzą sobie z nauką.

Problem edukacyjny nie tkwi wyłącznie w ilości pieniędzy, jakie mogą być na edukację przeznaczone. Oczywiście, finanse są istotne, ale na nic się zdadzą, gdy nie istnieje sprawny i skuteczny system, który będzie przeznaczone na szkolnictwo środki wydatkował roztropnie i efektywnie. System ten powinien stworzyć nie tylko ścieżkę kariery dla przyszłych nauczycieli, ale także dostosować ją do zapotrzebowania szkół na nowych pracowników. W wielu krajach, m.in. w Polsce, "podaż" kandydatów wielokrotnie przewyższa "popyt". Kluczem do sukcesu jest jednak przekonanie społeczeństwa i kandydatów na nauczycieli, że ich praca jest wyjątkowa i bardzo istotna - że łączy się z nią prestiż. Inaczej nie uda się ściągnąć do szkół najlepszych absolwentów - zdolnych poświęcić swoje wymagania finansowe na rzecz sprawy kształcenia dzieci i młodzieży.

Wiele pisze się o tym, że trudno porównywać szkoły w Azji i te na Zachodzie, gdyż różnią je cywilizacyjne wartości (zwłaszcza charakterystyczna dla Azjatów pracowitość). Teza ta jest nieuprawniona, gdyż w rankingu OECD (dot. zaawansowania matematycznego uczniów) na czele znajduje się Finlandia, a na czwartym Kanada. Drugie i trzecie miejsce przypadły Korei i Japonii. To nie pracowitość czy inne kwestie są decydujące - najważniejszy jest dobry system.

Artykuł w The Economist powstał w oparciu o raport filmy konsultingowej McKinsey - "How the world's best performing schools systems come out on top".

Obrazek: campusaccess.com

czwartek, 29 listopada 2007

 

Wiktor i Julia
Czy stare, dobre czasy powrócą?

Najmniejszą z możliwych większości, 227 głosów - przy 226 wymaganych (informacja z Reutersa, gazeta.pl informuje o 228 głosach) - deputowani do ukraińskiej Rady Najwyższej przegłosowali powstanie koalicji "pomarańczowych" ugrupowań. Blok Julii Tymoszenko (BJUT) oraz blok Nasza Ukraina - Ludowa Samoobrona (NU-LS) przez kilka tygodni prowadziły żmudne negocjacje koalicyjne. Były one blokowane przez wielu prominentnych polityków NU-LS, którzy optowali za koalicją z Partią Regionów ustępującego premiera Wiktora Janukowycza.

Koalicja "pomarańczowych" będzie miała bardzo trudne zadanie do wykonania. Posiadając minimalną większość w Radzie Najwyższej (zaledwie 228 na 450 deputowanych) stoją przed nią ogromne wyzwania. Obietnice, które sojusznicy z Majdanu Niezależności składali podczas "Pomarańczowej Rewolucji", a także podczas niedawnej kampanii wyborczej. Rozczarowanie społeczeństwa "pomarańczowymi", co kosztowało ich utratę władzy i powrót do rządów Janukowycza i jego Partii Regionów, to głównie efekt zawiedzionych nadziei. Starzy sojusznicy dostali drugą szansę i mandat, do - chciałoby się rzec dokończenia, jednak niestety tak nie jest - rozpoczęcia obiecywanych i teraz i wcześniej reform.

Zadanie to trudne i mało kto wierzy, że "pomarańczowa" koalicja osiągnie sukces. W tle kruchego porozumienia ponownie dają o sobie znać ambicje poszczególnych polityków - zarówno tych, ze świecznika, jak i tych, którzy działają w zaciszach gabinetów. Choć obie strony starają się maskować niechęć i bagatelizować niedawne waśnie, nie da się ukryć, że restauracja "pomarańczowej" współpracy to małżeństwo z rozsądku, nie z miłości.

Alians BJUT i NU-LS czeka wiele trudnych chwil, a ambicje oraz polityczne cele dwóch najbardziej wyrazistych postaci tego sojuszu - prezydenta Wiktora Juszczenki i premier Julii Tymoszenko - wielokrotnie dadzą o sobie znać. Poprzednio Juszczenko po kilku miesiącach zdymisjonował Tymoszenko, co doprowadziło do nowych wyborów i sojuszu prezydenckiej Naszej Ukrainy z Partią Regionów. Teraz rozłam mogą spowodować zbliżające się wybory prezydenckie, w których być może wystartuje Julia Tymoszenko (Wiktor Juszczenko zamierza ubiegać się o drugą kadencję.). Choć to premier ma, po reformie konstytucyjnej uzgodnionej podczas "Pomarańczowej Rewolucji", większe uprawnienia, prezydent posiada wiele istotnych kompetencji. Co więcej, reforma konstytucyjna wprowadziła wiele zamętu i niejasności do podziału władz - pozwala to politykowi z charyzmą i osobowością na przekraczanie ram ustawy zasadniczej.

Nie mnie przesądzać o trwałości koalicji starych przyjaciół (a zarazem rywali) i szansach osiągnięcia sukcesu w przeprowadzaniu niezbędnych reform. Życzę naszemu wschodniemu sąsiadowi jak najlepiej, jednak nadal na drodze ku lepszemu czai się wiele raf.

 

FCB

PS. Dziś swoje 108. urodziny obchodzi klub piłkarski FC Barcelona. 29 listopada 1899 roku Hans (Joan) Gamper wraz z grupą przyjaciół utworzył Foot-Ball Club Barcelona. Blaugrana to jedna z najbardziej utytułowanych drużyn na Starym Kontynencie, posiadająca miliony kibiców na całym świecie. Autor tego bloga jest zapalonym fanem Barcy, stąd pozwala sobie na ten, zupełnie apolityczny i niezwiązany z tematyką strony, wtręt. Visca el Barca!

Więcej: O koalicji na Ukrainie - Reuters, Gazeta.pl; o FCB

Zdjęcia/obrazki: publiuspundit.com, fc-barcelona.eu

17:24, p.wolejko , Europa
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 26 listopada 2007

RuddW Australii dobiegła końca pewna epoka. Przez dwanaście lat krajem rządziła Liberal/National Party Johna Howarda. Po zliczeniu około 78% głosów, jak można wyczytać na stronie Australijskiej Komisji Wyborczej, konserwatyści zdobyli o prawie 6 procent mniej głosów od Partii Pracy, której przywódcą - i nowym premierem - jest Kevin Rudd. Człowiek, który przejął kierownictwo nad labourzystami na początku grudniu zeszłego roku.

Już w sobotę, kiedy odbywało się głosowanie, po przedstawieniu sondażowych wyników, John Howard pogratulował Ruddowi zwycięstwa. Jego partia będzie miała komfortową przewagę nad opozycją, co zapewnia zresztą dwupartyjny system polityczny. Co do samego Howarda, to wiele wskazuje na to, że przegrał on także głosowanie w swoim okręgu wyborczym (który utrzymywał przez 33 lata!) i nie wejdzie nawet do parlamentu. Pokazuje to skalę porażki polityka, który zdominował scenę polityczną na ponad dekadę. Problemy będzie mieć także partia Howarda, której w chwili obecnej grozi kryzys z powodu braku przywódcy. Ex-premier ustępuje ze stanowiska, a wskazany przez niego następca - Peter Costello, bardzo zdolny minister finansów - odmówił objęcia schedy po Howardzie. Pojawiły się spekulacje, że zamiast Costello na czele partii stanie popularny minister spraw zagranicznych Alexander Downer, ale ogłosił on, iż nie weźmie udziału w partyjnym wyścigu po funkcję przewodniczącego partii.

Dlaczego Howard, po dwunastu latach dość dobrych rządów przegrał tak zdecydowanie, że nawet nie będzie zasiadał w parlamencie (przegrywając w utrzymywanym ponad trzy dekady okręgu)? Gospodarka rozwijała się bardzo dobrze, PKB zwykle rósł w graniach 3 procent rocznie. Australia przeżywała okres niemalże niezakłóconej prosperity, choć stale wzrastało zadłużenie państwa. Rósł także deficyt handlowy, ale w obliczu niespotykanego wręcz rozwoju chińskiego eksportu mało który kraj może pochwalić się dodatnim bilansem handlowym. Australię i tak spotkało duże szczęście, gdyż kraj ten posiada spore zasoby surowców naturalnych, których ceny znacznie wzrosły z powodu popytu - zresztą głównie w Chinach. Zamożność Australijczyków także stabilnie pięła się do góry, choć z powodu słabnącego dolara w wolniejszym tempie, niż jeszcze 3-4 lata temu. Gospodarka z pewnością nie była głównym powodem porażki Howarda.

Zdecydowały natomiast inne przyczyny, wśród których należy wymienić niechęć lidera konserwatystów do podpisania protokołu z Kioto i podjęcia energicznej walki z globalnym ociepleniem - tymczasem Australię od kilku lat zaczęły nawiedzać straszliwe upały, powodując straszliwe susze - odbija się to negatywnie na rolnictwie. Coraz mniej popularna stawała się także wojna w Iraku - gdzie Australijczycy wysłali całkiem pokaźny kontyngent. Australia była za rządów Howarda jednym z najbliższych sojuszników Stanów Zjednoczonych, nie tylko w walce z terrorem. Swoją drogą, Australię określa się mianem "zastępcy szeryfa", gdyż kraj ten zaprowadza porządek na okolicznych wyspach i wysepkach, m.in. Papui-Nowej Gwinei czy Timorze Wschodnim.

Być może jednak najbardziej prozaiczną przyczyną oddania władzy przez konserwatystów jest zmęczenie ich dwunastoletnimi rządami, zmęczenie nieustannym oglądaniem i słuchaniem premiera Johna Howarda. Z tego przecież powodu, choć wspartego także oburzeniem ws. Iraku, władzę musiał oddać Tony Blair. Zmęczenie dotknęło zapewne nie tylko wyborców, ale także samych konserwatystów. Z czasem każda władza się zużywa i przyszedł moment, w którym Howard i jego ekipa także się zużyli.

Kevin Rudd i jego Partia Pracy nawet specjalnie nie musieli się starać, aby odnieść sukces. Na fali świeżości nowego lidera oraz zmęczenia Australijczyków rządami Howarda, labourzyści dość pewnie wygrali wybory. Nowy premier, tak jak i jego partia, jest jednak zagadką dla społeczeństwa. Na samej świeżości nie uda się długo utrzymać wysokiego poparcia, a przede wszystkim skutecznie rządzić. O ile pomysłów Partii Pracy raczej nie brakuje, to może jej brakować wykwalifikowanych i zdolnych realizatorów. Przecież przez długie dwanaście lat ludzie z Partii Pracy byli pozbawieni władzy na szczeblu federalnym.

Nowy premier zapowiedział, że pierwszą decyzją jego gabinetu będzie podpisanie protokołu z Kioto i zaangażowanie się w walkę z globalnym ociepleniem. Już wkrótce będzie miał okazję uczestniczyć w konferencji w Indonezji, poświęconej właśnie tej kwestii. Rudd zapowiedział także, poświęci wiele uwagi polityce wewnętrznej. Jestem bardzo ciekaw, jak poradzi sobie z władzą i co uda mu się osiągnąć. W Australii nadeszła nowa era - tylko od Kevina Rudda zależy, czy konserwatyści zostali "odstawieni na boczny tor" tylko na okres jednej kadencji, czy też na czas dłuższy - może na dekadę?

Więcej: International Herald Tribune, Dane o gospodarce: 1, 2 

Zdjęcie: wikipedia 

OSCEDecyzja o nie przysyłaniu na wybory parlamentarne w Rosji obserwatorów przez Organizję Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie została podyktowana przez Waszyngton - stwierdził dziś prezydent Władimir Putin. Rosyjski przywódca zapowiada, że "fakt ten" weźmie pod uwagę przy budowaniu relacji ze Stanami Zjednoczonymi.

Ostre słowa Putina pod adresem OBWE to nic nowego. Reakcja organizacji również nie jest zaskakująca. Należy bowiem przypomnieć, że strona rosyjska postanowiła znacznie ograniczyć nie tylko uprawnienia misji OBWE, ale także jej skład osobowy (z ponad 400 do ok. 70). Była to wyraźna próba ukrócenia roli organizacji w monitorowaniu przebiegu wyborów parlamentarnych, które odbędą się w najbliższy weekend. Oprócz czynów, Rosjanie dość obcesowo wypowiadali się na temat OBWE, jej kwalifikacji etc. Nic więc dziwnego, że organizacja podjęła decyzję o tym, że jej obserwatorzy do Rosji w ogóle nie pojadą. Właśnie tej decyzji "czepił się" prezydent Putin twierdząc, że "była spontaniczna" i została podjęta na wyraźną prośbę Departamentu Stanu USA. Zresztą, nadmienił Putin, przypadek taki zdarza się nie po raz pierwszy.

Gazeta RBC Daily napisała nawet - powołując się na źródła w Federalnej Służbie Bezpieczeństwa - że OBWE jest "przykrywką dla CIA". Rosyjski prezydent nie posunął się tak daleko, ale jego krytyka także była dosadna. Putin uważa bowiem, iż OBWE za bardzo skupia się na kwestii praw człowieka - "zwłaszcza na obszarze Wspólnoty Niepodległych Państw". Państwowa agencja informacyjna TASS w depeszy poświęconej wypowiedzi Putina na temat OBWE napisała, że Rosja jest zirytowana wypowiedziami obserwatorów (wyborczych) z OBWE, którzy zawsze mają inne zdanie od obserwatorów z państw WNP. O ile ci ostatni nie dostrzegają zwykle żadnych uchybień, ci z OBWE są bardzo krytyczni, a ich wypowiedzi niepotrzebnie podgrzewają atmosferę.

Skoro ich w Rosji nie będzie, atmosfera pozostanie chłodna. Tylko z legitymizacją wyborów? Władimir Putin zapewnia, że OBWE nie uda się zachwiać przekonaniem o legitymacji nowej Dumy, choć to właśnie na celu ma organizacja, a konkretnie Biuro Instytucji Demokratycznych i Praw Człowieka, zawiadujące misjami OBWE.

Rosjanie od lat "mieszają" w OBWE i starają się neutralizować wpływy państw zachodnich oraz wszelkie próby krytyki Moskwy, chociażby w kwestii czeczeńskiej. Kreml instrumentalnie wykorzystał natomiast organizację i pod szyldem misji pokojowych umieścił swoje wojska w Naddniestrzu, Abchazji i Osetii Południowej - zapalnych regionach dzisiejszej Europy. Był to prawdziwy majstersztyk, gdyż Rosja, będąca de facto stroną w każdym z tych lokalnych sporów, umieściła swoje kontyngenty wojskowe pod pozorem misji pokojowej - firmowanej przez taką instytucję, jaką jest OBWE.

Kiedy organizację da się wykorzystać do własnych celów, wtedy jest dobra. Kiedy jednak, od czasu do czasu, pojawiają się próby - nieśmiałej zresztą - krytyki pod adresem Moskwy bezpośrednio, albo jej dawnych wasali, m.in. Uzbekistanu, Kazachstanu czy Turkmenistanu - wtedy OBWE jest zła i działa na zamówienie Białego Domu. Krótko mówiąc, OBWE stała się kolejnym miejscem rywalizacji Rosji z Zachodem, zamiast pozostać forum dialogu i współpracy.

Z pewnością należy rozważyć reformę OBWE, jednak głównie pod kątem przestrzegania przez państwa członkowskie pewnych wymogów oraz realizacji, urzeczywistniania wspólnych wartości. Niektóre państwa z pewnością powinny być z szeregów organizacji usunięte - z Rosją, moim zdaniem, na czele. Rosjanie zresztą już rok temu grozili wyjściem z OBWE - a dziś mówią, że byłby to krok zdecydowanie radykalny, ale nie wykluczają go.

Kraje podzielające wspólne wartości, jak chociażby ochrona i poszanowanie praw człowieka, nie powinny dawać się szantażować Moskwie. Nie powinny także przystawać na jej groźby wyjścia - należy uprzedzić ten krok i Rosję z organizacji najzwyczajniej w świecie wyrzucić. Drastyczny krok, powiedzą niektórzy. Może i tak, ale trzeba przeciąć farsę, w jaką Kreml chce organizację przemienić. OBWE, a wcześniej KBWE były potrzebne w czasach zimnej wojny i krótko po jej zakończeniu - jako forum współpracy z byłym ZSRR, ale obecna formuła współpracy wyczerpała się. Rosjanie nie mają najmniejszego zamiaru potulnie słuchać tego, co inne kraje mają im do powiedzenia, a wiele wartości uznanych powszechnie za obowiązujące, są w Rosji karykaturą lub fikcją.

Nie ma sensu wyświadczać Rosji przysługi i udawać, że wszystko jest w porządku. "Członkostwo jest absolutnie dobrowolne" - zauważył Igor Borisov z rosyjskiej Centralnej Komisji Wyborczej. Także łaski bez. Nie podoba się, to żegnamy serdecznie i życzymy powodzenia na nowej drodze. Szkoda tylko, że takie rozwiązanie sytuacji jest absolutnie niemożliwe. Tylko Rosja może być asertywna. Pozostali - jak zwykle zresztą - wezmą uszy po sobie.

Więcej: ITAR-TASS  

Zdjęcie: anspress.com 

14:19, p.wolejko , Rosja
Link Komentarze (3) »
piątek, 23 listopada 2007

Juszczenko i SaakaszwiliRosja reaguje na nie alergicznie. Mieszkańcy z czasem się rozczarowują i obracają przeciwko niedawnym idolom. Kolorowe rewolucje - różana w Gruzji oraz pomarańczowa na Ukrainie - wywołały gniew Moskwy i zachwyt na Zachodzie. Dziś w Tbilisi atmosfera nie jest tak świąteczna, jak chociażby rok, czy dwa lata temu. Czwarta rocznica różanej rewolucji jest raczej smutnym spektaklem. W 3 lata po złożeniu (niewiążącej) przysięgi prezydenckiej przez Wiktora Juszczenkę przed Radą Najwyższą, na Ukrainie - po wielu zawirowaniach - do władzy powracają pomarańczowi koalicjanci. Jest to jednak bardziej koalicja z rozsądku, niż z wyboru.

Zarówno w przypadku Gruzji, jak i Ukrainy, Zachód wiązał ogromne nadzieje z oddolnymi ruchami prodemokratycznymi. Młodzi, prężni i charyzmatyczni liderzy poprowadzili masy społeczne i doprowadzili do upadku skorumpowanych, quasi-autorytarnych reżimów. Władzę objęli Micheil Saakaszwili oraz Wiktor Juszczenko i Julia Tymoszenko. O ile w Gruzji udało się zrobić wiele, zwłaszcza w dziedzinie gospodarki, to na Ukrainie sukcesów jest relatywnie niewiele. Największy to chyba przeprowadzenie w tym roku demokratycznych i uczciwych wyborów, które wyniosły do władzy - ponownie - dawnych liderów pomarańczowej rewolucji. Do przywrócenia pomarańczowego aliansu potrzebnych było wiele miesięcy, a także koalicja dawnych rywali Juszczenki z Janukowyczem. Stracono w dużej mierze dwa i pół roku, aby powrócić do sytuacji wyjściowej.

W Tbilisi tymczasem narasta niezadowolenie z prezydenta Saakaszwilego, który zdaniem coraz większej części społeczeństwa "zagalopował się" w swoich rządach. Oskarża się go o "chodzenie na skróty", łamanie i naruszanie procedur. Jego byli koledzy i współpracownicy wytaczają przeciwko niemu ciężke armaty - korupcja, nepotyzm, planowanie morderstw politycznych oponentów. Przywódca wybrany przez ponad 90% głosujących w wyborach cztery lata temu, użył siły przeciwko opozycji (nie zdobył się na to Eduard Szewardnadze, który równo cztery lata temu ustąpił z funkcji prezydenta), a następnie przystał na jej żądania - zgadzając się na wcześniejsze wybory.

Efekty rządów demokratycznych w Tbilisi i Kijowie w najlepszym przypadku można uznać za marne. Powtarzane jak mantra słowa o integracji z Unią Europejską i NATO to bajki bez pokrycia. Jeszcze wiele lat minie, zanim ktoś z tej dwójki będzie gotów do wstąpienia do "zachodniego klubu". Owszem, są pewne pozytywy - GUAM, twardsza postawa wobec Moskwy (główie Saakaszwili) oraz prozachodnie nastawienie. Jest to jednak bardzo niewiele, zwłaszcza w przypadku Ukrainy. Wiele mówi się co prawda o tym, że nasz wschodni sąsiad wejdzie do Światowej Organizacji Handlu (WTO) wcześniej, niż Rosja, ale jest to marne pocieszenie.

W tą smutną rocznicę warto zadać sobie pytanie, co nie udało się w Gruzji i na Ukrainie. Czemu posiadający społeczny mandat demokratyczni liderzy protestów nie poradzili sobie z władzą i oczekiwaniami obywateli? Dlaczego wkrótce po "rewolucjach" do władzy ponownie dochodzą (na Ukrainie nawet doszli i rządzili) dawni beneficjenci poprzedniego systemu rządów? Czy to nieudolność demokratów? Czy to konflikty ambitnych przywódców uniemożliwiają porozumienie po osiągnięciu sukcesu? Czy też trudne warunki wewnętrzne oraz rola Rosji sprawiają, że próby demokratyzacji napotykają na ogromne problemy? Czy może istnieją jakieś inne przyczyny, które spowodowały ogólne fiasko kolorowych rewolucji?

Wiele pytań, mało odpowiedzi. Czwarta rocznica różanej rewolucji przebiegnie w smutnej, przygnębiającej atmosferze. Symboliczne wsparcie polskiego prezydenta, nieprzypadkowo odwiedzającego Micheila Saakaszwilego akurat dzisiaj, może nie wystarczyć do utrzymania społecznego przekonania o konieczności podążania dalej tą samą drogą. Saakaszwili może wygrać zbliżające się wybory, ale o poparciu rzędu 90% może zapomnieć. Co ważniejsze, może zapomnieć o masowym poparciu - jego mandat będzie dużo słabszy niż poprzednio.

W Kijowie sytuacja z pozoru wydaje się stabilniejsza. Ponownie doszło do porozumienia pomarańczowych liderów z Majdanu Niezależności i zawarcia koalicji rządowej. Jednak taka koalicja już była i zakończyła się dymisją Julii Tymoszenko i przejęciem władzy przez Partię Regionów. Pomarańczowi partnerzy nie pałają do siebie miłością, a rywalizacja między Tymoszenko i Juszczenką jeszcze nie raz wystawi ich współpracę na ciężką próbę.

Jedno jest pewne - Gruzini i Ukraińcy spodziewali się więcej. Zachód też. Oby zawód obywateli demokratycznymi rewolucjami nie doprowadził do kontrrewolucji (czyli cofnięcia reform i jakieś formy powrotu do poprzedniego stylu rządzenia). Bardzo starają się o to zarówno Władimir Putin, jak i lokalni satrapowie z Uzbekistanu, Kazachstanu i Turkmenistanu. Niedawne źródła eksportu demokracji w regionie stały się powodem do wstydu dla wspierającego je Zachodu. Raz sprawiony zawód mocno zabolał. Kolejny może oznaczać porażkę ostateczną - ucierpią na tym mieszkańcy byłych radzieckich republik, którzy nie będą mieli żadnej alternatywy dla autokratycznych i represyjnych reżimów.

Więcej: Pomarańczowa rewolucja

Zdjęcie: msnbcmedia1.msn.com

 
1 , 2 , 3
Zakładki:
1. Dyplomacja w Sieci
2. Blogi zagraniczne
3. Think-tanki
4. Media zagraniczne
5. Blogi polskie
6. Militaria
7. Periodyki
liczniki
Dyplomacja on Facebook