niedziela, 30 listopada 2008

grafikaBłyskawiczny rozwój firm takich jak Blackwater, Triple Canopy czy DynCorp nie byłby możliwy, gdyby nie proces outsourcingu zadań wykonywanych wcześniej przez wojsko. Gwałtowna prywatyzacja dotknęła zwłaszcza logistykę i zaopatrzenie. Oddając te zadania w ręce prywatne, można było posłać więcej żołnierzy na pole walki. Pionierem procesu prywatyzacji armii był Dick Cheney, sekretarz obrony za prezydentury Georga H.W. Busha. Już podczas pierwszej wojny w Zatoce wprowadzano w życie plany prywatyzacyjne. 

Korzystając z okazji chciałem zaprosić wszystkich zainteresowanych na konferencję "Kierunek: Wschód!", która odbędzie się jutro, tj. 1 grudnia w Szkole Głównej Handlowej. W ramach spotkania odbędą się dwa panele dyskusyjne: "Wschodnia polityka Unii Europejskiej" oraz "Kaukaz – niepodległy czy zależny?" oraz wykład prof. Adama Rotfelda pt. "Dokąd zmierza Rosja?". Więcej informacji tutaj.

Szacuje się, że podczas operacji wyzwalania Kuwejtu stosunek żołnierzy do prywatnych "dostawców" i "ochroniarzy" wynosił 1 do 9. Teraz w Iraku może znajdować się więcej "prywaciarzy" niż amerykańskich żołnierzy. Przez nieco ponad dekadę proces prywatyzacji zadań armii postępował dość dynamicznie, także za administracji Billa Clintona. Dopiero jednak powrót do władzy Republikanów oraz wypadki następujące po 9/11 sprawiły, że lawina prywatyzacji ruszyła pełną parą.

Gdy nie ma instytucji poboru, armia może liczyć tylko na ochotników, którzy wiedzeni patriotycznym obowiązkiem (pieniędzmi bądź brakiem innych perspektyw) zaciągają się dobrowolnie w jej szeregi. Czy można pozwolić na to, aby kilkadziesiąt tysięcy żołnierzy zajmowało się logistyką i zaopatrzeniem, kiedy równie dobrze mogliby walczyć i wykonywać misje bojowe? Cheney i Donald Rumsfeld, sekretarz obrony za czasów Georga W. Busha uważali, że żołnierze powinni wykonywać misje stricte bojowe, a resztę czynności mogą o wiele lepiej (w zamyśle także taniej) wykonać instytucje zewnętrzne, czyli po prostu prywatne firmy.

Osoba Cheneya jest tutaj kluczowa, gdyż po zakończeniu pracy w Pentagonie został on szefem potężnej firmy Halliburton, która odgrywa kluczową rolę w zaopatrzeniu amerykańskiej armii w Iraku od czasu inwazji w 2003 roku. Prosto z Halliburtona Cheney trafił do Białego Domu (w 2001 roku) i stał się szybko, w powszechnej opinii, najpotężniejszym wiceprezydentem Stanów Zjednoczonych w historii. 

Agenda Cheneya i Rumsfelda rozkwitła po atakach z 11 września 2001 roku, kiedy amerykańska machina wojskowa miała pójść w ruch i zetrzeć w proch afgańskich Talibów, a następnie Saddama Husajna i jego iracki reżim. O ile o sukces militarny w Afganistanie nie było trudno, gdyż Talibowie nie stanowili większej przeszkody i zostali szybko odsunięci od władzy, Irak był o wiele większym wyzwaniem. Od początku planowania inwazji na ten kraj popełniono wiele błędów, ale głównym była zbyt mała liczba żołnierzy przewidzianych do obalenia Husajna i okupowania kraju.

Szybko okazało się, że żołnierzy jest zbyt mało, a sytuacja w kraju pogarszała się z miesiąca na miesiąc. Coraz trudniej było zapewnić bezpieczeństwo amerykańskim urzędnikom, dyplomatom i innym pracownikom, którzy "odtwarzali" struktury władzy w Iraku oraz przedsiębiorstwom takim jak Halliburton czy Kellog Brown & Root, które zajmowały się pracami inżynieryjnymi i dostarczaniem zaopatrzenia. Nie było nawet cienia szansy na zapewnienie bezpieczeństwa irackim cywilom, których w wyniku inwazji i późniejszego wybuchu przemocy i walk pomiędzy sunnitami, szyitami, zagranicznymi bojówkarzami i terrorystami oraz wojskami amerykańskimi zginęło kilkaset tysięcy.

W obliczu pogarszającej się sytuacji nawet Departament Stanu musiał poszukiwać ochrony nie-wojskowej, gdyż żołnierzy było nie tylko za mało, ale nie byli oni szkoleni w zakresie zapewniania ochrony. Tymczasem Blackwater, który miał dostęp do byłych członków rozmaitych sił i jednostek specjalnych, błyskawicznie wyczuł okazję i zapoczątkował biznes, który stał się dla tej firmy prawdziwą żyłą złota. Kontrakt z Departamentem Stanu znacząco podnosił prestiż Blackwater, stanowiąc dla firmy z Moyock w Północnej Karolinie skok do zupełnie innej ligi.

Sukces ten nie był oczywiście spowodowany łutem szczęścia, ale ciężką pracą, wyczuciem kierownictwa Blackwater oraz politycznymi koneksjami właściciela Blackwater, Erika Prince'a. Chociażby po zamachu terrorystycznym na amerykański niszczyciel USS Cole w 2000 roku, Blackwater potrafił błyskawicznie odpowiedzieć na zapotrzebowanie Marynarki Stanów Zjednoczonych. Atak na okręt, który stacjonował w Jemenie, został przeprowadzony przez terrorystów z Al-Kaidy, którzy podpłynęli niewielką łódką pod burtę niszczyciela i wysadzili się w powietrze. W wyniku zamachu w burcie okrętu powstała spora wyrwa, a śmierć poniosło 17 marynarzy. Kolejnych 39 zostało rannych.

Jak się później okazało, Marynarka była zupełnie nieprzygotowana na tego typu ataki, a wielu marynarzy przyznawało się, że od momentu zakończenia szkolenia nie mieli w ręku broni lub nie miało okazji strzelać. Blackwater zorganizował więc specjalne szkolenia dla marynarzy, podczas których uczyli się m.in. strzelać z różnego rodzaju broni czy technik obezwładniania przeciwnika. Do dziś Blackwater przeszkoliło ponad 30 tysięcy marynarzy. 

Ośrodek treningowo-szkoleniowy w Moyock gościł nie tylko marynarzy, policjantów i żołnierzy, ale także jednostki i oddziały antyterrorystyczne. Firma organizowała zawody dla takich jednostek, w których rywalizowały ekipy także spoza Stanów Zjednoczonych. Wkrótce bywanie na imprezach organizowanych przez Blackwater stało się modne, a jej potęga rosła. Jak już wspominałem, nie tylko ciężka praca i umiejętność szybkiego reagowania stały za sukcesem Blackwater. Wielką rolę w szybkim rozwoju firmy odegrał jej właściciel, były członek jednostki NAVY SEALS Erik Prince. Wychowany w religijnej, republikańskiej rodzinie Prince odziedziczył po zmarłym ojcu (wraz z rodziną) firmę, za którą wkrótce rodzina zainkasowała ponad miliard dolarów.

Wykorzystując swoje doświadczenie z SEALS oraz pieniądze Erik Prince założył Blackwater USA w roku 1997. Przekonania polityczne wyniesione z domu rodzinnego oraz liczne koneksje i znajomości sprawiły, że biznes Erika Prince'a mógł rozwijać się bardzo dynamicznie, zwłaszcza gdy do władzy doszedł George W. Bush. Nadeszła złota era dla Prince'a, a ten potrafił wykorzystać daną mu szansę.

Wkrótce kolejna, trzecia część rozważań poświęcona książce Jeremy'ego Scahilla pt. "Blackwater. The rise of the world's most powerful mercenary army".

Piotr Wołejko

 

grafika: amazon.com

Czytaj też: pierwszą część recenzji książki o firmie Blackwater

 

 

Więcej tekstów oraz autorów na nowym portalu Polityka Globalna:
 
sobota, 29 listopada 2008

grafikaBez dwóch zdań książka Jeremy'ego Scahilla pt. "Blackwater. The rise of the world's most powerful mercenary army" (Blackwater. Powstanie najpotężniejszej na świecie armii najemników) to lektura arcyciekawa i fascynująca. Chociaż media na całym świecie wielokrotnie pisały o wykorzystaniu "prywatnych ochroniarzy" w Iraku czy Afganistanie, mało kto zdaje sobie sprawę z tego, że w samym Iraku wynajętych ochroniarzy jest tyle samo (albo nawet więcej), niż żołnierzy amerykańskich.

Potrzeba zapewnienia bezpieczeństwa dyplomatom i urzędnikom, dostawcom żywności i innych niezbędnych artykułów oraz rozmaitym instytucjom i prywatnym firmom narastała wraz z pogarszaniem się sytuacji i destabilizacją wewnątrz Iraku. Liczba amerykańskich żołnierzy nie była wystarczająca, aby zapewnić bezpieczeństwo rzeszy ludzi niezbędnych dla odbudowy kraju i jego transformacji w demokrację, co było głównym celem obalenia Saddama Husajna (Irak miał być przykładem dla reszty regionu, zadziałać niczym kostka domina, doprowadzając do transformacji państw bliskowschodnich w przyjazne Stanom Zjednoczonym demokracje). 

Jak się szybko okazało, ochrony potrzebują przede wszystkim nowi iraccy decydenci, czyli amerykańscy dyplomaci. W tzw. Zielonej Strefie powstaje największa na świecie ambasada Stanów Zjednoczonych, a zanim rozpoczęto jej budowę w kraju przez rok rządził amerykański prokonsul Paul Bremer. Departament Stanu, choć posiada własną służbę zapewniającą bezpieczeństwo dyplomatom, musiał zwrócić się do prywatnych firm zajmujących się zapewnianiem bezpieczeństwa i ochroną. Jedną z tych firm był Blackwater. Firma należąca do Erika Prince'a chroniła także Paula Bremera, najważniejszego amerykańskiego polityka w Iraku.

Blackwater USA (obecnie Blackwater Worldwide) powstało w 1997 roku, a siedziba firmy mieści się w Moyock w Północnej Karolinie. Nazwa Blackwater została zainspirowana kolorem wody Great Dismal Swamp, bagien nad którymi niemalże położony jest ośrodek treningowy Blackwater o powierzchni 7 tysięcy akrów. Bagna, znajdujące się pod ochroną jako rezerwat przyrodniczy, mają powierzchnię 111 tys. akrów i ciągną się aż do sąsiadującej z Północną Karoliną Wirginii. W tym stanie mieszczą się zaś siedziby wielu instytucji związanych z wojskiem oraz wywiadem. Moyock okazał się więc położony idealnie dla przyszłego, imponującego rozwoju firmy.

Na razie jest jednak rok 1997, a Blackwater jest firmą małą i daleko mu do obecnej potęgi. O posiadaniu ponad 20 tysięcy ludzi w Iraku oraz drugich 20 tysięcy pod telefonem, dostępnych w razie konieczności, nikt w Moyock nie marzy. Zanim Blackwater był w stanie wystawić prywatną armię świetnie wyszkolonych i uzbrojonych najemników, firma zajmowała się szkoleniem amerykańskich policjantów, żołnierzy i członków innych służb w swoim ośrodku w Północnej Karolinie

Erik Prince, założyciel Blackwater i były członek elitarnej jednostki Navy SEALS, zakładając firmę miał na celu zapewnienie odpowiednich warunków do szkolenia żołnierzy oraz służb mundurowych. Od samego początku ośrodek w Moyock wyróżniał się nowoczesnością oraz wysokimi standardami. Szkolenia prowadzili byli członkowie SEALS oraz innych jednostek specjalnych. Przez lata powstawały nowe obiekty, m.in. budynek symulujący szkołę, w którym policjanci i jednostki specjalne przygotowywały się do różnych sytuacji znanych z życia codziennego.

Blackwater potrafił świetnie wykorzystywać przeróżne tragedie i kryzysy, aby rozwijać swoją działalność i zwiększać zyski. Powstanie budynku symulującego szkołę nastąpiło wkrótce po tragedii w Columbine High School w kwietniu 1999 roku. Dwóch nastoletnich uczniów zastrzeliło tego dnia dwunastu swoich szkolnych kolegów i nauczyciela, a także raniło 24 inne osoby. Choć strzelaniny w szkołach i na kampusach uniwersyteckich nie są w Stanach żadną nowością, odpowiednie służby nie miały właściwego przygotowania do radzenia sobie w takich sytuacjach. W sukurs przyszedł im Blackwater, tworząc odpowiedni obiekt i zapewniając merytoryczne wsparcie ze strony byłych komandosów. 

Obiekty Blackwater w Moyock w Północnej Karolinie gościły z roku na rok coraz większą liczbę funkcjonariuszy, agentów i żołnierzy - kilkadziesiąt tysięcy osób. Szkolenia są prowadzone nadal, a Blackwater zarabia na tym naprawdę duże pieniądze. Jak każda dobrze zarządzana korporacja, Blackwater doprowadził do perfekcji swój podstawowy biznes i intensywnie rozglądał się za możliwościami poszerzenia zakresu świadczonych usług. Jednak jak firma z Północnej Karoliny w ciągu zaledwie kilku lat stała się liderem branży "prywatnej ochrony", z armią 20 tysięcy najemników pracujących w Iraku? 

O tym już wkrótce, w drugiej części artykułu.

Piotr Wołejko

 

grafika: amazon.com

 

Więcej tekstów oraz autorów na nowym portalu Polityka Globalna:
 

 

piątek, 28 listopada 2008

W całym zamieszaniu związanym z incydentem gruzińskim najbardziej uderzająca jest fatalna organizacja wizyty prezydenta RP w zakresie bezpieczeństwa. Z informacji dla Prezesa Rady Ministrów sporządzonej m.in. przez Jacka Cichockiego wyłania się obraz nędzy i rozpaczy. 

Biuro Ochrony Rządu wychodzi na pół-amatorską grupkę posiadających fajne i drogie zabawki panów, którzy nie są w stanie zapewnić bezpieczeństwa głowie państwa. Z drugiej strony, BOR nieustannie był stawiany przez prezydenta w sytuacji, delikatnie mówiąc, niekomfortowej. Służby ochraniające najwyższego przedstawiciela Rzeczypospolitej Polskiej w ostatniej chwili były informowane o zmianach w planie wizyty bądź nie były informowane w ogóle.

grafika

Co więcej, BOR-owcy zostali umieszczeni przez Gruzinów na końcu kolumny, "bez kontaktu wzrokowego z limuzyną przewożącą prezydentów" (sic!). Zmiana trasy kolumny prezydenckiej pozostała także niezauważona przez niektórych jej członków, bo zapadł zmrok (łaskawie informacja dla premiera nie wspomina, czy BOR także nie zauważył zmiany trasy z powodu zmroku). Po pewnym czasie na czoło kolumny wysforował się samochód z dziennikarzami. Kolejna niespodzianka, sytuacja zupełnie nieprawdopodobna jeśli chodzi o reguły bezpieczeństwa.

I tu dochodzimy do najlepszego:

grafika

Przyznam bez bicia, że z taką sytuacją jeszcze się nie spotkałem. Agenci Secret Service, ochraniający prezydenta Stanów Zjednoczonych, nigdy do takiej sytuacji by nie dopuścili. Tymczasem nasi BOR-owcy zostali rozstawieni po kątach przez gospodarzy i zamiast chronić prezydenta stali się członkami wycieczki krajoznawczej po pięknych gruzińskich ziemiach. Polska ochrona nie miała nawet kontaktu wzrokowego (sic!) z chronionym obiektem. 

Wpadka to co nie miara, ale można powiedzieć, że Secret Service także dał ciała, pozwalając ukraść zegarek z ręki prezydentowi Bushowi podczas jego zeszłorocznej wizyty w Albanii. Zdjęcia pokazujące jak Bush tracił zegarek obiegły cały świat, będąc przedmiotem drwin. Tutaj jednak nie ma z czego się śmiać, bo padły strzały (co prawda w powietrze, ale to standardowe ostrzeżenie), a nasza ochrona nawet nie była na miejscu zdarzenia.

grafika
 źródło: washingtonmonthly.com

Śmieszą natomiast słowa prezydenta, który cieszył się z nieobecności BOR-owców wokół niego, gdyż nie lubi być rzucany na ziemię. Z całym szacunkiem dla prezydenta, ale wypowiedziane przez niego słowa są zupełnie nieodpowiedzialne. W sytuacji zagrożenia ochrona musi być przy nim i zapewnić mu bezpieczeństwo, a tutaj standardem jest położenie chronionej osoby na ziemi i osłonięcie go własnymi ciałami przez ochroniarzy. Gusta prezydenta nie mają żadnego znaczenia

Po kilku dniach przyglądania się incydentowi można stwierdzić, że rażące błędy popełniła strona gruzińska, a prezydent Kaczyński poddawał się kolejnym pomysłom Micheila Saakaszwilego bez słowa sprzeciwu. Nie sprzeciwiał się także BOR, choć było jasne, że bezpieczeństwo głowie państwa nie może zostać zapewnione w stopniu choćby dostatecznym. 

Zrozumiałe jest, że ochrona nie może decydować za przywódcę, gdzie ten może a nie może się udać. Jednak w sytuacji niemożności zapewnienia bezpieczeństwa to nie polityk powinien decydować o kierunku i celu podróży. Bezpieczeństwo jest po stokroć ważniejsze od najważniejszego nawet politycznego celu, jakim w tym przypadku było wykazanie odbiegania rzeczywistości od treści porozumień, które Sarkozy zawarł z Miedwiediewem. 

Trudno jest powiedzieć "nie" najważniejszym politykom w państwie, ale czasem trzeba się na to zdobyć i umieć swoje postanowienie wyegzekwować. Skoro amerykańscy prezydenci poddają się w takich sytuacjach osądowi agentów Secret Service, polski prezydent również powinien. Niestety, ostrzeżenia nie było, za co wyłączną odpowiedzialność ponosi szef prezydenckiej ochrony. Kiedy tylko zobaczył, że wydarzenia odbiegają od planu powinien niezwłocznie podjąć działania mające na celu wyjaśnienie sytuacji i zapewnienie bezpieczeństwa prezydentowi. Jak było, wiemy...

Piotr Wołejko

12:20, p.wolejko , Inne
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 25 listopada 2008

Niemiecka gazeta Die Welt we wczorajszym wydaniu była łaskawa określić Majdanek mianem polskiego obozu koncentracyjnego. Na stronie Die Welt na szczęście nie uświadczymy już szokującego Polaków sformułowania "polnische Konzentrationslager", ale mleko się rozlało. Dziś rano w TOK FM wiceminister spraw zagranicznych Ryszard Schnepf zapowiedział, że rząd polski może wytoczyć wielki proces mediom piszącym o polskich obozach koncentracyjnych.

Dla niektórych szczególnie szokujące jest to, że o polskich obozach pisze gazeta niemiecka. Czy jest to oznaka cynicznego odwracania kota ogonem i zaciemniania historii - pytają retorycznie politycy i publicyści o raczej negatywnym nastawieniu do Niemiec? Czy może przejęzyczenie, które jest wynikiem ignorancji młodych dziennikarzy, którzy akurat na tej lekcji historii nie byli albo nie słuchali zbyt uważnie? A może w szkole nie mówiono zbyt wiele o tym, kto rzeczone obozy stawiał, kto je prowadził i kto za nie odpowiada? 

Choć powojenny Zachód zbudowany jest w dużej mierze na tragedii Holocaustu, w pamięci narodów europejskich nie budowano świadomości tego, kto zaplanował zagładę. Powtarzano jak mantra "naziści", ale zwykle naziści beznarodowi. Z rzadka dodawano, że byli to niemieccy naziści. Tymczasem naziści nie wzięli się znikąd. Wygrali demokratycznie przeprowadzone wybory i rządzili ciesząc się sporym poparciem społecznym. Dopiero klęski na froncie wschodnim zachwiały popularnością Hitlera i jego towarzyszy. Wcześniej opozycji praktycznie nie było (Hitler profilaktycznie wypędził bądź zamordował większość opozycjonistów) albo była słaba (i to wiele lat po rozpoczęciu wojny w 39').

Po wojnie zaś zachodni alianci nie upokarzali Niemców po upokarzającej i druzgocącej klęsce militarnej i nie przypominali na każdym kroku, że odpowiadają za ogromną tragedię milionów ludzi, za zaplanowaną zagładę jednego narodu. W ten sam sposób wyglądało to w Japonii, gdzie Amerykanie także nie rozliczali militarystycznej przeszłości tego kraju zbyt gorliwie. Tak w Niemczech, jak w Japonii, postanowiono spuścić zasłonę milczenia na wstydliwą kartę w historii. Pamięć o tragedii miała być przekazywana po cichu. 

Nie wiadomo, czy Amerykanie nie naciskali na rozliczenie przeszłości i wyraźne upamiętnienie odpowiedzialności oprawców za cierpienia ofiar dlatego, że tak nakazywały realia rozpoczynającej się zimnej wojny, czy też dlatego, że nie uznawali tego za najważniejsze. Wariant pierwszy zakłada cyniczne, ale rozsądne z geopolitycznego punktu widzenia założenie, że nie można upokarzać jeszcze bardziej złamanych narodów, które stały się frontowymi w starciu z komunistami. Jeśli prawdziwa jest wersja druga, także można ją zrozumieć jeśli spojrzy się na stopień religijności Amerykanów. Zapewne uznali oni, że samo poczucie winy wystarczy, aby na zawsze pamiętać o strasznych wydarzeniach lat ubiegłych. Może prawda leży po środku, nie mnie to oceniać.

Polaków szczególnie szokuje określanie obozów koncentracyjnych mianem polskich, gdyż zginęły w nich setki tysięcy, może więcej, polskich obywateli, nie tylko żydowskiego pochodzenia. W planach Hitlera Polacy i inne narody słowiańskie miały być eksterminowane, aby stworzyć miejsce - przestrzeń życiową - dla rasy aryjskich panów. Gdyby III Rzesza nie poniosła klęski na Wschodzie, wielu Polaków podzieliłoby los Żydów, a pozostali staliby się służącymi w domach czystych rasowo niemieckich rodzin.

Razi w oczy, że tak skandalicznej manipulacji dopuszcza się akurat niemiecka gazeta. Jednak grożenie procesami nie ma większego sensu. Nie chodzi nawet o to, że zwycięstwo byłoby wątpliwe. Ta kwestia nie ma żadnego znaczenia. To nie sala sądowa, ale zdecydowany i jednoznaczny głos naszego rządu i jego przedstawicieli powinien przypominać o prawdzie historycznej. To media powinny nagłaśniać obraźliwe dla nas i zakłamujące historię określenia. Obecna reakcja polskich władz i mediów jest absolutnie wystarczająca.

Piotr Wołejko

 

Wcześniejsze wpisy o Polsce i polskiej polityce zagranicznej:

  • Sarkozy, Kaczyński, traktat i nasza polityka zagraniczna 
  • Czy Obama zapomniał o Polsce? O relacjach polsko-amerykańskich.
  • Kijów: energetyczny zawrót głowy
  • Bezpieczeństwo energetyczne Polski

Więcej tekstów oraz autorów na nowym portalu Polityka Globalna:
 
poniedziałek, 24 listopada 2008

Socjalizm XXI wieku, jedna partia i wieloletnie rządy Chaveza. Dobrobyt, tania ropa i prawdziwa niezależność przejawiająca się w ubliżaniu prezydentowi Stanów Zjednoczonych i goszczeniu rosyjskich bombowców i okrętów wojennych. Wielkie gesty w postaci sponsorowania pomniejszych liderów socjalistycznych w Boliwii, Ekwadorze czy Nikaragui. 

Prezydent Chavez to z pewnością postać wielka. Kontrowersyjny lider, który - mimo ostrej retoryki - rządzi demokratycznie od wielu lat. Wygrywał kolejne wybory i referenda, aż do pamiętnej porażki w referendum konstytucyjnym w grudniu ub.r. Fortuna zaczęła opuszczać charyzmatycznego przywódcę właśnie w roku 2007, a kulminacyjnym momentem było minimalne zwycięstwo opozycji, blokujące zmiany w konstytucji. 

Obywatele przestali patrzeć na Chaveza jak na bóstwo, gdyż stan gospodarki zaczął ich coraz bardziej dotykać. Wysoka inflacja (grubo powyżej 20 procent) oraz problemy z zaopatrzeniem sklepów (rząd narzucił ceny maksymalne) to tylko niektóre przejawy dobrobytu, jakiego doświadczają Wenezuelczycy w Socjalizmie XXI wieku. Co więcej, wszechobecna korupcja oraz nowopowstała elita chavistowska zaczęły kłuć w oczy. Nie można także nie przecenić kwestii "jakości" urzędników oddelegowanych przez Chaveza do zarządzania (czy nacjonalizowanymi firmami czy instytucjami państwowymi). Chyba nietrudno zgadnąć, że kryterium wykształcenia i umiejętności ustępowało ślepej lojalności.

Stąd nie dziwią wyniki wczorajszych wyborów lokalnych, w których opozycja odniosła względny sukces. Przeciwnicy Chaveza utrzymali kontrolę nad stanami Zulia i Nueva Esparta, a także zdobyli władzę nad trzema kolejnymi: Carabobo, Tachira i Miranda. Opozycja będzie rządzić również w Caracas. Chavez utracił więc kontrolę nad najbogatszymi, posiadającymi największy potencjał gospodarczy oraz najludniejszymi stanami. Sukces opozycji zaciemnia fakt, iż w 17 stanach nadal rządzić będą ludzie prezydenta. 

Pokonany prezydent zachował się z klasą, gratulując opozycji jej sukcesów. Ogłosił przy tym swoje wielkie zwycięstwo, a także zwycięstwo socjalizmu. Prawda jest jednak taka, że Hugo traci na popularności i będzie mu bardzo trudno utrzymać władzę po roku 2012, na kiedy zaplanowane są kolejne wybory prezydenckie. W utrzymaniu władzy nie pomoże z pewnością spadająca cena ropy naftowej oraz socjalistyczna mantra powtarzana przez prezydenta. Prędzej spodziewałbym się jednak demokratyzacji Chin niż przekształcenia Chaveza z socjalisty w wolnorynkowca, który byłby w stanie zreformować kulejącą wenezuelską gospodarkę.

Wenezuela zmierza zaś nieuchronnie w kierunku odsunięcia Chaveza od władzy. Jeśli zwrócimy uwagę na porażkę prezydenta w, jak  ujmuje to Tierralatina, bastionie chavizmu, gminie Sucre w Caracas,  dostrzeżemy światełko w tunelu. Światełko, które zwiastuje przesunięcie politycznego wahadła na stronę opozycji. Nawet tzw. biedota dostrzega, że Socjalizm XXI wieku nie działa i nie sprawia, żeby ludziom żyło się lepiej. Wszystkim. 

Piotr Wołejko

 

Wcześniejsze wpisy o Ameryce Łacińskiej:



Więcej tekstów oraz autorów na nowym portalu Polityka Globalna:
 
 
1 , 2 , 3 , 4
Zakładki:
1. Dyplomacja w Sieci
2. Blogi zagraniczne
3. Think-tanki
4. Media zagraniczne
5. Blogi polskie
6. Militaria
7. Periodyki
liczniki
Dyplomacja on Facebook