niedziela, 28 listopada 2010

Czasem po prostu brak słów, gdy obserwuje się wydarzenia na świecie. Jak bowiem zareagować na zatopienie okrętu wojennego, najpewniej przez torpedę wystrzeloną przez łódź podwodną, który to okręt nie prowadził żadnych działań wojennych? Jak zareagować na ostrzelanie wyspy pociskami artyleryjskimi, choć z wyspy w przeciwną stronę nie wystrzelono wcześniej ani pocisku? Oba wydarzenia przyniosły śmierć ponad 50 osób, w tym dwóch cywilów.

Kupujemy blef Kim Dzong Ila?

Za opisane wyżej, niczym nieuzasadnione ataki odpowiada Korea Północna. Polecenie wyszło z góry, najpewniej od samego Kim Dzong Ila. Rozkazał on z premedytacją przeprowadzić uderzenia na korwetę Cheonan i wyspę Yeonpyeong. Nie liczyło się dla niego życie ludzkie, ale trudno spodziewać się takiej troski po kimś, kto stworzył państwo-gułag. Państwo, które głodzi, surowo karze, torturuje i morduje własnych obywateli. Jedna śmierć to tragedia, milion - to  statystyka, powiedział Józef Stalin. Rządząca w Phenianie rodzina Kimów wzięła sobie do serca słowa sowieckiego tyrana.

Niepokoi, o czym pisałem po zatopieniu południowokoreańskiej korwety, bezkarność Północy. Najpierw okręt, następnie ostrzał wyspy, co będzie następne? Czy rzeczywiście Południe odpowie w sposób zdecydowany, jak to teraz zapowiada? Przecież w przypadku kolejnego aktu wojny obawy o możliwość wybuchu pełnowymiarowego konfliktu zbrojnego z Phenianem nie będą mniejsze niż w chwili obecnej. Nadal strach przed powtórką z lat 50. ubiegłego stulecia będzie bardzo silny. Stąd należy wątpić w szeroko zakrojone akcje odwetowe, a tym bardziej w tysiąckrotną odpowiedź, jaką zapowiadał południowokoreański dowódca piechoty morskiej z zaatakowanej wyspy.

Swoją drogą ciekawe jest, że wszyscy wierzą w wybuch straszliwej wojny i w to, że w razie ostrej odpowiedzi militarnej na północnokoreańskie prowokacje Phenian odpowie z pełną mocą, podczas gdy Korea Północna za nic bierze sobie sojusz Seulu z Waszyngtonem. Odstraszanie działa tylko wtedy, gdy druga strona jest przekonana, że bez chwili wahania przeciwnik pociągnie za spust. Jak widać, to Korea Południowa i Stany Zjednoczone bardziej się tego obawiają. A przecież, racjonalnie oceniając sytuację, wojna się Północy w ogóle nie kalkuluje. Jest bowiem wielce prawdopodobne, że zakończyła by się upadkiem reżimu Kima. Czy przypadkiem Seul i Waszyngton nie kupują północnokoreańskiego blefu?

Chińskie rozdwojenie jaźni ws. KRLD

grafikaMówiąc o sytuacji na Półwyspie Koreańskim trudno nie poruszać się jak dziecko we mgle. Dostępne dane są mimo wszystko skąpe, a reżim Kimów nieustannie utwierdza nas w przekonaniu o swojej nieprzewidywalności. Wiemy natomiast, że wyskoki Północy nie są robione bez celu. Phenian chce zwrócić na siebie uwagę. Liczy na nowe koncesje i pomoc materialno-finansową. Domaga się uznania swego statusu nuklearnej potęgi. Przeprowadza skomplikowany proces sukcesji przywództwa w ręce trzeciego pokolenia dynastii Kimów. Nie ma zaś zamiaru przełamywać własnej izolacji. Obecny stan, gdy świat odciął się od Północy, bardzo reżimowi odpowiada (jak zwrócił uwagę przyjaciel, którego poprosiłem o opinię dot. niniejszej analizy, taka sytuacja odpowiada także innym, głównie USA - uzasadniając obecność wojskową w regionie).

W poważnym kłopocie, to wiemy na pewno, są za to Chiny. Jedyny protektor Phenianu i jego wierny sponsor. Wiadomo, że bez wsparcia chińskiego Koreańska Republika Ludowo-Demokratyczna posypała by się jak domek z kart. Taki obrót zdarzeń to koszmar władz w Pekinie, stąd Kimowie mogą liczyć na umiarkowaną chińską pomoc. Z drugiej strony, Północ stanowi dla Chin istotny atut w regionalnej rozgrywce. Odgrywa ważną, trudną do przecenienia rolę. Pytanie, czy nadal korzyści przeważają nad stratami?

Najpierw straty. Chiny tracą na wspieraniu Korei Północnej wizerunkowo. Głównie w regionie, ale także na świecie. Obraz sponsora i obrońcy nieprzewidywalnego reżimu, który atakuje swojego sąsiada bez jakiegokolwiek powodu, idzie w świat i rzuca się cieniem na Chińską Republikę Ludową. Państwa regionu są, słusznie, zaniepokojone poczynaniami Pekinu i usiłują w związku z tym zwiększyć własne bezpieczeństwo. Zacieśniają więzy nie tylko między sobą, ale szukają też zewnętrznego wsparcia. W tej roli występują Stany Zjednoczone, żywotnie zainteresowane utrzymaniem status quo na Pacyfiku.

Paradoksalnie, Chińczycy domagając się wycofania Amerykanów z okolicy (na razie z ekskluzywnej strefy ekonomicznej), sami prowokują zwiększoną amerykańską obecność pod własnym nosem. W odpowiedzi na ostrzelanie wyspy (choć podobno to zbieg okoliczności, ćwiczenia były zaplanowane i ogłoszone dużo wcześniej) Stany Zjednoczone i Korea Południowa przeprowadzą na Morzu Żółtym manewry morskie, w których udział weźmie lotniskowiec George Washington wraz z okrętami towarzyszącymi. Chiny muszą być poważnie wkurzone wysłaniem lotniskowca na własne podwórko (a w ciągu kilku-kilkunastu dni Amerykanie mogą wysłać kolejne, gdyby zaszła taka potrzeba). Waszyngton wysyła sygnał do chińskiego kierownictwa, że czas wziąć się za Kim Dzong Ila. W innym wypadku amerykańska obecność w regionie, uwzględniając najbliższe okolice Chin, może się zwiększyć.

Korzyści z istnienia Północy są dla Pekinu trudne do przecenienia. Można zaryzykować stwierdzenie, że gdyby reżim w Phenianie nie istniał, należałoby go wymyślić i urzeczywistnić. Korea Północna trzyma w szachu sąsiada z Południa oraz Japonię, które mogą stać się celem chociażby ostrzału rakietowego z Północy. Amerykanie muszą angażować się w obronę Seulu oraz Tokio, utrzymując spore ilości żołnierzy i sprzętu w regionie, wydając przy tym sporo pieniędzy. Dzięki temu związaniu sił przeciwnika Chiny mają większą swobodę w działaniach w innych częściach globu. Nie mówiąc już o tym, że Stany Zjednoczone same uwiązały sie w Iraku czy Afganistanie, jeszcze poważniej ograniczając możliwości działania Ameryki.

Niesforny klient i ważkie pytania

Tegoroczne wyskoki Północy (Cheonan, Yeonpyeong) każą postawić pytanie, czy nie stroniąca od niesprowokowanej agresji Korea Północna w dalszym ciągu stanowi dla Chin cenny atut. Reakcja Pekinu na oba wydarzenia była bardzo stonowana, spokojna i bezbarwna. Można zrozumieć, że Chiny nie chcą używać zbyt ostrej retoryki, by nie alienować Phenianu, ale chyba warto było się pokusić o coś więcej. Może za mdłą reakcją kryje się po prostu niechęć do otwartego przyznania, że Pekin ma niewielki wpływ na postępowanie Korei Północnej? Nie byłoby to dziwne, gdy przyjrzymy się bliżej historii relacji patron-klient, o których - w wykonaniu Chin i KRLD - pisałem w maju br.

Próba przewidzenia rozwoju zdarzeń na Półwyspie Koreańskim to więcej niż wyższa szkoła jazdy. To zwyczajne wróżbiarstwo. Można się wstrzelić, ale można także palnąć coś, co okaże się skrajną głupotą. Mimo coraz gęstszej atmosfery w mediach, należy jednak z dużym prawdopodobieństwem wykluczyć wojnę. Ona się nikomu nie opłaca. Kolejne akty przemocy ze strony Phenianu są raczej pewne. Północ podbija stawkę i liczy na szybkie zyski. Swojemu klientowi próbują pomóc Chiny, wzywając do wznowienia-niewznowienia rozmów sześciostronnych z udziałem obu Korei, Chin, Rosji, Japonii i USA, aby przedyskutować zaistniałą sytuację (nie zaś problem atomowy, co było przedmiotem rozmów przed ich zerwaniem przez KRLD).

Dla Chin sprawa Cheonan zakończyła się niewielką prestiżową porażką. Yeonpyeong może okazać się bardziej kosztowne. Pekin powinien zrobić więc wszystko, aby sprawę przykryć i stworzyć pozory jej rozwiązania. W przypadku USA, ostrzelanie wyspy pokazało, iż potrzebna jest rewizja podejścia do odstraszania militarnego. Powstało pytanie, jak reagować na takie sytuacje jak Yeonpyeong? Więcej, sojusznicy USA zadają sobie pytanie, czy również w przypadku uderzenia na nich Ameryka właściwie nie zareaguje? W wyniku działań Kim Dzong Ila w kłopocie znalazły więc zarówno Chiny, jak i Stany Zjednoczone. Które państwo poradzi sobie lepiej?

Piotr Wołejko

 

grafika: ifreshnews.com

środa, 24 listopada 2010

Niektórzy nadal próbują zbijać kapitał polityczny na przekonywaniu o odpowiedzialności Polaków za wysiedlenia ludności niemieckiej po zakończeniu II wojny światowej. Wiarygodność tego twierdzenia można porównać do innego „powojennego mitu”, jakim są tzw. polskie obozy koncentracyjne (o których szerzej pisałem tutaj). Często nazywane zresztą hitlerowskimi, nie zaś niemieckimi. Trudno uciec od historycznego obciążenia. Niemcy, fakt, że hitlerowskie, stworzyły na terytorium Polski przemysł zagłady. Natomiast Amerykanie, Brytyjczycy i Sowieci odpowiadają za przesiedlenia ludności niemieckiej.

Kto odpowiada za wysiedlenia

To, że Niemcy zostaną przeniesieni z terytorium Polski, Węgier i Czechosłowacji zostało postanowione w umowie poczdamskiej z 2 sierpnia 1945 roku (rozdział XII). Prowizoryczne władze ww. państw wykonywały polecenia zwycięskich mocarstw, decydujących o kształcie powojennej Europy. Decyzję o realizacji przesiedleń ludności niemieckiej potwierdziła w listopadzie 1945 roku Sojusznicza Rada Kontroli, sprawująca najwyższą władzę na terytorium pokonanej III Rzeszy. W jej skład wchodzili gen. Dwight Eisenhower, marszałek Bernard Montgomery, marszałek Gieorgij Żukow i gen. Jean de Lattre de Tassigny.

grafika

Członkowie Sojuszniczej Rady Kontroli (od lewej): B. Montgomery, D. Eisenhower, G. Żukow i J. de Lattre de Tassigny / źródło: Bildarchiv Preußischer Kulturbesitz

Warto podkreślić postawę Francji wobec wysiedleń. Paryż nie był stroną umowy poczdamskiej, Francuzi nie uczestniczyli bowiem w konferencji w podberlińskiej miejscowości. Nie czuli się więc związani wszystkimi postanowieniami porozumienia z 2 sierpnia 1945 roku, między innymi właśnie tymi dotyczącymi wysiedleń ludności niemieckiej. Z drugiej strony, decyzje w Sojuszniczej Radzie Kontroli zapadały jednomyślnie, więc Francja zgodziła się na przesiedlenia, gdy Rada podejmowała stosowną decyzję w listopadzie 1945 roku.

Akceptacja metody Stalina

Głównym orędownikiem, wręcz promotorem wysiedleń, był przywódca ZSRR Józef Stalin. Miał zresztą doświadczenie przy tego typu przedsięwzięciach, gdyż stosował je wielokrotnie na narodach zamieszkujących Związek Radziecki. Przesiedlenia pozwalały stworzyć w miarę jednolite narodowościowo państwa, które w teorii powinny być bardziej stabilne. Niemiecka mniejszość została uznana za potencjalną piątą kolumnę, więc należało się jej pozbyć.

Alianci uważali także, iż wszyscy Niemcy muszą ponieść karę za wybuch wojny. Zastosowano zasadę odpowiedzialności zbiorowej. Na końcu wreszcie, Sowieci liczyli na stworzenie antagonizmów pomiędzy swoimi satelitami oraz między nimi a ich sąsiadami. Wówczas obecność ZSRR stawała się niezbędna dla zapewnienia bezpieczeństwa. Zachodni alianci nie protestowali jednak przeciwko przesiedleniom. Premier Churchill już pod koniec 1944 roku przekonywał w Izbie Gmin, iż stanowią one „najbardziej satysfakcjonującą i trwałą metodę”, aby zapewnić stabilne granice i ograniczyć do minimum konflikty etniczne.

Jak reagować na fałsz

Profesor Marian Dobrosielski, wieloletni pracownik polskiej dyplomacji, powiedział w rozmowie opublikowanej w Biuletynie Neutrum ze stycznia 2004 roku co następuje: „20 listopada 1945 r. Sojusznicza Rada Kontroli nad Niemcami przyjęła plan wysiedlenia ludności niemieckiej z Polski. Polska wykonała ten plan spełniając określone warunki wynikające z postanowień wspomnianej Rady. Żadne państwo (strona umowy poczdamskiej) nie podniosło wobec Polski zastrzeżeń dotyczących rozmiarów i sposobów wykonania akcji wysiedleniowej z Polski. Wszelkie więc roszczenia tzw. Związków Wypędzonych, Pruskiego Powiernictwa i popierających ich organizacji i polityków są pozbawione podstaw prawnych i skierowane pod fałszywym adresem.”

W 65. Rocznicę podjęcia decyzji o wysiedleniach Niemców z terytorium Polski, Czechosłowacji i Węgier należy podkreślić, iż pełną odpowiedzialność za przesiedlenia, w tym za ich przebieg, ponoszą trzy zwycięskie mocarstwa – Związek Radziecki, Wielka Brytania i Stany Zjednoczone. Wszelkie roszczenia należy kierować pod ich adresem (przy czym w miejsce ZSRR wstępuje, jako prawny następca, Federacja Rosyjska). Kiedy więc usłyszymy oskarżenia kierowane w stronę Polski, nie powinniśmy wściekać się czy zbywać historycznych bredni milczeniem, tylko wskazywać na właściwych adresatów roszczeń.

Piotr Wołejko

wtorek, 23 listopada 2010

grafikaW imieniu organizatorów, Interdyscyplinarnego Koła Naukowego Dyplomacji i Prawa na Uniwersytecie Warszawskim zapraszam na spotkanie poświęcone tematowi tajnych więzień CIA w Polsce. Odbędzie się ono w sali A2, w budynku Collegium Iuridicum II przy ul. Lipowej 4 (obok BUWu), już jutro, tj. w środę 24 listopada, o godz. 20.00.

Udział w dyskusji wezmą:

Mecenas Mikołaj Pietrzak - pełnomocnik Abd Al-Rahima Al-Nashiri, Saudyjczyka twierdzącego, że był przetrzymywany w Polsce.

Irmina Pacho - osoba zajmująca się sprawą tajnych więzień CIA w Polsce w ramach Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka.

Spotkanie poprowadzi Patryk Gorgol, prezes IKN Dyplomacji i Prawa. Przedstawi on również w krótkim wystąpieniu kwestie tajnych więzień na tle stosunków polsko-amerykańskich.

Po wystąpieniach gości przewidziany jest oczywiście czas na pytania z sali. Gorąco zachęcam do udziału w spotkaniu. Swoją obecność możecie potwierdzić na facebookowym profilu wydarzenia.

Piotr Wołejko

 

grafika: niepoprawni.pl

21:30, p.wolejko , Inne
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 21 listopada 2010

Zawarcie przez Francję i Wielką Brytanię 2 listopada br. traktatu obronnego należy uznać za ważne wydarzenie. Sojusznicy z obu stron Kanału (English Channel, Kanał La Manche) postanowili pogłębić współpracę pomiędzy własnymi siłami zbrojnymi i podpisali w tej sprawie umowę na następne 50 lat. Nawet jeśli admirał Nelson czy Napoleon przewracają się w grobach, dzisiejsze realia sprawiają, że oba kraje są na siebie skazane.

Niegdysiejsze serdeczne porozumienie (entente cordiale), które połączyło Paryż i Londyn na początku XX wieku przerodziło się w oszczędne porozumienie (entente frugale) zawarte nieco ponad sto lat później. Aktualne porozumienie warto postrzegać przez pryzmat historycznego sojuszu. Oto bowiem Francuzi i Brytyjczycy ponownie jednoczą siły, aby obronić swój status globalny. Dziś są bowiem niczym więcej jak podupadającymi potęgami, których pozycję nieco już na wyrost zawyża stałe miejsce w Radzie Bezpieczeństwa ONZ. Paryż i Londyn są za duże jak na Europę, a jednocześnie za małe jak na świat w XXI wieku.

Dlaczego teraz?

Za zbliżeniem państw, które przeszły od fazy śmiertelnej wrogości po partnerstwo, przemawiają dwa główne powody. Pierwszy dotyczy geopolityki i interesu narodowego. Wielka Brytania, podobnie jak Francja, nie godzą się na postępującą utratę znaczenia i prestiżu na arenie międzynarodowej. Od setek lat posiadały i uważają, że nadal posiadają, interesy o charakterze globalnym. Co więcej, dysponują odpowiednimi narzędziami do realizacji tychże interesów. Są to zarówno instrumenty miękkie, jak wpływy polityczne w wybranych regionach świata (Maghreb, Commonwealth), jak i twarde, czyli siły zbrojne, zdolne do prowadzenie działań bojowych tysiące kilometrów od macierzystej ziemi.

Drugi powód, dla którego Francja i Wielka Brytania zdecydowały się na bliższą współpracę w bezpośredni sposób łączy się z armią, a konkretnie wydatkami na jej utrzymanie. Rzeczywistość finansowa jest nieubłagana i oszczędności konieczne dla zbilansowania budżetu państwa dotkną także sił zbrojnych. Brytyjczycy zapowiedzieli blisko 10 proc. redukcję wydatków na obronę. Francuzi również muszą zaciskać pasa. Jednocześnie Paryż i Londyn to państwa posiadające największe budżety obronne w Europie (pierwsze i drugie miejsce) i jedne z największych na świecie (wyprzedzają je tylko Stany Zjednoczone i Chiny). Są to bezsprzecznie główne europejskie potęgi militarne z możliwościami projekcji siły w znacznej odległości od własnych granic. Zdecydowanie wyrastają ponad europejską mizerię także w kwestii liczby żołnierzy, których mogą wysłać na zagraniczne misje. Zgodnie z opublikowanym w październiku br. Strategic Defense and Security Review, Wielka Brytania będzie zdolna do utrzymywania ok. 10 tys. żołnierzy na długoterminowych misjach zagranicznych. Krótkoterminowo może zaś utrzymać ok. 30 tys. żołnierzy wraz z towarzyszącymi okrętami i lotnictwem, jednak będzie to wymagało skoncentrowania wszystkich zasobów na tego typu misji.

Polityczne i militarne korzyści

Obrona potencjału wojskowego bez wątpienia przyświecała premierowi Davidowi Cameronowi oraz prezydentowi Nicolasowi Sarkozy’emu przy podpisywaniu nowego porozumienia. Przywódcy doszli do wniosku, że silny partner jest im bardzo potrzebny i warto ponieść wysiłek niezbędny do tego, aby cięcia budżetowe nie zraniły zbyt mocno cennego atutu, jakim są francuskie i brytyjskie siły zbrojne. Nie byłoby to jednak możliwe bez porozumienie na szczeblu politycznym. Paryż i Londyn zrozumiały, że posiadają wiele wspólnych interesów. Zamiast rywalizować postanowiły zjednoczyć siły i razem zadbać o to, by ich głos był na świecie słyszalny i poważany. To naprawdę istotny przełom, ponieważ do tej pory Brytyjczykom i Francuzom było raczej nie po drodze, a historyczne sojusze obronne nie miały wiele wspólnego z podobnym postrzeganiem świata. Były wymuszone przez wspólne zagrożenie.

grafika

Nicolas Sarkozy i David Cameron w trakcie podpisywania umowy / grafika: theepochtimes.com, Lionel Bonaventure/Getty Images

Bliższa współpraca francusko-brytyjska ma przynieść zainteresowanym znaczące korzyści. Powstanie wspólna grupa ekspedycyjna w sile brygady, która będzie dostępna także dla działań pod egidą NATO oraz Unii Europejskiej. Wokół francuskiego lotniskowca Charles de Gaulle stworzony zostanie zespół bojowy składający się z okrętów obu państw. Gdy lotniskowiec jednej ze stron będzie przechodził cykliczny remont, marynarze i piloci drugiej strony będą mogli przechodzić szkolenia i ćwiczenia na sojuszniczym lotniskowcu. Oba państwa mają zamiar przeprowadzania wspólnych zakupów sprzętu wojskowego oraz prac nad rozwojem nowych technologii militarnych. Współpraca ma dotyczyć także intensyfikacji wymiany informacji wywiadowczych, a także broni jądrowej.

Trudności i wątpliwości

Przyszłość pokaże, na ile uda się zrealizować padające dziś zapowiedzi. Zbliżenie Francji i Wielkiej Brytanii niewiele pomoże unijnej Wspólnej Polityce Bezpieczeństwa i Obrony, czemu jasno daje wyraz brytyjski sekretarz obrony Liam Fox. Uważa on zawarte porozumienie za stricte bilateralny układ. Być może jednak stanie się on zalążkiem czegoś nowego – realnych działań na rzecz europejskiej obronności. Francuzi i Brytyjczycy zapewniają, że nie zamierzają wykluczać nikogo z głębszej współpracy w zakresie obrony. Światełko w tunelu dla WPBiO? A może tylko próba uspokojenia Niemiec, Hiszpanii, Włoch czy Polski, czyli państw o największym potencjale i możliwościach militarnych w UE.

Ważne jest też, jak do zbliżenia francusko-brytyjskiego odniosą się Stany Zjednoczone. W szczególności obawy budzą specjalne relacje brytyjsko-amerykańskie, zwłaszcza zaś kwestia odstraszania atomowego. Brytyjczycy są zależni w tej kwestii od amerykańskich technologii i dobrej woli Waszyngtonu. Czy USA przyklasną ściślejszej współpracy swego najbliższego sojusznika z tradycyjnie niechętną Ameryce Francją? Odpowiedź byłaby jasna, gdyby takie porozumienie zawarto w czasach administracji George’a Busha. Teraz poglądy w stolicy USA są już inne. Amerykanie wręcz oczekują od Europy głębszej integracji w zakresie obrony i ponoszenia większych wydatków na zapewnienie bezpieczeństwa kontynentowi. Liczą też na europejskie kraje w kwestii wysyłania sił ekspedycyjnych, jako wojsk towarzyszących US Army w operacjach na całym globie. W perspektywie kilku miesięcy wyjaśni się wiele z zarysowanych powyżej wątpliwości.

Piotr Wołejko

 

Tekst powstał dla Fundacji im. Kazimierza Pułaskiego, czołowego polskiego think-tanku zajmującego się sprawami międzynarodowymi. Opublikowano go 16 listopada br. w Stanowisku Pułaskiego.

Artykuł w formacie PDF do pobrania TUTAJ

poniedziałek, 15 listopada 2010

Dwa lata temu, 15 listopada 2008 roku, tzw. somalijscy piraci upolowali grubą zwierzynę. Napastnicy porwali supertankowiec Sirius Star, przewożący ładunek saudyjskiej ropy o wartości około 100 milionów dolarów. Kapitanem zaatakowanej jednostki był Polak Marek Niski, a wśród członków załogi znajdował się jeszcze jeden obywatel Rzeczypospolitej. Niespełna dwa miesiące później, 9 stycznia 2009 roku piraci uwolnili statek i załogę, odbyło się to jednak kosztem zapłacenia okupu w wysokości 3 milionów dolarów.

Kilka miesięcy później, w kwietniu 2009 roku test z radzenia sobie z piratami przechodził świeżo zainstalowany w Białym Domu prezydent Barack Obama. Dzięki postawie kapitana Richarda Phillipsa jego okręt Maersk Alabama oraz załoga zostali uratowani przed podzieleniem losu Sirius Star, jednak sam Phillips znalazł się w szalupie ratunkowej ze swoimi prześladowcami. Pod dryfującą łódź podpłynął amerykański niszczyciel i przez pewien czas trwały negocjacje. Ostatecznie Amerykanie użyli siły, odbili kapitana i zabili większość piratów.

Piraci w natarciu

Wspomnienie tamtych wydarzeń jest o tyle istotne, że problem piractwa w Zatoce Adeńskiej, wzdłuż wybrzeża Somalii, a także – w coraz większym stopniu – wzdłuż zachodniego wybrzeża Indii narasta. Gdy porównamy liczbę ataków z roku 2008 czy 2009 z rokiem obecnym, okaże się, iż wspomniane akweny wcale nie są bezpieczniejsze, a piractwo ma się bardzo dobrze. Jest to tym bardziej warte podkreślenia, że od kilkunastu miesięcy okręty wojenne kilkudziesięciu państw patrolują wspomniane obszary i starają się zapewnić bezpieczeństwo żegludze handlowej.

grafika

Sirius Star / grafika: Wikimedia Commons

Piraci nie dają jednak za wygraną. Mimo obecności okrętów z USA, Europy, Indii czy Chin nadal przeprowadzają ataki na statki korzystające z popularnego szlaku handlowego wiodącego wokół zachodniego wybrzeża Afryki. Działania piratów są coraz bardziej zuchwałe i odważne. Potrafią obrać za cel statek znajdujący się nawet 400-450 mil morskich od somalijskiego wybrzeża. Ba, i większe odległości nie stanowią dla nich poważnej przeszkody. Nie dalej jak 12 listopada br. porwali frachtowiec Yuan Xiang pływający pod panamską banderą, biorąc 29 członków załogi (Chińczyków) za zakładników. Porwany statek towarowy znajdował się około 680 mil morskich od wybrzeża Somalii, dokąd się teraz kieruje.

Kosztowne bezprawie

Tylko w listopadzie piraci porwali cztery statki, a podobną średnią osiągali w poprzednich miesiącach. Częstotliwość ataków jest jednak o wiele większa, gdyż mniej więcej połowa z nich kończy się niepowodzeniem. Czasem załoga jest w stanie odpędzić piratów podczas próby abordażu, innym razem wezwana na pomoc jednostka marynarki wojennej państw trzecich (bo przecież nie somalijska, jemeńska czy kenijska – kraje te nie posiadają floty lub jest ona szczątkowa i niezdolna do jakichkolwiek działań) ratuje statek handlowy z opresji.

Wszystkie dotychczasowe działania to tylko doraźne leczenie skutków długotrwałego problemu, jakim jest chaos i bezprawie panujące w Somalii (i w coraz większym stopniu także w Jemenie). Młodzieńcy od lat nastu po 30-35 lat, posiadający szybkie łodzie motorowe oraz karabiny AK-47 czy ręczne granatniki RPG-7 dość skutecznie paraliżują jeden z najważniejszych globalnych szlaków handlowych. Oczywiście statki nadal z niego korzystają – nie mają raczej innego wyjścia – ale muszą teraz płynąć w większej odległości od afrykańskiego wybrzeża. Armatorzy ponoszą dodatkowe koszty związane z ubezpieczeniem floty handlowej. Zainteresowani swobodnym transportem towarów wysyłają na zagrożone piractwem akweny własne okręty wojenne. To wszystko dodatkowe koszty, które w żaden sposób nie przyczyniają się do rozwiązania problemu. Piraci już trzeci kolejny rok mogą atakować praktycznie każdego, kogo zechcą i gdziekolwiek zechcą.

Fatalny wybór: radykałowie albo przestępcy

Liczba ataków somalijskich piratów została w istotny sposób ograniczona w roku 2006, gdy coraz większy posłuch w zanarchizowanym kraju zyskiwała Unia Trybunałów Islamskich – radykalna islamska organizacja, podejrzewana o sympatyzowanie z Al-Kaidą i terrorystami afiliowanymi przy tym ugrupowaniu. Islamiści zostali jednak obaleni przez sponsorowaną i inspirowaną przez Stany Zjednoczone Etiopię. Powrót skompromitowanego i nieuznawanego praktycznie przez nikogo tymczasowego rządu, wspieranego przez etiopskie bagnety spowodował renesans chaosu i bezprawia. Dziś Somalia nadal stanowi państwo upadłe, gdzie władzę nad skrawkami terytorium sprawuje każdy posiadający dostęp do broni i pieniędzy.

O powrót do rządów walczą też islamiści. Są to częściowo ludzie ze wspomnianej Unii Trybunałów Islamskich, częściowo zaś zupełnie nowe organizacje i elementy. Najgroźniejszym wydaje się al-Shabab, prezentująca skrajnie fundamentalistyczną wizję islamu, jawnie sympatyzująca z terroryzmem i składająca się w istotnym stopniu również z zagranicznych bojowników. Opór radykałom stawiają lokalni watażkowie (warlods) oraz słaby jak zawsze rząd tymczasowy, którego bezpieczeństwa strzegą szczątkowe siły pod auspicjami Unii Afrykańskiej, stacjonujące w stolicy kraju, Mogadiszu.

Ani świat zachodni ani afrykańscy czy muzułmańscy przywódcy z regionu nie potrafią odmienić losu Somalii i jej nieszczęsnych obywateli. Bieda, głód i przemoc królują w Somalii już blisko dwie dekady. W przyszłym roku minie dwadzieścia lat od obalenia dyktatora Mohammeda Siada Barre, co oznaczało także koniec rządu centralnego w Rogu Afryki. Nic więc dziwnego, że Somalia stała się doskonałą przystanią dla radykalnych elementów i stanowi coraz większe zagrożenie dla tzw. cywilizowanego świata.

Piotr Wołejko

 
1 , 2
Zakładki:
1. Dyplomacja w Sieci
2. Blogi zagraniczne
3. Think-tanki
4. Media zagraniczne
5. Blogi polskie
6. Militaria
7. Periodyki
liczniki
Dyplomacja on Facebook