niedziela, 27 listopada 2011

Kryzys to ulubione słowo polityków i publicystów. Pierwsi zmagają się z trudnymi decyzjami i odpowiedzialnością. Ostatni specjalizują się w tworzeniu czarnych scenariuszy, a także licytują na bon moty, które zostaną uznane za cytat dnia. Bezosobowe rynki finansowe, główny bohater obecnych wydarzeń, kontynuują tymczasem swoje praktyki, wzorowane na największych kasynach w Las Vegas. Jakby tego było mało, dramatycznie wzrastają nierówności społeczne, a klasa średnia ubożeje w błyskawicznym tempie. Niestety, rozwiązaniem problemów nie jest telefon pod 999.

USA: absolutny brak porozumienia

grafikaW ubiegłym tygodniu w Stanach Zjednoczonych fiaskiem zakończyła się misja specjalnej dwupartyjnej komisji złożonej z członków Izby Reprezentantów i Senatu, która miała wypracować porozumienie w sprawie redukcji ogromnego deficytu budżetowego rządu federalnego. Nie udało znaleźć się satysfakcjonującej dwie największe partie, Republikanów i Demokratów, formuły znalezienia 1,2 biliona dolarów. Porażka komisji była pewna od jej powołania, ponieważ Republikanie zafiksowali się na kwestii podwyżek podatków.

Kilka miesięcy wcześniej o ich pryncypialność niemal rozbiła się wiarygodność finansowa Stanów Zjednoczonych, gdy kraj stanął na krawędzi bankructwa (ustawowy limit zadłużenia został osiągnięty i rząd nie mógł pożyczyć już ani centa). Wówczas prezydent Obama i jego Partia Demokratyczna musiały się ugiąć. Teraz nie przystali już na ultimatum republikańskich kolegów, którzy odrzucali nawet tak rozsądne propozycje jak 1 dolar z dodatkowych podatków w zamian za 10 dolarów cięć wydatków. Republikańska mantra spowoduje najpewniej, że od 2013 roku spadnie tzw. automatyczna gilotyna, obcinając wydatki federalne o 10% w każdej dziedzinie.

Teoretycznie jest jeszcze ponad 12 miesięcy na znalezienie porozumienia, jednak jego osiągnięcie byłoby czymś na kształt cudu. W przyszłym roku odbędą się bowiem wybory prezydenckie oraz do Izby Reprezentantów (plus do 1/3 Senatu), więc nastrój nie będzie sprzyjał kompromisom. Wręcz przeciwnie, obie strony politycznego sporu okopią się na swoich pozycjach. Jak pokazuje doświadczenie ostatnich miesięcy, prędzej dojdzie do finansowej katastrofy niż do porozumienia.

Europa: tworzy się dyrektoriat

W Europie też nie jest różowo. Kryzys zmiótł już rządy krajów PIIGS (Portugalia, Irlandia, Włochy, Grecja i Hiszpania) i wzmocnił pozycję Niemiec w Unii Europejskiej. Niektórzy twierdzą, że Berlin podejmuje decyzje w zasadzie samodzielnie, ponieważ Francja ma coraz poważniejsze problemy z utrzymaniem w ryzach finansów publicznych, a pomysły Paryża na walkę z kryzysem przepadły z powodu sprzeciwu Niemiec. Inni twierdzą, że w Europie rządzi teraz grupa frankfurcka, w skład której wchodzą Angela Merkel, Nicolas Sarkozy, Jean Claude Juncker z Luksemburga (szef eurogrupy), Jose Manuel Barroso, Herman van Rompuy i Mario Draghi (szef EBC). To podobno grupa frankfurcka wymogła dymisje Jeorjosa Papandreu oraz Silvio Berlusconiego.

Jakkolwiek by nie było, nie ma co płakać nad dwoma nieudacznikami, którzy nie umieli podejmować niezbędnych decyzji. W dzisiejszych realiach zwłoka jest karana odejściem w niebyt. Kto tego nie zrozumie, kładzie swoją głowę pod finansową gilotynę. Stąd też buchalteryjne expose premiera Donalda Tuska. Zrozumiał on, że polityka ciepłej wody w kranie może dać mu reelekcję, jednak nie zapewni utrzymania władzy. Europejski dyrektoriat (którego powstanie wcale mnie nie martwi; dziwne, że jego powstanie bardzo ostro krytykują ci, którzy wcześniej narzekali na nieruchawość unijnych instytucji i niedecyzyjność przywódców Europy) lub rynki finansowe szybko policzyłyby się z polskim premierem.

Rozwiązania potrzebne od zaraz

Jednocześnie należy pamiętać, że wspomniane wyżej rynki to współwinowajca obecnego kryzysu. Wraz z sanacją finansów publicznych USA i Europy powinno nastąpić powściągnięcie globalnych instytucji finansowych. Prywatyzacja zysków i upublicznienie strat, czyli zmuszenie podatników do finansowania chociażby wielkich banków, są nie do przyjęcia i nie mogą się powtórzyć. Potrzebne jest przywrócenie głównej roli rynków finansowych, jaką bez wątpienia jest zapewnienie finansowania dla rozwoju przedsiębiorstw i państw.

Potrzebny jest również podatek od transakcji finansowych, ściślejszy nadzór nad rynkami rozmaitych instrumentów finansowych, a być może też zakazanie używania niektórych spośród nich. Jak można pozwolić na tzw. granie na spadek waluty bądź wartości przedsiębiorstwa albo na wzrost oprocentowania państwowych obligacji? Jak można pozwalać na spekulacyjne podbijanie cen paliw bądź żywności, towarów o podstawowym znaczeniu dla życia miliardów ludzi? Podczas gdy niewielka grupa obrzydliwie bogatych macherów od finansów się wzbogaca, życie setek milionów ludzi wisi na włosku.

Kolejna kwestia to wynagrodzenie menedżerów, członków zarządu i rad nadzorczych, które oderwało się obecnie od jakichkolwiek realiów, a powiązanie go z krótkoterminowym zyskiem sprzyjało nieodpowiedzialnym decyzjom. Na dalszym planie mamy też agencje ratingowe, które najpierw nie przewidziały kryzysu, do końca oceniając bezwartościowe papiery i instrumenty finansowe najwyższymi ratingami, a teraz pogrążają walczące o utrzymanie na powierzchni finansowej państwa, podważając ich wiarygodność. Rola agencji w obecnym kryzysie jest, na moje oko, następująca: jako bramkarze w globalnym kasynie dopuszczały wszystkich do gry, a miały przecież filtrować graczy i dbać o to, by karty nie były znaczone. Nie wywiązały się z tej roli najlepiej. Agencje są potrzebne, jednak i one muszą podlegać nadzorowi, a także brać częściową odpowiedzialność za swoje decyzje. Dziś umywają od wszystkiego ręce.

Błędem byłoby jednak obwinianie tzw. rynków finansowych o wszelkie zło dzisiejszego świata. Politycy oraz społeczeństwa mają swój udział w dzisiejszych problemach. Pierwszym brakowało odwagi cywilnej, aby podejmować odważne i bolesne decyzje. Społeczeństwa tymczasem nagradzały ten brak odwagi poparciem w wyborach. Nie można zatem bić się wyłącznie w cudze piersi. Trzeba zacząć od własnych.

Rozwarstwienie społeczne tykającą bombą

Co, oprócz sanacji finansów publicznych oraz regulacji rynków finansowych jest w tej chwili najważniejsze? Zajęcie się problemem wzrostu nierówności społecznych i zubożenia klasy średniej. Problemy w tym zakresie mają zarówno Amerykanie, jak i większość państw UE, w tym Polska. Stąd protesty oburzonych, m.in. grupy Okupuj Wall Street, są jak najbardziej uzasadnione. Jak widać, wyzwań stojących przed rządzącymi oraz społeczeństwami jest sporo, a wszystkie są palące. Bezczynność nie jest żadnym rozwiązaniem, trzeba działać.

Piotr Wołejko

 

grafika: prophecynewsheadlines.com

wtorek, 22 listopada 2011

Od soboty w Egipcie, nie tylko bowiem na kairskim placu Tahrir, trwają demonstracje wymierzone w Najwyższą Radę Wojskową, rządzącą krajem od upadku prezydenta Mubaraka. Egipcjanie są znużeni przedłużającymi się rządami wojskowych, które nie przyniosły spodziewanych postępów. Egipt nie jest bliżej nowego ustroju, a sytuacja gospodarczo-społeczna jest trudna.

Ukradziona rewolucja

grafikaPo chwilowym uniesieniu post-rewolucyjnym, której kulminacyjnym punktem było rozpoczęcie procesu obalonego prezydenta Hosniego Mubaraka i jego syna Gamala, powróciła szara, trudna rzeczywistość. Powołany przez Najwyższą Radę Wojskową rząd bardziej administruje, niż rządzi. Ludziom nie żyje lepiej, a zmiany polityczne de facto utknęły w martwym punkcie.

Zaplanowane na najbliższy poniedziałek, 28 listopada, wybory parlamentarne mają – według zapewnień wojskowych – odbyć się zgodnie z planem (co jest coraz mniej prawdopodobne). Nawet jeśli tak się stanie, mimo protestów w Kairze, Aleksandrii, Port Saidzie, Ismaili czy Asuanie, będzie to niewielka pociecha dla protestujących obywateli. Zrozumieli oni wreszcie, że ich rewolucja została spożytkowana na potrzeby zamachu stanu, dzięki któremu pozbyto się chorowitego starego dyktatora.

Jaka jest różnica pomiędzy byłymi władzami a obecnymi? Wówczas rządzili generałowie w garniturach, teraz rządzą generałowie w mundurach (wspominałem o takim rozwoju zdarzeń pod koniec lutego br.). Wojskowi zezwolili na działalność Bractwu Muzułmańskiemu, poprzednio zdelegalizowanemu i prześladowanemu. Jednak od tego ludziom wcale nie zrobiło się lepiej. Nic dziwnego, że demonstrujący na placu Tahrir w ciągu ostatnich dni wykrzykują hasła wymierzone w Najwyższą Radę Wojskową i jej szefa, marszałka Tantawiego (przez dwie dekady ministra obrony za reżimu Mubaraka).

Bractwo zyskuje na niekompetencji wojskowych

Protesty po raz kolejny przerodziły się w bitwy z siłami bezpieczeństwa, w wyniku których zginęło już co najmniej 26 osób, a kilka setek zostało rannych. Bractwo Muzułmańskie wzywa do powstrzymania się od udziału w protestach, gdyż należy przerwać rozlew krwi. Może w tym coś być, gdyż Al Jazeera informuje o tarciach pomiędzy wojskiem a resortem spraw wewnętrznych, których efektem może być prowokowanie do zadym ulicznych i ich krwawe tłumienie przez siły podporządkowane Ministerstwu Spraw Wewnętrznych.

Z drugiej strony, obecny chaos i niemożność opanowania sytuacji przez władze jest na rękę Bractwu (a dystansowanie się od demonstracji zdaje się to potwierdzać). Dlaczego? Bractwo ma ogromne szanse na odegranie kluczowej roli w post-mubarakowskiej polityce Egiptu. Sondaże dawały skrzydłu politycznemu Bractwa (Partii Wolności i Równości) szanse na zwycięstwo w wyborach parlamentarnych. Jednak dopóki rządzi wojsko, a pozycja armii jest silna, jakikolwiek wynik wyborczy nie daje Bractwu realnych szans na sprawowanie władzy. Potrzebne jest skompromitowanie wojskowych i ograniczenie ich roli w polityce. Podczas gdy armia pokazuje, że nie jest w stanie opanować sytuacji, zaprowadzić bezpieczeństwa ani poprowadzić procesu zmian ustrojowych w sposób odpowiedzialny, Bractwo będzie prezentowało się jako umiarkowana, spokojna i godna zaufania siła stabilizująca.

Wydarzenia w Egipcie są o wiele ważniejsze od tego, co działo się w Tunezji czy Libii. Egipt to bijące serce świata arabskiego, największy kraj arabski o ponad 80-milionowej populacji. To także kluczowy partner Izraela w regionie, zapewniający Państwu Żydowskiemu poczucie względnego bezpieczeństwa. Jest to poczucie coraz bardziej złudne, czego przykładem jest sześciokrotne uszkadzanie – od wybuchu rewolucji w Egipcie – gazociągu na Półwyspie Synaj.

Dalekosiężne skutki zmian w Egipcie

Jeśli Egipt kichnie, Bliski Wschód się zatrzęsie. Jeśli pozostanie w chaosie, będzie promieniować niestabilnością daleko poza swoimi granicami. Może też stać się bastionem władzy Bractwa Muzułmańskiego. A organizacja ta ma swoje odnogi w większości państw arabskich. Całkowicie zmieni to regionalną geopolitykę. Jak zachowa się rządzony przez Bractwo Egipt podczas tłumienia protestów przez reżim Assada w Syrii? Jak Bractwo zachowa się wobec Hamasu i sprawy palestyńskiej?

Dziś rządy Bractwa wydają się nadal odległe, a główną przeszkodą jest egipska armia – potężna, dobrze wyposażona i posiadająca rozległe interesy w gospodarce. Może jest to nawet - jak w przypadku Pakistanu, czy jeszcze dwie dekady temu w przypadku Turcji – armia, która ma państwo. Nie należy jednak uważać tego za dogmat. Wszystko może się zmienić. Jeśli armia zdecyduje się teraz na siłowe rozwiązanie problemu demonstracji, a społeczeństwo nie przestraszy się pokazu siły, prestiż wojska i poparcie dla niego drastycznie zmaleją. Mogą zacząć się dezercje i sprzeciw żołnierzy wobec brutalnej pacyfikacji nieuzbrojonych cywili. Wprost proporcjonalnie będzie wówczas rosło poparcie dla Bractwa, które – o czym pisałem wyżej – zaprezentuje się jako siła stabilizująca, która uratuje kraj i naród przed totalnym chaosem.

Najnowsze wieści na godzinę publikacji wpisu: Marszałek Tantawi zapowiedział, że wybory parlamentarne będą odbywać się zgodnie z planem od 28 listopada, natomiast w lipcu zostaną przeprowadzone wybory prezydenckie. Wtedy też Najwyższa Rada Wojskowa odda władzę, a żołnierze wrócą do koszar - jeśli taka będzie decyzja narodu w referendum. Marszałek zapewnił, że armia nigdy nie zabije żadnego Egipcjanina. Sytuację można na bieżąco śledzić na stronach BBC oraz Al Jazeery.

Piotr Wołejko



grafika: enegypte.com/content/egypt-revolution-25jan

piątek, 18 listopada 2011

Dyskusji o rywalizacji na Pacyfiku ciąg dalszy. Dziś druga część artykułu specjalizującego się w polityce australijskiej Jarosława Błaszczaka, który na moją prośbę odniósł się do opublikowanego w dniu 16 listopada wpisu pt. Wielka Gra o Pacyfik. Pierwszą część artykułu przeczytacie tutaj.

Cztery fazy stosunków Australia-Chiny

grafikaStosunki chińsko-australijskie można podzielić historycznie na cztery fazy. Pierwsza to okres od powstania ChRL do uznania przez Australię rządów komunistycznych w Państwie Środka, co miało miejsce dopiero w 1972 roku. Jak już sygnalizowałem, był to czas półoficjalnego rozwoju więzów gospodarczych, ale na razie dotyczących głównie sektora rolno-spożywczego, przy jednoczesnych lodowatych stosunkach politycznych. Druga epoka to okres od 1972 do 1989, czyli oczywiście do masakry na Placu Niebiańskiego Spokoju w Pekinie, która zrobiła piorunujące wrażenie na australijskiej opinii publicznej. Jest to czas wzajemnej fascynacji, zwłaszcza po stronie australijskiej. Wymieniane są niezliczone wizyty na różnych szczeblach, rozwija się współpraca naukowa i kulturalna, a Chiny stają się modne wśród australijskich turystów. Naturalnie idzie też za tym współpraca gospodarcza. Ułatwieniem jest również zdecydowana liberalizacja rasistowskiej dotąd polityki imigracyjnej Australii i otwarcie się na przybyszów z Azji, nawet w roli stałych mieszkańców.

Po wydarzeniach z czerwca 1989 w Australii następuje okres gorzkiej refleksji nad własnym postrzeganiem Chin – wielu wpływowych komentatorów przyznaje się czy oskarża współobywateli o zbudowanie sobie wyidealizowanego, wręcz naiwnego obrazu Chin, który w jednej chwili rozsypał się jak domek z kart. Nie trwa to jednak długo. Już w 1991 były premier Australii Gough Whitlam, znany sinofil, jako pierwszy tej rangi zachodni polityk składa wizytę w Chinach i przełamuje ich izolację dyplomatyczną, w jakiej znalazły się po krwawym stłumieniu studenckich protestów. W tym samym roku na czele australijskiego rządu staje Paul Keating, dla którego stosunki z szeroko rozumianym basenem Pacyfiku są absolutnym priorytetem polityki zagranicznej – dość powiedzieć, że był on współtwórcą APEC. Te wydarzenia otwierają trwającą do dziś fazę czwartą stosunków z Chinami – fazę bardzo dynamicznie rozwijających się i coraz bliższych relacji. Być może zbyt bliskich.

Relacje dzisiaj – dwa strategiczne partnerstwa

I tak idąc przez historię doszliśmy do sytuacji współczesnej, a zarazem do sedna problemu, który analizował już w tekście Wielka Gra o Pacyfik Piotr Wołejko. Gdyby chcieć ująć ten problem maksymalnie lakonicznie i prosto, można powiedzieć tak: Australia ma obecnie dwóch absolutnie kluczowych partnerów, Stany Zjednoczone i Chińską Republikę Ludową. W obu przypadkach są to zupełnie inne relacje, co za chwilę rozwinę, ale każdy z tych partnerów ma dla Australii fundamentalne znaczenie. Z żadnego z nich Australia nie chciałaby rezygnować, z oboma chce pielęgnować jak najlepsze relacje. Ale co się stanie, jeśli wydarzenia na regionalnej i globalnej arenie politycznej sprawią, że te dwie lojalności będą nie do pogodzenia? W moim odczuciu jest to najważniejsze pytanie w analizie współczesnej polityki zagranicznej Australii.

Podczas wizyty prezydenta Obamy w Australii ogłoszono, iż w Darwin powstanie baza amerykańskiej piechoty morskiej. Darwin jest stolicą i największym miastem najbardziej zapadłego i słabo rozwiniętego spośród stanów i terytoriów Australii, Terytorium Północnego. Wybór tego miejsca ma znaczenie zarówno praktyczne, jak i symboliczne. Co do względów praktycznych, Darwin jest także największym miastem i portem północnego wybrzeża Australii, co w oczywisty sposób ułatwia szybkie przerzucenie niezbędnych sił w zasadzie w całej Azji Południowo-Wschodniej czy na zachodnim Pacyfiku. Jeśli chodzi o symbolikę, Darwin było w czasie II wojny światowej jedynym spośród większych miast Australii, które mocno ucierpiało w wyniku japońskich nalotów, przeprowadzonych w lutym 1942 roku, a przypomnianych niedawno w filmowej superprodukcji „Australia”. Rozmieszczając swoich żołnierzy właśnie tam, Ameryka symbolicznie wysyłka sygnał, że z jej pomocą tak dramatyczne wydarzenia już się w historii Australii nie powtórzą.

Warto jednak pamiętać, iż nawet bez nowej bazy w Darwin, na terenie Australii istnieją trzy ważne, choć ze swej natury mało eksponowane instalacje. Najsłynniejszą z nich jest wspólna baza wojskowa w Pine Gap, na pustyni na pograniczu Terytorium Północnego i stanu Australia Południowa, niemalże na geograficznym środku kontynentu. Oficjalnie charakter tego miejsca jest objęty ścisłą tajemnicą. Jest to jedyne miejsce w Australii, gdzie żadnemu samolotowi nie wolno przelatywać poniżej wysokości 5500 metrów. Jakiekolwiek próby nawet podejścia pod bramę przez osoby nieuprawnione kończą się, w najlepszym razie, odwiezieniem do najbliższego miasteczka przez policję lub żandarmerię. Nieoficjalnie, jest to jeden z największych na świecie ośrodków wywiadu elektronicznego, gdzie znajduje się osiem ogromnych anten działających w ramach programu ECHELON, prowadzonego przez wojskowe służby specjalne USA, Wielkiej Brytanii, Kanady, Australii i Nowej Zelandii. Jeśli wierzyć doniesieniom medialnym i spekulacjom ekspertów, dzięki sieci co najmniej kilku takich ośrodków na świecie, ECHELON potrafi przechwycić każdą formę komunikacji elektronicznej na Ziemi – telefony, faksy czy wszystko, co przechodzi przez Internet. Podobny charakter, choć na mniejszą skalę, mają także dwie wspólne bazy w stanie Australia Zachodnia. Dodatkowo bazy w Australii są jednym z miejsc, gdzie Amerykanie odbierają dane ze swoich satelitów szpiegowskich.

Gdyby chcieć jakoś zaszufladkować charakter więzów łączących obecnie USA i Australię, jest to przede wszystkim bardzo bliski sojusz wojskowy, będący wciąż fundamentem bezpieczeństwa Australii, zwłaszcza bezpieczeństwa rozumianego bardzo tradycyjnie – jako wolność od  fizycznych zagrożeń dla terytorium Australii i jej ludności. Naturalnie nie można też zapominać o więzach kulturowych. Co prawda specyficzna australijska odmiana języka angielskiego jest zdecydowanie bliższa oryginałowi brytyjskiemu niż mutacji amerykańskiej, tym niemniej oddziaływanie amerykańskiej kultury na Australię jest ogromne, bez wątpienia większe nawet niż na Polskę. W mniejszym stopniu działa to też w drugą stronę, wszak takie gwiazdy jak Nicole Kidman, Hugh Jackman, Russell Crowe,  Kylie Minogue, Geoffrey Rush czy Cate Blanchett, by wymienić tylko kilka nazwisk, to sami Australijczycy. Tego rodzaju relacje bywają ignorowane zwłaszcza przez miłośników realistycznego spojrzenia na stosunki międzynarodowe (mam oczywiście na myśli realizm jako prąd myślowy, a nie cechę w znaczeniu potocznym), a niesłusznie, bo więzi kulturowe bywają znacznie trwalsze od politycznych czy wojskowych.

Stosunki z Chinami nie dają się zdefiniować tak łatwo. Na pierwszy rzut oka ich najbardziej oczywistym wymiarem są więzy ekonomiczne. Niekiedy zapominamy, że choć niewątpliwie Australia jest państwem wysokorozwiniętym w sensie cywilizacyjnym, to jednak jej struktura eksportu nie różni się specjalnie np. od Demokratycznej Republiki Konga, będąc opartą przede wszystkim na surowcach kopalnych, a w mniejszym stopniu także na rolnictwie.

Chiny są dla Australii wymarzonym odbiorcą eksportu, ponieważ ich wciąż bardzo dynamicznie rozwijająca się gospodarka jest w stanie wchłonąć właściwie nieograniczone ilości surowców, zwłaszcza energetycznych. Choć wzbudza to duże emocje wśród opinii publicznej, Australia sprzedaje Chinom nawet uran, warto zresztą pamiętać, że jest ona czymś w rodzaju uranowej Arabii Saudyjskiej, mając ogromne i wciąż słabo wykorzystane złoża. Nie bez znaczenia jest także widoczna zmiana w polityce energetycznej Chin w ostatniej dekadzie. Wcześniej Państwo Środka zadowalało się zakupem tego, co inni gracze oferowali na rynku. Obecnie jednak Chiny starają zabezpieczyć się przed rynkowymi zawirowaniami, wywołanymi przez czynniki ekonomiczne czy też polityczne. W ramach tej polityki inwestują ogromne pieniądze w branże wydobywczą w wielu krajach. W ten sposób oczywiście nie przeniosą złóż do siebie, ale roztaczają nad nimi pieczołowitą kontrolę i zapewniają sobie stabilność oraz korzystne warunki dostaw na dziesięcioleci.

Znaczącym beneficjentem tej polityki jest także Australia, która ma ze swoim interiorem problem podobny, jak Rosja z Syberią – zostało tam jeszcze pod ziemią całe mnóstwo bogactw, ale ich wydobycie wymaga ogromnego kapitału inwestycyjnego, przekraczającego chęci i możliwości rodzimych firm. Chiny chętnie przychodzą tu z pomocą, co najbardziej widoczne jest obecnie w sektorze gazu ziemnego. Ma to również duże znaczenie społeczno-politycznej w samej Australii, bowiem inwestycje te bardzo ożywiają najsłabiej rozwinięte części kraju, dając pracę tysiącom ich mieszkańców.

Ale nie można sprowadzać tych stosunków tylko do gospodarki. Australia zdaje sobie sprawę, że w najbliższych dekadach to właśnie Chiny będą mocarstwem nadającym ton jej części świata. Nie jest jeszcze do końca jasne, czy będą w tej roli samodzielnie, czy też w konkurencji z USA, ale na pewno od ich postawy będzie zależeć w regionie bardzo wiele. W tym kontekście często pada określenie responsible stakeholder („odpowiedzialny udziałowiec”), które co prawda zostało wypracowane w kręgach dyplomacji amerykańskiej, ale dobrze oddaje politycznej oczekiwania Australii wobec Chin. Chodzi o to, aby były gotowe być jednym z liderów regionu nie tylko poprzez realizację własnych interesów i gospodarcze podporządkowywanie sobie sąsiadów, lecz także przez współudział w rozwiązywaniu problemów w tej części świata, zwłaszcza politycznych. Niewątpliwie najważniejszym jak dotąd testem, na ile Chiny chcą i mogą pełnić taką rolę, jest ich zaangażowanie w negocjacje z północnokoreańskim reżimem.

Zamiast pointy, nawiążę po raz ostatni do tekstu Wielka Gra o Pacyfik, w którym Piotr Wołejko zwracał uwagę na to, iż Chiny mogą czuć się okrążane przez pierścień sojuszników USA. Scenariusz taki jest analizowany wśród politologów od co najmniej kilku lat i być może faktycznie Waszyngton dąży do jego realizacji, choć nie bez przeszkód (moim zdaniem obecnie klucz do jego powodzenia znajduje się w Indiach, z którymi należy zbudować relacje jeszcze bliższe niż dotąd, a historia stosunków Dehli-Waszyngton wcale nie jest łatwa).  Ale co do Australii, kluczową kwestią jest ta, iż Canberra w gruncie rzeczy wcale nie chce być w żadnym układzie wycelowanym w Chiny. Cała polityka zagraniczna tego państwa od kilkunastu lat balansuje między oboma mocarstwami. W jej interesie są jak najlepsze relacje chińsko-amerykańskie, zaś wszelkie ich zaognianie jest dla Australii niekorzystne i potencjalnie niebezpieczne.

Jarosław Błaszczak


Autor jest politologiem, specjalizuje się w polityce państw anglosaskich. Obecnie przygotowuje pracę doktorską na Wydziale Dziennikarstwa i Nauk Politycznych UW, poświęconą historii australijskiej polityki zagranicznej.


Pierwsza część artykułu Rozdarta Australia


grafika: monash.edu.au

czwartek, 17 listopada 2011

W dniu wczorajszym opublikowałem na Dyplomacji wpis poświęcony geopolitycznemu i geostrategicznemu kontekstowi wizyty, jaką składa właśnie w Australii prezydent USA Barack Obama. Pisząc tekst poprosiłem mojego przyjaciela, specjalizującego się w polityce australijskiej Jarosława Błaszczaka, o komentarz. Prosiłem o kilka zdań, natomiast Jarek przesłał mi potężny artykuł (za co bardzo mu dziękuję). Dla łatwości czytania, podzielę go na dwie części, publikując poniżej pierwszą z nich. Na wstępie kilka słów od autora: Trudno nie zgodzić się z ogólną analizą sytuacji i wnioskami, jakie Piotr przedstawił w swoim wpisie. Być może warto jednak naszkicować przy tej okazji nieco szerszy obraz złożonych stosunków USA – Australia – Chiny. Chciałbym zwrócić uwagę na kilka aspektów tych relacji.

Bliska Północ

Już w okresie międzywojennym australijscy politycy często używali sformułowania, iż to co dla Europy jest Dalekim Wschodem, dla nich jest Bliską Północą. Miało to służyć uzmysłowieniu różnic między postrzeganiem regionu przez Australię oraz przez Wielką Brytanię, która do II wojny światowej była głównym, jeśli nie jedynym, gwarantem jej bezpieczeństwa. Dla Brytyjczyków był to region ważny, ale nie tak ważny jak Europa. Dla Australii przeciwnie – wydarzenia w Azji Wschodniej i na Pacyfiku bezpośrednio przekładały się na poziom bezpieczeństwa tego kraju.

II wojna światowa z całą brutalnością obnażyła brytyjską niezdolność do prowadzenia wojny na dwóch frontach naraz. Ogromna większość sił i środków została skupiona w Europie i na Bliskim Wschodzie, zaś Azja Wschodnia znalazła się na dalszym planie. Symbolem niemocy Zjednoczonego Królestwa był upadek twierdzy w Singapurze, o której fortyfikacjach krążyły wręcz legendy. Planiści mieli rację o tyle, iż faktycznie nikt nie zdołał jej zdobyć od tej strony, skąd spodziewano się ataku, czyli od morza. Japońskie wojska przebiły się za to od strony lądowej, gdzie dżungla okazała się nieskuteczną ochroną.

W tej sytuacji Australia zwróciła się do Stanów Zjednoczonych, odgrywając rolę wielkiej bazy logistycznej i zaopatrzeniowej dla wojsk dowodzonych przez generała MacArthura (być może nie wszyscy w Polsce pamiętają, że przez dużą część wojny jego sztab mieścił się w Melbourne).

Zimnowojenny sojusz

grafikaW okresie zimnej wojny australijska polityka zagraniczna pozostawała w pewnym rozdarciu między dwoma wielkimi sojusznikami: USA i Wielką Brytanią. Niewątpliwie ważniejszym partnerem w sensie strategicznym czy militarnym był Waszyngton. Należy pamiętać, że traktat ANZUS, stanowiący do dziś formalną podstawę sojuszu, został „wychodzony” w Departamencie Stanu i Białym Domu przez Australijczyków, to oni byli stroną, której na tym dokumencie zależało znacznie bardziej. Szczególne zasługi położył na tym polu Percy Spender, minister spraw zagranicznych Australii w latach 1949-51, a potem wieloletni i niezwykle wpływowy ambasador w Waszyngtonie. Australia była lojalnym sojusznikiem Ameryki w czasie wojen koreańskiej i wietnamskiej. Za absolutne apogeum przyjaźni obu państw uznaje się okres, gdy premierem Australii był Harold Holt (1966-67), który wsławił się  zawołaniem „All the way with LBJ” (trudno to przetłumaczyć dosłownie, ale sensem było coś w stylu „na dobre i na złe z LBJ” - ów LBJ to oczywiście ówczesny prezydent USA Lyndon B. Johnson, na zdjęciu z Holtem). Johnson odwdzięczył się gestem o dużej wymowie symbolicznej – jako pierwszy urzędujący prezydent postawił stopę na australijskiej ziemi.

Przy okazji w australijskiej myśli politycznej czy strategicznej narodziły się dwa ciekawe sposoby argumentowania, pozwalające znaleźć przekonujące uzasadnienia dla bardzo aktywnego i niekiedy budzącego kontrowersje wśród opinii publicznej zaangażowania po stronie USA. Pierwszym była tzw. forward defense, co można przetłumaczyć jako „obronę wysuniętą”. W ramach tej koncepcji dowodzono, iż istnieje bezpośrednie przełożenie sytuacji geopolitycznej w Azji Południowo-Wschodniej na poziom bezpieczeństwa Australii. Stąd np. udział w wojnie wietnamskiej był nie tylko gestem sojuszniczej lojalności, lecz także działaniem w żywotnym interesie własnego państwa. Lepiej bronić się przed zagrożeniami, gdy są jeszcze relatywnie daleko od domu, niż gasić potem pożary na własnym podwórku.

Po drugie, stosowano bardzo trafną moim zdaniem, nota bene mającą też zastosowanie do relacji polsko-amerykańskich, metaforę polisy ubezpieczeniowej. Otóż kiedy kupujemy ubezpieczenie, to płacimy składkę często przez wiele lat, nie dostając nic w zamian. Robimy to jednak z wiarą, iż w razie sytuacji kryzysowej, pewnego dnia możemy otrzymać od ubezpieczyciela nawet więcej niż suma naszych składek. A nawet jeśli tak się nie stanie, bo szkoda nie wystąpi, to poczucie bezpieczeństwa również warte jest pewnej ceny. Oczywiście ubezpieczycielem miały tu być Stany Zjednoczone, klientem Australia, a składkami jej kolejne akty sojuszniczego wsparcia.

Niewątpliwie prezydenturą, która najbardziej negatywnie wpłynęła na stosunki australijsko-amerykańskie, była prezydentura Richarda Nixona. Jego administracja zrobiła dwie rzeczy, które poważnie osłabiły zaufanie i sympatię do USA wśród australijskich elit. Pierwsza sprawa dotyczyła uznania Chińskiej Republiki Ludowej. Wbrew namowom Londynu, który uznał ChRL już w latach 50., Australia odmawiała formalnego uznania komunistycznych władz w Pekinie przez całe lata 50. i 60., co nie zresztą nie przeszkadzało jej dyskretnie sprzedawać do Chin ogromnych ilości płodów rolnych, przede wszystkim zboża. Innymi słowy, Australia trzymała się tu kierunku wytyczonego przez USA, na co zresztą nałożyły się też pewne wewnętrzne uwarunkowania polityczne, związane z bardzo mocno antykomunistycznymi nastrojami wśród działaczy katolickich w Australii, których polityczna emanacja – Demokratyczna Partia Pracy – była przez kilka kadencji języczkiem u wagi dla koalicji rządzącej.

Kiedy na początku lat 70. prezydent Nixon zaczął prowadzić z Chinami tajne negocjacje (których architektem był Henry Kissinger), Australia nie została w nie w porę wtajemniczona. W efekcie ówczesny premier William McMahon, mając za lidera opozycji życzliwego wobec Chin Gougha Whitlama, okopywał się w wewnętrznej debacie politycznej na antychińskich pozycjach, nie mając świadomości, że lada chwila od takiej postawy odejdą nawet USA. Zakończyło się to dla premiera kompromitacją i przegranymi wyborami.

Innym ciosem w relacje dwustronne była tzw. doktryna Nixona, zwana też często doktryną Guam, od miejsca jej ogłoszenia, co nastąpiło w lipcu 1969 roku. Mówiąc w największym uproszczeniu, przewidywała ona, iż choć USA utrzymają nad swoimi sojusznikami na Pacyfiku parasol nuklearny na wypadek poważnego zagrożenia ich bezpieczeństwa, mniejsze regionalne kryzysy powinni oni rozwiązywać własnymi siłami. Oznaczało to dla Australii konieczność większego zaangażowania państw regionu w budowanie stabilności i bezpieczeństwa. Zmuszało to także Australię do pewnej wstrzemięźliwości w rozmaitych regionalnych konfliktach, chociażby związanych z ekspansją terytorialną Indonezji (sprawa zachodniej części Nowej Gwinei, a potem Timoru Wschodniego), bowiem nie miała już za sobą aż tak silnej ściany amerykańskiego poparcia. Jutro druga część artykułu.

Jarosław Błaszczak


Autor jest politologiem, specjalizuje się w polityce państw anglosaskich. Obecnie przygotowuje pracę doktorską na Wydziale Dziennikarstwa i Nauk Politycznych UW, poświęconą historii australijskiej polityki zagranicznej.

 

grafika: Wikimedia Commons

środa, 16 listopada 2011

Do 2016 roku Stany Zjednoczone będą posiadały w australijskim porcie Darwin liczący 2,500 Marines oddział bojowy, poinformował prezydent Barack Obama na wspólnej konferencji prasowej z premier Australii Julią Gillard. Zdaniem Obamy, „Stany Zjednoczone nie mają bliższego sojusznika niż Australia, związanego wspólnymi wartościami”. Premier Gillard kontynuowała, iż „zwiększona obecność sił USA zwiększy stabilność na obszarze Azji i Pacyfiku”. Zdaniem chińskiej gazety China Daily Amerykanie starają się otoczyć Chiny pierścieniem baz w krajach regionu.

Wzmocnienie sojuszu

grafikaWaszyngton i Canberra twierdzą, że nie powstaje stała amerykańska baza w Darwin. Jednak rotacyjne przebywanie ponad 2,000 żołnierzy wraz z okrętami i lotnictwem można uznać za stałą obecność. Darwin, zwane bramą do Azji, było ważnym portem podczas II wojny światowej. Stąd już tylko 820 kilometrów do Indonezji, a 3350 km do Singapuru. Jak zauważa poświęcony marynarce wojennej blog Information Dissemination, US Navy może niekoniecznie posiadać wystarczającą liczbę okrętów, aby wypełnić polityczne zobowiązania Białego Domu. W komentarzach do artykułu zwraca się jednak uwagę na, moim zdaniem kluczową kwestię, którą jest przeciągnięcie na swoją stronę państw regionu oraz uzyskanie zgody na potencjalną obecność sił USA na ich terytorium.

Na ten aspekt zwraca także uwagę Raoul Heinrichs z australijskiego think-tanku Lowry Institute for International Policy. Jego zdaniem zgoda na stałą obecność 2,500 amerykańskich żołnierzy na australijskiej ziemi to uprzedzająca próba definitywnego ulokowania Canberry po swojej stronie. Jest to tym bardziej istotne, iż australijska gospodarka w coraz większym stopniu jest uzależniona od Chin – kraj ten odebrał czwartą część australijskiego eksportu. Na kolejnych miejscach były Japonia, Republika Korei i Indie. Dopiero na piątym miejscu znalazły się Stany Zjednoczone, których udział w eksporcie z Australii wyniósł ledwie 4%.

Zarówno Pekin, jak i Waszyngton zwracają uwagę na takie szczegóły. Obserwując globalne trendy ekonomiczne, udział Chin w australijskim eksporcie będzie rósł, a amerykański pozostanie niewielki i mało znaczący. Z drugiej strony, nie można uznawać, że rola Australii sprowadzi się do zaplecza surowcowego Pekinu. Surowce naturalne można sprzedać każdemu. Wyspiarski kraj ma tutaj nieograniczone pole manewru. W tym kontekście należy rozważać również geopolityczną koncepcję roli Australii jako moderatora narastających spięć amerykańsko-chińskich. Czy można jednak liczyć na odegranie takiej roli w sytuacji, gdy Australia od dekad jest bliskim sojusznikiem USA (ANZUS od 1951 roku)? Czy potrafiłaby się zdystansować i być dla Chin wiarygodna w tym zakresie?

Gra o sumie zerowej

Amerykanie, od początku rządów Obamy, mocno postawili na Pacyfik. Ich wysiłki przynosiły w najlepszym razie umiarkowane rezultaty do przełomu 2009 i 2010 roku. Wszystko z powodu diametralnej zmiany chińskiej polityki, która nastąpiła po wybuchu kryzysu finansowego. Uśmiechy, dialog i pozytywistyczną pracę od podstaw zastąpiły buta, arogancja i prężenie muskułów. Pekin zrzucił maskę sympatycznego giganta, którego interesuje tylko wzrost gospodarczy i rozpoczął twardą, bezpardonową walkę o własne interesy geopolityczne. Rozgrzewa do czerwoności spory terytorialne z sąsiadami i krajami regionu, chociażby o kontrolę Morza Południowochińskiego.

Nic dziwnego, że mniejsze państwa Azji Południowo-Wschodniej (ASEAN), a także Japonia, Republika Korei, Indie czy Australia, zupełnie inaczej patrzą na amerykańską obecność w regionie. Gdy Chiny robiły dobrą minę do swojej przemyślanej gry, nie było potrzeby przesadnie zbliżać się do Stanów Zjednoczonych. Jednak zmiana chińskiej polityki w naturalny sposób zwiększyła presję w krajach ASEAN na zyskanie sympatii Wuja Sama. Dlaczego? O ile w regionie nie dominuje lokalny hegemon, istnieje tam swoiste equilibrium. W sytuacji, gdy jedno z państw staje się zdecydowanie silniejsze od pozostałych, mają one dwie opcje do wyboru: przystać na żądania silniejszego bądź spróbować balansować jego siłę. Wówczas powstają lokalne koalicje, do których – jeśli jest to możliwe – można dokooptować zewnętrzne mocarstwo. Ono także ma swój interes w tym biznesie, ponieważ nie życzy sobie, aby w innym regionie świata wyrósł mu silny konkurent. W regionie Azji i Pacyfiku mamy do czynienia z taką właśnie rozgrywką.

Rola Australii w tym układzie jest istotna, lecz nie kluczowa. Jest to, używając terminologii przypisanej Izraelowi, niezatapialny lotniskowiec. Możliwość korzystania z jej ogromnego terytorium daje Amerykanom istotne korzyści militarne. Mimo to, ważniejszy zdaje się być udział w koalicji balansującej Chiny takich państw jak Indonezja, Wietnam, Filipiny, Republika Korei czy Tajlandia. To z tymi krajami Chiny toczą spór terytorialny i to ich interesy są w tej chwili zagrożone. Jeśli Morze Południowochińskie stałoby się de facto chińskim jeziorem, Chiny przejęłyby kontrolę nad kluczowym szlakiem handlowym, którym rocznie transportuje się towary warte ponad 5 bilionów dolarów. Nie mówiąc już o bogatych złożach surowców energetycznych i łowiskach ryb.

Geopolityczne podchody

Stąd nie może dziwić aktywna postawa Ameryki wobec dynamicznej polityki w Azji i na Pacyfiku, tak samo jak chińskie niezadowolenie z amerykańskich działań. Zdaniem Pekinu Stany Zjednoczone nie powinny mieszać się w sprawy pomiędzy państwami trzecimi. Gdyby tak się stało, to znaczy Amerykanie rzeczywiście by się wycofali, mniejsze kraje regionu prędzej czy później musiałyby ustąpić chińskim żądaniom. Być może nie w całości, ale tak rozwinęłaby się sytuacja.

Warto więc uważnie obserwować Wielką Grę o Pacyfik. Amerykańskie momentum nie będzie trwało wiecznie, chociaż w perspektywie zmian w chińskim kierownictwie może potrwać jeszcze przez kilkanaście miesięcy. Chiny mogą jednak „odkręcić” dyplomację, powracając do polityki uśmiechów i bardziej powolnej realizacji własnych interesów. A gdy presja ze strony Chin się zmniejszy, potrzeba utrzymania bliższych relacji z USA stanie się dla państw regionu mniej paląca.

Piotr Wołejko

 

grafika: terminalx.org

 
1 , 2
Zakładki:
1. Dyplomacja w Sieci
2. Blogi zagraniczne
3. Think-tanki
4. Media zagraniczne
5. Blogi polskie
6. Militaria
7. Periodyki
liczniki
Dyplomacja on Facebook