niedziela, 25 listopada 2012

Miniony już szczyt trudno uznać za porażkę. Był po prostu stałym elementem gry, pardon - procesu negocjacji. W dotychczasowej historii wspólnotowych „siedmioletnich” budżetów (choć nie zawsze takie były) nie zdarzyło się, żeby projekt został zaakceptowany na pierwszym spotkaniu głów państw i szefów rządów. Wynika to nie tylko z medialności takiego wydarzenia, lecz również ze stopnia skomplikowania materii.

Harmonogram szczytów

Wielokrotnie przywódcy, świadomi swojej niekompetencji w obszarze budżetu UE, woleli zerwać szczyt, żeby dać swoim współpracownikom czas na analizę propozycji. Pomyłka może oznaczać utratę nawet kilkudziesięciu miliardów euro, a tego wyborcy mogą nie wybaczyć. Dlatego szczytów budżetowych jest de facto kilka. Oprócz pierwszego i ostatniego, na którym następuje ogłoszenie sukcesu – przyjęcie perspektywy finansowej, poszczególne elementy budżetowe pojawiają się na spotkaniach Rady Europejskiej odbywanych w tzw. „międzyczasie”.

Pierwsze ze spotkań zazwyczaj rozgrywa się wśród płatników netto, czyli grupy państw realnie wpłacających do wspólnego budżetu więcej niż otrzymują. Jest to jak najbardziej logiczne postępowanie, gdyż najpierw należy ustalić wielkość tortu, który ma zostać podzielony.

Pułap cięć

Warto również wskazać, iż negocjacje toczą się w określonym przedziale finansowym, tj. pomiędzy konkretnymi kwotami – wielkościami budżetu. Górną granicą jest wielkość budżetu zaproponowana przez Komisję Europejską. W obecnej „edycji” negocjacji nie była to zbyt hojna propozycja. Dolną granicą jest wielkość tzw. prowizoriów budżetowych. W przypadku braku porozumienia co do wieloletnich ram finansowych, traktaty przewidują instytucje prowizoriów budżetowych. Są to coroczne budżety opracowywane na podstawie ostatniego budżetu poprzedniej perspektywy finansowej (w tym przypadku na lata 2007-2013).

Istnienie „dolnej” granicy negocjacji ma bardzo prozaiczne przyczyny. Biorcom netto nie opłaca się przyjmować perspektywy finansowej, która byłaby niższa niż budżety prowizoryczne. Trzeba podkreślić, iż w ostatnich latach płatnicy netto zrobili dużo, aby obniżyć wielkość takiego prowizorium. Głównie poprzez blokowanie wyższych budżetów jednorocznych. Pomimo tego, istnieje pewien poziom finansowania w nowej perspektywie finansowej, poniżej którego dla Polski (i nie tylko) bardziej korzystne będzie jej nie przyjmowanie. Czyli jakieś pieniądze na pewno z Brukseli dostaniemy. Jakie? Można założyć, że będzie to kwota lekko powyżej budżetów jednorocznych. Ciekawe porównanie tych kwot znajdziecie tutaj.

Budżet Jeden Procent

grafikaScenariusz szczytu dla płatników netto zrealizował się w całości w czwartek i piątek w Brukseli. Negocjacje faktycznie ograniczyły się płatników netto, a cały szczyt został w zasadzie poświęcony wypracowaniu kompromisu pomiędzy Berlinem a Paryżem. Pozostali uczestnicy spotkania wystąpili w roli statystów. Dotyczy to zarówno Wielkiej Brytanii, jak i grupy biorców z budżetu, czyli tzw. przyjaciół spójności. Wszystkie przygotowane w trakcie szczytu propozycje - czyli kolejna już oferta przygotowana Hermana van Rompuya w czwartkową noc, jak i piątkowe propozycje kanclerz Merkel, można uznać za „ucieranie” kompromisu pomiędzy Paryżem a Berlinem i - szerzej – w grupie tzw. „1%”. Jest to grupa płatników netto optujących za umiarkowanymi cięciami w nowym budżecie, tak aby miał on wielkość 1% PKB wspólnoty. Właściwie to w obrębie tej grupy toczyły się negocjacje.

Zaprezentowany przez Herman van Rompuya o północy w czwartek nowy kompromis budżetowy był wyraźnie skierowany do Paryża i krajów południowych. Zwiększano finansowanie wspólnotowej polityki rolnej i funduszy spójności, ale dla krajów „starej” Unii. Co ważne, propozycja ta była już mniejsza od obecnie realizowanej perspektywy finansowej.  Następnego dnia kanclerz Merkel zaproponowała kolejny pakiet cięć – ok 30 mld Euro.

Teatr Camerona o utrzymanie rabatu

Obie propozycje były nie do zaakceptowania dla Wielkiej Brytanii. Z prostej przyczyny – zakładały dalsze zmniejszenie tzw. „brytyjskiego rabatu”. Jednocześnie ukarano wspierających Londyn, niektórych z mniejszych płatników netto, tnąc fundusze na programy badawczo-rozwojowe i przesuwając je na rolnictwo. Była to oczywiście zamierzona strategia negocjacyjna. Wynika ona nie tylko z sentymentów prowadzących negocjacje, ale z ewidentnej bliskości stanowisk Paryża i Berlina oraz reguł matematycznych.

Spośród 11 autorów sławnego listu domagających się cięć w perspektywie finansowej na lata 2014-20 większość popiera stanowisko Berlina i Paryża. Londyn zdołał zgromadzić wokół siebie Holandię, Szwecję i Finlandię. Powstałą w ten sposób grupę „jastrzębi” budżetowych będzie łatwiej rozbić posiadając już projekt uzgodniony pomiędzy pozostałymi siedmioma płatnikami netto. Nie będzie to zbyt trudne. Grupa „jastrzębi” jest niejednolita – wszyscy wiedzą, że prawdziwym celem Londynu nie jest cięcie wspólnej kasy, a uzyskanie na kolejne 7 lat rabatu we wpłatach. Jeśli Cameron otrzyma swój rabat, zgodzi się na każdy z zaproponowanych budżetów, nawet dużo wyższy niż 1% PKB wspólnoty, byleby nie musiał do niego wpłacać więcej.

Mniejsze kraje, takie jak Szwecja, Holandia czy Finlandia też chętnie płaciłby mniej, a jeśli  muszą płacić, to chciałby finansować ze wspólnej kasy właśnie badania nad nowymi technologiami.  Gdyby klub „1%” uzgodnił kompromis – przywołanie do porządku dysydentów wśród płatników netto nastąpi szybko. Albo da się Cameronowi rabat i wtedy „małe kraje” bardzo szybko ustąpią albo kupi się właśnie „małych” i zaryzykuje veto WB. Podobną strategię izolacji zastosowano wobec Londynu przy okazji prac nad paktem fiskalnym. Jednak postawa kanclerz Merkel, a szczególnie informacje o zbliżeniu stanowisk Berlina i Londynu sugerują, że nie ma chęci „siłowego” rozwiązania.

Tak zarysowana sytuacja nie jest dobrym sygnałem dla Polski, gdyż oznacza ujęcie w kolejnych propozycjach kolejnych cięć tak aby zadowolić Londyn.

Dialog zamiast rady

Warto zwrócić uwagę na samą procedurę szczytu, a raczej erozji formuły Rady Europejskiej jako spotkania polityków z samego topu świecznika. W trakcie ostatniego szczytu formalne wspólne spotkania stały się jedynie przerywnikiem dla bilateralnych spotkań przywódców. Tzw. „spowiedzi” są tylko wierzchołkiem góry lodowej. Procedurę tę wprowadzili Brytyjczycy w trakcie poprzednich negocjacji nad budżetem 2007-2013. Zgodnie z nią, przewodniczący spotkania - wówczas prezydencja – „zbierał” stanowiska negocjacyjne wszystkich państw, żeby następnie na ich podstawie przygotowywać projekty porozumień (tzw. Kompromisy Prezydencji).

Warto podkreślić, iż są to spotkania w bardzo wąskim kręgu. Uczestniczą w nich Herman van Rompuy, Jose Manuel Barroso oraz szef rządu plus tzw. minister europejski. Oprócz tego w gmachu Rady odbyło się kilkadziesiąt bilateralnych spotkań pomiędzy przywódcami, np. kanclerz Merkel rozmawiała z premierem Cameronem co najmniej trzy razy. Na krótko przed formalnym rozpoczęciem szczytu spotkali się członkowie tzw. „grupy przyjaciół spójności”.

Wydaje się że to wydarzenie, tj. zdominowanie jej przez spotkania bilateralne jak i w większych podgrupach, jest największym wydarzeniem tej Rady. Oficjalne spotkania w ramach szczytu były w zasadzie przerywnikami licznych „podnegocjacji”. Widać to wyraźnie w oficjalnym timingu szczytu. Tzw. pierwszy dzień Rady Europejskiej rozpoczął się o godzinie 23 w czwartek, a oficjalnie początek przewidywano o godzinie 20. Samo spotkanie zakończyło się po godzinie, a to dlatego, że przedstawiona propozycja Hermana van Rompuya wymagała negocjacji w podgrupach. W piątek zebrano się dopiero o godzinie 13, po kolejnym spotkaniu Camerona i Merkel. Widać wyraźnie wtórną rolę samego spotkania w wielkim gronie wobec negocjacji „w podgrupach”.

Quo vadis?

Czego można spodziewać się dalej? Kolejnych negocjacji. W trakcie półrocznej prezydencji Rada Europejska zbiera się dwa razy. Jedna z nich zostanie zapewne poświęcona wspólnotowemu budżetowi. Niestety można się spodziewać dalszych cięć.

Marek Bełdzikowski, Czytelnik bloga Dyplomacja

 

grafika: Wikimedia Commons

czwartek, 22 listopada 2012

Kontynuujemy rozmowę z Oskarem Pietrewiczem, szefem działu Azja i Pacyfik Portalu Spraw Zagranicznych - PSZ.PL. W pierwszej części poruszaliśmy kwestie wewnątrzpartyjne, tłumacząc kim są nowi przywódcy Chin. Teraz skupiamy się na gospodarce oraz polityce zagranicznej. Czego możemy spodziewać się po tzw. piątej generacji chińskich przywódców? Zapraszam do lektury!

 

Dyplomacja: Przed piątą generacją przywódców Chin stoją poważne wyzwania gospodarczo-społeczne: utrzymanie wzrostu w okolicach 8-10% PKB, starzenie się społeczeństwa, ryzyko pęknięcia bańki na rynku nieruchomości, problem złych kredytów dla państwowych przedsiębiorstw etc. Czy sprawy wewnętrzne zdominują politycznie nowe kierownictwo?

Oskar Pietrewicz: Nie tylko chińskie władze, lecz także zagraniczni eksperci nie kryją, że problemy wewnętrzne będą przedmiotem największej troski nowego kierownictwa. Zarówno w referacie Hu Jintao podczas ostatniego zjazdu, jak i w mowie Xi Jinpinga najwięcej miejsca poświęcono sprawom wewnętrznym. Wynika to z dwóch kwestii.

grafikaPo pierwsze, Chińczycy otwarcie mówią o ogromnych kosztach imponującego rozwoju ostatnich trzydziestu lat. Podczas zakończonego niedawno zjazdu po pierwszy tak wyraźnie i dosadnie chińskie władze podkreśliły problem zanieczyszczenia środowiska. Zresztą każdy, kto był w Pekinie lub innym większym chińskim mieście, ten doskonale wie, jak uciążliwy może być smog. Nie powinny więc dziwić podejmowane od wielu lat działania na rzecz zastosowania technologii przyjaznych środowisku. Od 2011 r. Chiny są światowym liderem w produkcji instalacji wykorzystujących energię odnawialną, coraz więcej produkuje się samochodów korzystających z napędu elektrycznego.

Drastycznie pogarszająca się sytuacja demograficzna doprowadziła do tego, że chińskie władze są coraz bliższe decyzji o odejściu od polityki jednego dziecka. Chińskie media państwowe otwarcie mówią o propozycjach wprowadzenia w 2015 r. polityki dwóch dzieci, a od 2020 r. zniesienia jakichkolwiek barier. Choć oficjalne decyzje w tej sprawie jeszcze nie zapadły, to wydają się one koniecznością jeśli uwzględni się niewystarczający udział młodej siły roboczej oraz drastyczną dysproporcję płciową urodzeń, na niekorzyść kobiet.

Po drugie, nie ulega wątpliwości, że znany od trzydziestu lat model rozwojowy Chin, oparty głównie na strategii proeksportowej i przyciąganiu inwestycji zagranicznych, powoli przechodzi do historii. Choć w połowie 2012 r. Chiny były najatrakcyjniejszym miejscem dla zagranicznych inwestorów, to koszty pracy w tym kraju są coraz wyższe. Perspektywa końca „fabryki świata”, jak jeszcze określa się Chiny, rodzi poważne konsekwencje.

Już w 2009 r. chińskie władze zapowiedziały stopniowe przechodzenie na gospodarkę opartą na popycie wewnętrznym. Do tego konieczne jest jednak zwiększenie siły nabywczej obywateli. Ponadto poważnym ograniczeniem jest niska wśród Chińczyków skłonność do konsumpcji. Brak podstawowych świadczeń socjalnych sprawia, że chińscy obywatele odkładają pieniądze na wypadek chorób i starość oraz edukację dzieci. Ocenia się, że bez przywrócenia sieci świadczeń socjalnych, zrujnowanej w latach 90., trudno będzie pobudzić popyt wewnętrzny. Stworzenie systemu socjalnego będzie się jednak wiązało z ogromnymi kosztami i będzie rzutowało na dynamikę wzrostu chińskiej gospodarki. Dlatego też sporo racji mogą mieć ci eksperci, którzy mówią, że czasy dwucyfrowego wzrostu gospodarczego Państwo Środka ma już za sobą.

Poza pobudzeniem popytu wewnętrznego kluczowym celem, jakie postawiły sobie chińskie władze, jest uczynienie gospodarki bardziej konkurencyjną dzięki zwiększeniu jej innowacyjności. Wpisanie na ostatnim zjeździe „rozwoju naukowego” do oficjalnej ideologii,  stanowiącej podstawę realizowanej strategii państwowej, jest namacalnym dowodem tego, jak ważna dla chińskiego kierownictwa jest droga ku innowacyjności. Świadczą o tym nie tylko słowa - od 2006 r. chińskie nakłady na badania i rozwój rosły ponad 20% rocznie i w ubiegłym roku wyniosły rekordowe 1,84% PKB. Zgodnie z rządowymi wytycznymi w 2020 r. odsetek ten ma wynieść 2,5% PKB. Zdaniem prognoz amerykańskiego Battelle Memorial Institute chińskie wydatki będą od amerykańskich w 2023 r. Jednak na razie jakość chińskich patentów budzi poważne zastrzeżenia. Z drugiej strony chińskie firmy takie jak Lenovo, ZTE czy Huawei od wielu lat są uznanymi markami. Do tego należy dodać zaawansowane prace nad technologiami kosmicznymi. Jeśli Chińczycy zrealizują swoje ambitne plany, bez wątpienia staną się poważnym wyzwaniem dla świata.

Zanim jednak do tego dojdzie, będą musieli uporać się z własnymi problemami. Największym wyzwaniem będzie zapewne rosnące rozwarstwienie dochodowe. Drastyczne różnice zarówno między miastem a wsią, jak i poszczególnymi prowincjami pokazują jak nierównomierny był rozwój w ostatnich trzydziestu latach. Dlatego coraz częściej mówi się o konieczności zmniejszenia dysproporcji przez inwestowanie w mniej rozwiniętych prowincjach. Przykład tzw. miast-duchów, czyli setek tysięcy niezamieszkanych mieszkań pobudowanych w szczerym polu, pokazuje jednak, że wiele z dotychczasowych inwestycji było kompletnie nieprzemyślanych, gdyż służyło tylko pobudzeniu sektora budowlanego. Co istotne, tak nieracjonalna polityka doprowadziła do ogromnego zadłużenia rządów lokalnych, co stanowi nie lada problem dla dalszego rozwoju prowincji.

Powyższe problemy to tylko wycinek ogromu wyzwań natury wewnętrznej. Chińskie władze będą miały więc ręce pełne roboty. Nie oznacza to jednak, że Chiny będą bierne na arenie międzynarodowej.

Polityka zagraniczna Chin w ostatnich kilkunastu miesiącach była zdecydowanie bardziej asertywna niż wcześniej. Wyrazem tego są zaogniające się spory terytorialne z Japonią, Wietnamem i Filipinami. Należy spodziewać się podtrzymania twardej linii i wykorzystywania faktu, że żadne z państw regionu nie może równać się z Chinami?

Zaangażowanie w sporach terytorialnych na Morzu Wschodniochińskim i Południowochińskim z pewnością pogorszyło wizerunek Chin jako państwa deklarującego poparcie dla harmonijnego ładu międzynarodowego. Również wielu komentatorów zaczęło ostro krytykować zachowanie Chin. Jednak zamiast wartościować, lepiej zastanowić się, dlaczego mamy do czynienia z takim zachowaniem Pekinu.

Przede wszystkim należy pamiętać o kluczowym celu, jaki przyświeca kolejnym przywódcom Chin, mianowicie dążeniu do „odrodzenia wielkości chińskiej nacji” i „przywrócenia Chinom należnego miejsca w społeczności międzynarodowej jako światowemu mocarstwu” po „stuleciu hańby i poniżenia” zapoczątkowanego klęską w pierwszej wojnie opiumowej (1839-1842). Choć w naszych oczach, jako przedstawicieli Zachodu, odwoływanie się do tego typu haseł może budzić zdziwienie lub wręcz politowanie, to przy analizie zachowań chińskich elit nie możemy zapominać o kontekście kulturowym. Zwraca na to uwagę znakomity znawca problematyki chińskiej prof. Bogdan Góralczyk, który odnotowuje coraz częstsze odwoływanie się w Chinach do korzeni kulturowych. Renesans konfucjanizmu ma być tym, co zapełni powstałą po maoizmie pustkę ideologiczną i ograniczy zgubny kult pieniądza. Z drugiej strony chińskie władze raz na jakiś czas rozbudzają silny nacjonalizm, czego przykład widzieliśmy przy okazji niedawnych antyjapońskich manifestacji. Pytanie, czy taka polityka przyniesie jakiekolwiek korzyści w dłuższej perspektywie.

Wspomniany wyżej prof. Bogdan Góralczyk, a także inny doskonały badacz prof. Jan Rowiński zauważają, że od kilku lat toczy się w Chinach wielka debata na temat kierunków polityki zagranicznej. Sytuacja międzynarodowa powstała na skutek światowego kryzysu finansowego rozbudziła w Chińczykach pewność siebie i przekonanie o konieczności wykorzystania „historycznej szansy, której nie wolno zaprzepaścić”. Z jednej strony nie brakuje radykalnych głosów, zwłaszcza ze środowisk związanych z wojskiem, że Chiny powinny realizować wielkomocarstwową politykę, oznaczającą m.in. rozbudowę potencjału militarnego w obliczu nieuchronnego konfliktu z USA. W ocenie profesorów Góralczyka i Rowińskiego tego typu głosy są na razie marginalne, ale nie należy ich lekceważyć. Z drugiej strony dominującym nurtem w wewnątrzchińskiej debacie jest opcja „światowych Chin”, które, pozostając sobą, dążą do jak najpełniejszej integracji ze światem. Zwolennicy tego poglądu argumentują, że chińska droga ku mocarstwowości powinna wieść m.in. przez budowę światowego centrum finansowego, innowacje technologiczne i odpowiedzialne zaangażowanie w istniejącym systemie międzynarodowym. Tym samym przeciwstawiają się radykałom, którzy optują za stworzeniem świata, rządzonego według chińskich reguł.

Bardziej asertywna postawa Chin w ostatnich miesiącach wydaje się być namacalnym dowodem trwającej debaty na temat polityki zagranicznej, która ma bardzo różne odcienie. Groźne oblicze chińskiego smoka przestraszyło pozostałe państwa regionu, co doskonale wykorzystały USA. Amerykański zwrot w kierunku Azji i Pacyfiku stanowi poważne wyzwanie dla Chin, które przekonują się, że wystraszeni sąsiedzi mniej lub bardziej chętnie będą chowali się pod parasol Waszyngtonu. Obecna sytuacja stanowi bolesne otrzeźwienie dla tych Chińczyków, którzy śnili o powrocie do czasów Pax Sinica, kiedy chiński system trybutarny rozpościerał się na pozostałe państwa regionu. Aktualnie Chiny muszą w coraz większym stopniu uwzględniać aspiracje sąsiadów, aby prowadzić skuteczną politykę zagraniczną. Bez dialogu nie uda się bowiem Państwu Środka zrealizować tak ważnego celu, jakim jest rozbudowa sieci powiązań gospodarczych. Należy bowiem mieć świadomość, że obecnie ma miejsce wielka gra między Pekinem a Waszyngtonem o to, kto zaoferuje państwom regionu atrakcyjniejsze projekty umów o wolnym handlu. Zwycięstwo w tej rywalizacji może okazać się kluczowe dla przyszłego układu sił w regionie Azji i Pacyfiku.

Z Oskarem Pietrewiczem rozmawiał Piotr Wołejko

 

 

Wpis został zaktualizowany z powodu konieczności poprawienia informacji o nakładach na badania i rozwój. Wraz z Oskarem dziękujemy za zwrócenie uwagi na błąd w tym zakresie.

grafika: Wikimedia Commons

środa, 21 listopada 2012

Po reelekcji Baracka Obamy uwaga świata skupiła się na drugiej potędze gospodarczej globu - Chińskiej Republice Ludowej. W Pekinie dokonano wymiany kierownictwa, a proces przekazywania władzy domknie się w marcu przyszłego roku zaprzysiężeniem Xi Jinpinga jako przewodniczącego (prezydenta) ChRL. Warto wiedzieć, co niesie ze sobą tzw. piąta generacja chińskich przywódców i jakiej polityki powinniśmy się po niej spodziewać.

Uznałem, że potrzebuję w tej kwestii wsparcia i zwróciłem się do Oskara Pietrewicza, szefa działu Azja i Pacyfik Portalu Spraw Zagranicznych - PSZ.PL, z kilkoma pytaniami. Dziś pierwsza część rozmowy, w której poruszamy zagadnienia wewnątrzpartyjne - w końcu Komunistyczna Partia Chin to największa tego typu organizacja na świecie, zrzeszająca ponad 80 milionów członków.

W drugiej części rozmowy z Oskarem Pietrewiczem skupiamy się na problematyce polityki wewnętrznej i zagranicznej Chin - głównych priorytetach i kierunkach działań. Mam nadzieję, że wzbogacimy Waszą wiedzę o Chinach. Jak znam Oskara mogę stwierdzić, że w razie dodatkowych pytań/komentarzy będzie do Waszej dyspozycji. Zapraszam do lektury!

 

Dyplomacja: O nowych przywódcach Chin mówi się "książątka". Co to oznacza?

Oskar Pietrewicz: Mianem „książątek” (chiń. taizidang) określa się chińskich polityków, których rodzice byli wysoko postawionymi działaczami komunistycznymi. Przykładowo obecny numer 1 chińskiego kierownictwa, Xi Jinping jest synem Xi Zhongxuna – zasłużonego działacza komunistycznego, zaliczanego do pierwszej generacji chińskich przywódców. Warto krótko wspomnieć o Xi seniorze, gdyż jego historia w znacznym stopniu ukształtowała postawę syna. Bohater partyzantki komunistycznej był m.in. wicepremierem w rządzie Zhou Enlaia, a w trakcie rewolucji kulturalnej został zesłany razem z rodziną na wieś i poddany reedukacji przez pracę. Po rozprawieniu się z Bandą Czworga Xi został zrehabilitowany i pod rządami Deng Xiaopinga objął stanowisko gubernatora prowincji Guangdong (od 1989 r. niezmiennie najbogatsza prowincja Chin). Zasłynął tam jako zwolennik reform rynkowych i jest jednym z twórców pierwszej, powstałej w 1979 r., specjalnej strefy ekonomicznej w Shenzen.

Warto podkreślić, że aż czterech z siedmiu członków ogłoszonego niedawno Stałego Komitetu jest „książątkami”. Poza Xi Jinpingiem są to Zhang Dejiang (nr 3), Yu Zhengsheng (nr 4) i Wang Qishan (nr 6). Poza „książątkami” ważną grupą są wychowankowie Ligi Młodzieży Komunistycznej (chiń. tuanpai). W obecnym ścisłym kierownictwie KPCh zasiada dwóch tuanpai – Li Keqiang (nr 2) i Liu Yunshan (nr 6). Co ciekawe, jeden z członków Stałego Komitetu (Zhang Gaoli, nr 7) nie należy do żadnej z powyższych grup.

Podobnie jak w przypadku innych autorytarnych reżimów, analitycy próbują doszukiwać się różnorakich podział elity władzy (na liberałów czy też reformatorów i konserwatystów). Czy takie podziały występują w KPCh? Jakie są punkty wspólne różnych frakcji partyjnych?

grafikaOcenia się, że nowy skład Stałego Komitetu jest złożony z polityków konserwatywnych, którzy nie będą skłonni ryzykować gruntownych reform, zwłaszcza w sferze politycznej. O konserwatywnym profilu świadczy m.in. wiek członków – średnia wieku wynosi 63,4 lat, podczas gdy pięć lat temu wynosiła 62,1 lat. Fakt, że aż pięciu przywódców (poza Xi Jinpingiem – 59 lat i Li Keqiangiem – 57 lat) ma ponad 64 lata oznacza, że zostali oni wybrani wyłącznie na jedną pięcioletnią kadencję (maksymalny wiek w momencie wyboru nie może przekraczać 68 lat).

Cechą charakterystyczną KPCh jest jej frakcyjność, co potwierdziło tegoroczne rozdanie partyjne. Poza zarysowanym wyżej podziałem na taizidang i tuanpai możemy, stosując terminologię zaproponowaną przez znanego analityka Cheng Li, wyróżnić tzw. oligarchów i populistów. Pierwszej z tych grup, zwanej również gangiem szanghajskim, lideruje 86-letni Jiang Zemin. Mimo że już od dziesięciu lat nie piastuje on żadnych stanowisk partyjnych, nadal rozdaje karty w chińskiej polityce. Wokół Jianga skupione są osoby związane z wybrzeżem, czyli najbardziej rozwiniętymi prowincjami Chin. W skład oligarchów wchodzą również „książątka”. Uważa się, że oligarchowie w większym stopniu skupieni są na utrzymywaniu jak największego wzrostu gospodarczego i popieraniu reform rynkowych.

Drugiej grupie przewodzi Hu Jintao. Rdzeniem populistów są wyżej wspomniani tuanpai, czyli wychowankowie Ligi Młodzieży Komunistycznej, wyróżniający się bardzo dobrym wykształceniem. Najlepszym przykładem jest Li Keqiang, który zgodnie uważany jest za najlepiej wykształconego lidera, jakiego kiedykolwiek miała KPCh. W odróżnieniu od oligarchów, populiści wywodzą się z niższych warstw społeczeństwa (chiń. lao baixing, czyli dosłownie „zwykli ludzie”), a karierę budowali przez żmudne pokonywanie kolejnych szczebli partyjnych struktur. Światopoglądowo populiści skupieni są wokół haseł społecznej harmonii i zmniejszania nierówności.

W obecnym kształcie Stałego Komitetu znajduje się czterech przedstawicieli frakcji Jiang Zemina (Xi Jinping, Zhang Dejiang, Wang Qishan, Zhang Gaoli) i dwóch Hu Jintao (Li Keqiang i Liu Yunshan). Natomiast jeden z przywódców (Yu Zhengsheng) cieszy się poparciem zarówno Jianga, jak i Hu.

Grono chińskiego kierownictwa zawęziło się (z 9 do 7 członków), czy za taką decyzją stoi polityczna kalkulacja? Część analityków wskazywała na chęć ograniczenia wpływów armii i sił bezpieczeństwa.

Zmniejszenie liczby członków Stałego Komitetu interpretowane jest dwojako. Z jednej strony ograniczenie składu ma służyć usprawnieniu procesu decyzyjnego przez zwiększenie prawdopodobieństwa zawarcia kompromisu w węższym gronie. Z drugiej strony mówi się o chęci usunięcia przedstawiciela aparatu bezpieczeństwa, którego rola w ostatnich latach niepomiernie wzrosła. Jedno nie wyklucza drugiego. Brano również pod uwagę opcję, że ograniczenie liczby członków miało uniemożliwić obecność przedstawiciela propagandy, Liu Yunshana, który jednak ostatecznie znalazł się w ścisłym kierownictwie. Warto również wiedzieć, że siedmioosobowy skład jest powrotem do czasów tandemu Jiang Zemin-Zhu Rongji, którzy rządzili w latach 1992-2002. We wcześniejszych latach bywało z tym różnie, a liczba członków zależała od aktualnej konstelacji politycznej.

W kwestii armii warto zaznaczyć jedną rzecz, o której stosunkowo mało pisały zarówno polskie, jak i zachodnie media. Poza objęciem urzędu sekretarza generalnego Xi Jinping został przewodniczącym Centralnej Komisji Wojskowej KPCh, czyli głównego organu odpowiedzialnego za cywilne zwierzchnictwo nad siłami zbrojnymi. Ta decyzja jest w pewnym sensie zaskakująca, gdyż większość ekspertów przewidywała, że odchodzący powoli ze sceny politycznej Hu Jintao pozostanie jeszcze przez dwa lata na czele CKW KPCh. Zakładano bowiem, że Hu postąpi podobnie jak jego poprzednik Jiang Zemin, który po ustąpieniu z funkcji w partii jeszcze przez dwa lata nadzorował chińską armię.

Przekazanie CKW KPCh w ręce Xi Jinpinga pokazuje, że chińskie kręgi decyzyjne postanowiły jak najszybciej przekazać nowemu przywódcy najważniejsze funkcje w państwie. Należy bowiem pamiętać, że w marcu 2013 r. na sesji Ogólnochińskiego Zgromadzenia Przedstawicieli Ludowych (chiński parlament) Xi zostanie zaprzysiężony jako przewodniczący ChRL, czyli prezydent, stosując nasze nazewnictwo.


Z Oskarem Pietrewiczem rozmawiał Piotr Wołejko

 

grafika: Wikimedia Commons

wtorek, 20 listopada 2012

Przedstawiciel Iraku przy Lidze Arabskiej Kais al-Azzawy zszokował świat, a w szczególności Stany Zjednoczone, wezwaniem państw arabskich do wykorzystania broni naftowej przeciwko sojusznikom Izraela, w świetle trwającej od kilku dni operacji Filar Obrony. Wcześniej do embarga naftowego wzywał szef Hezbollahu Hassan Nasrallah. Chociaż Rada Współpracy Zatoki Perskiej (GCC), zrzeszająca największych arabskich producentów ropy, nie ma zamiaru wsłuchiwać się w głos kolegi z Iraku, warto zastanowić się nad problemem bezpieczeństwa dostaw kluczowego dla światowej gospodarki surowca.

Globalne zapotrzebowanie na ropę naftową wynosi 89,7 milionów baryłek dziennie i – według prognoz Międzynarodowej Agencji Energii – wzrośnie do 90,5 mln/bd w przyszłym roku. Jednocześnie produkcja ropy przez kartel OPEC jest najniższa od ośmiu miesięcy i wynosi niespełna 31,2 mln/bd. Skupiam się na OPEC dlatego, że państwa tej grupy mają największe możliwości zwiększenia produkcji (posiadają zapasowe moce wydobywcze), a ich działalność skupia się na regulowaniu podaży w celu uzyskania jak najlepszej (najwyższej) ceny.

Uzależnienie od importu

grafikaNajbardziej rozwinięte kraje świata (OECD) zużywają dziennie ok. 46,2 mln baryłek. Produkują natomiast tylko 19,8 mln/bd. Resztę musi pokryć import. Jest to nie tylko kosztowne (w chwili pisania tego tekstu ropa Brent kosztuje 110,73 dolara za baryłkę, a ropa WTI 88,28 dolara za baryłkę), lecz również ryzykowne. Obawy dotyczą stabilności dostaw surowca, który w znacznej mierze jest importowany z państw i regionów charakteryzujących się zmienną sytuacją polityczną. Mowa tu o państwach Bliskiego Wschodu, gdzie zawsze tli się iskra zdolna wywołać pożar (aktualnie rewolucja w Syrii i wojenka między Izraelem a Hamasem w Strefie Gazy), a także Wenezueli czy Nigerii. Szczególnie to ostatnie państwo jest narażone na nagłe zmniejszenie wydobycia i eksportu – z powodu prężnej działalności licznych grup sabotujących produkcję w Delcie Nigru.

Ryzyko wynika nie tylko z potencjalnej destabilizacji politycznej, która wpłynie na eksport ropy naftowej, lecz również z faktu niewielkich „mocy zapasowych” w przypadku nagłego zmniejszenia produkcji w jednym lub kilku państwach albo większego niż prognozowany wzrostu zapotrzebowania. Chociaż ilość ropy w rozpoznanych złożach cały czas się zwiększa, to nie idzie to w parze z zabezpieczeniem się na ewentualność kryzysu w postaci nagłego zmniejszenia podaży. Utrzymanie rezerwowych mocy wydobywczych jest kosztowne i w zasadzie tylko Arabia Saudyjska dysponuje znaczącą rezerwą w postaci ok. 2 mln/bd. Pozostałe państwa mogą dostarczyć o wiele mniej surowca, a dane na temat ich potencjału mogą być przesadzone (konieczna darmowa rejestracja na FT.com).

Igranie z ogniem

Zakładka bezpieczeństwa w postaci 2 do 3 mln/bd dziennie sprawia, że sytuacja na rynku jest bardzo napięta. Jedna lub dwie sytuacje kryzysowe mogą usunąć z rynku więcej ropy, niż wynosi wspomniana zakładka (pomijając fakt, że uruchomienie dodatkowej produkcji zajmie kilka tygodni). Dla przykładu (strona 40), podczas pierwszej wojny z Irakiem z rynku zniknęły 4,3 mln/bd, natomiast strajk w Wenezueli (grudzień 2002 – marzec 2003) zabrał 2,6 mln/bd. Natomiast huragany Katrina i Rita w 2005 roku ograniczyły moce przerobowe rafinerii o 4 mln/bd, a wydobycie ropy z Zatoki Meksykańskiej o 1,5 mln/bd. Bardziej efektowne ataki na nigeryjską infrastrukturę wydobywczą i przesyłową potrafią zmniejszyć eksport Abudży o kilkaset tysięcy baryłek.

Nietrudno wyobrazić sobie atak terrorystyczny na saudyjską czy kuwejcką infrastrukturę wydobywczą (może to być też cyberatak) albo kolejną katastrofę naturalną pokroju Rity czy Katriny, które wpływają na ograniczenie wydobycia. Podaż może zostać ograniczona, co wpłynie na dynamiczny wzrost cen. Nawet w sytuacji globalnej koniunktury byłoby to niebezpieczne, a dziś – w czasie kryzysu – może być zabójcze. Dlatego powinniśmy uważnie słuchać gróźb wprowadzenia embarga i zdawać sobie sprawę z konsekwencji takiego posunięcia.

Poprzednie arabskie embargo na ropę (październik 1973 – marzec 1974) było szokiem. Wpłynęło na całkowite odwrócenie sytuacji na rynku ropy naftowej, łamiąc dominację wielkich firm naftowych i importerów surowca, a podkreślając pozycję producentów. W efekcie embarga powstała Międzynarodowa Agencji Energii, wprowadzono także na szeroką skalę obowiązek posiadania strategicznych rezerw ropy naftowej (dziś wystarczą one na ok. 100 dni zużycia w krajach OECD; Polska posiada ok. 63 mln baryłek ropy, co pokrywa ponad 100 dni zapotrzebowania). Jak widać, jest to krótkoterminowe zabezpieczenie na wypadek nagłego zmniejszenia podaży. Termin ten jest sprzęgnięty również z uruchomieniem zapasowych mocy wytwórczych w Arabii Saudyjskiej. Jeśli wszystko „zagra”, to na kryzys na średnią skalę jesteśmy przygotowani.

Wielkie ryzyko

Bezpieczeństwo dostaw jest jednak palcem na wodzie pisane. Rezerwy wydobywcze są niewielkie i systematycznie maleją (co świetnie obrazuje wykres). Mimo ogromnych inwestycji w eksploatację nowych złóż, podaż utrzymuje się na w miarę stałym poziomie. Wynika to z tego, że eksploatowane dziś pola naftowe są coraz mniej wydajne. Era łatwego wydobycia w znacznej mierze już minęła (duże pola, stosunkowo łatwe w eksploatacji). Jeśli dodamy do tego problemy z zapewnieniem bezpieczeństwa w kluczowych punktach szlaków handlowych – cieśniny Bab el Mandeb, Malakka, Ormuz, Bosfor – oraz infrastruktury wydobywczej (chociażby wielokrotne w ostatnich miesiącach ataki na gazociąg z Egiptu do Izraela na Półwyspie Synaj) otrzymamy budzący obawy miks wyzwań, przed którymi stoi cały świat.

Piotr Wołejko

 

grafika: Wikimedia Commons

czwartek, 15 listopada 2012

Zbliżamy się do - jak zapewne zostanie to przedstawione w mediach - „historycznego” szczytu UE, poświęconego nowej perspektywie finansowej na lata 2014-2020. Chociaż perspektywy sukcesu, tj. uzgodnienia budżetu na następne 7 lat są niewielkie, to warto przyjrzeć się kilku zagadnieniom związanym z tą problematyką.

Płatnicy netto tną dalej

grafikaNajważniejszym wydarzeniem jest najpewniej nieustająca determinacja płatników netto do dokonania cięć. Nie zważają oni na przyjęte już ustalenia i de facto tną już budżet na rok 2013. Negocjacje nad budżetem wspólnoty na rok 2013 zostały po prostu zerwane i wszystko wskazuje, że go nie będzie. To znaczy, będzie prowizorium budżetowe bazujące na roku 2012. Porozumienia brak, bo płatnicy netto odmawiają „dopłaty” w wysokości 9 mld euro. Dlaczego?

Oprócz niechęci do wydawania pieniędzy i przy okazji – znów - ochrony rabatu brytyjskiego w przypadku pracy wspólnoty na prowizorium budżetowym, chodzi o zmniejszenie wysokości ewentualnego prowizorycznego budżetu na rok 2014. Jeśli negocjacje nad nowym budżetem utkną na dobre, co jest niestety wielce prawdopodobne, to pierwszy rok nowego budżetu, tj. rok 2014, będzie bazował na ustaleniach ostatniego roku starej perspektywy za lata 2007-2013. A ten miał być większy niż w 2013. Prowizorium na rok 2014 będzie więc oparte na prowizorium na rok 2013, które będzie oparte na niższym budżecie z 2012 roku, niż ten planowany na rok 2013.

W takim kontekście nie może dziwić wynik spotkania ministrów finansów w dniu 13 listopada (tzw. ECOFIN), na którym płatnicy netto wymusili dalsze cięcia w już zmniejszonej propozycji cypryjskiej prezydencji. Chociaż tutaj rozmiar cięć nie jest duży, bo sięgnął dopiero 75 mld euro, daleko mniej niż oczekiwania płatników netto. Za alarmujące można będzie uznać cięcia w wysokości przekraczającej 100 mld euro.

Bankructwo prezydencji

Jednocześnie zbliża się oficjalne bankructwo Cypru. Uzgodniono już warunki. Jest to pierwszy w historii przypadek, gdy kraj sprawujący przywództwo w UE jednocześnie prosi niektórych z jej członków o pieniądze. Warunki pomocy wydają się dość twarde, również w aspekcie politycznym. Nikozja została zmuszona do przyznania się, że jej banki są wielką pralnią rosyjskich pieniędzy. Oczywiście nie jest to dla nikogo tajemnicą, tym bardziej że formalnie to Cypr jest jednym z większych inwestorów w Rosji czy na Ukrainie. Oczywiście w ten sposób „do macierzy” wracają już czyste pieniądze tamtejszych oligarchów. Tym niemniej, z perspektywy Moskwy takie oświadczenia (i działania) to jawna niewdzięczność. Rosja wsparła Cypr preferencyjnym kredytem w 2008 roku oraz oferowała 2,5 mld euro pożyczki w tegorocznej „edycji” kryzysu. Strefa euro najwyraźniej niezbyt mile patrzy na zewnętrzne finansowanie jej bankrutujących członków.

Nie jest to dobry prognostyk dla dalszych prac na budżetem. Kompromis cypryjski ciął nasze fundusze, ale to cięcie nie było aż tak radykalne jak chcieli płatnicy netto. Cypr będący już oficjalnie na kroplówce eurogrupy będzie bardziej uległy wobec oczekiwań płatników netto. Kolejnym prowadzącym negocjacje będzie inne państwo będące na europejskiej kroplówce – Irlandia. A może i nie będzie, bo media podały informację, iż za dalszy przebieg negocjacji budżetowych będzie odpowiadał przewodniczący Rady Europejskiej Herman van Rompuy, który przedstawił już nową propozycję negocjacyjną.

Przemówienie Pani Kanclerz

Istotnym wydarzeniem – w zasadzie przemilczanym w Polsce - było wystąpienie kanclerz Merkel na temat przyszłości UE. Wygłosiła je na chwilę przed spotkaniem z brytyjskim premierem Cameronem, co wskazuje, że miało ono stanowić element negocjacji pomiędzy przywódcami. Bez ryzyka popełnienia błędu możemy założyć, że wizja federacji dotyczy eurogrupy.

Cięcia eurokratów

Warto również odnotować strajk eurobiurokratów. Przeciętnemu obywatelowi UE trudno wykrzesać z siebie odrobinę współczucia dla unijnych urzędników, których niebotyczne wynagrodzenia nijak mają się do zakresu odpowiedzialności. Warto zwrócić uwagę na pewien ogólniejszy kontekst. Komisja Europejska i jej przybudówki wydają się być największą ofiarą obecnych przekształceń wspólnoty. Pogłębiona integracja eurogrupy, opiera się wyłącznie na ustaleniach międzyrządowych i tworzonych przez te rządy strukturach. Podobnie wspólna służba zagraniczna – personel „unijny” jest tam wyraźną mniejszością.  Obniżki pensji, a być może zwolnienia wśród eurobiurokratów są w zasadzie przesądzone. To pierwsze zaproponowano już w projekcie budżetu komisarza Lewandowskiego, drugiego domaga się kilka państw, z czego najgłośniej Wielka Brytania.

Jesteśmy świadkami schyłku unijnej biurokracji jako takiej. Nie jest to dobry sygnał dla krajów takich jak Polska, bo czasami można było znaleźć oparcie w strukturach unijnych w konflikcie z silniejszymi państwami. Ewentualne redukcje personelu bądź wynagrodzeń dotkną w większym stopniu niższe szczeble urzędnicze we wspólnocie, czyli m.in. zatrudnionych tam Polaków.

Polska ofensywa

Dla porządku należy wspomnieć o „polskiej” debacie europejskiej. W aspekcie międzynarodowym okazała się ona medialnym niewypałem. Wydaje się, że autorzy wystąpienia premiera Donalda Tuska zamieścili w nim dwa główne tzw. leady dla mediów europejskich bądź działów europejskich mediów międzynarodowych. Były to kwota 400 miliardów jako cel negocjacyjny i zapowiedź ratyfikacji paktu fiskalnego. Niestety, zamierzony efekt nie został osiągnięty, co zresztą specjalnie nie dziwi.

Nie zawinił tu jednak brak profesjonalizmu autorów przemówienia, ale po prostu zły timing. Wystąpienie polskiego premiera miało szansę na „medialne” zaistnienie i być może ustawienie debaty budżetowej, gdyby zostało wygłoszone co najmniej miesiąc wcześniej. Aby zapewnić miejsce dla przekazu z Warszawy w medialnych relacjach światowych agencji z „budżetowego frontu UE”, silny „news” z Warszawy powinien zostać nadany w okresie pomiędzy powakacyjnym „rozruchem” machiny brukselskiej (startującej de facto w połowie września) a przed rozpoczęciem medialnej awantury o budżet. Wtedy przemówienie premiera zapewne trafiłby do przeglądów prasy przygotowywanych dla brukselskich (i innych) oficjeli.

Dawało to szanse na personalny atak któregoś z adresatów takiego przeglądu, np. Camerona, na „niedorzeczne żądania Warszawy”. Wówczas „lista życzeń” z Warszawy zaistniałaby w obiegu międzynarodowym i dyskusji, np. pomiędzy Berlinem, Londynem a Paryżem. To z kolei dawało szansę na zrobienie z naszego problemu (chcemy 400 miliardów) problemu innych. Abstrahując od hipotetycznej skuteczności - na strategię „wrzutki” czy też wstawienia nogi w drzwi do pokoju, gdzie dyskutują więksi, jest już za późno. Od połowy października we wszelkich „newsroomach” dominują „rytualne” wypowiedzi głównych aktorów negocjacji. Korespondencja z Warszawy ma marne szanse na przebicie się do publikacji.

Podobne zastrzeżenie można odnieść do tzw. „ofensywy dyplomatycznej” Warszawy. Cykl spotkań naszych oficjeli z prezydentem i premierem na czele może być zapamiętany przez uczestników szczytu jako odbywający się na krótko przed nim. Może też utonąć w ogólnej kakofonii stanowisk wszystkich państw członkowskich, z których wiele ma więcej do powiedzenia w tej sprawie niż Warszawa. Trzeba znów zauważyć, że tzw. konsultacje międzyrządowe pomiędzy Polską a Niemcami mają miejsce zarówno po wspominanym wyżej przemówieniu kanclerz Merkel w Parlamencie Europejskim, jak i po spotkaniu z premierem Cameronem. Zbyt późno żeby uzyskać jakiś wpływ na te wydarzenia.

Inwazja czarnego PR – czyli marnotrawny budżet w mediach

Warto również wskazać na tzw. „czarny PR”, który jest stosowany wobec negocjacji budżetu wspólnoty. Od kilku tygodni przebija się on na łamy polskich mediów. Dostrzega się też opracowania instytucji kontrolnych UE, których dość nudne raporty nagle wędrują na pierwsze strony różnych mediów.

Nie umniejszając roli mediów i nie stawiając się w pozycji wrogiej wobec świata dziennikarskiego, warto zadać pytanie dlaczego przekazy medialne koncentrują się na nieprawidłowościach w wydawaniu pieniędzy UE w tych obszarach, które chcą ciąć płatnicy netto. Gdyby zajrzeć chociażby do raportu audytorów, można tam znaleźć sporo informacji np. o nadmiernych wydatkach osobowych w obszarze projektów badawczo-rozwojowych w Holandii, ect. Przedstawiciele polskiego rządu mogliby się też podpytać, jak właściwe organy europejskie przygotowują się do kontroli wydatkowania środków unijnych na wielkie „rozwojowe” badania, ze szczególnym uwzględnieniem przydatności praktycznej takich projektów.

Marek Bełdzikowski, Czytelnik bloga Dyplomacja

 

grafika: Wikimedia Commons

 
1 , 2
Zakładki:
1. Dyplomacja w Sieci
2. Blogi zagraniczne
3. Think-tanki
4. Media zagraniczne
5. Blogi polskie
6. Militaria
7. Periodyki
liczniki
Dyplomacja on Facebook