poniedziałek, 25 listopada 2013

W miniony weekend (23-24 listopada br.) w sprzyjających okolicznościach przyrody (Genewa, Szwajcaria) udało się zawrzeć tymczasowe (czas trwania to sześć miesięcy) porozumienie w sprawie irańskiego programu atomowego.

Główne punkty porozumienia to wstrzymanie przez Iran wzbogacania uranu powyżej 5%, zneutralizowanie posiadanych zasobów uranu wzbogaconego do 20%, ograniczenie liczby użytkowanych wirówek do wzbogacania uranu, zapewnienie nieskrępowanego dostępu do instalacji nuklearnych w Natanz i Fordow. W zamian Iran otrzyma stosunkowo niewiele – bardzo ograniczone uchylenie bądź poluzowanie sankcji gospodarczych. W ciągu kilku tygodni rozmowy zostaną wznowione, a ich celem będzie zawarcie pełnego porozumienia.

Zwycięstwo dyplomacji

grafikaDyplomacja triumfuje. I nie mam tu na myśli tylko bloga Dyplomacja i jego autora. Od dawna bowiem pisałem (tag Iran) o irańskim programie nuklearnym, konsekwencjach ewentualnego skonstruowania bomby atomowej przez Iran, czy rozgrywce geopolitycznej wokół Teheranu. Studziłem gorące głowy naszych analityków, którzy uprawiali czarnowidztwo i cyklicznie przewidywali kolejne terminy amerykańskiej lub izraelskiej interwencji zbrojnej. Żadnej interwencji nie było. Iran nie wszedł w posiadanie broni A, chociaż od lat w mediach i analizach think-tanków pojawiają się informacje, iż już za dwa lata Iran będzie mógł taką broń skonstruować. Czas mija, a broni jądrowej jak nie było, tak nie ma. Nad kabaretowym występem izraelskiego premiera Netanjahu na forum ZO ONZ w ubiegłym roku nie ma się co rozwodzić.

Dyplomacja triumfuje, gdyż udało się – na razie częściowo – osiągnąć zakładane cele bez konieczności używania siły. Byłoby to zresztą dość trudne, a jednocześnie mogłoby wywołać szereg daleko idących konsekwencji. Iran, to nie Irak, jak głosi jeden z bardziej suchych żartów o blondynkach (Jedna blondynka pyta drugą: to jak się w końcu mówi, Irak czy Iran?). Irak dało się łatwo pokonać, ale co było później – dobrze wiemy. Iran to zupełnie inna para kaloszy. Inna kategoria wagowa, komentując to w kategoriach bokserskich. Zamiast wątpliwego, z punktu widzenia przyszłych korzyści, użycia siły, postawiono na kombinację sankcji ekonomicznych i zachęt do rozmów. Podobno pierwsze próby badania gruntu miały miejsce w marcu br., czyli na trzy miesiące przed wyborem Hassana Rouhaniego na prezydenta Iranu. Jeśli tak rzeczywiście było, to nowe otwarcie nowego prezydenta jest sterowane przez najwyższego przywódcę Islamskiej Republiki Iranu Alego Chemeneiego i nastąpiłoby bez względu na to, kto zastąpiłby Mahmuda Ahmadineżada. Nie umniejszam jednak roli Rouhaniego, który od początku kadencji prowadzi „ofensywę uroku”, poprawiając wizerunek swojego kraju i atmosferę wokół programu atomowego.

Geopolityczne otoczenie negocjacji

Zakończone sukcesem negocjacje nie były łatwe. Nie tylko sprzeciwiał się im Izrael, czy kraje arabskie z Arabią Saudyjską na czele (właśnie to mogło być prawdziwym powodem demonstracyjnego odrzucenia wyboru Rijadu na niestałego członka RB ONZ), dla których Iran jest głównym geopolitycznym przeciwnikiem. W pewnym momencie porozumieniu sprzeciwiła się Francja, która sprzedaje krajom arabskim, w tym Rijadowi, broń o wartości miliardów euro. Presja Stanów Zjednoczonych była jednak tak silna, że Paryż wycofał swoje obiekcje i udało się wynegocjować tymczasowe porozumienie.

Paradoksalnie, to nie same negocjacje z Iranem mogą stać się główną przeszkodą w osiągnięciu ostatecznego porozumienia. Głównym hamulcowym może być amerykański Kongres, który musi przegłosować zniesienie nałożonych na Iran sankcji. O ile ich nakładanie nie było przesadnie trudne, zazwyczaj przegłosowywano stosowne ustawy przygniatającą większością głosów, przy tylko symbolicznym sprzeciwie, to ze znoszeniem sankcji nie będzie tak łatwo. Kongres jest bowiem znacznie bliższy poglądom izraelskiego premiera Netanjahu, niż administracji z Barackiem Obamą na czele. Panuje tu ponadpartyjny konsensus. Netanjahu nazywa tymczasowe porozumienie z Iranem poważnym błędem i porównuje dzisiejszą sytuację do tej z 2005 r., gdy negocjowano w sprawie programu atomowego z Koreą Północną (Pjongjang wkrótce wycofał się z układu i przeprowadził testy broni jądrowej). W ostatnim okresie wytężonych negocjacji Obama i sekretarz stanu John Kerry musieli raczej apelować do kongresmanów, aby nie ważyli się nakładać na Iran nowych sankcji.

Czy to początek odwilży w relacjach amerykańsko-irańskich?

Zawarcie tymczasowego porozumienia pokazuje, że z Iranem można się dogadać. Teheran przestaje być międzynarodowym pariasem, a staje się normalnym partnerem, który ma swoje zasadne interesy i należy to respektować. Zasadne interesy to chociażby budowa kolejnych (po Buszehr) elektrowni atomowych i pozyskiwanie energii elektrycznej z tego źródła. Liczę na to, że negocjacje dotyczące programu atomowego pozwolą Iranowi i Stanom Zjednoczonym przywrócić, zerwane w 1979 r., stosunki dyplomatyczne. Na razie są to zbyt dalekosiężne cele, biorąc pod uwagę naprawdę niewielkie postępy, jakie udało się w tym roku osiągnąć. Oba kraje są dopiero na początku długiej drogi odbudowy wzajemnego zaufania. W interesie nas wszystkich jest, aby pozostały na tej drodze.

Piotr Wołejko

poniedziałek, 18 listopada 2013

Gorąco zapraszam na dyskusję o prawach człowieka w Syrii, która odbędzie się w najbliższy wtorek (19 listopada) o godz. 20.00 w sali 2.4 w Collegium Iuridicum II, przy ul. Lipowej 4 (koło BUWu).

grafikaGośćmi wydarzenia będą autor niniejszego bloga - Piotr Wołejko, oraz Patryk Gorgol, który prowadzi blog Kącik Dyplomatyczny. Porozmawiamy o łamaniu praw człowieka w Syrii oraz szansach na zakończenie konfliktu. Zastanowimy się, czy rezygnacja z interwencji zbrojnej, rozważanej na przełomie sierpnia i września, była słuszna. Czy negocjacje w Genewie mogą zakończyć się porozumieniem? Czy można pomóc Syryjczykom, którzy znaleźli się w kleszczach realpolitik?

Czytelnicy Dyplomacji znają mój pogląd na konflikt w Syrii. Wiedzą też, jakie zagrożenia czają się w kraju, który znajduje się na krawędzi rozpadu. Jednak ta wiedza nie powinna Was powstrzymać przed wzięciem udziału w dyskusji. Spotkajmy się we wtorek i porozmawiajmy o Syrii.

Organizatorem wydarzenia jest Studenckie Forum Praw Człowieka działające na WPiA UW pod kierunkiem dr Adama Bodnara.

niedziela, 17 listopada 2013

W piątkowym (15 listopada br.) wydaniu "Rzeczpospolitej" były minister obrony narodowej p. Janusz Onyszkiewicz wyraził wątpliwość dotyczącą wiarygodności Polski jako sojusznika w NATO. Jego zdaniem, wypowiedzi i działania polskich decydentów w ostatnim czasie, w szczególności w przypadku interwencji w Libii, poddały w wątpliwość naszą wiarygodność. Nie wzięliśmy udziału w operacji Świt Odysei, nie poparliśmy wyraźnie idei obalenia Kaddafiego. Janusz Onyszkiewicz nie wspomina w swoim artykule o Syrii, a w przypadku ewentualnej interwencji w tym kraju byliśmy bardzo sceptyczni. Były szef MON zauważa odwrót od poparcia misji ekspedycyjnych i skupienie na obronie własnego terytorium. Powoduje to, zdaniem p. Onyszkiewicza, osłabienie wiarygodności sojuszniczej. Czy aby na pewno?

Mniej wiarygodni?

grafikaNależy przyznać rację Januszowi Onyszkiewiczowi, iż w sprawie Libii nasi decydenci mogli trochę sprawniej komunikować nasze stanowisko. Lepiej wyszło to już w przypadku Syrii, gdzie jasno wyraziliśmy - nie tylko swoje - obawy, a także potępiliśmy sytuację, w której ofiarami konfliktu padają głównie cywile. Wydaje się więc, że lekcje z przypadku libijskiego zostały wyciągnięte, a komunikacja była o wiele lepsza.

Jednak byłemu szefowi MON nie chodzi o rzecz tak błahą jak komunikacja, lecz o naszą wiarygodność. Czy na Polskę można liczyć? Wbrew tezie Janusza Onyszkiewicza, jestem przekonany, że można. Afganistan, Irak, a także misja EUFOR w Czadzie w latach 2008-2009, gdzie Polska zapewniła drugi co do wielkości (po Francji) kontyngent. Staliśmy więc u boku sojuszników z NATO (Afganistan), u boku Stanów Zjednoczonych (Irak) oraz u boku Francuzów (Czad). Brak udziału w operacji libijskiej oraz brak entuzjazmu dla interwencji w Syrii nie zamazują w żaden sposób naszego poważnego zaangażowania z lat ubiegłych. Warto przypomnieć, że w Afganistanie jesteśmy do dziś i wycofamy się dopiero w przyszłym roku, wraz z pozostałymi sojusznikami.

W ramach budowania naszej wiarygodności, a także - a może przede wszystkim - wzmacniania bezpieczeństwa Polski, planujemy w ciągu najbliższej dekady wydać 130 mld zł na modernizację sił zbrojnych. To równowartość 41 mld dolarów, bądź 31 mld euro. Jak na polskie warunki jest to suma gigantyczna. Co więcej, robimy to w sytuacji powszechnych cięć budżetów na obronę narodową. Polski budżet nie maleje. Wysyłamy wyraźny sygnał do naszych sojuszników - wojsko jest dla nas ważne, można na nas liczyć.

Dojrzały partner, poważny sojusznik

Owszem, nie jesteśmy już entuzjastami misji ekspedycyjnych. Za to należy w szczególności obwiniać misję iracką. Daliśmy się w nią wciągnąć kalkulując tak, jak robi to Janusz Onyszkiewicz, czyli nie chcąc dopuścić do spadku naszej wiarygodności. A mogliśmy, jak Francja czy Niemcy, stanąć z boku w obliczu poważnych, jak się później okazało całkowicie zasadnych, wątpliwości.

Na Polskę można liczyć. Jesteśmy gorącymi zwolennikami solidarności sojuszniczej i zasady wzajemności. Dojrzeliśmy jednak w trakcie naszego członkostwa w NATO. Nie jesteśmy już w awangardzie chętnych do bitki. Racjonalnie oceniamy sytuację w miejscu potencjalnej interwencji, ważymy nasze i wspólne interesy, analizujemy konsekwencje interwencji i dopiero później podejmujemy decyzje. Nie na odwrót, czyli najpierw decyzja, a potem jakoś to będzie. Stąd obawa p. Janusza Onyszkiewicza, iż Polska może skłaniać się w kierunku izolacjonizmu, jest - moim zdaniem - niezasadna. Natomiast warto docenić głos byłego ministra obrony, gdyż izolacjonizm w niczym by Polsce nie pomógł. Problemy i zagrożenia nie znikną, gdy postanowimy nie zawracać sobie nimi głowy i skupić na sobie.

Piotr Wołejko

czwartek, 07 listopada 2013

Afera Snowdena nie chce się skończyć. Co kilka dni media ujawniają kolejne informacje o skali i zasięgu globalnej inwigilacji prowadzonej przez amerykańską Agencję Bezpieczeństwa Narodowego (NSA). Choć największe wrażenie na opinii publicznej zrobiły doniesienia o podsłuchiwaniu ponad 30 przywódców, w tym Angeli Merkel, nie można sprowadzać dyskusji o działalności NSA tylko do tego aspektu. Problem jest znacznie poważniejszy, a jego reperkusje są wielowymiarowe.

grafikaCzytających ten tekst zapewniam, że pojmuję istotę działania służb. Wszyscy szpiegują wszystkich, raczej bez wyjątku. Nieważne, wróg czy sojusznik. O ile biały wywiad (OSINT) może zapewnić dużo informacji, pewna część danych może być zdobyta tylko dzięki działalności szpiegowskiej (HUMINT, SIGINT). Szpiedzy to mistrzowie w łamaniu prawa, a ich działalność z istoty rzeczy jest nielegalna. Oburzanie się na szpiegostwo nie ma więc sensu. Nie oznacza to jednak, że mamy przyjąć do wiadomości – i przejść do porządku dziennego – to, że szpiegować można wszystkich i w dowolnym zakresie. Że nie ma już sfery prywatnej.

Dość już Putina w debacie o inwigilacji

Zanim przejdziemy do meritum chciałbym zauważyć, że argument o używaniu Snowdena przez Putina jako narzędzia dyskredytacji USA oraz wbicia klina między USA a Europę na mnie nie działa. To, że Putin wykorzystuje Snowdena nie jest równoznaczne z tym, że można rewelacje młodego informatyka zlekceważyć. Nikt przy zdrowych zmysłach nie powie, że przez Snowdena rozpadnie się NATO, a europejscy sojusznicy USA rzucą się w otwarte ramiona Władimira Putina. Zostawmy rosyjskiego prezydenta na boku i skupmy się na konkretach.

Dlaczego informacje ujawnione przez Snowdena są ważne?

Inwigilacja prowadzona przez NSA, jak zaznaczyłem we wstępie, wywołała implikacje na wielu poziomach.

  • zacierają się granice prywatności, a NSA zbiera informacje zarówno o Amerykanach (co jest niezgodne z amerykańskim prawem) oraz obywatelach państw trzecich. Kompilowane są dane o ilości, długości trwania oraz lokalizacji uczestników rozmów telefonicznych; monitorowani są użytkownicy Internetu; NSA wymusiła współpracę głównych firm technologicznych i telekomunikacyjnych (zbieranie i przekazywanie danych), a gdy to nie wystarczało, włamywała się do ich systemów informatycznych.
  • współpraca NSA z firmami sektora ICT zagraża rozwojowi tej branży w USA, gdyż wiarygodność amerykańskich firm została podważona. Jak powierzać swoje dane amerykańskim firmom, skoro mogą one trafić prosto do amerykańskich służb? To oddawanie walkowerem gospodarczego pola silniejszemu rywalowi. Nic dziwnego, że chociażby Eric Schmidt (ex-CEO Google) zareagował z oburzeniem na rewelacje Snowdena i ostro skrytykował NSA. Schmidt wie, że europejscy i azjatyccy konkurenci bez mrugnięcia okiem wykorzystają słabość swoich amerykańskich konkurentów. Jaka jest gwarancja, że alternatywne rozwiązania (głównie tzw. chmury obliczeniowe) są wolne od inwigilacji? Żadna. Jest natomiast powszechne przekonanie, że amerykańskie rozwiązania nie są bezpieczne.
  • zachwiane zostało zaufanie pomiędzy Stanami Zjednoczonymi i ich sojusznikami z Europy Zachodniej. Szpiegostwo i podsłuchy to norma, nikt się  na to nie oburza (choć koniunkturalnie wykorzystuje się informacje Snowdena to zaatakowania USA i zdobycia punktów w sondażach). Jednak podsłuchiwanie liderów, do tego – jak się wydaje – permanentne, to inna para kaloszy. To kwestia osobista. Podsłuchiwanie liderów sojuszniczych państw to poważny błąd. Oni powinni być immunizowani od podsłuchów. Ich doradcy i współpracownicy mogą być celem działalności szpiegowskiej, to wystarczy, żeby zdobyć odpowiednie informacje. Ale liderzy? Nawet jeśli służby działały tutaj bez wiedzy prezydenta Obamy, podsłuchiwanie ponad 30 przywódców państw obciąża właśnie jego. Jeśli wiedział, to skandal, że się na te podsłuchy zgodził. Jeśli nie, to nie ma odpowiedniego nadzoru nad swoimi służbami. Sam nie wiem, która z alternatyw jest gorsza.
  • brak nadzoru nad działalnością służb specjalnych (chociaż np. Edward Lucas twierdzi, że nadzór nad służbami to mocna strona amerykańskiego wywiadu). To jest moim zdaniem clue problemu. Pojawiał się on już znacznie wcześniej niż doniesienia Snowdena, ale mało kto zwracał na to uwagę. Wątpliwości pojawiły się bowiem przy znaczącej ekspansji programu zabójstw dokonywanych przez samoloty bezzałogowe (drony i targeted killing) w Pakistanie, a później także w Somalii i Jemenie. Kryteria podejmowania decyzji o „pociągnięciu za spust” były zbyt luźne. W Jemenie wystarczyło być mężczyzną w wieku poborowym, by zginąć, jeśli w pobliżu znajdował się cel uznany za powiązany z terrorystami. Kiedy słyszę, że w Pakistanie tylko 3% ofiar nalotów dronów to cywile, przecieram oczy ze zdumienia. Brzmi to bowiem niczym slogan z broszury reklamowej producentów dronów. Coś z tymi danymi było nie tak. Bardziej wiarygodne dane znajdziemy na stronach The Bureau of Investigative Journalism. Wracając do nadzoru, administracja Obamy (władza wykonawcza) twórczo rozwinęła koncepcję Georga W. Busha, znacząco poszerzając uprawnienia służb i ograniczając cywilny nadzór nad ich działalnością. Kongres otrzymuje strzępy informacji, docierają one tylko do wąskiego kręgu wybranych deputowanych (członkowie komisji ds. służb), a nierzadko przekazuje im się nieprawdziwe informacje. Jeszcze kilka miesięcy temu nadzorujący wszystkie amerykańskie służby James Clapper stwierdził na wysłuchaniu w Senacie, że służby te nie zbierają żadnych danych o obywatelach USA. Cóż, skąd mógł wiedzieć, że wkrótce prawda ujrzy światło dzienne.
  • znaczący spadek amerykańskiego soft power. Miękka siła to nieocenione, chociaż często niedoceniane narzędzie, które pozwala osiągać cele niewielkim bądź żadnym wręcz kosztem. Stanowi doskonałe uzupełnienie hard power, czyli siły militarnej. Soft power opiera się na wartościach, przekazie kulturalnym (zarówno tym kierowanym do elit, jak i do mas), atrakcyjności państwa (np. docenianie osiągnięć technologicznych) etc. Soft power  można porównać do wizerunku – jej tworzenie trwa długo (i zależy zarówno od instytucji publicznych, jak i prywatnych), natomiast jej utrata może nastąpić bardzo szybko. Zmasowana krytyka poczynań NSA osłabiła amerykańskie soft power i wzmocniła przeciwników Stanów Zjednoczonych w Europie. Trudniej będzie realizować własne interesy.

Strach przeciw wolności

O ile clue problemu jest nadzór nad służbami, to z punktu widzenia zwykłych obywateli, najważniejsze jest co innego – zagrożenie prywatności. Pod pozorem zagrożenia terroryzmem inwigilacja zatacza coraz szersze kręgi i jest coraz głębsza. Mechanizmy zbierania danych (i nie tylko) zostały dobrze opisane w prezentacji Guardiana. Temat zagrożenia dla wolności w ramach przesadzonej odpowiedzi na ryzyko związane z terroryzmem ciekawie przedstawił Edwin Bakker, holenderski profesor specjalizujący się w sprawach terroryzmu i bezpieczeństwa.

Orwell i Rok 2014

Nie powinno być zgody na pozbawianie nas prywatności. Chyba, że dążymy do świata znanego z powieści Georga Orwella, „Rok 1984”. Niespełna 30 lat od wskazanego przez pisarza terminu jesteśmy naprawdę niedaleko od opisanej przez niego wizji braku prywatności. Kolejny krok to strach przed myślozbrodnią, czyli wypowiadaniem w naszej głowie nieprawomyślnych treści. Zamiast teleekranów we wszystkich pomieszczeniach, donosicielstwa i wszechobecnych agentów Ministerstwa Miłości, informacje na nasz temat zbierane są dzięki naszym telefonom, tabletom i komputerom. Przenośne teleekrany. Orwell, mimo swego geniuszu, na to akurat nie wpadł.

Piotr Wołejko

 

grafika: Felipe Crespo, http://commons.wikimedia.org/wiki/File:Edward_Snowden_%22Xilograf%C3%ADa%22.jpg

Zakładki:
1. Dyplomacja w Sieci
2. Blogi zagraniczne
3. Think-tanki
4. Media zagraniczne
5. Blogi polskie
6. Militaria
7. Periodyki
liczniki
Dyplomacja on Facebook