sobota, 30 grudnia 2006
Saddam
 
Na czele przeglądu prasy i w ogóle wydarzeń dnia dzisiejszego wybija się informacja o wykonaniu wyroku śmierci na byłym przywódcy Iraku Saddamie Husajnie. Były dyktator został powieszony o świcie dnia dzisiejszego, a telewizje na całym świecie obiegły zdjęcia i filmy Husajna tuż przed - z pętlą na szyi - i tuż po egzekucji. Samego momentu wieszania jak dotąd nie odważył się nikt zaprezentować. Nie jest to jednak ważne, czy zobaczymy śmierć Saddama czy nie. Wraz z jego odejściem kończy się z pewnością epoka jego rządów, krwawej tyranii, która kosztowała życie setki tysięcy obywateli Iraku. Jednocześnie w zapomnienie odchodzi także epoka względnego spokoju w Iraku, który Husajn wymuszał przemocą wobec szyitów i Kurdów z jednej, a obłaskawianiem sunnitów z drugiej strony. Niektórzy sądzą, że tylko dyktatura mniejszości sunnickiej mogła zapewnić trwanie organizmu państwowego pod nazwą Irak. Kraj ten został arbitralnie stworzony przez Brytyjczyków na gruzach Imperium Osmańskiego i tylko twarda i zdecydowana władza mogła utrzymać jego jedność. Po obaleniu Saddama i przejęciu władzy przez szyitów, Irak "rozchodzi się w oczach". Coraz silniejsze walki między wyznawcami szyickiego i sunnickiego odłamu Islamu powodują rosnącą niestabilność. Bardzo prawdopodobne wydaje się - o ile Amerykanie opuszczą Irak - rozpad państwa na trzy części: sunnicką, szyicką oraz najspokojniejszą z nich część kurdyjską. W trakcie tworzenia się tych quasi-państw świat będzie świadkiem czystek religijnych na niespotykaną dotąd skalę. Powstać może także problem niepodległego państwa Kurdów - narodu liczącego ok. 20 mln obywateli, a pozbawionego swojego państwa. Łatwo przewidzieć, że zachęceni sukcesem swoich irackich współbraci Kurdowie tureccy (najliczniejsza część tego narodu, szacowana na ok. 15 mln osób), irańscy i syryjscy zechcą uzyskać niepodległość także dla siebie. Skutki takich dążeń mogą być opłakane, a region Bliskiego Wschodu i Kaukazu stanie się jeszcze bardziej pogmatwany i skomplikowany. Śmiem twierdzić, że obecna sytuacja byłaby malutkm pikusiem w sytuacji poważnych ruchów niepodległościowych Kurdów. Cały region uległby ogromnym przeobrażeniom. Czy są one nieuniknione?

Ostatni w tym roku przegląd prasy - następny dopiero 2 stycznia - będzie dość krótki. Na początku zachęcam wszystkich do nabycia Dziennika i Rzeczpospolitej, gdyż zawierają bardzo ciekawe dodatki - Europa i Plus Minus.
 
Rzeczpospolita

Rzeczpospolita zajmuje się głównie kwestią akcesji do Unii Europejskiej Bułgarii i Rumunii. Te dwa kraje już 1 stycznia staną się członkami UE, co jest ukoronowaniem wielu lat ciężkiej pracy i wyrzeczeń. Co prawda członkostwo obu państw jest obostrzone wieloma warunkami - jeśli nie zostaną spełnione, fundusze z Brukseli zostaną dość mocno obcięte - ale i tak Sofia i Bukareszt traktują je jako milowy krok. Zarówno pod względem politycznym, gospodarczym, jak i historycznym. Bułgaria i Rumunia mogą zostać cennymi partnerami Polski w wielu dziedzinach, choć duże wpływy mają w nich "stare" państwa unijne - w Rumunii Francja, w Bułgarii Niemcy. Nie można zgodzić z obawami UE wyrażonymi w zdaniu, że oni [Bułgaria i Rumunia] będą tylko chcieć coraz więcej pieniędzy. Akcesja 10 państw w roku 2004 pokazała, że korzyści rozkładają się równomiernie na kraje "nowe" i "stare". Niestety, niechęć wśród członków Unii do przyjmowania nowych państw jest duża i wiele z nich nie otworzyło swoich rynków pracy dla Bułgarów i Rumunów. Nie uczyniły tego nawet Irlandia czy Wielka Brytania, uczyniła natomiast Polska. Emigracja z Rumunii i Bułgarii nie powinna być jednak problemem, gdyż - jak mówią eksperci oraz politycy z tych państw - potencjał emigracyjny został niemalże wyczerpany - wielu obywateli już wcześniej wyjechało do pracy za granicę. Teraz pojawia się zupełnie nowe zjawisko - brak rąk do pracy. 1 stycznia należy cieszyć się wraz z Rumunami i Bułgarami, gdyż akcesja tych państw jest dla Polski i całej Unii korzystna.

W obliczu klęski na froncie negocjacji gazowych z Gazpromem prowadzonych przez białoruską "misję ostatniej szansy", pojawiają się komentarze o rozpętaniu przez Mińsk wojny informacyjnej z Moskwą. Miałaby ona polegać na wyłączeniu rosyjskich kanałów telewizyjnych oraz utrudnieniach w dostępie do prasy rosyjskej. Inna wersja mówi o tym, że Mińsk nie wyłączy kanałów rosyjskiej telewizji, ale tylko zastąpi ich serwisy informacyjne przygotowanymi przez Białorusinów wiadomościami. Łukaszenko musi w jakiś sposób obronić swoją pozycję przed narodem, kiedy jego ostatni protektor - Kreml - próbuje rzucić go na kolana i pozbawić jedynego cennego aktywu, jakim białoruski przywódca rozporządza - Biełtransgazu. Ostatnie propozycje Gazpromu w kwestii nowego kontraktu mówią o 105 $ za 1000 metrów sześciennych, z czego 75$ Białoruś miałaby płacić w gotówce, a resztę przekazywać w akcjach Biełtransgazu (aż do osiągnięcia pułapu 50% akcji), który Gazprom "łaskawie" wycenił na najwyższą proponowaną przez Mińsk sumę - 5 mld $. Negocjacje nadal się toczą, ale bez rezultatu. Jeśli nie będzie porozumienia Rosjanie zapowiadają, że o 8 rano 1 stycznia zakręcą kurek.
 
Gazeta Wyborcza

Rośnie zaniepokojenie chińskimi zbrojeniami. Nowa doktryna obronna zakłada wzrost wydatków, głównie na lotnictwo i marynarkę oraz na zwiększenie "zdolności kontruderzenia nuklearnego". Nikt nie ma wątpliwości, że Chiny inwestując we flotę i lotnictwo zmierzają do zniewelowania przewagi amerykańskiej w tych dziedzinach. Może mieć to poważne konsekwencje dla regionu, a najpoważniejsze dla Tajwanu. Pekin nie ukrywa zresztą, że w razie ogłoszenia przez wyspę niepodległości użyje siły dla obrony "jedności terytorialnej Chin". Sojusznikiem Tajwanu - choć są to umowy tajne, gdyż oficjalnie USA nie utrzymują stosunków z Taipei - są Stany Zjednoczone, które gwarantują niepodległość wyspy. Zwiększenie ilości i jakości lotnictwa i marynarki chińskiej oznaczałyby z pewnością większe straty dla Amerykanów w wypadku czynnej obrony Tajwanu przez US Army. Nie dziwi więc poparcie Amerykanów dla militaryzacji Japonii - jak mówią przeciwnicy powrotu Japonii do stanu normalnego państwa, czyli państwa posiadającego oficjalnie armię oraz mogącego prowadzić wojnę.

Przenosimy się do zupełnie innego zakątka świata, mianowicie do Paragwaju, gdzie emerytowany biskup chce stanąć na czele lewicowej koalicji w wyborach prezydenckich w roku 2008. Sprzeciwia się temu Watykan, grożąc wielebnemu ekskomuniką w razie utrzymania przez niego chęci do realizacji politycznych planów. Biskup Fernando Lugo, bo o nim mowa, jest jednak zdeterminowany w dążeniu do celu i nie zamierza poddać się presji ze strony Watykanu. Zapowiada konieczność większej reprezentacji biednych w Paragwaju i nie wyklucza budowy w kraju socjalizmu XXI wieku, którego prekursorem jest lewicowy prezydent Wenezueli Hugo Chavez.
 
Dziennik

Dwie krótkie informacje z Dziennika. Pierwsza o zawłaszczaniu przez Chińczyków dziedzictwa legendarnego mongolskiego przywódcy Czyngis-chana, przeciwko której gorąco protestuje Mongolia. Tymczasem Pekin niemalże otwarcie ogłasza, że Temudżyn to Chińczyk o mongolskich korzeniach. Korzystając z nieograniczonych zasobów finansowych Pekin przejmuje kulturę związaną z Temudżynem i realizuje wiele imprez historycznych związanych z wielkim przywódcą. Mongołowie są oburzeni i wściekają się na swojego potężnego sąsiada. Nie dziwi ich to jednak, gdyż rozumieją potrzeby bogatych Chin w kreowaniu historycznych liderów, do których można się odwoływać. Zapowiadają jednak, że nie oddadzą Czyngis-chana, a MSZ pracuje nad protestem. Druga informacja dotyczy zmarłego niedawno prezydenta Geralda Forda, który powiedział w nieopublikowanym (tak chciał sam Ford) aż do momentu jego śmierci wywiadzie skrytykował prezydenta Georga W. Busha za wojnę iracką. Wytknął Bushowi juniorowi wiele błędów, ale nie odważył się tego powiedzieć za życia.
19:14, p.wolejko , Prasa
Link Dodaj komentarz »
piątek, 29 grudnia 2006
Washington Post
 
Nie są to jednak tradycje pozytywne, ani miłe. Dotyczą bowiem rosyjskiej, wcześniej sowieckiej, furii, dzięki której Rosjanie (wcześniej ZSRR) starali się - często z sukcesami - rozwiązać sprawy na swoją korzyść. Do annałów historii Narodów Zjednoczonych przeszedł moment, kiedy na Zgromadzeniu Ogólnym ONZ przywódca ZSRR Nikita Chruszczow postawił swój but na mównicy. O ile ten wybryk to przykład bardziej ekstrawagancji Chruszczowa, z której zresztą był znany, to inne wydarzenia stały się normalnością. Noszą one nazwę Vitaliyzacji, co ma podobne brzmienie to retaliacji - prawa talionu, czyli odwetu. Sprowadza się to do tego, że Rosjanie z furią opuszczają miejsce obrad i w zamian za powrót - i załatwienie sprawy wniesionej przez inne państwo - domagają się załatwienia swojej sprawy. Ostatnio miało to miejsce m.in. przy rezolucji krytykującej Koreę Płn. za przeprowadzenie testu nuklearnego - Rosjanie w tradycyjny sposób wyegzekwowali od USA i Zachodu poparcie rezolucji krytykującej Gruzję, która wcześniej aresztowała kilku rosyjskich żołnierzy pod zarzutem szpiegostwa. Taki sam handel dotyczył rezolucji nakładającej sankcje na Iran - Ameryka musiała znieść sankcje nałożone na rosyjską firmę produkującą samoloty bojowe Suchoj. Po więcej informacji odsyłam do niezwykle ciekawego artykułu w Washington Post.
21:24, p.wolejko , Rosja
Link Dodaj komentarz »

Middle East Times

Claude Salhani, redaktor Middle East Times w krótkim tekście przedstawił swoje przewidywania dotyczące wydarzeń na Bliskim Wschodzie w roku 2007. Autor skupił się na trzech głównych - jego zdaniem - państwach i problemach, które się z nimi wiążą.

Na pierwszy ogień poszedł oczywiście Irak. Salhani nie jest optymistą i przewiduje dalsze zaostrzanie się walk między sunnitami oraz szyitami, a także większą liczbę ataków na żołnierzy koalicji, głównie Amerykanów. Im więcej obcych wojsk, tym więcej celów i tym więcej ofiar - tak można podsumować jego przemyślenia. Są dwie drogi rozwoju sytuacji w Iraku, a decyzja o wyborze jednej z nich należy do prezydenta Georga W. Busha. Pierwsza to zwiększenie ilości żołnierzy amerykańskich o 20-30 tys oraz brak jakichkolwiek rozmów z sąsiadami Iraku - konkretnie Syrią i Iranem - na temat stabilizacji w Iraku. Droga ta doprowadzić może jedynie do zaostrzenia sytuacji i znacznego zwiększenia liczby amerykańskich ofiar. Druga droga przewiduje podjęcie bezpośrednich rozmów z Teheranem i Damaszkiem, co jest wg Salhaniego niezbędne do ustabilizowania sytuacji. Zauważa on jednak, że takie negocjacje będą z natury rzeczy o wiele bardziej kompleksowe i ich tematem musi być także Liban oraz proces pokojowy między Izraelem a Palestyną. Będzie to dla administracji prezydenta Busha trudne nie tylko z powodu jej niechęci do reżimów rządzących w Iranie i Syrii, ale także dlatego, iż Bush wkrótce będzie musiał oddać władzę, więc czas niemiłosiernie go goni.

Drugi kluczowy kraj to Liban, który po blisko 30 latach syryjskiej obecności militarnej (i faktycznego sprawowania rządów) uwolnił się od swojego protektora, ale poważnie ucierpiał w letniej wojnie między Izraelem a Hezbollahem. Kraj znajduje się na granicy kolejnej wojny domowej. Jak można jej zapobiec? Rozmawiać z Syrią i Iranem, aby nie mieszały się w sprawy Libanu. Nie będzie to takie proste, gdyż aby osiągnąć swoje cele Ameryka musi swoim adwersarzom coś zaoferować. Czego chce Syria? Okupowanych od 1967 roku przez Izrael Wzgórz Golan. Jak to osiągnąć? Doprowadzając do zawarcia pokoju między Syrią a Izraelem. Salhani słusznie mówi, że rozwiązanie konfliktu izraelsko-arabskiego pozwoli rozwiązać większą część regionalnych kłopotów. Zauważa on jednak, że niebezpieczne dla Libanu jest to, że Waszyngton może być gotów "przehandlować" ten kraj w zamian za układ z Syrią w sprawie Iraku. Miało to już miejsce trzykrotnie w trakcie ostatniego wieku, ale dotyczyło Kurdów.

I docieramy do punktu trzeciego, ostatniego i chyba najistotniejszego - Iranu. Ostatnia rezolucja RB ONZ nr 1737 nakładająca sankcje na Teheran może mieć podobny wpływ na Iran jak sankcje nakładane na Saddama Husajna. Uderzą w zwykłych obywateli, a nie w elity rządzące. Skutkiem będzie jeszcze większa nienawiść do Ameryki. Niektórzy irańscy opozycjoniści protestują przeciwko takiemu stawianiu sprawy i twierdzą, że sankcje nałożone na podstawie 7 rozdziału Karty Narodów Zjednoczonych mogą być początkiem bardziej konkretnych i skuteczniejszych sankcji możliwych do nałożenia na podstawie innych rozdziałów Karty. Jak zauważają dysydenci, rządzący w Teheranie fundamentalistyczny reżim nie ma aż tak wielkiego poparcia, jak się wielu wydaje. Przegrał z kretesem wybory samorządowe i elekcję do Zgromadzenia Ekspertów przed kilkunastoma dniami. W zeszłym roku miało miejsce ok. 4 tys. antyrządowych demonstracji - o czym w swojej książce, która wkrótce będzie opublikowana - pisze Alireza Jafarzadeh. Uważa on, że teraz nadszedł czas na wywieranie coraz silniejszej presji na reżim. Wspólnota międzynarodowa nie powinna dać się zastraszyć pustymi (nie mającymi pokrycia) groźbami - dodaje Jafarzadeh.

Pozostałe kraje, które będą miały duże znaczenie dla przyszłości regionu to Autonomia Palestyńska i Afganistan. Ale - pyta Claude Salhani - dlaczego przygnębiać was jeszcze bardziej w tym fantastycznym momencie roku. Autor na koniec życzy wszystkim szczęśliwego Nowego Roku!

Dziennik

Stany Zjednoczone skrytykowały Izrael za zapowiedź budowy pierwszego od 10 lat nowego osiedla na okupowanych terytoriach palestyńskich na Zachodnim Brzegu Jordanu. Rzecznik Departamentu Stanu wezwał Izrael by ten unikał działań metodą faktów dokonanych. Waszyngton zirytował się poważnie na swojego bliskiego sojusznika po raz pierwszy od wielu miesięcy, ale powód jest dość istotny. Izraelczycy zobowiązali się bowiem do zaprzestania budowy nowych osiedli, co było jednym z kamieni węgielnych porozumień pokojowych z Autonomią Palestyńską. Teraz, kiedy proces pokojowy został faktycznie zerwany, Izrael powraca do swojej dawnej polityki, co może bardzo utrudnić - dziś zresztą mało prawdopodobny - powrót do rozmów. Tymczasem Tel Awiw zgodził się na transport 2 tys. karabinów AK-47 i amunicji przez swoje terytorium, które Egipt zdecydował się przekazać Fatahowi - ruchowi na którego czele stoi ugodowy prezydent Autonomii Palestyńskiej (PA) Mahmud Abbas. Politolodzy krytykują decyzję Izraela, która może okazać się bardzo kosztowna dla samego Fatahu. Jeśli zostanie on uznany za izraelską marionetkę, jego powrót do władzy będzie niemożliwy. Broń ma pomóc Fatahowi w walce z Hamasem.

We Włoszech powstanie Uniwersytet Myśli Liberalnej, który chce założyć były premier i lider centroprawicy Silvio Berlusconi. Słusznie zauważył, że w jego kraju przewagę na uniwersytetach i w kulturze mają lewicowcy i zdecydował się to zmienić - komentuje Jaś Gawroński, były rzecznik prasowy Berlusconiego i dodaje "Prawicy brakuje intelektualnego prestiżu". Siedzibą nowego uniwersytetu będzie Brianza - nieopodal znajduje się rezydencja byłego premiera. Rektorem uczelni ma zostać prof. Angelo Maria Petroni a wykładowcami mają być emerytowani światowi przywódcy, z którymi Berlusconi się zaprzyjaźnił - George Bush senior, Bill Clinton, Tony Blair, Władimir Putin, Jose Maria Aznar. Berlusconi planuje stworzenie czterech wydziałów: nauk politycznych, ekonomii, prawa i komunikacji społecznej. Uniwersytet ma być pomnikiem pozostawionym przez Silvio Berlusconiego potomnym. Pomysł bardzo dobry, gdyż, po pierwsze, warto przeznaczyć fundusze na edukację, a po drugie, prawdą jest dominacja lewicowych elit, więc warto tę ich przewagę choć trochę zmniejszyć.

Ostatnia informacja z Dziennika ma wydźwięk dość humorystyczny. Otóż Chińczycy zastanawiają się jak zmniejszyć ilość smogu ze spalin samochodów w Pekinie podczas Igrzysk Olimpijskich w 2008 roku. Choć czasu do ich rozpoczęcia pozostało niewiele, planują budowę kilku linii metra, kolejek elektrycznych oraz pasów dla autobusów. Być może władze zdecydują się także całkowicie zakazać ruchów prywatnych samochodów w Pekinie podczas igrzysk. Na budowę infrastruktury Chińczycy przeznaczą, bagatela, 9 mld $. Polacy mogą o takim tempie budowy i nakładach tylko pomarzyć...

 

Rzeczpospolita

Nicolas Sarkozy jest już prawie oficjalnym kandydatem rządzącej prawicy (UMP) na prezydenta w wyborach w 2007 roku. Jego ostatnia kontrkandydatka - minister obrony Michelle Allot-Marie - wycofała się z boju o poparcie partii, choć nie wykluczyła, że wystartuje jako kandydatka niezależna. Tym samym Sarkozy może spokojnie oczekiwać na oficjalne partyjne "namaszczenie", które nastąpi 14 stycznia na zjeździe Unii na Rzecz Ruchu Ludowego. Ma on poparcie praktycznie wszystkich członków partii z głównych trzech jej frakcji: gaullistów, centrystów i liberałów. Sondaże przewidują, że tylko Sarkozy może zwyciężyć z kandydatką socjalistów Segolene Royal. W tym miejscu muszę sobie pozwolić na chwilę prywaty i skrytykować ostatnie zdanie artykułu Grzegorza Dobieckiego, które brzmi następująco: "Jak się przypuszcza, to głosowanie, niemające nic wspólnego z prawyborami, może się zakończyć iście "sowieckim" wynikiem: 99,99 procent poparcia dla Nicolasa Sarkozy'ego". Wydaje mi się, że w przypadku prawicy taki komentarz jest nie na miejscu. Trochę umiaru.

Należąca do prominentnego polityka - jednego z najbogatszych Ukraińców - Rinata Achmetowa gazeta "Siegodnia" donosi, że Wiktora Juszczenkę tuż przed wyborami prezydenckimi w 2004 roku otruł ochroniarz szefa SBU (ukraińskich służb specjalnych) Wołodymyra Saciuka. Ochroniarz sprawował podobno nadzór nad podawanymi podczas kolacji potrawami i miał dopilnować, aby Juszczenko dostał otrute danie. Wokół dziwnego zatrucia prezydenta powstało wiele teorii spiskowych, gdyż pozostało ono do dzisiaj zagadką. Nie udało się go wyjaśnić kolejnym szefom SBU, policji, prokuraturze. Niektórzy przypuszczają, że do żadnego zatrucia nie doszło, a Juszczenko mógł się sam otruć, aby zwiększyć swoje szanse wyborcze. Teorii dotyczącej ochroniarza także nie uda się wyjaśnić, gdyż - jak się okazało - zniknął. Tymczasem wypada przypomnieć, że bardzo niedawno sam prezydent zapowiedział, że wie już kto go otruł i wkrótce podzieli się tą wiedzą - pisała o tym zresztą także Rzeczpospolita.

Powracamy na chwilę do Autonomii Palestyńskiej i Izraela. Premier Ismail Hanije zapowiedział, że porwany blisko pół roku temu kapral Gilad Szalit zostanie uwolniony, jeśli Izrael wypuści pewną liczbę palestyńskich więźniów. Wcześniej Tel Awiw poinformował, że rozważa zwolnienie kilkuset spośród ok. 8 tys. więźniów w geście dobrej woli.

 

Gazeta Wyborcza

Marnie wygląda dzisiejsza "Gazeta" pod kątem świeżych doniesień z zagranicy. Dlatego zajmiemy się tylko dwoma kwestiami. Pierwsza dotyczy październikowych zamieszek, do których doszło w Budapeszcie po ujawnieniu nagrań premiera Ferenca Gyurcsanya, w których przyznawał się do okłamywania wyborców. Gyurcsanyi nie podał się do dymisji, a opozycji nie udało się go do tego zmusić, ale na ulicach przez kilka tygodni miały miejsce potężne demonstracje. Podczas jednej z nich protestującym udało się uruchomić poradziecki czołg T-35, którym przejechali kilkaset metrów. Kilka demonstracji przerodziło się w starcia z policją, podczas których wiele osób ucierpiało. Teraz składają oni pozwy do sądu i domagają się odszkodowania od policji. Opozycja domaga się głów szefów policji oraz notabli z MSW. Powołana została specjalna komisja, która ma zbadać kto odpowiada za ostre reakcje policji, ale prawicowy Fidesz nie wierzy, że ktoś zostanie pociągnięty do odpowiedzialności. Wg opozycji komisja jest uzależniona od rządu, a na jej czele stoi osoba powiązana z partią koalicyjną. Dlatego, jeśli raport komisji będzie pełny okrągłych słów ale pozbawiony konkretów, Fidesz spróbuje nakłonić najliczniejszą w Parlamencie Europejskim frakcję Europejskiej Partii Ludowej do wszczęścia europejskiego dochodzenia w sprawie demonstracji. Temu na pewno sprzeciwią się drudzy jeśli chodzi o liczbę członków w PE socjaliści. A spór zostanie przeniesiony z Budapesztu do Brukseli.

Tymczasem muzułmanie i katolicy nie będą mogli modlić się wspólnie w katedrze w Kordobie - przebudowanej w XVI i XVII wieku z jednego z największych meczetów. Biskup Juan Jose Asenjo odrzucił prośbę wyznawców Allaha, jednak - jak tłumaczy - jest zwolennikiem dialogu międzyreligijnego. Nie uważa natomiast, aby wspólna modlitwa w katedrze przyniosła jakiekolwiek korzyści. Zapobiegliwi muzułmanie mają jednak zamiar pomodlić się w meczecie bez względu na brak zgody biskupa. Liczą na finansowe wsparcie z Emiratów Arabskich, gdyż chcą zbudować wierną replikę meczetu nieopodal katedry. Wtedy nie z pewnością nie będzie bardziej ekumenicznie. Po szczegóły zapraszam do artykułu Macieja Stasińskiego.

10:15, p.wolejko , Prasa
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 28 grudnia 2006

Reuters

Kilka godzin temu, praktycznie bez walki, wojska Etiopii oraz armia rządowa zdobyły stolicę Somalii - Mogadiszu. Islamiści z Unii Trybunałów Islamskich wycofują się w kierunku portu w Kismayo. Premier Etiopii Meles Zenawi zapowiada, że armia etiopska wraz z wojskami rządowymi będzie ścigać niedobitki talibów, Erytrejczyków i innych bojowników. Jeden z liderów UTI - szejk Awejs - powiedział tymczasem, że wycofanie się z Mogadiszu to tylko zmiana taktyki islamskich bojowników, a walka będzie toczona metodami partyzanckimi. W samej stolicy rozgorzały tymczasem strzelaniny, zaczęły się kradzieże. Czyli powróciło to wszystko, co wyniosło radykałów z Unii Trybunałów Islamskich do władzy.

Trudno jest przewidzieć rozwój sytuacji w Somalii po zdobyciu przez Etiopię stolicy kraju. Tzn. nietrudno przewidzieć, że regularna armia rozbije niedobitki armii UTI i zdobędzie wszystkie większe miasta. Problemy pojawiają się wraz z pytaniem: co dalej? Moim zdaniem, nauczeni doświadczeniami USA z Afganistanu i Iraku Etiopczycy wkrótce wycofają się w kierunku swojej granicy. Być może założą bazę wypadową w okolicach miasta Baidoa, ale jest mało prawdopodobne, aby okupowali Somalię na wzór okupacji Iraku czy Afganistanu. Musieliby okupić to dużymi stratami ludzkimi i finansowymi. Dlatego będą dalej szkolić i pomagać w formowaniu armii rządowej, uzbroją terroryzujących wcześniej Somalię watażków (którzy teraz wracają na etiopskich czołgach), a sami się wycofają. Kiedy natomiast tymczasowy rząd ponownie utraci władzę, a rządy będą próbować przejąć podobni do talibów radykałowie - może sami islamiści z UTI powrócą - Etiopia ponownie rzuci regularną armię, aby zetrzeć ich w proch. Rola żandarma jest dużo łatwiejsza od roli okupanta, co przy ogromnej niechęci ludności cywilnej byłoby bardzo kosztowne. A Etiopii nie stać na duże straty.

Niepewne jest także to, czy Etiopia zareaguje na dość otwarte wspieranie UTI przez Erytreę, z którą toczyła swego czasu krwawą wojnę, która dała muzułmańskiej Erytrei niepodległość. Wzajemna niechęć obu państw jest ogromna, a różnica w potencjale wojskowym jeszcze większa. Jeśli Etiopia znajdzie twarde dowody na wspieranie przez Erytreę sił talibów w Somalii, być może - z poparciem Waszyngtonu - ruszy na kolejną wojnę. Nie jest to tak nieprawdopodobne, jak się na pierwszy rzut oka wydaje.

20:25, p.wolejko , Afryka
Link Komentarze (3) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6
Zakładki:
1. Dyplomacja w Sieci
2. Blogi zagraniczne
3. Think-tanki
4. Media zagraniczne
5. Blogi polskie
6. Militaria
7. Periodyki
liczniki
Dyplomacja on Facebook