poniedziałek, 31 grudnia 2007

GOPOstatni dzień 2007 roku. W prasie znajdziemy mniej lub bardziej szerokie teksty, w których próbuje się przewidzieć przyszłość. Jedno z podstawowych przewidywań odnosi się do amerykańskich wyborów prezydenckich. Zdecydowana większość komentatorów twierdzi, iż w listopadzie wybory wygra kandydat Demokratów, najpewniej Hillary Clinton. Pomijając tezę, skądinąd słuszną, iż kandydaci są do siebie bardzo podobni, muszę stwierdzić, iż nie zgadzam się z dominującym poglądem. Nie sądzę, aby w Białym Domu zasiadła senator z Nowego Jorku, ani żaden z jej demokratycznych kontrkandydatów.

Pójście pod prąd, wbrew większości, zawsze jest odważne. Należy uargumentować w sposób solidny swoją decyzję, a następnie ściskać kciuki, aby później nie świecić oczami. Dołączając do większości traci się jednak własną tożsamość, gdyż nowych argumentów nie sposób wyszukać. Nie zagłębiając się w teoretyczne rozważania powiem tylko, że jeśli się mylę, przyznam się do błędu bez wahania. To żaden wstyd. Co więcej, żaden komentator nie jest nieomylny.

Moim zdaniem w wyścigu do Białego Domu ponownie zwyciężą Republikanie. Wbrew pozorom, powszechna opinia o odzyskaniu przez Demokratów prezydentury oraz o zwiększeniu stanu posiadania w Izbie Reprezentantów i Senacie działają na korzyść Grand Old Party. Co prawda komitet wyborczy Republikanów ma problemy ze zbieraniem funduszy na kampanię, jednak nie oznacza to, iż kandydaci tej partii zostali spisani na straty przez wyborców.

Jakie czynniki zdecydują o sukcesie Republikanów? Chociażby arcyniskie poparcie dla Kongresu, którym prawie półtora roku rządzą Demokraci. Kongres jest mniej popularny od ultraniepopularnego prezydenta Busha. Demokraci nie wypełnili większości ze swoich obietnic wyborczych, które pozwoliły im odzyskać kontrolę nad izbami po raz pierwszy od 1994 roku.

Wbrew powszechnie panującej opinii, wojna w Iraku wcale nie rozgrzewa do czerwoności amerykańskiej opinii publicznej. Dla zwykłego Amerykanina nie ma ona większego znaczenia, a garstka pacyfistów stworzyłą mit o potężnym ruchu antywojennym. Nic takiego w rzeczywistości nie istnieje. Także brak ubezpieczenia zdrowotnego, który dotyka 15% Amerykanów, nie jest tematem, na którym można oprzeć kampanię. Amerykanie wcale nie chcą objęcia ich obowiązkowymi ubezpieczeniami, a kiedy słyszą o tym, że miałoby się tym zająć państwo, dostają gęsiej skórki. Mimo niedomagań wolnego rynku, bardziej wierzą siłom rynkowym, niż rządowi federalnemu.

Choć administracja Busha wykazała się skrajną niekompetencją jeśli chodzi o budżet, wiara w naprawę sytuacji przez Demokratów jest minimalna (nawet mimo wspomnień o zdroworozsądkowych działaniach Billa Clintona). Kandydaci republikańscy prześcigają się w krytyce prezydenta, a kilku z nich - w szczególności Mitt Romney - mają osiągnięcia w cięciu i racjonalizowaniu wydatków. U Demokratów natomiast brak jest kandydatów, którzy opowiadaliby się za zmniejszeniem biurokracji i ograniczeniem wydatków. Nawet jeśli takie postulaty któryś z nich wysunie, nie bardzo kwapi się do przedstawienia szczegółów. Także mimo fatalnych ośmiu lat Busha, Republikanie nadal są uważani za mogących wprowadzić w życie plan tzw. małego rządu. Plan, który jest bliski wyborcom centrowym, tzw. swing voters, którzy nie mają określonych preferencji wyborczych i co wybory zmieniają te preferencje.

Demokraci są także powszechnie uważani za miękkich w kwestiach obronnych. I choć Barack Obama zapowiadał niegdyś bombardowanie Pakistanu, a Hillary Clinton poparła inwazję na Irak i jest przeciwna wyprowadzeniu amerykańskich wojsk z tego kraju w trybie natychmiastowym (co proponuje czarnoskóry senator), Republikanie bez przyjmowania teatralnych poz są dużo twardsi. Chyba najtwardszy jest mój osobisty faworyt, senator John McCain, weteran wojenny z Wietnamu i jeden z największych zwolenników wysłania do Iraku dodatkowych 30 tysięcy żołnierzy (co w sposób znaczący ograniczyło przemoc w tym kraju). Rudy Giuliani udowodnił swoją twardość podczas rządzenia Nowym Jorkiem - udanie walczył z przestępczością, poradził sobie także w chwili zamachów z 11 września. Jakkolwiek jego rola była wielokrotnie podważana, powszechnie jest uznawany za "burmistrza Ameryki".

Ogromnym sukcesem Republikanów, eksperci wskazują początek tego trendu na prezydenturę Ronalda Raegana, jest trwałe przesunięcie amerykańskiej polityki na prawo. Demokratyczni kandydaci prześcigają się w deklarowaniu swojej religijności i obnoszą się z nią w sposób wręcz ostentacyjny. Demokraci chcą więc stać się bardziej republikańscy - nie na odwrót. Po co więc wybierać, nawet najbardziej podobną, podróbkę (imitację), skoro można mieć oryginał? Demokraci nie stworzyli żadnej idei, nie mają żadnego pomysłu, który porwałby opinię publiczną. Jedyne na co ich stać, to ordynarne zżynanie od swoich republikańskich rywali.

Reasumując, szanse kandydata wywodzącego się z Partii Republikańskiej w listopadowych wyborach są bardzo duże. Widmo kryzysu ruchu konserwatywnego okazało się mniej groźne, niż wieszczono to jeszcze kilkanaście miesięcy temu. Republikanie posiadają kilku naprawdę znakomitych kandydatów - którzy legitymują się doświadczeniem i realnymi osiągnięciami (zwłaszcza Romney). U Demokratów natomiast "bida z nędzą" - senator Clinton, której doświadczenie to kilka lat w Senacie i 8 lat bycia pierwszą damą; senator Obama, który pełni tą funkcję zaledwie kilkadziesiąt miesięcy; a John Edwards spędził zaledwie sześć lat w Senacie, a od 2005 roku jest praktycznie poza polityką.

Sukces Republikanów nie będzie wynikał jednak z ich własnej siły (choć jeśli chodzi o osobowości, to wystawili kandydatów o niebo lepszych), lecz ze słabości i marności Demokratów. Nieudolne rządy w Kongresie nie mogą być całkowicie zrzucone na weta prezydenta Busha. Nie ma żadnej gwarancji, że Demokratyczny prezydent sprawi, iż Demokratyczny Kongres zacznie pracować dobrze. Zdaje się, że nadejdzie czas równowagi - Republikanie nadal będą kontrolować Biały Dom (być może tylko przez jeszcze jedną kadencję), a Demokraci Kongres.

A kto będzie tym republikańskim prezydentem? Na zaledwie 2 dni przed prawyborami w Iowa i więcej niż tydzień przed prawyborami w New Hampshire, stawianie takich tez może wyglądać na skrajną niedpowiedzialność lub naiwność. Jednak skoro brnę pod prąd przez cały ten wywód, nie mogę uciec od postawienia wyraźnej kropki. Sądzę, iż nowym prezydentem będzie Mitt Romney - bardzo zdolny ex-gubernator, który jest do przyjęcia dla zdecydowanej większości centrowych wyborców oraz sporej grupy Demokratów. Nawet religia (Romney jest mormonem) nie powinna mu przeszkodzić w drodze do Waszyngtonu. Jeśli natomiast Romney polegnie (a w prawyborach każdemu może się to zdarzyć), moje dalsze typy to John McCain (spisywany już na straty i niedoceniany) oraz Rudy Giuliani. Marzeniem byłby tandem Romney-McCain. Łączyłby bowiem doświadczenie w zarządzaniu z ogromną wiedzą w kwestiach bezpieczeństwa i obrony. Żaden duet demokratyczny nie mógłby się równać tandemowi Romney-McCain.

Jak rozstrzygną wyborcy w Stanach, będziemy dowiadywać się już wkrótce. Prawybory dadzą bardzo wyraźny sygnał, kogo na fotelu prezydenta chcą widzieć Amerykanie. Listopadowe wybory będą dopełnieniem aktu wyborczego, który dokonuje się tak naprawdę na długo przed dniem udania się do lokali wyborczych.

Korzystając z okazji, iż jest to ostatni wpis w tym roku, chciałem życzyć wszystkim Czytelnikom dużo pomyślności oraz zdrowia w Roku 2008. Sobie natomiast życzę, aby Czytelnicy byli usatysfakcjonowaniu jakością i poziomem publikowanych przeze mnie tekstów, i żeby stale odwiedzali mojego bloga :) Wszystkiego dobrego!

Obrazek: baike.baidu.com 

niedziela, 30 grudnia 2007

Flaga USAKoniec roku to tradycyjnie okres podsumowań tego, co wydarzyło się w ciągu ostatnich 12 miesięcy. Jedyne supermocarstwo, Stany Zjednoczone, nie zaliczą tego okresu do zbyt udanych. Zarówno w polityce wewnętrznej, jak i zewnętrznej dominowały zdarzenia, mniej lub bardziej, negatywne.

W nowy rok Ameryka wchodzi z osłabioną gospodarką. Zadłużenie kraju, deficyt handlowy, życie obywateli (ponad stan) na kredyt spowodowały ogromny spadek wartości dolara. Amerykańska waluta, od kilku dekad symbol potęgi Stanów Zjednoczonych, a zarazem marzenie społeczeństw krajów rozwijających się, staje się w coraz większej mierze zwyczajnym świstkiem papieru. Oczywiście zielone banknoty jeszcze długo nie przestaną odgrywać kluczowej roli w globalnej gospodarce, ale dominacja dolara w przyszłych dekadach stanęła pod znakiem zapytania.

Kolejnym ciosem dla gospodarki jest kryzys finansowy wywołany przez zbyt dużą liczbę ryzykownych kredytów hipotecznych. Nie zagłębiając się w ekonomiczne rozważania należy stwierdzić, iż banki oraz inne instytucje udzielające kredytów w niewystarczającym stopniu sprawdzali wiarygodność kredytową swoich klientów. W efekcie banki przejmują setki tysięcy domów, odpisując jednocześnie miliardy z powodu niemożliwych do spłaty kredytów. Tymczasem zobowiązania bankierów z powodu hipotek zostały tak inteligentnie skomponowane z innymi instrumentami finansowymi, że nie sposób ocenić całkowitych strat banków i instytucji finansowych. Z tego powodu nie chcą one pożyczać między sobą pieniędzy, co wymusiło kilkukrotne interwencje banków centralnych, które wpompowały kilkaset miliardów dolarów w rynki finansowe.

Gospodarce grozi więc widmo recesji, a jednocześnie narasta presja inflacyjna. Zarząd Rezerwy Federalnej (Fed) w obliczu posuchy na rynku finansowym jest zmuszony obniżać stopy procentowe - oddala to groźbę spowolnienia gospodarki, ale jednocześnie wzmaga presję inflacyjną. Ameryce grozi więc powrót do lat 70., czyli do okresu staglacji - stagnacji gospodarczej połączonej z wysoką inflacją.

Politycznie 2007 rok stał już pod znakiem przyszłorocznych wyborów prezydenckich. Już za kilka dni dowiemy się, kto zwycięży w pierwszych prawyborach, dzięki czemu zyska drugi oddech w walce o partyjne nominacje. Poza walką o Biały Dom nie działo się praktycznie nic wartego uwagi - kontrolę nad Kongresem przejęli rok temu Demokraci, ale nie wywiązali się z większości obietnic przedwyborczych. Wprowadzono zaledwie kilka istotnych ustaw, spośród których najważniejsze jest chyba podniesienie płacy minimalnej.

Batalia o Irak, która rozgrywa się w Kongresie, to tylko fajerwerki i zero treści. Szantaże Demokratów, którzy chcieli powiązać finansowanie wojny z tzw. harmonogramem wyprowadzania wojsk znad Eufratu i Tygrysu, kończyły się mało spektakularnie - Demokraci wycofywali się w ostatniej chwili, nie chcąc być posądzanymi o sabotowanie wysiłków "chłopców". W obliczu nikłej większości demokratycznej w Senacie, Republikanie bezproblemowo blokowali co bardziej kontrowersyjne pomysły.

W samym Iraku dostrzegalna jest pewna poprawa. Wysłanie dodatkowych oddziałów oraz zawarcie przymierza z częścią sunnickich plemion sprawiły, że liczba ofiar wojny domowej drastycznie spadła - choć nadal jest bardzo wysoka. Nowy naczelny dowódca amerykańskich wojsk gen. David Petreaeus jest powszechnie szanowany i uważany za wybitnego dowódcę. Jego raport, który przedstawił pod koniec roku w Kongresie, okazał się jednak druzgocący dla polityki Białego Domu. O ile cele wojskowe udaje się wypełniać, to nie osiągnięto żadnego postępu w sferze cywilnej. Iraccy politycy nie są w stanie porozumieć się praktycznie w żadnej sprawie. Natomiast jedyna w miarę spokojna część Iraku - Kurdystan - znalazła się na indeksie Turcji, która zdaje się oddalać od Waszyngtonu.

W Afganistanie również bez większych sukcesów. Rząd w Kabulu jest skorumpowany i nieefektywny, a kontrolę nad sporą częścią kraju sprawują talibowie albo lokalni watażkowie. Potyczki z talibańskimi bojownikami bywają zacięte, ale nie mają większego militarnego sensu. Raz wyparci, talibowie przegrupowują się i powracają, kiedy nieliczne wojska Zachodnie się wycofają. Nic nie wróży poprawy sytuacji, zwłaszcza w obliczu wzrastających napięć i niepokojów w sąsiednim Pakistanie, skąd wywodzą się talibowie.

Znaczących sukcesów w polityce zagranicznej trudno się doszukać, natomiast porażek i niepowodzeń nie brakuje. Zupełny brak strategii wobec Rosji, kompromitacja dotycząca irańskiego programu nuklearnego, fiasko listopadowego szczytu izraelsko-palestyńskiego w Annapolis. Światełkiem nadziei na lepszą przyszłość zdawały się być rządy Angeli Merkel w Berlinie i Nicolasa Sarkozy'ego w Paryżu, ale póki co niewiele z tego wynika. Atmosfera się poprawiła, i tyle.

Oczywiście, łatwiej jest wyszukać zdarzenia negatywne. Mijający rok został jednak przez nie zdominowany, a pozytywów było jak na lekarstwo. Niestety dla Ameryki, ale i w 2008 roku nie będzie o wiele lepiej. Z powodu wyborów prezydenckich (oraz częściowych do Kongresu) administracja Busha nie będzie w stanie przeforsować żadnego istotniejszego projektu. Dryf do listopada mamy więc prawie jak w banku. Po wyborach, aż do przekazania władzy, Bush będzie figurantem. Także w obliczu roku nierządu w Stanach Zjednoczonych, niczego dobrego nie należy się spodziewać.

Zdjęcie: e2cweb.com

piątek, 28 grudnia 2007

KayaniPo tragicznej śmierci Benazir Bhutto w dniu wczorajszym, eksperci, politycy i media na całym świecie zastanawiają się, jak rozwinie się sytuacja w Pakistanie. Czy wybory parlamentarne i lokalne, zaplanowane na 8 stycznia, odbędą się? Czy radykalni islamiści doprowadziliby do totalnego chaosu i anarchii, a może nawet sięgnęli po władzę? Czy prezydent Musharraf ogłosi stan wyjątkowy i władzę ponownie przejmie armia? Setki, tysiące pytań, a odpowiedzi jak na lekarstwo.

 

Najbardziej prawdopodobny wydaje się scenariusz powrotu do rządów wojskowych. Islamiści wzniecili pożar, który stopniowo będzie ogarniał coraz większe połacie kraju. Masowe demonstracje, które nastąpiły po śmierci ex-premier stanowią doskonały cel dla zamachowców. Kolejne zamachy z jednej strony powodowałyby wzrost gniewu wśród społeczeństwa, który najpewniej skierowałby się przeciwko instytucjom państwowym - policji, rządowi i armii. Spirala chaosu mogłaby się w ten sposób nakręcać przez wiele tygodni.

 

Dlatego wprowadzenie stanu wyjątkowego, masowe aresztowania oraz wyprowadzenie armii na ulice jest, moim zdaniem, nieuniknione. Krzysztof Mroziewicz, publicysta Polityki, stwierdził, iż Pakistanowi niezbędna jest twarda dyktatura wojskowa. Andrzej Jonas z The Warsaw Voice powiedział, iż w Pakistanie rządzi ulica, masy ludzi, którymi łatwo manipulować i wykorzystać ich rozchwiane emocje. W obliczu zamachów i demonstracji, atakowania policji i służb mundurowych tylko stan wyjątkowy może doprowadzić do, oczywiście siłowego, powstrzymania eskalacji konfliktu (choć oczywiście może się to nie udać, wojsko ma jednak największe szanse na odniesienie sukcesu).

 

Ciekawe, kto tak naprawdę pociągałby za sznurki, w sytuacji podjęcia decyzji o wprowadzeniu stanu wyjątkowego. Prezydent Musharraf pod koniec listopada przeszedł do cywila, oddając stanowisko szefa sztabu armii pakistańskiej generałowi Ashfaqowi Parvezowi Kayaniemu (na zdjęciu). Jest to niezwykle interesująca postać - zastępca sekretarza obrony w pierwszym rządzie Benazir Bhutto, który na stanowisko szefa sztabu trafił bezpośrednio z wywiadu ISI, którego był dyrektorem. Z jednej strony jest więc postacią, która była teoretycznie bliska pani Bhutto (w obliczu układów Musharrafa z Bhutto kandydatura Kayaniego zdawała się logiczna); z drugiej, Inter-Services Intelligence jest uznawana za zinfiltrowaną przez radykałów. ISI w czasach sowieckiej inwazji na Afganistan wspierała ruchy mudżahedinów, w tym wiele fundamentalistycznych ugrupowań. W latach 90. uwaga wywiadu skupiła się na popieraniu ruchu Talibów, radykalnych studentów madras z pogranicza pakistańsko-afgańskiego, który przejął władzę nad Afganistanem.

 

Kiedy Pakistan został postawiony pod ścianą przez Amerykanów po 11 września 2001 roku, ISI musiało zwrócić się przeciwko swoim niedawnym podopiecznym. Uważa się powszechnie, że kontakty i współpraca Talibów z ISI nie zostały przerwane, ani nawet zawieszone. Wielu ważnych funkcjonariuszy ISI mniej lub bardziej jawnie opowiada się za Talibami, stąd zaskakujący brak sukcesów w pakistańskiej walce z tym ruchem. Amerykanie oczywiście dostrzegli ten problem, ale niewiele mogli poradzić.

 

Wracając do głównego nurtu wywodu, warto się zastanowić, kto będzie rządził w okresie stanu wyjątkowego? Ex-wojskowy Musharraf, który zrzucił mundur miesiąc temu, czy obecny szef armii gen. Kayani. Czy też będzie to duumwirat tych dwóch osób? Jakie implikacje będzie miało każde z możliwych rozwiązań? Czy Kayani poradziłby sobie lepiej z uspokojeniem sytuacji, niż Musharraf? A może Kayani jest szykowany na następcę Musharrafa i nowego quasi-dyktatora Pakistanu? Mimo nadal bardzo silnych związków z armią Musharrafa, osobliwie wyglądałoby dowodzenie przez niego armią w sytuacji poważnego kryzysu. Chyba, że Kayani godnie przyjmie funkcję marionetki i jest naprawdę zaufanym współpracownikiem obecnego prezydenta.

 

Cokolwiek się nie stanie, bardzo marnie wyglądają szanse (przez chwile całkiem realne) na demokratyzację Pakistanu. Brak jest osobistości w szeregach opozycji. Brak poważnej alternatywy.

 

Zdjęcie: Wikipedia

21:57, p.wolejko , Azja
Link Komentarze (9) »
czwartek, 27 grudnia 2007

BhuttoNajmłodsza premier w historii Pakistanu, a jednocześnie pierwsza kobieta na tym stanowisku w jakimkolwiek państwie muzułmańskim; liderka świeckiej Pakistańskiej Partii Ludowej (PPP) ; charyzmatyczna przywódczyni, w której Zachód (zwłaszcza Stany Zjednoczone) pokładał ogromne nadzieje - Benazir Bhutto zginęła dziś w wyniku ran odniesionych w zamachu na jej życie. W Rawalpindi, mieście symbolicznym z dwóch względów - uważa się je za bastion armii (poważnego gracza w Pakistanie); powieszono tam także w 1979 roku jej ojca, ówczesnego premiera Zulfikara Alego Bhutto. Zamachowiec oddał w kierunku Benazir Bhutto kilka strzałów, a następnie wysadził się w powietrze. Ex-premier zmarła albo po drodze do szpitala, albo w szpitalu - doniesienia agencyjne są w tej kwestii sprzeczne.

 

 

Powszechna opinia po śmierci Bhutto jest taka, że Pakistan pogrąży się w największym w 60-letniej historii istnienia kryzysie politycznym. W wielu miastach trwają już zamieszki, wzniecone przez zwolenników zmarłej liderki PPP. Partia ta miała największe szanse na zwycięstwo w zaplanowanych na początek stycznia wyborach parlamentarnych, a sama Bhutto bardzo liczyła na objęcie teki premiera już po raz trzeci. Wybory miały zamknąć okres niestabilności w Pakistanie, który trwał od pierwszego kwartału kończącego się właśnie roku. Okres islamistycznej rewolty, której symbolem była wielotygodniowa okupacja Lal Masjid (Czerwonego Meczetu) w stolicy państwa, Islamabadzie, zakończonego szturmem wojska i śmiercią ponad 100 osób.

 

 

Rok ten skończył się równie nerwowo, jak się zaczął. Prezydent Musharraf, tuż przed ogłoszeniem przez Sąd Najwyższy decyzji w sprawie legalności reelekcji generała na stanowisku głowy państwa, wprowadził stan wyjątkowy i zawiesił obowiązywanie konstytucji. Tysiące opozycjonistów trafiło do więzień, pani Bhutto została osadzona w areszcie domowym, drugi główny lider świeckiej opozycji Nawaz Sharif został zmuszony do powrotu na wygnanie, choć uprzednia decyzja Sądu Najwyższego zezwalała mu na powrót. Musharraf wyrzucił też wszystkich niechętnych mu sędziów SN i mianował na ich miejsce posłuszne sobie marionetki, które niedawno potwierdziły legalność jego wyboru - choć konstytucja zabraniała mu startu przed zrzuceniem munduru i przejściem do cywila. Wkrótce po zatwierdzeniu wyników wyborów, Musharraf zrzekł się funkcji szefa sztabu armii i mianował nim swojego przyjaciela, dotychczasowego szefa wywiadu ISI. Plan prezydenta zakładał, że po styczniowych wyborach będzie rządził wraz z partią Bhutto - negocjacje z liderką PPP w tej sprawie trwały wiele miesięcy, toczyły się pod auspicjami Waszyngtonu.

 

 

Niestety, śmierć Bhutto może wywrócić scenę polityczną do góry nogami. Nie wiadomo, czy styczniowy termin wyborów zostanie dochowany - niepokój w kraju zapewne to uniemożliwi. Nawet jeśli uda się je przeprowadzić, trudno wyobrazić sobie, co dalej. PPP po stracie lidera trudno będzie się otrząsnąć - choć paradoksalnie, śmierć Bhutto może przysporzyć tej partii głosów (jak stało się np. w przypadku holenderskiej partii Pima Fortuyna). Sęk w tym, że bez Bhutto dawne układy z Musharrafem zostaną uznane za nadal obowiązujące. Nie było to pewne nawet kiedy żyła, gdyż bardzo źle przyjęła ona decyzję prezydenta o wprowadzeniu stanu wyjątkowego.

 

 

Jeżeli PPP podąży drogą PML (N) - partii Nawaza Sharifa, drugiego głównego lidera opozycji - i zbojkotuje wybory, powstały w ten sposób parlament będzie pozbawiony wszelkiej legitymacji. Zasiądą w nim głównie stronnicy prezydenta Musharrafa z PML (Q) oraz islamiści. Słaby rząd nie będzie w stanie poradzić sobie z radykalnym islamem, który w błyskawicznym tempie ogarnia cały Pakistan. W tej sytuacji prezydent Musharraf byłby zmuszony uciec się do wsparcia zostawionej niedawno armii, możliwy byłby powrót rządów wojskowych. Niepokój, chaos i anarchia ogarnęłyby kraj posiadający broń jądrową, kluczowego sojusznika Ameryki i Zachodu w walce z Talibami oraz islamskim ekstremizmem.

 

O tym, jak poważna jest sytuacja, świadczą nie tylko wypowiedzi największych tego świata, jak prezydent George W. Bush czy sekretarz generalny ONZ Ban Ki-moon, ale również reakcje ze świata gospodarki: spadki na giełdach w Ameryce, czy rekordowe ceny platyny oraz złota. Oczy wszystkich są teraz "wlepione" w Pakistan.

 

Tragiczna śmierć Benazir Bhutto sprawi ogrom kłopotów wszystkim. Choć nie była ona postacią krystaliczną, jako charyzmatyczny i popularny polityk, miała ogromny wpływ na polityczną scenę w Pakistanie. Mogła być elementem stabilizującym kraj, premierem w czasach transformacji państwa z autorytarnej quasi-demokracji w demokrację prawdziwą. Rozwój sytuacji w Pakistanie jest teraz nie do przewidzenia. Nikły promyk nadziei na niewielką poprawę sytuacji prysł ze śmiercią Bhutto niczym bańka mydlana.

 

 

Więcej: o Bhutto, z Reutersa, o zamachu [Reuters]

Zdjęcie: web.roanoke.edu

21:40, p.wolejko , Azja
Link Komentarze (6) »
Wszyscy Czytelnicy zapewne zauważyli zmianę w szafcie graficznej bloga. Jest ona konsekwencją zakończenia trwającej 10 miesięcy współpracy z Radiem TOK FM - którego oficjalną stroną o polityce zagranicznej był w tym okresie mój blog. Był i już dłużej nie będzie. Oczywiście nie oznacza to zakończenia przeze mnie pisania o sprawach międzynarodowych. Wręcz przeciwnie - będę pisać dalej. Co więcej, szykuję dla Was, drodzy Czytelnicy, niespodziankę. Już wkrótce dowiecie się, co mam na myśli. Tymczasem zapraszam do czytania moich artykułów. Powyżej znajdziecie tekst poświęcony głównemu wydarzeniu dzisiejszego dnia, tragicznej śmierci byłej premier Pakistanu Benazir Bhutto.
21:33, p.wolejko
Link Komentarze (5) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5
Zakładki:
1. Dyplomacja w Sieci
2. Blogi zagraniczne
3. Think-tanki
4. Media zagraniczne
5. Blogi polskie
6. Militaria
7. Periodyki
liczniki
Dyplomacja on Facebook