wtorek, 30 grudnia 2008

Gdy zbliża się zima, spodziewamy się zwykle mrozu i śniegu. Ostatnimi laty do tych standardowych symptomów zimy zaliczyć możemy także tzw. taniec na rurze. Nie, nie chodzi o żadną modyfikację programów, w których gwiazdy tańczą na lodzie albo udają się śpiewają. Taniec na rurze oznacza gazowy szantaż stosowany przez rosyjskiego monopolistę Gazprom wobec swoich sąsiadów - Ukrainy i Białorusi.

Odcinanie gazu pod rozmaitymi pretekstami, głównie związane z żądaniem płacenia przez odbiorców wyższych cen za dostarczany surowiec, to praktyka kilku ostatnich zim. Pamiętamy, kiedy Rosjanie odcięli dostawy gazu Ukrainie na kilkadziesiąt godzin, w efekcie czego straty poniosły polskie firmy z sektora chemicznego. Gazprom, będący w zasadzie departamentem ministerstwa spraw zagranicznych (a czasem nawet ministerstwem), wymuszał podwyżki za sprzedawany poniżej "europejskiego poziomu cen" gaz, trafiający do dawnych republik radzieckich.

Gazprom sprzedaje gaz w różnej cenie, zależnie od odbiorcy. Europa płaci najwięcej. Byłe republiki radzieckie są uprzywilejowane. Jeśli nie wychylają się za bardzo politycznie, mogą liczyć na korzystne ceny. W samej zaś Rosji gaz jest sprzedawany prawie za darmo. Indywidualni konsumenci mogą korzystać z gazu do woli, a przemysł płaci troszkę więcej, ale także niedużo. Efekty takiej polityki są oczywiste: 60 procent dochodów Gazpromu z eksportu gazu pochodzi Europy, gdzie Gazprom sprzedaje zaledwie czwartą część gazu, a wewnętrzny popyt rośnie dynamicznie, gdyż niskie ceny nie wymuszają oszczędności.

W lutym br, kiedy popełniłem o Gazpromie spory artykuł, kapitalizacja firmy przekraczała 320 miliardów dolarów. Później przekraczała ona kolejne granice, m.in. 350 miliardów dolarów. Szefostwo Gazpromu buńczucznie zapowiadało, że celem spółki jest osiągnięcie kapitalizacji w wysokości 1 biliona dolarów (w momencie szczytowym kapitalizacja największej spółki na świecie, Exxonu, ledwie przekroczyła 500 miliardów dolarów). Według prezesa firmy Alieksieja Millera ceny ropy miały sięgnąć 250 dolarów za baryłkę, a 1000 metrów sześciennych gazu wkrótce miało kosztować nawet 1500 dolarów.

Jakże bolesna musi być więc obecna sytuacja, w której kapitalizacja Gazpromu wynosi ok. 84 miliardy dolarów. Wartość akcji koncernu spadła od początku roku o 76 procent, a zamiast wyprzedzić Exxon na liście największych spółek, Gazprom wypadł poza pierwszą trzydziestkę. Po pięciu latach rekordowych cen gazu ziemnego Gazprom jest zadłużonyna prawie 50 miliardów dolarów! Spółka, będąca oczkiem w głowie rządzących na Kremlu czekistów ubiega się o pomoc rządową w wysokości 5,5 miliarda dolarów.

Owszem, inne firmy, także Zachodnie, traciły na wartości. Jednak jest wiele różnic, na niekorzyść Gazpromu. Plusem firmy jest posiadanie złóż gazu o wartości ok. 200 miliardów dolarów. Minusów jest cała masa, pisałem o nich tutaj, więc nie będę się powtarzał. W skrócie: przerost zatrudnienia, brak modernizacji infrastruktury i jej fatalny obecny stan, brak dostatecznych inwestycji w przygotowanie do eksploatacji nowych złóż i wyczerpywanie się tych eksploatowanych od lat, sztuczne zaniżanie cen dla odbiorców krajowych oraz niektórych zagranicznych. I oczywiście sterowanie z Kremla. Wszystko pięknie działało, dopóki nie przyszedł kryzys finansowy.

grafika
grafika: energyinvestmentstrategies.com

Gazprom dramatycznie potrzebuje pieniędzy, stąd ponowne postawienie sprawy z Ukrainą na ostrzu noża. Jednak Ukraina jest w jeszcze bardziej dramatycznej sytuacji. Jej PKB kurczy się w błyskawicznym tempie, budżetowi brakuje pieniędzy. Tymczasem problemem jest nie tylko spłata długu, ale podwyżka cen gazu. Energochłonna gospodarka Ukrainy może nie wytrzymać kolejnego ciosu w postaci ponaddwukrotnej podwyżki cen błękitnego paliwa.

Rosjanie nie będą więc mieli litości, ale dwa miliardy (czy miliard - zależy kto liczy) Gazpromu nie zbawią. Firmę, tak jak i całą Rosję, czekają ciężkie czasy. Czasy, na które Gazprom i państwo rosyjskie sobie zapracowały - marnując okres surowcowego boomu na przeżeranie pieniędzy, zamiast inwestować pozyskiwane z łatwością środki.Smutne muszą być święta w siedzibie Gazpromu w Sankt Petersburgu.

Piotr Wołejko


Wcześniejsze wpisy poświęcone Rosji:

 

Więcej tekstów oraz autorów na nowym portalu Polityka Globalna:
 
14:53, p.wolejko , Rosja
Link Dodaj komentarz »

Kiedy z Ameryki dochodziły coraz gorsze wieści, a instytucje finansowe ogłaszały gigantyczne straty, wykształciła się niezwykła wiara w to, że Chiny mogą powstrzymać świat przed recesją. Państwo Środka miało stać się drugim płucem globalnej gospodarki, a konsumpcja miliarda obywateli postrzegana była jako wybawienie. Dzięki Chinom to, co wyglądało na dłuższe przeziębienie, miało okazać się krótkotrwałym katarem.

Teraz, po serii danych dotyczących chińskiej gospodarki - m.in. spadek produkcji czy ograniczenie importu - stało się jasne, że Chiny nie będą żadnym supermanem, który uratuje świat. Wręcz przeciwnie, problemy z jakimi zmaga się Pekin mogą być o wiele poważniejsze od tych, które trapią Amerykę czy Europę. Brutalna, dla komunistycznych aparatczyków i apologetów chińskiego cudu, prawda o Chinach wychodzi na jaw. Gdy nastąpiło spowolnienie ogólnoświatowej koniunktury potężna gospodarka chińskiego smoka została obnażona.

Zbudowana na eksporcie i bazująca na intensywnym, a nie ekstensywnym modelu, gospodarka Chin nie jest żadnym motorem napędowym gospodarki globalnej. Kiedy importerzy chińskich produktów zacisnęli pasa, Chiny stanęły przed groźbą poważnego załamania. Brak alternatywnych możliwości rozwoju sprawia zaś, że decydenci z Komunistycznej Partii Chin mają twardy orzech do zgryzienia. Jak zapewnić wystarczającą liczbę miejsc pracy dla kilkunastu milionów nowych pracowników rocznie? Jak utrzymać spokój społeczny w obliczu rosnącego bezrobocia i biedy?

Jak to zwykle w przypadku komunistycznych reżimów bywa, Chiny zbudowały tylko piękną fasadę, za którą krył się domek z kart. Ten domek właśnie się rozlatuje. Przedsiębiorstwa ograniczają produkcję w fabrykach i zwalniają pracowników, a jeśli to nie wystarcza, po prostu przestają istnieć. Migracja z biednego, zacofanego zachodu, na prosperujący dotychczas wschód załamuje się. Chińscy konsumenci nie są w stanie zastąpić Amerykanów i Europejczyków. Nie tylko nie dysponują takimi zasobami pieniężnymi, ale w ich kulturze bardzo istotną rolę odgrywa oszczędzanie.

Czy można się temu dziwić, jeśli państwo nie zapewnia tak podstawowych spraw jak ochrona zdrowia czy ubezpieczenia społeczne? Z edukacją także jest marnie. Lepiej więc posiadać własne rezerwy, które można wykorzystać w trudnych chwilach. Zresztą, wielu Chińczyków nie bardzo ma z czego wydawać, gdyż swoje oszczędności (a spora grupa nawet środki pozyskane z kredytów) zainwestowała na giełdzie. Tymczasem indeksy straciły ponad 3/4 wartości, a papierowe zyski wyparowały, wraz z oszczędnościami dziesiątek milionów obywateli.

Idąc dalej tym tokiem rozumowania, z czego obywatele zwrócą bankom należności z tytułu kredytów? Nie zwrócą. Narasta więc liczba złych długów, choć w Chinach była ona i tak o wiele większa niż na krytykowanym za rozpasanie finansowe Zachodzie. System bankowy Chin, dość szczelnie zamknięty i odizolowany od zachodniego, kontrolowany przez państwo, jest w fatalnym stanie. Brak jasnych reguł i omijanie tych istniejących, a także realizowanie polityki państwa, a nie polityki zdroworozsądkowej oraz kolesiostwo i korupcja - to tylko niektóre przyczyny słabości chińskiego sektora bankowego w szczególności, a finansowego generalnie.

Można się "podniecać" rezerwami finansowymi Chin, które wynoszą między 1,5 a 2 bilionami dolarów. W obliczu potrzeb Chin, pieniądze te mogą szybko się skończyć. Co prawda Pekinowi nie grozi to, co Moskwie, czyli np. obrona kursu słabnącej w dramatycznym tempie waluty (sztywny kurs juana), ale chociażby z racji wielkości populacji, przed Chinami stoi o wiele większe wyzwanie. I tak, zamiast Chiny ratować świat, być może Chiny będą przez świat ratowane.

Piotr Wołejko

Wcześniejsze wpisy o Chinach:

 

Więcej tekstów oraz autorów na nowym portalu Polityka Globalna:
 
11:00, p.wolejko , Azja
Link Komentarze (5) »
sobota, 27 grudnia 2008

Tego artykułu miało nie być. Nie dziś. Jednak rzeczywistość okazała się taka, że tekst powstał z wyprzedzeniem. Bo czy można przejść obojętnie wobec wydarzeń ostatnich godzin, podczas których Izrael przeprowadził naloty na Strefę Gazy? Ponad 200 osób straciło w nich życie, a kolejne setki są ranne. Jak to w przypadku ataków lotniczych, a także w przypadku ataków odwetowych Izraela, zginęło wielu cywilów, w tym kobiet i dzieci.

Przygotowania do tego, co właśnie teraz dzieje się w Gazie, trwały przez ostatnich kilka miesięcy. Zawieszenie broni pomiędzy Hamasem, władającym jedną częścią tzw. Autonomii Palestyńskiej (fatalne tłumaczenie, gdyż Palestinian Authority nie jest żadną autonomią) a Izraelem wygasło w ubiegłym tygodniu. Okres pokoju obie strony wykorzystały na przegrupowanie i dozbrojenie, a także planowanie. Z pierwszych doniesień wynika, że izraelska operacja, której dzisiejsze naloty są tylko początkiem, odnosi wcale niemałe sukcesy. Zniszczone zostały rozmaite biura Hamasu bądź podlegających mu instytucji, a wielu wysokich rangą bojowników poniosło śmierć. 

Polityka powstrzymywania się jest skończona, pisze na łamach Jerusalem Post jeden z czołowych jastrzębi i członków proizraelskiego lobby David Horowitz. Komentarz redakcyjny Jerusalem Post nie pozostawia wątpliwości: "możemy wyrazić żal [z powodu śmierci cywilów - przyp. autor], ale nie wolno nam przepraszać. Cokolwiek się wydarzy, musimy być zdecydowani: Hamas musi zostać powstrzymany". Z kolei tytuł analizy na łamach Haaretz głosi, że uderzenie na Gazę to izraelska wersja operacji "szok i przerażenie", czyli replay marcowego ataku USA na Irak z 2003 roku. 

Nie ma wątpliwości, że Hamas musi zostać powstrzymany, a dotychczasowe zawieszenie broni (które zresztą Izrael chciał przedłużyć; to Hamas odrzucił taką możliwość) nie ma większego sensu. Żadne państwo nie może pozwolić na bezkarne ostrzeliwanie rakietami własnego terytorium, a przede wszystkim własnych obywateli. Bezpośrednią przyczyną nalotów, a w zasadzie operacji izraelskiej armii w Strefie Gazy jest rakietowy ostrzał Izraela dokonywany przez radykałów z terytorium Strefy Gazy. 

Z drugiej strony nie ma wątpliwości, że śmierć każdego cywila jest karygodna i nie przybliża winnych takiej śmierci do rozwiązania problemu po ich myśli. Hamas jest wyjątkowo niereformowalny w odrzucaniu jakiegokolwiek porozumienia z Izraelem, a nawet uznaniu prawa Izraela do istnienia. Jednak Hamas ma może trochę racji - spójrzmy na Fatah prezydenta Abbasa i odpowiedzmy sobie na pytanie: czy droga pokojowa odniosła jakikolwiek pozytywny skutek? Żaden. Absolutnie żaden. Od porozumień pokojowych z Oslo (w tym roku mieliśmy piętnastą rocznicę zawarcia tychże porozumień) nie nastąpił kolejny krok na drodze Palestyńczyków do samostanowienia.

Pokojowa droga nie odniosła skutku, więc czemu Hamas miałby nią iść? Pragmatyzm nakazuje wręcz przeciwną drogę - drogę przemocy. Co bowiem doprowadziło do Oslo i uznania praw Palestyńczyków do posiadania własnego państwa? Wcale nie wieloletnie dywagacje, dyskusje i negocjacje. Doprowadziła do tego czystej wody przemoc, terror i przelana krew. Hamas idzie więc ścieżką wydeptaną przez Organizację Wyzwolenia Palestyny, zanim ta przekształciła się w rządzącą namiastką państwa elitą, skupioną głównie na dobrobycie swoich członków. 

Nie oznacza to, że Hamas ma rację i należy poprzeć jego walkę zbrojną, polegającą głównie na strzelaniu rakietami w izraelskie osiedla czy porywaniu izraelskich żołnierzy. Oznacza to natomiast, że Izrael nie jest w tej sytuacji niewinną ofiarą bezmyślnego terroru, a ponosi konsekwencje swojej polityki, swoich działań i zaniechań. Konsekwencje te ponoszą także Stany Zjednoczone, które od lat 70. niemal bezrefleksyjnie popierają Izrael. Pomijam już, przywoływaną i opisywaną szerzej kwestię poparcia idiotycznego, szkodliwego i przestępczego wręcz ataku na Liban w 2006 roku i ówczesną reakcję Stanów Zjednoczonych na poczynania Izraela.

Teraz bowiem powracają jakby tamte dni, podczas których Izrael z perwersyjną radością niszczył infrastrukturę Libanu oraz przeprowadzał naloty, w których masowo ginęli cywile. Kto nie z nami, ten przeciwko nam; cała społeczność Libanu musi ponieść odpowiedzialność za występki Hezbollahu - do tego sprowadzały się wówczas założenia operacji, którymi Izrael się zresztą chełpił i mówił o nich głośno. Tak, chcemy krwi, damy nauczkę Libanowi! - mówili niemal wprost wysoko postawieni politycy oraz wojskowi. Obecnie jest podobnie, powróciła dawna retoryka i powróciło szkodliwe dla Stanów Zjednoczonych zaangażowanie po jednej ze stron. Znowu bezrefleksyjne, ślepe i przynoszące wiele szkód.

Kiedy ze świata płyną słowa potępienia i wezwania do powstrzymania się od eskalacji przemocy, Waszyngton wzywa Izrael do zachowania "maksymalnej powściągliwości w celu uniknięcia dalszych ofiar cywilnych". W efekcie Palestyńczycy, a szerzej kraje arabskie i muzułmańskie otrzymują jasny przekaz - stoimy po stronie Izraela. Bezwarunkowo i bezapelacyjnie. W dobie takich mediów jak telewizja Al-Dżazira czy Al-Arabija, taki przekaz jest tłoczony w głowy wyznawców islamu przez 24 godziny na dobę. Mówiąc, że nie przysparza to Ameryce popularności, byłbym wyjątkowo delikatny.

Koronnym argumentem tłumaczącym zaangażowanie USA po stronie Izraela jest tożsamość zagrożenia, jakim jest terroryzm, dla obu tych państw. Zaraz po tragicznym ataku na bliźniacze wieże World Trade Center premier Izraela Ariel Szaron stwierdził: "Wy w Ameryce jesteście na wojnie przeciwko terroryzmowi. My w Izraelu jesteśmy na wojnie przeciwko terroryzmowi. To ta sama wojna". Mówiąc wprost, słowa Szarona to wierutna bzdura.

Terror to pewne zjawisko, które pojawia się w miejscach, w których silniejsi uciskają słabszych, a słabsi stawiają opór przy wykorzystaniu asymetrycznych środków. Często akty przemocy skierowane są przeciwko cywilom. Nie można być na wojnie przeciwko terrorowi, gdyż jest to po prostu niewykonalne. Po drugie, problem Ameryki z terrorem wywodzi się z polityki stania po stronie Izraela i lekceważenia racji strony palestyńskiej. Bez żadnych wątpliwości można dziś stwierdzić, że Osama bin Laden był mocno umotywowany przez palestyńskie cierpienia, kiedy przygotowywał swój straszliwy atak na WTC

Wspieranie Izraela stworzyło problem terroryzmu antyamerykańskiego, a działania i zaniechania kolejnych administracji (z dużym naciskiem na tę ostatnią) tylko dolewały oliwy do ognia. Jak słusznie zauważają Arabowie, droga do rozwiązania problemów w Bagdadzie wiedzie przez Jerozolimę, a nie na odwrót. Należy pójść dalej - droga do rozwiązania problemów na Bliskim Wschodzie wiedzie przez Jerozolimę i dopóki spór izraelsko-arabski nie zostanie rozwiązany, sytuacja w regionie będzie napięta. Powstanie Państwa Palestyńskiego nie jest lekiem na całe zło. Ułatwiłoby natomiast zajęcie wieloma pomniejszymi kwestiami, a także umożliwiłoby uznanie Izraela przez Ligę Arabską.

Izraelska wojna z Palestyńczykami walczącymi o swoją ziemię i prawo do samostanowienia nie ma nic wspólnego z wojną Ameryki z terrorystami, poza tym, że wielu z nich rozpoczęło walkę z Ameryką z powodu apartheidu stosowanego przez Izrael wobec Palestyńczyków i postawy Stanów Zjednoczonych wobec tych praktyk. Waszyngton sam wyhodował hydrę, której bezskutecznie odcina teraz głowy, i co gorsza - nieustannie ją karmi i pielęgnuje. 

Odrywając się na chwilę od bieżących wydarzeń i wracając do toku opisywania książki Stephena Walta i Johna Mearsheimera pt. "The Israel Lobby and US Foreign Policy" (Izraelskie lobby a polityka zagraniczna Stanów Zjednoczonych), należy odnieść się do istotnego argumentu używanego przez zwolenników wydatnego wsparcia Izraela przez Amerykę - Izrael wiernie służył Ameryce w trakcie Zimnej Wojny, walczył z klientami ZSRR i zadawał im upokarzające porażki podczas wojen, natomiast po upadku Sowietów jest forpocztą USA w regionie, gdzie zapewnia projekcję amerykańskich interesów, jest silnym demokratycznym państwem i zaufanym sojusznikiem.

Pierwszej części argumentu nie da się obalić. Istotnie, Izrael odegrał ważną rolę podczas Zimnej Wojny, będąc niemalże na linii ognia z wspieranymi przez Moskwę krajami arabskimi. Wielokrotnie kompromitował Arabów w starciach militarnych, pokazując wyższość uzbrojenia amerykańskiego i ukazując słabość komunistycznej pomocy udzielanej przez ZSRR. Warto jednak zauważyć, że kraje arabskie przeszły "na stronę" sowiecką w wyniku polityki USA, które wspierało Izrael i odmawiało pomocy państwom arabskim. Znowu więc Ameryka wspierała Izrael w walce przeciwko przeciwnikom, których sama wykreowała. Dokonanie wyłomu w bloku sowieckim, w postaci powtórnego przeciągnięcia Egiptu na stronę Zachodu jest wielkim sukcesem, ale przy rozsądniejszej polityce być może Egipt w ogóle nie stałby się klientem ZSRR. 

Druga część argumentu zupełnie nie wytrzymuje konfrontacji z rzeczywistością. Powszechnie znienawidzony w regionie Izrael nie zapewnia żadnej projekcji amerykańskich interesów. Jego siła militarna także jest dla USA w ogromnej mierze bezużyteczna i pozostaje niewykorzystana. Ileż to wysiłku kosztowało Waszyngton trzymanie Izraela jak najdalej od operacji wyzwalania Kuwejtu spod panowania Saddama Husajna. Szeroka koalicja międzynarodowa, z udziałem kilku państw arabskich, musiała obejść się bez największej potęgi regionu, gdyż inaczej rozpadłaby się na drobne kawałki.

Znowu wracamy do kwestii Palestyny, która determinuje politykę arabskich państw regionu i straszliwie utrudnia Stanom Zjednoczonym prowadzenie korzystnej dla siebie polityki na Bliskim Wschodzie, a zwłaszcza w rejonie Zatoki Perskiej. Odpowiadając na postawione w tytule pytanie, Walt i Mearsheimer skłaniają się ku drugiej opcji odpowiedzi, czyli twierdzą, że Izrael stał się dla Stanów strategicznym obciążeniem. I należy im przyznać rację. Bezwarunkowe wspieranie Izraela szkodzi Stanom Zjednoczonym, nakładając na nie dodatkowe koszty (w tym finansowe) i uniemożliwiając prowadzenie skutecznej polityki w istotnej części świata.

Piotr Wołejko

Wcześniejsze wpisy poświęcone książce "The Israel Lobby":

wtorek, 23 grudnia 2008

Miało być optymistycznie, o co prosił mnie na Tekstowisku max, więc będzie. Oto Francja zawiera, zdaje się, strategiczne partnerstwo z Brazylią. Owszem, Francja posiada strategicznych partnerów na pęczki (w tym Polskę), ale nie z wszystkimi sprzedaje broń o wartości 8,6 miliardów euro (12 miliardów dolarów). Co istotniejsze dla Brazylii, Paryż dostrzega istotną rolę najludniejszego kraju Ameryki Południowej i chce wesprzeć rozwój przemysłu zbrojeniowego Brazylii, aby ten odpowiadał wadze kraju w zachodniej hemisferze.

Francuzi sprzedadzą Brazylijczykom 50 helikopterów transportowych EC725, które mogą zabrać na pokład 19-osobowy oddział. Maszyny mogą brać udział zarówno w misjach bojowych, jak i ratunkowych oraz humanitarnych. Pierwsze helikoptery powinny zostać wyprodukowane w 2010 roku, a linie produkcyjne znajdą się w Brazylii. Francuzi decydują się bowiem na współpracę z miejscową firmą Helibras. Jak poinformował francuski szef europejskiego konsorcjum EADS (właściciel m.in. Airbusa), Brazylia zajmuje kluczowe miejsce w strategii firmy.

Jednak to nie helikoptery są głównym clue programu. Francuzi dostarczą bowiem Brazylii także pięć okrętów podwodnych, w tym jeden o napędzie atomowym. Częściowo zostaną one wyprodukowane w Brazylii. Takie zbliżenie w sektorze wojskowym oznacza, że przed Brazylią otwiera się droga do pozyskania nowoczesnego europejskiego (głównie francuskiego) uzbrojenia. Francja zaciera ręce, gdyż pozostawiła w tyle chociażby konkurentów zza miedzy, czyli Brytyjczyków. Nie można przeceniać wagi porozumienia politycznego, ale zacieśnienie więzów pomiędzy Brasillią a Paryżem jest bardzo interesujące. Podkreśla również transformację Brazylii z państwa rozwijającego się w państwo rozwinięte, którego rola (i odpowiedzialność) w świecie powinna być większa niż dotychczas

Trochę mniej optymistycznie, ale za to bardziej żartobliwie można zaś odebrać słowa premiera Putina, który stwierdził na spotkaniu liderów państw eksporterów gazu ziemnego, że era taniego gazu [w szczególności, a surowców energetycznych w ogóle] dobiegła końca. Wygląda to dosyć zabawnie w obliczu cen ropy w wysokości przekraczającej ledwie 30 dolarów za baryłkę. Owszem, Putin ma rację, że okres niskich cen się skończy, a inwestycje w wydobycie [poszukiwanie i eksploatację złóż], które są niezbędne, będą bardzo kosztowne, ale obecnie słowa ex-prezydenta zabrzmiały jak świetny dowcip.

Putin przy okazji knuje, jak by tu stworzyć gazowy OPEC, ale rynek gazu w niczym nie przypomina rynku ropy i nie ma się czego obawiać. Nawet jeśli powstanie struktura analogiczna do Organizacji Eksporterów Ropy Naftowej, nie będzie to miało wpływu na ceny gazu ziemnego ani w krótkiej ani w średniej perspektywie. Gdzieś tam na horyzoncie majaczy groźba, jak w przypadku każdego kartelu, że ceny wzrosną a szczęściarze posiadający surowiec będą się bogacić, ale jest to perspektywa odległa i wcale nie musi się ziścić.

Wpis jest więc optymistyczny, a po jego lekturze na twarzach czytelników powinien zagościć uśmiech. Korzystając z okazji chciałem podziękować czytelnikom za wspólnie spędzone dwa lata [mój pierwszy blog, pod adresem http://dyplomacjafm.blox.pl istnieje od połowy grudnia 2006 roku], a także złożyć najserdeczniejsze życzenia pogodnych i radosnych Świąt Bożego Narodzenia oraz dużo zdrowia i pomyślności w Nowym Roku! Sobie zaś życzę wytrwałości w pisaniu oraz dużo ciekawych dyskusji pod moimi wpisami. O brak tematów nie ma się co obawiać.

Wesołych Świąt!

Piotr Wołejko

PS. Blog nie znika na Święta. Jeśli pojawi się coś wartego opisania, z pewnością poświęcę chwilę na zajęcie się sprawą.

 

Więcej tekstów oraz autorów na nowym portalu Polityka Globalna:
 
21:35, p.wolejko , Inne
Link Komentarze (2) »

Kiedy prezydent Meksyku Felipe Calderon wysyłał żołnierzy do walki z kartelami narkotykowymi nie spodziewał się chyba, że rozpoczęta wojna będzie tak brutalna, a po dwóch latach pozostanie nierozstrzygnięta. Skupienie uwagi na zwalczaniu narkobiznesu sprawiło, że Meksyk trzęsie w posadach.

Na początku maja br. pisałem o zamordowaniu szefa meksykańskiej policji Edgara Eusebio Millana Gomeza, który został zabity we własnym domu. Pisałem wówczas:

Gangsterzy pokazali, że są gotowi na wszystko i nie odpuszczą. W normalnym kraju przestępcy nie porywają się na życie szefa policji. Jednak w Meksyku, jak widać, podejmują taką decyzję bez trudu i realizują ją w bezwzględny, wręcz pokazowy sposób (...) końca przemocy nie widać. Zamordowanie Edgara Millana Gomeza jest pokazem siły, a nie ostatnią próbą przerażonych skutecznością policji gangsterów.

Przestępcy są bezwzględni i wyjątkowo brutalni. Reuters donosi o makabrycznej zbrodni dokonanej przez któryś z gangów - znaleziono ciała ośmiu żołnierzy i byłego policjanta, pozbawione głów. Te zostały podrzucone w czarnym worku przed centrum handlowe w Chilpancingo, położone o godzinę drogi od Acapulco. Do worka gangsterzy dołączyli kartkę, w której napisali, że za każdego zabitego towarzysza zabiją dziesięciu [przeciwników]. Ciała zamordowanych, nie dość że pozbawione głów, noszą ślady tortur.

W bieżącym roku w wyniku walk z narkoprzestępcami zginęło w Meksyku ponad 5300 osób, dwukrotnie więcej niż w roku 2007. Oznacza to, że w ciągu dwóch lat śmierć poniosło 7000 osób. Strait Times donosił 16 grudnia br., że w ciągu kilku wcześniejszych dni zginęły 44 osoby. Większość zgonów nastąpiła w graniczącym z Texasem Ciudad Juarez w stanie Chihuahua, gdzie w bieżącym roku zginęło ponad 1500 osób. 

Kilkadziesiąt tysięcy żołnierzy rzuconych do walki z kartelami nie radzi sobie z postawionym przed nimi zadaniem. Wojsko nie jest przygotowane do prowadzenia walki z bandytami, żołnierzom brak odpowiedniego szkolenia. Kto zresztą widział, żeby armia załatwiała sprawy, którymi powinna zająć się policja? Na niej nie można jednak polegać, gdyż jest słabo opłacana, kiepsko uzbrojona i strasznie skorumpowana. Kto zaś nie chce się podporządkować narkotykowym baronom jest zastraszany albo eliminowany. Jak pokazują przytoczone we wcześniejszym akapicie dane, życie w Meksyku jest dość tanie i łatwo je stracić. 

Kartele szmuglujące narkotyki do Stanów stworzyły państwo w państwie, zapewniając sobie swoistą autonomię. Jeśli nie mogą kogoś kupić, po prostu go zabijają, a biznes kręci się dalej. Trudno się temu dziwić, jeśli zyski gangów wahają się między piętnastoma a ponad dwudziestoma miliardami dolarów rocznie. Tymczasem Stany Zjednoczone, które są głównym odbiorcą narkotyków szmuglowanych przez meksykańskie kartele, przeznaczyły na pomoc dla Meksyku zaledwie 1,4 miliarda dolarów (z czego do tej pory Meksyk otrzymał niecałe 200 milionów w postaci sprzętu). 

Przemoc przelewa się przez granice, rośnie liczba morderstw w Gwatemali, Salwadorze i Hondurasie. Alarmujące są dane z Hondurasu, w którym nasilają się morderstwa typowe dla przestępczości narkotykowej. Państwa Ameryki Środkowej nie umieją poradzić sobie z drastycznym rozwojem przestępczości zorganizowanej, jednak Meksyk - chociażby z racji swoich rozmiarów - bije te państwa na głowę. Niestety, w mało chlubnej konkurencji. 

Piotr Wołejko

 

Więcej o Meksyku:


Więcej tekstów oraz autorów na nowym portalu Polityka Globalna:
 
 
1 , 2 , 3 , 4
Zakładki:
1. Dyplomacja w Sieci
2. Blogi zagraniczne
3. Think-tanki
4. Media zagraniczne
5. Blogi polskie
6. Militaria
7. Periodyki
liczniki
Dyplomacja on Facebook