czwartek, 31 grudnia 2009

Trawestując słowa pewnego znanego polskiego pisarza, koniec świata w Roku Pańskim 2009 nie nastąpił: terroryści nie zdetonowali brudnej bomby w żadnej amerykańskiej metropolii, Korea Północna nie zaatakowała Japonii, Iran – Izraela (lub na odwrót), Unia Europejska się nie rozpadła ani ludzkość nie wyginęła od świńskiej grypy

Nawet liberalizm gospodarczy jakoś się trzyma, pomimo szalejącego przez większą część roku kryzysu. Ale i tak byliśmy świadkami wielu ciekawych wydarzeń, które postanowiliśmy zebrać w niniejszym artykule. Redakcja Polityki Globalnej wybrała 10 wydarzeń, które naszym zdaniem w największym stopniu odbiły się na roku 2009, a skutki wielu z nich odczuwać będziemy zapewne jeszcze przez długi czas.

Zatem: serdecznie zapraszam Was na krótkie podsumowanie tego, co ciekawego i ważnego stało się w mijającym roku. Kliknijcie na link powyżej lub na poniższą grafikę.

grafika

Korzystając z okazji, w imieniu swoim i całego zespołu Polityki Globalnej, życzę wszystkim Czytelnikom pomyślności, sukcesów, radości oraz dużo zdrowia w 2010 roku.

Piotr Wołejko

środa, 30 grudnia 2009

Pierwszy kwartał roku podsumowany (styczeń, luty, marzec), czas iść dalej. Dzisiaj zajmiemy się wydarzeniami z kwietnia bieżącego roku. Jak zwykle, na końcu specjalny bonus, czyli najciekawszy - moim zdaniem - tekst miesiąca. Przypomnę, że podsumowując wydarzenia 2009 roku korzystam z zasobów własnego bloga oraz artykułów opublikowanych na portalu Polityka Globalna.

W kwietniu uwagę przykuwali somalijscy piraci, porywając kolejne statki, w tym słynny już Mearsk Alabama; NATO dokonało wyboru nowego sekretarza generalnego, a w Europie ujawniły się niepokojące tendencje mające swe podłoże w radykalizacji, nacjonalizmie i przekonaniu o słabości demokratycznego państwa.

Z niewiadomych dla mnie powodów Blox postanowił nie pozwolić opublikować mi całości wpisu, więc jestem zmuszony odesłać Was, Szanowni Czytelnicy, w inne miejsce, gdzie będziecie mogli zapoznać się z podsumowaniem kwietnia: Dyplomacja na Salonie24.

Piotr Wołejko

wtorek, 29 grudnia 2009

Dwa pierwsze miesiące bieżącego roku podsumowane, idziemy dalej. Przypomnę dla porządku, że podsumowując wydarzenia 2009 roku korzystam z zasobów własnego bloga oraz artykułów opublikowanych na portalu Polityka Globalna.

Jakie tematy przyciągnęły naszą uwagę w marcu? Atom, wykorzystywany zarówno w celach pokojowych jak i militarnych, nowe otwarcie Obamy w polityce zagranicznej oraz  trzydziesta rocznica Rewolucji w Iranie, opisana w połączeniu z czerwcowymi wyborami prezydenckimi.

1. Atom - pokojowe błogosławieństwo, militarne zagrożenie

Energia atomowa stanowi interesującą alternatywę dla spalania węgla. Atom może przyczynić się do zmniejszenia emisji gazów cieplarnianych, na co szczególny nacisk kładzie Unia Europejska. Jednocześnie to właśnie w Europie sprzeciw wobec energetyki jądrowej jest bodaj najsilniejszy, w szczególności w krajach tzw. starej Unii. Włochy na przykład już dwie dekady temu zrezygnowały z atomu, zamykając pracujące wcześniej elektrownie. Niemcy natomiast przyjęły plan wygaszenia elektrowni jądrowych do 2017 roku.

Niechętne nastawienie do atomu stoi tymczasem w sprzeczności z deklarowaną chęcią do walki z globalnym ociepleniem, a także zanieczyszczeniem środowiska. We wpisie Atomowe rozwiązanie z dn. 23 marca br. pisałem: "Energia atomowa jest niezbędna dla zapewnienia wystarczającej ilości elektryczności. Przy rezygnacji z paliw kopalnianych, atom staje się fundamentem nowego systemu energetycznego".

Odnawialne źródła energii, takie jak turbiny wiatrowe czy panele słoneczne nie tylko są mało wydajne, ale z technicznego punktu widzenia niemożliwe jest oparcie systemu energetycznego na tak niestabilnych źródłach (wiatr nie wieje cały czas, a słońce świeci tylko w dzień). Kolejny cytat ze wspomnianego artykułu: " (...) dla stabilności systemu energetycznego państwa/regionu niezbędne jest, aby zużycie energii elektrycznej w szczytowym momencie (peak demand) mogło być pokryte z tzw. nieelastycznych, stałych źródeł, czyli niezależnych od kaprysów natury".

Konkluzja jest oczywista: "Rezygnacja z węgla kamiennego czy ropy/gazu w produkcji elektryczności oznacza konieczność przejścia na atom. Przy obecnych możliwościach systemu energetycznego, tzn. braku możliwości przechowywania energii elektrycznej, nie można mówić atomowi nie i budować wyłącznie coraz to nowe farmy wiatraków (czy to na lądzie, czy to na morzu). Energia wiatrowa i słoneczna powinny być w większej mierze wykorzystywane, ale nie stanowią one rozwiązania problemu, przed jakim stoimy. Mogą być one uzupełnieniem bilansu energetycznego, ale podstawą musi być atom - bezpieczne (nowoczesne technologie) i ekologiczne źródło energii".

Cywilne programy atomowe mogą niestety dość łatwo przekształcić się w militarne, których celem będzie stworzenie bomby jądrowej. Artur Makolągwa z Polityki Globalnej w tekście Rok 2009 rokiem atomu zwraca uwagę, że " (...) wyzwaniem dla społeczności międzynarodowej będzie w nadchodzących latach problem szeroko pojętej proliferacji technologii atomowych i powiększenia się grona państw wykorzystujących atom w celach cywilnych i/lub wojskowych".

Publicysta kontynuuje: "obecnie obowiązujący reżim antyproliferacyjny oparty na układzie o nierozprzestrzenianiu broni jądrowej z roku 1968 (NPT) okazuje się być coraz mniej wystarczający: w ciągu ostatnich kilku lat klub państw posiadających dostęp do broni atomowej powiększył się o nowego członka, Koreę Północną (NPT wypowiedziany w 2003), a przed jego drzwiami stoi Iran. Oba państwa są o wiele mniej odpowiedzialnymi graczami na arenie międzynarodowej niż te, które przed nimi osiągnęły status mocarstwa atomowego".

Jak rozwiązać kwestię proliferacji? Jedną z odpowiedzi jest przejęcie kontroli za produkcję i dostarczanie paliwa atomowego przez państwa trzecie/organizację międzynarodową z rąk państwa dążącego do wykorzystania atomu w celach cywilnych. System dostaw paliwa " (...) musiałby być na tyle elastyczny, by nie utrudniać rozwoju tych programów, niedyskryminacyjny dla mniejszych państw, a jednocześnie poddany odpowiedniej kontroli, która wykluczyłaby możliwość sprzedaży materiałów rozszczepialnych państwom, które mogłyby go używać w celach wojskowych", pisze Makolągwa. Być może pieczę nad takim system powinna sprawować Międzynarodowa Agencja Energii Atomowej (IAEA)?

Bez poważnej refleksji nad proliferacją "za kilka lat możemy obudzić się w świecie, w którym każde – nawet najbardziej niestabilne państwo – z łatwością zdobędzie broń atomową". Decyzje w tej sprawie należą do największych: USA, Rosji, Chin, Unii Europejskiej czy Indii. Warto w tym miejscu dodać, że w roku 2010 odbędzie się konferencja rewizyjna traktatu NPT.

2. Nowe otwarcie w polityce zagranicznej USA

Zgodnie z przedwyborczymi zapowiedziami, a także nadzieją rządów i obywateli wielu państw świata, prezydent Barack Obama przygotował nowe otwarcie w polityce zagranicznej. Uwagę skupiło przede wszystkim otwarcie na kierunkach rosyjskim i irańskim, gdyż relacje z Moskwą i Teheranem były szczególnie skomplikowane. Na okoliczność odmrożenia współpracy z Federacją Rosyjską amerykanie przygotowali gadżet w postaci przycisku z napisem reset po angielsku oraz przeciążenie w języku rosyjskim. Czy był to błąd urzędnika niższego szczebla (pomyłka w tłumaczeniu) czy celowa, symboliczna omyłka - każdy musi zdecydować sam.

Mnie trudno sobie wyobrazić, że Amerykanie popełniliby tak banalny błąd. Tym bardziej, że - jak pisałem we wpisie (Przeciążony (re)start) z dn. 9 marca br. - "Przeciążenie jest wyjątkowo trafnym podsumowaniem stosunków rosyjsko-amerykańskich w ostatniej dekadzie". Wszyscy pamiętamy deklaracje prezydenta Busha o tym, co wyczytał z oczu ówczesnego prezydenta Putina oraz szybką reakcję Rosji na wrześniowy zamach na World Trade Center. Między Waszyngtonem a Moskwą doszło do nieporozumienia: "Rosjanie kalkulowali, że za przymierze ze Stanami zostaną stosownie wynagrodzeni. Poprzednia administracja sądziła zaś, że Rosjanom nie należy się nic w zamian".

Obama wyciąga rękę do Rosjan i liczy, że dzięki współpracy z Moskwą uda mu się załatwić kilka pilnych spraw, m.in. powstrzymać Iran od skonstruowania bomby atomowej, zawrzeć nowy układ o redukcji zbrojeń strategicznych etc. Z Iranem może być Obamie trudniej, niż mu się wydaje: "Jak pisałem jeszcze we wrześniu ub.r., Rosji zależy na podtrzymywaniu wysokiego napięcia na Bliskim Wschodzie, do czego Iran nadaje się wręcz wyśmienicie. Rezygnacja z instalacji 10 antyrakiet w Polsce i radaru w Czechach jest niczym w porównaniu z "narzędziem", jakim jest dla Moskwy kraj ajatollahów. Po drugie, na co także zwracałem uwagę, wpływ Kremla na Teheran nie jest tak wielki, jak się niektórym wydaje, a Iran też nie jest w ciemię bity i nie zamierza być wasalem Rosji, jej chłopcem na posyłki".

Przechodząc płynnie do Iranu, bloger no isms! napisał w Polityce Globalnej, że gest Obamy niczego nie zmieni. Miał na myśli oczywiście noworoczne życzenia amerykańskiego prezydenta skierowane do Irańczyków. "Duchowy przywódca Ajatollah Ali Chamenei, stwierdził, iż ten gest wcale nie pokazuje żeby USA zmieniło swoje wrogie nastawienie wobec Iranu", czytamy w przywołanym artykule.

Publicysta zwięźle podsumowuje problemy Zachodu, głównie USA, z Iranem: "Iranowi nie podobają się dwa główne żądania [Amerykanów - przyp. PW]: wstrzymanie programu nuklearnego oraz wstrzymanie zaangażowania w terroryzm. Chodzi głównie o wspieranie Hezbollahu i szyickich frakcji w Iraku. Wstrzymanie sankcji to zbyt mała cena dla Iranu by zaprzestać tych działalności. Co więcej sankcje te nie są zbytnio skuteczne, gdyż ani Rosja ani Chiny nie są zbyt skore do ich przestrzegania".

3. Trzydziesta rocznica Rewolucji w Iranie

Obszerny artykuł nt. Rewolucji oraz czerwcowych wyborów prezydenckich w Iranie, autorstwa Artura Makolągwy, znajdziemy w Polityce Globalnej. Pytanie: "i co dalej?" jest jak najbardziej na miejscu. Autor zwraca uwagę na skostniały system polityczny Iranu, który został stworzony w taki sposób, aby jak najmocniej i najdłużej powstrzymywać jakiekolwiek zmiany: " (...) rewolucjoniści w imię Allaha sprzed 30 lat zabezpieczyli się przed radykalnymi zmianami zasad, które legły u podstaw ustroju postrewolucyjnego Iranu. Wykluczając możliwość pokojowej rewizji tych podwalin państwa irańskiego, zatrzymali przy sobie władzę na lata; jednocześnie jednak stali się bardziej podatni na wszelkiego rodzaju wybuchy społeczne, takie jak choćby te, które doprowadziły do wyniesienia ich do władzy trzy dekady temu".

Ten sam autor informował także o wycofaniu się Mohameda Chatamiego z walki o stanowisko prezydenta. Głównym kandydatem obozu reformatorskiego został bowiem Hosejn Mir Musawi, aktywny uczestnik Rewolucji, który od wielu lat nie uczestniczył już jednak w bieżącej polityce. Musawi nie był oczywiście kandydatem wielkich zmian, a raczej ewolucji systemu, którego był współtwórcą oraz jednym z elementów. Jak pokazały wybory w czerwcu, rządzący żadnej zmiany nie chcieli. Przeciwnego zdania była część społeczeństwa, ale - na dziś - przy władzy nadal mamy tych samych ludzi co przed czerwcowymi wyborami (które powszechnie, nawet w Iranie, uznaje się za sfałszowane).

Dzisiejszym bonusem jest artykuł Macieja Pawłowskiego pt. Cywilna broń Hamasu, w której publicysta Polityki Globalnej dokonał analizy konfliktu zbrojnego o charakterze asymetrycznym, jakim była styczniowa operacja Płynny ołów, podczas której siły izraelskie zaatakowały Strefę Gazy. Autor skupia się na wykorzystaniu cywilów w trakcie walk przez Hamas oraz praktyce wojsk izraelskich, które także nie mają czystych rąk w kwestii poszanowania życia cywilów.

Jeśli jakieś wydarzenia marcowe szczególnie zapadły Wam w pamięć, podzielcie się refleksjami w komentarzach.

Piotr Wołejko

poniedziałek, 28 grudnia 2009

Druga część podsumowania 2009 roku z Dyplomacją przeniesie Was, Drodzy Czytelnicy, do Ameryki Łacińskiej, regionu pełnego słońca, pięknych kobiet i karteli narkotykowych. Właśnie tym ostatnim poświęciliśmy w lutym br. sporo uwagi.Podsumowując miesiąc po miesiącu, oprócz własnego bloga, będę korzystał z artykułów opublikowanych na portalu Polityka Globalna.

Przenosimy się więc z Europy i Bliskiego Wschodu, gdzie gościliśmy w styczniu, do Meksyku. Zajmiemy się także kryzysem finansowym, z którym walczono głównie pompując w gospodarki pożyczone pieniądze. Na koniec także refleksja nad bezpieczeństwem, także tym w sieci oraz pytanie, czy nie zagraża nam dyktatura sędziów? Zapraszam do przeniesienia się w czasie:

1. Wojny narkotykowe w Meksyku

Wszystko zaczęło się od zwycięstwa centro-prawicowego Felipe Calderona w wyborach prezydenckich w 2006 roku. Nowy prezydent postanowił rozprawić się z kartelami narkotykowymi, które utworzyły swoiste państwo w państwie. Przekupiona policja i inne służby bardziej chroniły mafię niż ją zwalczały, przemyt narkotyków do USA kwit, a zyski były liczone w miliardach dolarów. Calderon poszedł na wojnę z baronami narkotykowymi, a do walki wysłał nie tylko nowo-sformowane oddziały policji, ale także wojsko. Tymczasowa operacja armii okazała się długotrwałą wojną, trwającą do dziś. Wojną brutalną, bez żadnych zasad.

"Już w 2006 r. Calderon wysłał 36 tys. żołnierzy mających wspomóc policję federalną." - pisał w Polityce Globalnej Maciej Pawłowski (Meksykańskie narkowojny). Wtórował mu Michał Staniul (Meksyk krwawi, lecz nie pada na kolana): "Pierwsze miesiące kampanii zaczęły przynosić sukcesy. Jednak zdecydowana postawa rządu wywoła brutalną odpowiedź ze strony świata przestępczego. Konflikt cały czas wzbiera na sile, walki ogarnęły większą część z 32 meksykańskich stanów. Od grudnia 2006 roku śmierć poniosło ponad 9 tysięcy osób, z czego już ponad tysiąc w 2009 roku. Blisko tysiąc z dotychczasowych ofiar to policjanci".

"Bandyci zajmujący się szmuglowaniem narkotyków przez granicę meksykańsko-amerykańską znaleźli nowy sposób na walkę z policją. "Włamują się" na policyjne fale radiowe i, przy podkładzie muzycznym, ogłaszają nazwiska policjantów, którzy wkrótce zginą. Wskazani stróże porządku nie mają większych szans na przeżycie, zazwyczaj po kilku godzinach są już martwi.  "Nikt nie może im pomóc", powiedział jeden z oficerów. Tak dantejskie sceny mają miejsce w Tijuanie, meksykańskim mieście położonym zaledwie 20 kilometrów od San Diego." - pisałem 10 lutego we wpisie Przerywamy audycję - zginiesz następny!

Sukcesu w walce z kartelami nie udało się osiągnąć do dziś. "Dwuletnia "ofensywa" rządu przynosi jak na razie efekty odwrotne od zamierzonych. Wydaje się, że przestępcy nigdy nie byli tak silni i zdeterminowani. Policja jest zbyt słabo opłacana i wyszkolona, a także skorumpowana, żeby poradzić sobie z kartelami.Wojsko, jak pisałem wyżej, nie jest odpowiedzią." - to kolejny cytat z przywołanego w powyższym akapicie artykułu.

Jak słusznie zauważa Michał Staniul, piłka jest po stronie Stanów Zjednoczonych. Maciej Pawłowski pisze, że "władze federalne Stanów Zjednoczonych donoszą o zwiększonej działalności meksykańskich karteli narkotykowych na własnym terytorium. Dlatego oczywistym jest, że jeżeli USA nie będzie reagował na problemy swojego sąsiada, to prędzej czy później południowoamerykańskie narkomafie będą regularnie działać i funkcjonować na terytorium Stanów. Jak do tej pory, sąsiad Meksyku ogranicza się głównie do symbolicznej pomocy w postaci pochlebnych raportów dla działalności ekipy Calderona. Meksykanie nieustannie apelują o większe wsparcie logistyczne i finansowe (szczególnie to drugie)."

Trudno nie zgodzić się z konkluzją Michała Staniula: "Jeśli administracja Obamy nie podejdzie rozsądniej do problemu walki z narkotykami, meksykańska ofiara pójdzie na marne. Kartele, mimo że osłabione, będą dobrze funkcjonować i przyciągać nowych członków (...) Czym dłużej będzie to trwać, tym gorzej – liczba ofiar będzie się zwiększać, przywództwo w gangach obejmą zdemoralizowani sicarios, a rząd Calderona straci poparcie. Jeżeli Amerykanie nie przestaną konsumować tak wielkich ilości narkotyków, ,,guerras contra el narcotráfico” nigdy nie przestaną niszczyć Ameryki Łacińskiej."

2. Kryzys finansowy - lekarstwo gorsze od choroby?

Wysoką cenę za ekscesy instytucji finansowych płaci Wielka Brytania. W obszernym tekście zatytułowanym D jak Depresja Maciej Lewandowski przywołuje obiegowe opinie: "cały naród zmuszony został do płacenia wysokiej ceny (przez najbliższe kilkanaście, a może nawet kilkadziesiąt lat) za błędy popełniane przez finansową elitę, w imię irracjonalnego powiększania jej zysków". Lewandowski powołuje się na brytyjski The Telegraph, wedle którego "już w kwietniu 2005 roku grupy dobrze poinformowanych managerów sektora bankowego wiedziały o zbliżającym się krachu".

Pomysłem na ratowanie instytucji finansowych było pompowanie w nie publicznych pieniędzy, udzielanie gwarancji czy przejmowanie tzw. "toksycznych aktywów" przez skarb państwa. Amerykanie i Brytyjczycy rzucili się do ratowania własnych banków i innych instytucji z sektora finansowego, przygotowując ogromne pakiety ratunkowe (USA) lub wykupując udziały, często większościowe, w chwiejących się w posadach instytucjach, czyli po prostu przeprowadzając ich nacjonalizację. "Znacjonalizowano w ten sposób, w dużych częściach, między innymi dwa ogromne banki brytyjskie, Royal Bank of Scotland i Lloyds" - pisze publicysta Polityki Globalnej.

Walka z kryzysem w gospodarce polegała natomiast na przygotowywaniu ogromnych planów "pobudzających", tzw.stimulusów. Powszechną manię wydawania pieniędzy,których się nie posiada skomentowałem w tekście z 6 lutego (Fatalne rozwiązania) następująco: "Sięgając po znaną wypowiedź byłego prezydenta Francji Jacquesa Chiraca, entuzjaści pompowania pieniędzy publicznych w gospodarkę "nie skorzystali z okazji, żeby siedzieć cicho". W zdecydowanej większości przypadków rządy wydają bowiem pieniądze, których nie mają. Przoduje w tym Ameryka, która po przygotowaniu pakietu stymulującego dla banków i instytucji finansowych (wartego 700 mld dolarów, w rzeczywistości być może i trzy razy tyle) jest na finiszu prac nad kolejnym pakietem, tym razem wartym ok. 800-900 miliardów. Tym samym w kilka miesięcy Waszyngton zapożyczy się na astronomiczną sumę przynajmniej 1,5 biliona dolarów."

Trudno bowiem uznać za cudowne lekarstwo, które było przyczyną choroby: "Zadziwiające jest, że pomysłem na walkę z kryzysem, którego praprzyczyną jest zbyt duże zadłużenie, jest jeszcze większe zadłużanie się", komentowałem 25 lutego (Nadszedł czas zapłaty).

3. Bezpieczeństwo - w realu i w sieci

Zgodnie ze swoją wyborczą obietnicą, Barack Obama podjął decyzję o dotyczącą wycofywania sił amerykańskich z Iraku.Jedną z pierwszych decyzji nowego prezydenta komentował w Polityce Globalnej Michał Gąsior (Wizje suwerennego Iraku): "Obecnie nad Eufratem stacjonuje ok. 150 tysięcy żołnierzy amerykańskich. Za półtora roku ma być ich już o 100 tysięcy mniej."

O nowej strategii afgańskiej pisał natomiast Marcin Sawicki: "Generał Petraeus, główny architekt współczesnej militarnej polityki zagranicznej USA twierdzi, że to najdłuższa kampania w wojnie z terrorem (the longest campaign of the long war). Wojskowi jednak twierdzą, że jest ona do wygrania i aby to się udało, należy zwiększyć kontyngent wojskowy w Afganistanie oraz wdrożyć cały zestaw działań o charakterze niewojskowym."

Bezpieczeństwo to jednak nie tylko dziedzina, w której  główną rolę odgrywają żołnierze. Niedługo równie ważni, a może nawet ważniejsi będą informatycy. Wielce interesujący artykuł dotyczący bezpieczeństwa w sieci (Cyberwojny - próba zarysu zjawiska) napisał Maciej Pawłowski. "Być może najbardziej zagrożona powinna czuć się sfera ekonomiczna państw." - pisał Pawłowski, gdyż oprócz destabilizacji systemów informatycznych instytucji publicznych czy prywatnych, atakujący mogą uderzyć w infrastrukturę państwa, np. elektrownie.

Na koniec obiecana odpowiedź na pytanie, czy grozi nam dyktatura sędziów - odsyłam do opisu spotkania z sędzią amerykańskiego Sądu Najwyższego Antoninem Scalią, który krytycznie odniósł się do dominującej w Europie koncepcji interpretacji przepisów. Zdaniem Scalii, "zamiast zmieniać interpretację przepisów, należy po prostu zmienić przepisy".

Jako bonus zaś tekst Anny Dryjańskiej o pierwszej kobiecie w rządzie Królestwa Arabii Saudyjskiej.


Piotr Wołejko

niedziela, 27 grudnia 2009

Koniec każdego roku i początek następnego to tradycyjnie czas podsumowań i ocen. Niektórzy próbują przewidywać przyszłość, zastanawiając się nad wydarzeniami 2010 roku. Wszystko musi mieć ręce i nogi, więc skupmy się na tym, co było. Dzisiaj zaczynamy, wcale nie sentymentalną, podróż przez dobiegający końca 2009 rok. Podsumowując miesiąc po miesiącu, oprócz własnego bloga, będę korzystał z artykułów opublikowanych na portalu Polityka Globalna.

W styczniu br. dominowały trzy tematy, które omówimy w następującej kolejności: inwazja Izraela na Strefę Gazy (operacja Płynny ołów), gazowa wojna Rosji z Ukrainą (i wywołany nią brak ciepła w Europie Środkowej i Południowej), zaprzysiężenie Baracka Obamy na prezydenta Stanów Zjednoczonych (m.in. stojące przed nim wyzwania). Zapraszam do cofnięcia się w czasie:

1. Inwazja Izraela na Strefę Gazy

Przygotowania do izraelskiej operacji Płynny ołów rozpoczęły się jeszcze przed Świętami Bożego Narodzenia w roku 2008. Okres świąteczny to eskalacja przemocy i spora liczba rakiet wystrzeliwanych ze Strefy Gazy przez radykałów, głównie z Hamasu. Dnia 27 grudnia rozpoczęła się inwazja izraelskich sił zbrojnych. W wyniku walk oraz intensywnego ostrzału z powietrza zginęło ponad tysiąc Palestyńczyków, z czego przynajmniej połowę stanowili cywile. Strefa Gazy została w dużej mierze obrócona w pył i proch.W połowie stycznia obie strony ogłosiły zawieszenie broni, a także - a jakże! - swój sukces.

Cytowany przeze mnie we wpisie z 24 stycznia (Kresem jest zniszczenie. Przemoc nie zastąpi dialogu) izraelski pisarz David Grossman na łamach Gazety Wyborczej tak odniósł się do kwestii zwycięstwa Izraela w wojnie z Hamasem: "ostatnia wojna w Gazie jest tylko kolejnym etapem drogi pośród ognia, przemocy i nienawiści. Idąc nią, raz wygrywamy, raz przegrywamy, ale jej ostatecznym kresem jest zniszczenie. Cieszymy się w Izraelu, że tą kampanią odrobiliśmy porażkę w drugiej wojnie libańskiej. A powinniśmy słuchać tych, którzy mówią, że sukces Sił Obronnych Izraela nie jest niezbitym dowodem rozpętania operacji na taką skalę. I z pewnością nie usprawiedliwia metod osiągania celów przez naszą armię. Sukces dowodzi tylko tego, że Izrael jest silniejszy od Hamasu i że w pewnych sytuacjach potrafi zdobyć się na twarde okrucieństwo."

Grossman napisał także: "Kiedy wszyscy ujrzą ogrom zniszczeń i ofiar; może społeczeństwo izraelskie odrzuci na chwilę skomplikowane mechanizmy wsparcia i umacniania wiary we własną nieomylność. Może wreszcie zrozumiemy fundamentalną prawdę - że nasze postępowanie w regionie było od dawna błędne, niemoralne i niemądre. Że raz po raz rozdmuchiwaliśmy spalający nas płomień".

W ciekawy nawiązał do powyższej wypowiedzi Patryk Gorgol we wpisie Strefa Gazy: prosto z mostu o prawie do życia. Napisał: "Po Hamasie, czyli terrorystach, nie spodziewam się niczego dobrego. Innych standardów mogę jednak oczekiwać od państwa prawa. Dlatego jestem rozczarowany, bo rozumiem, dlaczego należy zniszczyć Hamas. Nie popieram jednak metody, bo Żydzi byli świadomi tego, jak duże będą straty ludności palestyńskiej. Izraelczycy dokonali prostego rachunku sumienia i wyszło im, że lepiej by ginęło np. kilkuset cywilnych Palestyńczyków niż kilku cywilnych Żydów. Można w pewien sposób to rozumowanie zrozumieć, bo przecież Izrael musi przede wszystkie bronić swoich obywateli. Tylko, że reakcja jest nieproporcjonalna, a wkalkulowane zabijanie cywilów nikomu chwały nigdy nie przyniesie. Izrael nie walczy już o swoje przetrwanie, a handluje życiem."

Geopolityczną konsekwencją izraelskiej inwazji na Gazę jest ochłodzenie stosunków Izraela z Turcją, drugim najbliższym sojusznikiem Ameryki w regionie. Turecki premier Recep Erdogan w ostry sposób skomentował działania Izraela: "Izrael będzie przeklęty za śmierć dzieci i bezbronnych matek, które zginęły w wyniku bombardowań". Więcej o reakcji Turcji na operację Płynny ołów pisałem 5 stycznia (Turcja a konflikt w Strefie Gazy).

2. Gazowa wojna Rosji z Ukrainą

Po raz kolejny przełom roku umiliło nam przedstawienie pt. "Taniec na rurze". Drugi już raz w krótkim okresie czasu Rosjanie postanowili bowiem pójść z Ukrainą na noże, odcinając dostawy gazu do tego kraju. Tym razem konflikt trwał dłużej niż poprzednio, a brak błękitnego paliwa spowodował paraliż kilku państw (m.in. Słowacji i Bułgarii) w środku mroźnej zimy. Straty poniósł także polski przemysł. Znowu zaskoczona sporem gazowym została Unia Europejska. Wydaje się jednak, że tym razem Rosja przelicytowała, a w Brukseli zrozumiano, że Rosja nie jest taka sympatyczna, jak próbuje się sama przedstawiać.

O ponownie zimnej wojnie pisał w Polityce Globalnej Robert Amsterdam, adwokat Michaiła Chodorkowskiego. Pisał on m.in.: "Bez względu na to, jaki będzie wynik tegorocznej wojny gazowej, powinniśmy z niej już dziś wyciągnąć kilka ważnych wniosków. Rosyjska strategia dzielenia Europy została dopracowana do perfekcji. UE oddała Kremlowi władzę nad nową, przedefiniowaną strefą wpływów".

Sam także zastanawiałem się nad kolejną wojną gazową we wpisie Gazowa Zagwozdka z dn. 7 stycznia. Początek roku pokazał bowiem, że globalny kryzys finansowy poważnie dotknął takiego giganta jak Gazprom: "Kapitalizacja Gazpromu spadła ponad trzykrotnie w ciągu ostatnich miesięcy, a długi spółki sięgają prawie 50 miliardów dolarów."

3. Barack Obama przejmuje władzę

Obama był już znany na wszystkich kontynentach zanim w ogóle odbyły się wybory prezydenckie w Stanach Zjednoczonych. Po dziś dzień jest bardziej popularny na świecie niż we własnym kraju. Jednak koniec kampanii wyborczej to przejście z public relations do realnego rządzenia. Dzień po zaprzysiężeniu pisałem o problemach Obamy w następujący sposób: "Oczekiwania wewnętrzne są ogromne, a zagraniczne niewiele mniejsze. Niektórzy chyba naprawdę uwierzyli w to, że Obama zbawi świat, że rozwiąże problemy, które od lat nie mogą zostać rozwiązane. Kapitał polityczny nowy prezydent ma tak wielki, jak nikt w historii. Skala wyzwań jest wręcz przytłaczająca. Obama nie będzie mógł być wszędzie i nie będzie mógł zajmować się wszystkim. Nie starczy mu na to sił, środków i ludzi. Oczywiste jest, że cała masa spraw zejdzie na dalszy plan, a część zostanie odłożona ad calendas graecas."

Bieżące problemy Obamy to drugi wpis traktujący o początkach prezydentury byłego senatora z Illinois. "W tej chwili uwagę nowego prezydenta skupia głównie kryzys gospodarczy, który każdego dnia zjada dziesiątki tysięcy amerykańskich miejsc pracy. Na Kapitolu trwają gorączkowe przygotowania gigantycznego planu pobudzającego gospodarkę, być może sięgającego nawet 900 miliardów dolarów." - pisałem 30 stycznia br.

Amerykański prezydent nie miał jednak luksusu skupienia się na sprawach wewnętrznych. Od początku musiał zaangażować się także w dyplomację. Uwagi Obamy wymagała chociażby sytuacja na Bliskim Wschodzie po wojence Izraelu z Hamasem. Pozwoliłem sobie wówczas, idąc tropem Johna Mearsheimera i Stephena Walta, wesprzeć propozycję traktowania Izraela jak normalnego państwa.

Dnia 27 stycznia br. napisałem: "Brak jest racjonalnych argumentów uzasadniających niemal bezgraniczne wsparcie udzielane Izraelowi przez USA. Barack Obama, aby wprowadzić prawdziwą zmianę w amerykańskiej polityce zagranicznej musi doprowadzić do znormalizowania relacji na linii Waszyngton-Jerozolima. Nie oznacza to w żadnej mierze zerwania stosunków dyplomatycznych czy gwałtownego odcięcia się od Izraela. Oznacza to tylko - i aż - tyle, że Ameryka przestanie traktować Izrael niczym państwo specjalnej troski, nad którym musi być rozciągnięta specjalnego rodzaju kuratela."

Niestety, przez blisko rok rządów Obama nie pokazał, aby był gotowy twardo postawić się Izraelowi. Lawirowanie, twarde deklaracje i szybkie wycofywanie się z nich i gorący aplauz, gdy Izraelczycy cofnęli się o ćwierć kroku - to wszystko, na co było stać administrację Obamy w 2009 roku.

A jak Wy, Drodzy Czytelnicy, zapamiętaliście styczeń bieżącego roku?

Piotr Wołejko

 
1 , 2 , 3 , 4
Zakładki:
1. Dyplomacja w Sieci
2. Blogi zagraniczne
3. Think-tanki
4. Media zagraniczne
5. Blogi polskie
6. Militaria
7. Periodyki
liczniki
Dyplomacja on Facebook