wtorek, 28 grudnia 2010

Aleksandr Łukaszenka, były dyrektor kołchozu, ponownie wybrany prezydentem Białorusi. W zakończonych przed Bożym Narodzeniem wyborach naród zaufał mu po raz kolejny. Chociaż minister Sikorski powołuje się na dane, wedle których Białorusini Łukaszence nie zaufali i konieczna byłaby druga tura. Zamiast niej rozpędzono brutalnie demonstracje w Mińsku, pobito prawie wszystkich kontrkandydatów Łukaszenki i zamknięto do ciupy przynajmniej kilkaset osób. A prezydent dziękuje Polsce mówiąc, że to, co zrobiła dla Białorusi, nie da się przeliczyć na pieniądze.

Kolejny odcinek tej samej bajki

Tym razem miało być, podobno, inaczej. Dyktator z Mińska, ostatni taki okaz na zachód od Moskwy i Sankt Petersburga, przyzwolił bowiem na delikatną odwilż. Skłócony z Wielkim Bratem z Kremla znalazł ratunek w Brukseli. Unia Europejska obiecała pieniądze, w zamian oczekując demokratyzacji kraju. Powolnej, nie od razu. Łukaszenko mógł zostać prezydentem po niedawnych wyborach. Miał tylko stworzyć pozory bardziej realnej rywalizacji. Mówiąc wprost, musiał odegrać teatrzyk pt. "Z demokracją za pan brat". Bruksela przymknęłaby oko i dokonała przelewu. Kołchoz Białoruś zyskałby prolongatę "małej stabilizacji", którą Łukaszenko zaprowadził w państwie za swoich rządów.

grafikaNie wyszło. Teatrzyk okazał się klapą, a dyktator przyznał sobie osiem z każdych dziesięciu oddanych głosów. Po zakończeniu głosowania spałował oburzonych obywateli protestujących na placach i ulicach stolicy. Z wyborami się nie udało, ale Łukaszenko zaimprowizował inny teatr - spekuluje się, iż za szturmem na parlament stoją prowokatorzy nasłani przez dyktatora. Dzień później prezydent na konferencji prasowej w stylu swojego, dość świeżej daty, przyjaciela Hugo Chaveza z Wenezueli kategorycznie zapowiedział, że żadnego bandytyzmu i burd tolerować nie będzie. A wszystko zostanie osądzone zgodnie z obowiązującym prawem.

Daremny trud

Gdy Harold Pinter, laureat literackiej nagrody Nobla, definiował pojęcie "dżentelmeńskiej umowy" jako "wzajemnego zobowiązania, które łamie się w nadziei, że druga strona go dotrzyma", nie mógł wiedzieć, że jednym z jego pilniejszych uczniów będzie były kierownik odpowiednika polskiego PGR-u. Łukaszenko puszczał oko do UE, ale nie zamierzał jej ustąpić nawet o krok. Czy stać go na wrogość ze strony Rosji i nieprzychylność Unii jednocześnie? Owszem, stać go. Nie dość, że Rosja i UE się do końca nie obrażą, w strachu przed utratą Białorusi na rzecz drugiej strony, to Łukaszenko znalazł sobie przyjaciół i partnerów, którzy wesprą go w trudnych chwilach. Chiny, Wenezuela, Iran etc.

Dyktatury za nic mają zły bądź fatalny stan własnej gospodarki czy ubóstwo obywateli. Niewiele robią sobie z sankcji czy izolacji. Mogą, nawet w paranoiczny sposób, obawiać się interwencji wojskowej, ale taki scenariusz to mało prawdopodobna ostateczność. W dodatku niezwykle kosztowna. Zawsze znajdą się przyjaciele, którzy - mimo negatywnych opinii lub presji innych państw - przełamią izolację, zapewnią pieniądze, surowce czy niezbędne towary. Jedni zrobią to z chęci zysku, inni już podlegają izolacji i nie mają nic do stracenia. Powodów może być wiele.

Polityka jest sztuką osiągania tego, co możliwe do osiągnięcia. Jak w każdej dziedzinie, istnieją obiektywne przeszkody, których nie sposób pokonać albo byłby do tego potrzebny nieproporcjonalnie wielki wysiłek. Może się to nam nie podobać, ale są rzeczy, na które nasz wpływ jest niewielki. Takim przypadkiem jest Białoruś. I nawet jeśli reklamujemy się, jak czyni to minister Sikorski, że jesteśmy głównymi twórcami polityki względem Białorusi, musimy pamiętać o istniejących ograniczeniach. A przede wszystkim nie powinniśmy liczyć na zbyt wiele. Im większe oczekiwania, tym większy zawód, gdy coś nie pójdzie po naszej myśli. Sztuką jest takie określenie celów, by można je było zrealizować.

Piotr Wołejko


grafika: vivirlatino.com

niedziela, 26 grudnia 2010

Mam nadzieję, że Wasze Święta były (jeszcze są) wspaniałe i spędziliście je w miłej atmosferze. Jeśli udało się Wam przy okazji przeczytać artykuły, które poleciłem w wigilijnym wpisie, przynajmniej niektóre z nich, nie oderwaliście się całkowicie od polityki międzynarodowej. Zgodnie z obietnicą ciąg dalszy następuje. Już teraz. Kolejne lektury są dłuższe, od kilku do kilkudziesięciu stron, i traktują o bardziej złożonych problemach. Trudno będzie przeczytać wszystko za jednym "przysiadem". To raczej propozycja na kilka okazji. Czas jednak przejść do rzeczy:

1. Imperial by Design, John Mearsheimer: Jak realista ocenia amerykańską politykę zagraniczną ostatnich lat? Jakie błędy popełniono i co należy zmienić? Wykładnia realizmu od jednego z najprzedniejszych reprezentantów tej teorii stosunków międzynarodowych.

2. Sino-U.S. Competition and U.S. Security: How Do We Assess the Military Balance?, Dan Blumenthal: Rywalizacja amerykańsko-chińska, globalna układanka z Pacyfikiem w tle - czyli tematyka wielokrotnie poruszana na Dyplomacji.

3. Wybór tekstów z National Security Policy Proceedings Vol. 3. Moją uwagę zwróciły artykuły o kolumbijskiej historii sukcesu, relacjach Indii z USA oraz poszukiwaniach właściwej strategii radzenia sobie z Koreą Północną.

4. Washington Post ujawnia kulisy "przepchnięcia" przez Senat ratyfikacji traktatu START.

5. Security in the Indo-Pacific Commons, Michael Auslin: Rywalizacja o bezpieczeństwo na Pacyfiku najpewniej zdominuje XXI stulecie. Warto poznać głównych aktorów tego przedstawienia i ich interesy.

Życzę udanej lektury, zachęcam do komentarzy i zapraszam na Dyplomację, gdzie już wkrótce pojawią się nowe wpisy. Dołączcie także do Dyplomacji na Facebooku, gdzie konwersacja jest łatwiejsza, a każdy może dodać na tablicy znalezione w sieci ciekawe materiały lub poddać jakiś temat pod dyskusję.

Piotr Wołejko

18:44, p.wolejko , Inne
Link Komentarze (2) »
piątek, 24 grudnia 2010

Drodzy Przyjaciele, szanowne Koleżanki i Koledzy Blogerzy, czcigodni Czytelnicy! Życzę Wam pogodnych, radosnych, rodzinnych i spokojnych Świąt Bożego Narodzenia. Niech ten szczególny czas będzie odpoczynkiem od zgiełku i rutyny codzienności, okazją do odzyskania wewnętrznego balansu, szansą na ucieczkę od stresu. Życzę również pomyślności i sukcesów w Nowym Roku. Jakkolwiek banalnie to nie zabrzmi, niech będzie on lepszy niż poprzedni, a przynajmniej nie gorszy od niego. Dziękuję, że jesteście ze mną, odwiedzacie Dyplomację, komentujecie publikowane tu wpisy i dyskutujecie na Dyplomacji na Facebooku. Spotkajmy się tu za rok, przy następnych świątecznych życzeniach.

grafika

Tymczasem nie mogę pozwolić, abyście w Święta całkowicie oderwali się od polityki międzynarodowej. W przerwach od jedzenia i rozmów z najbliższymi możecie poczytać dłuższe teksty traktujące o istotnych problemach. Kontynuując zeszłoroczny zwyczaj serwowania ciekawych artykułów i analiz pragnę polecić Wam kilka lektur, na które warto poświęcić trochę czasu. Dziś część pierwsza. Dyplomacja poleca na Święta co następuje:

1. Case for Restraint, Barry Posen: Polityka zagraniczna USA powinna się diametralnie zmienić. Należy zredefiniować interesy strategiczne, ograniczając ich liczbę i zmuszając sojuszników do istotniejszego zaangażowania. Realizm w czystej postaci.

2. Third Way to Palestine, Robert Danin: Premier Palestinian Authority (tłumaczenie polskie na Autonomię Palestyńską jest błędne i bezsensowne) S. Fayyad modernizuje organizację, którą zarządza. Celem jest przygotowanie do stworzenia Państwa Palestyńskiego w 2011 roku.Uwaga: wymagana bezpłatna rejestracja.

3. The Year of Microterrorism, Fareed Zakaria: Nowy rok może przynieść zmianę strategii terrorystów (głównie islamskich), którzy zamiast wielkich ataków mogą przestawić się na mniejsze, tańsze i wymagające mniej wysiłku operacje, takie jak np. przerobienie drukarek komputerowych w bomby i nadanie ich lotniczym cargo.

4. Assesing Obama's Foreign Policy at Midterm, wywiad z Jamesem Lindsayem: Jak ocenić politykę zagraniczną Obamy na półmetku prezydentury? Główne osiągnięcia i porażki demokraty z Chicago.

5. Khodorkovsky's Verdict and Russia's Future, Leon Aron: Wyrok w sprawie Chodorkowskiego pokaże, który z przywódców Rosji ma większe wpływy. Pokaże też, jaki będzie kurs Rosja obierze w najbliższych latach. Czy dobiega końca "liberalny eksperyment" z Miedwiediewem na Kremlu?

Ciąg dalszy nastąpi. Życzę udanej lektury!

Piotr Wołejko

 

grafika: richardporterwritechatmessage.blogspot.com/

15:02, p.wolejko , Inne
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 20 grudnia 2010

Dwudzieste pierwsze stulecie będzie należało do Azji. Europa i Stany Zjednoczone czeka agonia. Upadek gospodarczy pociągnie za sobą drastyczny spadek wpływów politycznych. Będziemy coraz biedniejsi i uzależnieni od innych. Scenariusz filmu katastroficznego? Nie, skądże znowu. To tylko zyskujący na popularności tok myślenia. Sami wieszczymy sobie najgorsze klęski.

Nowa odsłona plag egipskich

Stany Zjednoczone są potwornie zadłużone i zaangażowane w zbyt wiele spraw na całym świecie. Niechybnie czeka je los starożytnego Rzymu, czyli upadek z przytupem. Może to jeszcze potrwać, nawet bardzo długo, ale trajektoria jest przewidywalna i w zasadzie nieodwracalna. Amerykanie i tak mogą mówić o szczęściu, bo przez czas jakiś im się nie pogorszy. Nie to, co w Europie. Tutaj mamy już prawdziwie stary kontynent. Nieurodzaj demograficzny, skostniałe struktury państwowe, a do tego ta zbiurokratyzowana Unia Europejska. Nic tylko złożyć Europę do sarkofagu i pochować z honorami. Może zwiniemy się na tyle szybko, że nie podbiją nas hordy imigrantów z południa i ze wschodu.

Czy jest dla nas jakiś ratunek? Jeśli uwierzymy w opisaną wyżej wizję przyszłości odpowiedź może być wyłącznie negatywna. Jednak czy jest ona prawdziwa? Można odnieść wrażenie, że zamartwiamy się wszelkimi możliwymi plagami i myślami sprowadzamy je na siebie. Co więcej, nie wierzymy we własne możliwości i przewidujemy najgorszy z możliwych obrót sytuacji. I, być może najważniejsze, zapominamy o rzeczywistości. Czyż nie jesteśmy bowiem najbezpieczniejsi i najbardziej zamożni na świecie? Czy to nie inni przez lata patrzyli na nas jako na wzór i przenosili najlepsze rozwiązania do swoich państw? Nadal zresztą spoglądają, choć i inne regiony mają się czym pochwalić. Nie staliśmy się jednak globalnym zaściankiem. Nie jesteśmy nowym trzecim światem.

Słaba psychika

Przegrywamy w głowach bitwę, której nikt nam zresztą nie wydał. Sami ją sobie wydaliśmy. Wzrost Azji, rozwój Ameryki Południowej czy Afryki, ale jednak przede wszystkim chodzi tutaj o Azję, uznajemy za olbrzymie zagrożenie. Potężny ludnościowo i coraz potężniejszy gospodarczo Wschód ma nas połknąć, a najpierw jeszcze przetrąci nam kręgosłup. Dynamiczny rozwój Azjatów stawiamy w kontraście do schyłku zachodniej cywilizacji. Przegramy demograficznie, gospodarczo, politycznie, a także na polu idei. Wolności obywatelskie, prawa człowieka czy demokracja poniosą klęskę, a wraz z nimi runie nasz system wartości.

Przekonanie o tym, że porażka jest nieunikniona może sprawić, że rzeczywiście czeka nas upadek. W każdej dziedzinie nastawienie psychiczne odgrywa kluczową rolę. Gdy 29 listopada w Gran Derbi Europy spotkały się Barcelona z Realem Madryt, chłopcy Jose Mourinho dostali tęgie lanie nie dlatego, że są gorsi o pięć bramek od Katalończyków, ani nawet dlatego, że The Special Five dobrał złą taktykę. Real przegrał mecz już w szatni, jeszcze przed pierwszym gwizdkiem. Amerykanie także przegrali wojnę wietnamską w głowach, nie na polach bitew.

Zachód wcale się nie zwija, a przyszłość może przynieść wiele pozytywnych wydarzeń. Może, o ile odzyskamy choć trochę pewności siebie, dostrzeżemy własne mocne strony, wyciągniemy wnioski z dotychczasowych doświadczeń i przestaniemy wyolbrzymiać każde niepowodzenie. Kryzys gospodarczy sprzyja negatywnemu nastawieniu. Grecja czy Irlandia są de facto bankrutami, a kilka innych państw może podążyć ich śladem. Protesty w wielu krajach są coraz ostrzejsze i bardziej brutalne. Dolar się sypie, a strefa euro trzeszczy w posadach. Długo by wymieniać.

Koniec czy nie?

Przed Europą i Ameryką wiele wyzwań i trudnych decyzji. Los jest jednak nadal w naszych rękach. A właściwie w naszych głowach. Jeśli uwierzyliśmy w katastroficzną wizję upadku Zachodu, nic już nie da się zrobić. Przepowiednia wypełni się sama. Jednak wcale nie musi. Wzrost Azji może być szansą. Minie wiele dekad, nim kraje azjatyckie dojdą do poziomu rozwoju, którym my cieszymy się już dziś. Na arenie międzynarodowej na pewno nastąpi przegrupowanie sił, ale wątpliwe, by groziła nam kolonizacja czy podbój.

Najważniejsze, by trzeźwo spojrzeć na otaczający nas świat i nie ufać za bardzo w krzykliwe medialne tytuły czy udające debatę publiczną slogany. Spadek znaczenia w skali globu oraz bardziej wymagająca konkurencja gospodarcza nie oznacza upadku. Zanim ostatni zgasi światło i zamknie kram zwany Zachodem warto chociaż pomyśleć, czy są po temu jakieś racjonalne podstawy. Przypuszczam, że wątpię, cytując Bohdana Łazukę.

Piotr Wołejko

czwartek, 09 grudnia 2010

Prezydent Bronisław Komorowski kończy bardzo intensywny tydzień, podczas którego rozmawiał z prezydentami Rosji, Niemiec oraz Stanów Zjednoczonych. W międzyczasie premier Donald Tusk spotkał z niemiecką kanclerz, a następnie z premierem Turcji, co świetnie uzupełniło kalendarz prezydenta. W jednym tygodniu polskie władze miały okazję dyskutować z przywódcami kluczowych państw na globalnej szachownicy.

Rzecz o przewadze dialogu

Rozmowa jest bardzo ważna. W zdecydowanej większości przypadków jest o niebo lepsza od braku rozmowy bądź pseudorozmowy, czyli monologu dwóch stron pozorujących dialog. Rozmowa przewyższa milczenie, choć w znanej maksymie to milczenie jest złotem. Gdy spojrzymy na przecieki serwowane nam od kilku dni przez WikiLeaks, moglibyśmy dojść do wniosku, że dyplomaci powinni byli milczeć. Być może. Jednak w stosunkach międzypaństwowych milczenie nie jest niczym dobrym. Powód milczenia jest przy tym nieważny. Nawet jeśli jednej ze stron wydaje się, że zachowuje się godnie i honorowo.

Sam fakt rozmowy z przedstawicielami głównych światowych potęg ma istotne znaczenie. Mało kto zdaje się to dostrzegać. I doceniać. Rozmowa? Coś zupełnie zwyczajnego. Otóż nie. Gdy spojrzymy kilka lat wstecz przypomnimy sobie, że z rozmową mogą być poważne problemy. A bez rozmowy trudno coś zyskać. Skoro jesteśmy przy zyskach, należy wyrazić ubolewanie nad prostactwem rodzimych mediów. Wiem, atakowanie mediów jest w modzie i łatwo zyskać poklask po retorycznym schłostaniu żurnalistów. Niestety, baty, które zamierzam teraz mediom sprzedać są jak  najbardziej uzasadnione.

Przez cały tydzień słyszeliśmy bowiem dwie wersje tej samej śpiewki. Najpierw zapowiadano przełom i oczekiwano na sukces, a następnie ubolewano nad brakiem przełomu i ogłaszano fiasko. Z tym fiaskiem szczęśliwie to nie wszyscy, ale spora część komentatorów nie odmówiła sobie ostrej krytyki. Natomiast kwestię przełomu poruszali praktycznie wszyscy, jak jeden mąż. Nie wiedzą bowiem, że przełom to może być technologiczny albo naukowy, zaś w polityce raczej można liczyć na postęp. Postęp od przełomu odróżnia się głównie tym, że jest mało efektowny i często rozłożony na wiele etapów. W dyplomacji rzadko następują przełomy, ale postępy zdarzają się już częściej.

Quo vadis Polsko?

Prawa strona sceny komentatorskiej ubolewa także, że niewiele podczas spotkań prezydenta i premiera udało się załatwić. Ba, wyliczają czego nie udało się załatwić. W wielu przypadkach mają rację. Czy to uzasadnia jednak kondominialne widzenie naszego kraju? Czy, raczej przesadna, pompa z okazji wizyty prezydenta Rosji (pierwszej od prawie dekady - a więc ważne wydarzenie, niemal anomalia, jeśli przyjąć stan braku wizyt za normę) odzwierciedla nasze uzależnienie od Wielkiego Brata ze Wschodu? Tak, jak przedstawia to Andrzej Krauze, rysownik "Rzeczpospolitej" na załączonym do niniejszego wpisu obrazku?

grafika

źródło: Andrzej Krauze/rp.pl

Słusznie domagamy się w polskiej polityce zagranicznej konkretów. Słusznie zwracamy uwagę, że polska dyplomacja musi przejść już od etapu poprawy relacji i wizerunku do etapu załatwiania istotnych spraw. Słusznie wzywamy do przedstawienia szerszej strategii, choć raczej złudny jest punkt odniesienia. Kiedyś były nim UE i NATO. Dziś muszą to być wyzwania na o wiele mniejszą skalę, ponieważ nic wielkiego już nie zostało. Paradoksalnie, trudno nam otrząsnąć się po sukcesie, jakim była akcesja do wspomnianych organizacji. Paliwo się wyczerpało, a nie zabraliśmy w drogę rezerwowego kanistra. Teraz szukamy stacji paliwowej.

W relacjach z Rosją, Niemcami i Stanami Zjednoczonymi, z przywódcami których spotkał się prezydent Komorowski, należy postawić na pragmatyzm. Co nie oznacza rezygnacji z interesów narodowych. Wręcz przeciwnie. Mamy realizować nasze interesy, a współpraca z innymi w tym właśnie celu (niezależnie, czy są to Niemcy, Rosja, Chiny czy Turcja) jest najważniejsza. Nie można wybrzydzać na partnera, gdyż - jak mawiali Brytyjczycy - nie ma czegoś takiego jak stali sojusznicy, natomiast interesy są jak najbardziej stałe. Dlatego powinniśmy do maksimum wykorzystać geopolityczny klimat na ocieplenie relacji Zachodu z Rosją, pozostając jednocześnie w kontrze do rosyjskich koncepcji, z którymi się fundamentalnie nie zgadzamy.

Ta nieszczęsna Rosja

Właśnie Rosja przyprawia nas o ból głowy. Wielu pryncypialnie nastawionych polityków i komentatorów uważa, że nie mamy z Moskalami o czym rozmawiać, dopóki... i tutaj następuje cała litania skarg, zażaleń i życzeń. A tak w ogóle, to my mamy sprzeczne interesy w... i tutaj padają nazwy kilku państw (Ukraina, Białoruś, Gruzja, kraje bałtyckie etc.). No i jeszcze nie są demokracją, nie szanują praw człowieka itd. Jednak czy to Polska ma być głównym recenzentem Rosji? Czy to my mamy stanowić przedmurze praw człowieka i nawracać Moskwę? A niby to dlaczego? Że Solidarność? Bez żartów, panie i panowie. To robota przekraczająca nasze zasoby i możliwości. Skoro Europa czy Ameryka tego nie robią, nie ma powodu, żebyśmy je wyręczali.

Dla jednych to cynizm i wyrzeknięcie się zasad i wartości, dla innych zwyczajny realizm. Nie łudzimy się, że od teraz Rosja będzie naszym przyjacielem. Zadajemy się po prostu z Rosją taką, jaka jest. I w miarę możliwości czerpiemy z tego korzyści. Jeśli to oznacza dla kogoś kondominium, jego sprawa. Wypada prosić tylko o to, aby dla obrony swoich twierdzeń nie wycierał sobie gęby Giedroyciem. W imię przyzwoitości. Wracając zaś do przełomów, zamiast nich należy obserwować kolejne małe kroczki. To one bowiem pokażą, czy potrafimy wykorzystać wypracowaną lepszą atmosferę. I z tego trzeba władzę rozliczać.

Piotr Wołejko

 
1 , 2
Zakładki:
1. Dyplomacja w Sieci
2. Blogi zagraniczne
3. Think-tanki
4. Media zagraniczne
5. Blogi polskie
6. Militaria
7. Periodyki
liczniki
Dyplomacja on Facebook