sobota, 31 grudnia 2011

Forma bez treści. Tak wyglądają od blisko dekady wszelkie inicjatywy pokojowe na Bliskim Wschodzie. Czy można mówić o jakimkolwiek progresie, gdy nierozwiązane pozostają podstawowe problemy (granice, kwestie wody, prawo uchodźców do powrotu, status Jerozolimy), a jednocześnie tworzą się nowe, wraz z rozbudową kolejnych osiedli na Zachodnim Brzegu Jordanu? Palestyńczycy są na etapie budowania porozumienia narodowego między umiarkowanym Fatahem prezydenta Abbasa, a radykalnym Hamasem, uznawanym przez Stany Zjednoczone, Izrael i Unię Europejską za organizację terrorystyczną. Izraelczycy z kolei mają stabilną koalicję, która nie chce pokoju, bo rządzi dzięki poparciu elektoratu niezainteresowanego porozumieniem.

grafikaProszę wyobrazić sobie taką sytuację – w  europejsko-amerykańskiej restauracji siedzi Izraelczyk i Palestyńczyk. Obaj – zgodnie – przed wspólną kolacją są optymistami co do jej przebiegu. Opowiadają o swojej otwartości do zapłacenia rachunku, a – w najgorszym przypadku – do podzielania się kosztami. Na koniec, gdy już kolacja została skonsumowana – przez minutę trwa kurtuazyjny cyrk pt. „ja zapłacę”, „nie, może jednak ja”, „ależ nalegam”. Tymczasem jednak żaden z rozmówców nie chce w rzeczywistości płacić i nagle okazuje się, że ... nikt tego rachunku zapłacić nie zamierza – rozpoczyna się awantura. Kto pokryje rachunek? Unia Europejska, Stany Zjednoczone. Po powrocie do domów Izraelczyk i Palestyńczyk opowiadają o tym, że oni chcieli zapłacić większość rachunku, ale ta skąpa druga strona.... Jak się nie bierze portfela na kolację to trudno liczyć na to, że uda się za nią zapłacić.

Nie będzie pokoju bez ustępstw

Czasami najprostsze konstrukcje najlepiej oddają rzeczywistość. Tutaj posłużmy się dwoma banałami. Po pierwsze, aby dojść do porozumienia, wszystkie strony muszą tego chcieć, a po drugie, zawarcie pokoju będzie wymagało niezwykłej odwagi od negocjatorów, ponieważ – niezależnie od okoliczności – będzie to decyzja niepopularna w społeczeństwa, którą opozycja będzie nazywać zdradą narodową (skąd my to znamy?).

Z wolą „deklarowaną” jest całkiem nieźle. Premier Benjamin Netanjahu, a nawet minister Avigdor Lieberman zapewniają, że Izrael chciałby rozmawiać, ale .... nie ma z kim. Nie sposób odmówić im racji w tym miejscu, gdyż podział na Fatah rządzący na Zachodnim Brzegu Jordanu i Hamas panujący w Strefie Gazy uniemożliwia rozmowy, ponieważ strona palestyńska nie jest dostatecznie legitymowana.  Palestyńczycy próbują rozwiązać ten problem przeprowadzając rozmowy „koalicyjne”, ale tutaj znowu wkraczają Izraelczycy mówiąc, że nie zaakceptują pojednania i z rządem wspieranym przez terrorystów negocjować nie będą. I tak w kółko.  Najdobitniej oświadczył to premier Netanjahu zauważając, że Abbas ma do wyboru – albo negocjować z Izraelem albo z Hamasem. Hamas mógłby wejść do gry robiąc trzy rzeczy – (1)  oficjalnie akceptując pozycje negocjacyjną jako granice z roku 1967 (to też stanowisko Fatahu), (2) wstrzymując atak na Izrael, (3) dokonując rewizji Karty Hamasu określającej w dość jednoznaczny sposób postulowany los Izraelczyków.  Spełnienie pierwszych dwóch warunków zapowiedział lider Hamasu, Chaled Meszal. Oznacza to, że Hamas próbuje przejść na pozycję umiarkowaną. Czy Hamas dorośnie do kroku numer trzy czy cofnie się w rozwoju? Odpowie nam na to rok 2012.

Niezbyt rokuje również rząd izraelski, zbudowany na prawicowych i skrajnie prawicowych fundamentów (religijna partia Szas, Nasz Dom Izrael), które nie wyobrażają sobie tego, że Jerozolimą trzeba będzie się podzielić (czego naturalnie nie chce żadna ze stron), a – co najmniej większość – izraelskich osadników będzie się musiała wyprowadzić z Zachodniego Brzegu Jordanu. Netanjahu, bohater osadników, nie tylko nie wstrzymał budowy nowych osiedli, ale jeszcze ją przyspieszył. Pokoju nie będzie, ale Likud może być spokojny o swój wynik wyborczy.

Jedna i druga strona są nieskłonne do oficjalnych ustępstw, bo zapłaciłyby za to słono w polityce wewnętrznej. Zwłaszcza premierowi Netanjahu brakuje odwagi Ariela Szarona. To jak na polskiej scenie politycznej podczas ostatniej kampanii – my mieliśmy debaty na temat debat, a na Bliskim Wschodzie mają negocjacje na temat negocjacji. Kto i co musi zrobić, aby rozpoczęły się rozmowy. Pokój jest tylko dla odważnych, a tych brakuje.

Co może zmienić sytuację na Bliskim Wschodzie?

Diagnoza jest więc brutalna – jeżeli nie dojdzie do zmian w postawie jednej i drugiej strony – pokoju nie będzie. Wzajemne zrozumienie, podobnie jak zaufanie, jest obecnie zerowe.

Co jednak mogło by zmienić rozgrywkę?

  1. odważna polityka Baracka Obamy wobec Izraela – albo zaczniecie poważnie rozmawiać, albo będziemy obcinać fundusze – bardzo mało prawdopodobne ze względu na Republikanów wspierających jeszcze mocniej Izrael oraz przyszłoroczne wybory prezydenckie
  2. analogiczna groźba UE, Stanów Zjednoczonych i sponsorów arabskich wobec Palestyńczyków – ten punkt w przypadku dojścia do skutku punktu numer 1;
  3. zmiana koalicji w Izraelu – Kadima wchodzi na miejsce Szasu i Naszego Domu Izrael;
  4. Hamas wyrzekający się terroryzmu i zmieniający swoją Kartę;
  5. uświadomienie sobie przez Izrael, że środowisko międzynarodowe zmienia się na jego niekorzyść – protesty w Syrii, Egipt, zdecydowana Turcja.

Nawet przy spełnieniu wszystkich tych warunków ciężko zagwarantować pokój. Na pewno jednak byłyby katalizatorem zmartwychwstania procesu pokojowego.

Tymczasem najlepsze życzenia dla Piotra z okazji 5-lecia jego bloga Dyplomacja!

Patryk Gorgol

 

Bloger i publicysta piszący o sprawach międzynarodowych, student prawa i stosunków międzynarodowych na Uniwersytecie Warszawskim, prezes Interdyscyplinarnego Koła Naukowego Dyplomacji i Prawa. Autor bloga Kącik Dyplomatyczny.

 

grafika: ethicalcomment.wordpress.com

wtorek, 27 grudnia 2011

Trzeciego stycznia konwencja republikanów w Iowie rozpocznie wyłanianie kandydata, który zmierzy się w listopadzie z Barackiem Obamą. Przypomnijmy: w 2010 r. GOP wygrała wybory do Kongresu, a ruch Tea Party dał populistycznego wigoru ugrupowaniu kojarzonemu do tej pory z wielkim biznesem i establishmentem w Waszyngtonie. Czy dzięki temu kandydat partii, na której już nie ciążą wojny George’a W. Busha i kryzys z 2008 r. ma szansę na zwycięstwo?

Nie. Co więcej – uważam, że perspektywa zdobycia Białego Domu przed republikanina jest nawet odleglejsza niż cztery lata temu. Partia Republikańska coraz bardziej bowiem przypomina ugrupowanie dowodzone w Polsce przez Jarosława Kaczyńskiego – we własnej niszy mogące liczyć na dozgonną wierność, natomiast coraz bardziej obce dla reszty wyborców.

W 2008 r. John McCain, mimo Sary Palin u boku, był kandydatem dalekim od konserwatywnej ortodoksji. Teraz, wykluczając jakiś sensacyjny powrót, z trójki kandydatów liczących się w sondażach dwójka przytula się do prawej ściany jak może. Newt Gingrich i Ron Paul z pewnością są atrakcyjni dla wyraziście republikańskiego elektoratu – ale czy ortodoksyjny konserwatysta z bagażem zdrad i rozwodów bądź 76-letni libertarianin pociągną za sobą masy? Mitt Romney, jedyny z faworytów trójki mający coś wspólnego z elektoratem środka, jest natomiast bez pardonu atakowany przez samych republikanów, zarzucających mu chwiejne poglądy i przynależność do zepsutego politycznego establishmentu.

Przebieg kampanii

Jak będzie wyglądać sama kampania? Kandydat republikanów, niezależnie, kto nim zostanie, będzie wytykał Obamie, że jego administracja nie przyniosła wybawienia od kryzysu. Wskaże na wciąż wysokie bezrobocie, marne wyniki produkcji przemysłowej i wezwie do cofnięcia reformy ubezpieczeń zdrowotnych, która – jego zdaniem – wysysa pieniądze z budżetu i nie przyniosła poprawy stanu zdrowia Amerykanów. Ale prezydent może w tych sprawach się bronić, a nawet atakować konkurencję.

grafikaChoć gospodarce USA wciąż daleko jest do powrotu do dobrej formy, obecna administracja daleka jest od socjalistycznych eksperymentów o jakie była oskarżana. Co więcej, to republikanie w ostatnim czasie wychodzą na oszołomów, których ekonomiczne doktrynerstwo zagraża portfelom zwykłych Amerykanów. Przykładem była awantura o payroll tax cut – przedłużenie ulgi w podatkach od wynagrodzeń, co forsował Obama, a na co w imię bilansowania budżetu nie chciała się zgodzić republikańska Izba Reprezentantów. Biały Dom wytoczył propagandowe działa, pytając na Twitterze, co dla zwykłych ludzi oznaczać będzie utrata 40 dolarów miesięcznie (bo tyle na uporze republikanów miała stracić przeciętnie zarabiająca rodzina). Odzew był ogromny, republikanie w Kongresie w końcu ulegli, a Obama wyszedł z sytuacji w glorii polityka, który chce obniżać podatki. Czego chcieć więcej?

Obecny prezydent USA może też bronić się uspokojeniem polityki zagranicznej. W ostatnich latach Stany Zjednoczone nie rozpętały żadnej awantury międzynarodowej, a przeciwnie – dokończyły sprawy rozpoczęte przez George’a W. Busha. To za rządów Obamy komandosi zabili Osamę bin Ladena, a ostatni żołnierze wyszli z Iraku (choć rząd w Bagdadzie będzie mógł liczyć na dyskretną pomoc jeszcze pewnie przez jakiś czas). Ostatnia większa kampania z udziałem wojsk Zachodu, czyli wojna w Libii, została przeprowadzona głównie przy udziale Wielkiej Brytanii i Francji, a Obama nie musiał się tłumaczyć z wysłania wojsk na drugi koniec świata, by okupować kraj ze złożami ropy.

Obama 2016

Dlatego, wykluczając scenariusz nagłego załamania gospodarki lub kryzysu międzynarodowego, Amerykanie w listopadzie, z zaciśniętymi zębami, ale jednak znowu wybiorą  czarnoskórego prezydenta. Kampanię będzie się jak zwykle miło oglądało, lecz sensacji nie będzie.

Maciej Józefowicz

 

Członek ekipy bloga USA2008, opisującej poprzednią kampanię prezydencką w Stanach Zjednoczonych

 

grafika: journeymagonline.com

sobota, 24 grudnia 2011

Drodzy Czytelnicy! Szczęśliwie dobrnęliśmy do najpiękniejszego czasu w roku, jakim są Święta Bożego Narodzenia. Już piąty raz mam przyjemność składać Wam z tej okazji życzenia i mam nadzieję, że spotkamy się tutaj również w przyszłym roku!

Życzę Wam pogodnych, radosnych, ciepłych, rodzinnych i spokojnych Świąt. Niech będzie to czas spotkań z najbliższymi, licznych rozmów, lecz również wytchnienia i refleksji. Życie wokół nas pędzi jak szalone, a wydarzenia uznawane dziś za ważne i warte zapamiętania szybko zacierają się w pamięci, gdyż ich miejsce zajmują kolejne, jeszcze ważniejsze. W tym zglobalizowanym świecie jesteśmy bombardowani informacjami, nawet jeśli nałożymy specjalne filtry, by odseparować ziarno od plew (co czynię na tym blogu oraz na Dyplomacji na Facebooku).

grafikaźródło: Wikimedia Commons

W związku z tym, chciałbym Wam życzyć również dużo zdrowia, energii, sił, determinacji i ambicji, aby rok 2012 był pomyślny i udany. Spełnijcie swoje plany, dajcie radę wyzwaniom, pokonajcie problemy, spełniajcie marzenia. Róbcie to, co sprawia Wam radość i nie pozwólcie, by ktokolwiek bądź cokolwiek sprawiło, że przestaniecie się uśmiechać.

W okresie świąteczno-noworocznym możecie się spodziewać kontynuacji celebrowania 5. urodzin bloga i kolejnych gościnnych występów zaproszonych przeze mnie autorów. To na pewno, a czy uda się zrobić coś więcej, niech pozostanie tajemnicą.

Piotr Wołejko

14:46, p.wolejko , Inne
Link Dodaj komentarz »
piątek, 23 grudnia 2011

Przy okazji wydarzeń związanych z „Arabską Wiosną Ludów” wielokrotnie podkreślano znaczenie social media dla jej przebiegu. To właśnie one pozwalały masom ludzi zorganizować protesty za pomocą facebookowych eventów, czy twitterowych hash tagów. Specjaliści branży cyfrowej zachwycali się, że oto epoka Web 3.0, nowa era aplikacji społecznościowych na naszych smartfonach ostatecznie zapędziła blogi i opozycyjne serwisy internetowe do grobu. Wkrótce okazało się jednak, że społecznościowa masa potrzebuje liderów.

grafikaWspomniane wydarzenia wpłynęły na zachowanie autorytarnych władz wielu krajów, które postanowiły Internetu się pozbyć. Okres cyfrowych zamachów stanu był zresztą dość epizodyczny od Twitterowej Rewolucji w Mołdowie (2009) do obalenia Mubaraka minęły zaledwie dwa lata. Masowe hakerskie ataki na serwisy rosyjskie podczas wyborów do Dumy, szerzenie dezinformacji poprzez agentów wykorzystujących social media, czy – tak jak obecnie w Kazachstanie – pospolite wyłączenie sieci, pokazały nam ważną rzecz. Reżimy dostosowały się do nowej sytuacji i jak zauważyła część uczestników protestów białoruskich: „rewolucja online musi stać się także rewolucją offline”.

Zryw w „realu” potrzebuje swoich liderów i akurat w tym przypadku social media okazują się bezskuteczne. Doskonale widać to na przykładzie rosyjskim, gdzie pierwszym ruchem Kremla było zatrzymanie arcyblogera Aleksieja Navalnego. Bez obdarzonych autorytetem i poczytnych blogerów – Web 3.0. okazuje się nieskutecznym narzędziem, które szybko wypala entuzjazm tłumu. Po wyborach do Dumy na Placu Błotnym protestowało według obliczeń protestujących 40 tys. ludzi, dziś są to 2 tys. ludzi. Do czego zmierzam?

Wielu e-specjalistów wieściło zmierzch blogów kosztem Facebooka, Google+, czy Twittera. Tymczasem okazuje się, że w realiach manipulacji otwartym źródłem informacji, lub też jego paraliżu (ataki hakerskie) i odcięcia (Kazachstan), to właśnie blogerzy obdarzeni autorytetem i zaufaniem mogą przeistoczyć się w liderów społecznych.

Wydaje mi się, że wbrew lansowanym trendom w blogach nadal drzemie niewykorzystany potencjał, który od 5 lat odkrywa Piotr Wołejko. Pisząc ten tekst chciałem wyrazić mu wdzięczność za naszą owocną współpracę i mój debiut… To właśnie w Polityce Globalnej, której współtwórcą jest autor Dyplomacji opublikowałem swój pierwszy tekst.

Piotr A. Maciążek



Ekspert ds. państw WNP, redaktor naczelny portalu Polityka Wschodnia, analityk Instytutu Jagiellońskiego oraz Fundacji Aleksandra Kwaśniewskiego Amicus Europae

 

grafika: jaelcustomdesigns.com

czwartek, 22 grudnia 2011

Dziś w ramach świętowania 5. urodzin Dyplomacji materiał zupełnie inne niż wszystkie - fotoreportaż autorstwa przyjaciółki po fachu Magdaleny Chodownik poświęcony nostalgii po dawnych dobrych czasach Jugosławii...

Za rozpad Jugosławii i tragiczny przebieg wojen na półwyspie bałkańskim w dużej mierze obwinia się propagandę*. Przez lata żyjący we wspólnocie zwanej Jugosławią ludziom, zaczęto wskazywać tych "innych", "obcych" a w efekcie "wrogów". Chorwat przestał być rodakiem Serba, Serb Bośniaka czy Słoweńca. Powstał kocioł bałkański pełen uprzedzeń, wrogości i granic (tych formalnych i nieformalnych). Powstałe na skutek rozpadu Jugosławii państwa, miały być "czyste rasowo". Zaczęło się więc rozdzielanie ludzi i terytoriów...

I choć wielu poszło śladem propagandy i wtórowało nagonkom, a nacjonalizm na terytorium byłej Jugosławii przybierał często bardzo skraje formy, to z drugiej strony rozkwitła też „jugonostalgia”. Początkowo pogardliwa kombinacja „Jugosławii” i „nostalgii”, określająca nostalgiczny stosunek do Titolandu (jak również określa się Jugosławię) dziś stała się modna. Coraz więcej mieszkańców półwyspu bałkańskiego z szacunkiem i sentymentem wspomina rządy Tito, ale też (a może przede wszystkim) poczucie bezpieczeństwa i spokój jakie gwarantował im poprzedni system.

Z początku „jugonostalgów” można było odnaleźć tej części populacji, która wychowała się w Jugosławii. W latach '90 tęskniący za Jugosławią stanowili ok. 5 proc ludności. Ci, mimo rozpadu Titolandu, wciąż nazywali siebie Jugosłowianami. Zazwyczaj pochodzili z mieszanych rodzin. Ich stosunek do nowej rzeczywistości był więc w pewien sposób zrozumiały bo jak mając matkę z Bośni, ojca z Serbii i mieszkając z żoną z Czarnogóry w Chorwacji można jednoznacznie określić przynależność do jednej tylko narodowości? Ciężko.

Jugonostalgia to także wyraz tęsknoty za pewnym porządkiem i atmosferą, której dziś sąsiadującym krajom brakuje. Wszystkie kraje półwyspu bałkańskiego słyną, nie bez powodu, z ogromnej gościnności, serdeczności i poczucia humoru. Tęskniący za Jugosławią ludzie to także ci, którzy mimo propagandy i wojen nie czują nienawiści do swoich byłych rodaków. Wciąż podają sobie ręce, rozmawiają bez zgrzytów i wspólnie upijają się rakiją.

Z czasem do "jugonostalgów" zaczęły dołączać kolejne grupy społeczne. Przyłączyła się część pokolenia "dzieci wojny", które słusznie konflikt obarcza odpowiedzialnością nie tylko za stracone dzieciństwo ale też i bardzo trudny start w życiu, a także gro ludzi niezadowolonych z obecnej sytuacji polityczno-gospodarczej krajów byłej Jugosławii. Ci ostatni, poprzedni system widzą jako bezpieczny ekonomicznie, w którym problem bezrobocia nie istniał a praca wynagradzana była w sposób gwarantujący spokojne życie.

Wraz z rozkwitem „jugonostalgii”, kwitnie także kult wodza Josipa Broza Tito. Dziś stragany i sklepy z pamiątkami pełne są jego portretów widniejących na wszelkich możliwych gadżetach: od monet przez czapki i koszulki po zapalniczki. Powstają także istne „miejsca kultu” - jedne realnie, inne wirtualnie - Titoslavije, Jugolandy i inne YU-krainy, na których czele stoi „wciąż żywy” Tito (niektórzy naprawdę wierzą, że Tito wcale nie umarł), które zrzeszać mają jugonostalgów oraz komunistów a także mają być miejscem, gdzie świętuje się najważniejsze dla Jugosławii daty.

Takie miejsca znajdziemy w prawie każdym z krajów byłej Jugosławii. Jednym z nich jest właśnie serbski Jugoland, założony przez Blaško Gabrić'a . Ów mężczyzna, biznesmen spędził za granicą kilka lat. Po powrocie na matczyną ziemię, jak wnioskuję, nie mógł pogodzić się z odejściem ojca (w tej roli Tito), rozpadem Jugosławii i zmianami jakie nastąpiły. Stworzył więc na własnej ziemi swój własny Jugoland, gdzie stoi pomnik Tita, gdzie jest ulica nazwana jego imieniem, gdzie znajduje się galeria poświęcona „szczęściu utraconemu”...

grafikaAleja Broza Tita i Bulwar Blaško Gabrić'a w serbskim Jugolandzie. Fot. Magdalena Chodownik

grafikaGaleria poświęcona Tito. Fot. Magdalena Chodownik

grafikaBiuro Blaško Gabrić'a. Na krzesłach rozwieszone są flagi Jugosławii. Fot. Magdalena Chodownik

grafikaZegarek stojący na biurku Blaško Gabrić'a. Fot. Magdalena Chodownik

grafikaTablica ustawiona przy wejściu do Jugolandu. Obok powiewa flaga Jugosławii. Fot. Magdalena Chodownik

*Przyczyn konfliktu oczywiście nie da się ująć tak prosto, jednak jest to temat na zupełnie inny materiał.

 

Magdalena Chodownik

Kobieta Renesansu, freelancerka, autorka artykułów, reportaży i fotoreportaży. Interesuje się krajami Azji Południowo-Wschodniej. Ciągle w podróży.

20:31, p.wolejko , Europa
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4
Zakładki:
1. Dyplomacja w Sieci
2. Blogi zagraniczne
3. Think-tanki
4. Media zagraniczne
5. Blogi polskie
6. Militaria
7. Periodyki
liczniki
Dyplomacja on Facebook