niedziela, 30 grudnia 2012

Wyśmiewana, a co najmniej traktowana z przymrużeniem oka, Europejska Służba Działań Zewnętrznych baronessy Ashton, w praktyce rodzi sobie całkiem nieźle. Dobrym przykładem są relację z Rosją, w szczególności na tle niedawnego szczytu Unia – Rosja. I wcale nie mam na myśli bliskiej nam kwestii wraku Tupolewa. Przedświąteczny szczyt, który w Polsce zaistniał medialnie jedynie dzięki części agendy spotkania - pod nazwą Any Other Business, co można przetłumaczyć jako sprawy różne - nie był specjalnie przełomowy, ale dobrze pokazuje stan relacji pomiędzy Unią a Moskwą.

Obraz tych relacji jest nieco inny niż ten kreowany w naszym kraju. Dominującym przekazem w Polsce są lamenty nad naiwnymi Europejczykami, którzy w niewyjaśniony sposób (a raczej po kilku wspólnych wizytach z rosyjskimi premierami/prezydentami na bani w bani), dają się zwodzić chytrym Rosjanom. Co gorsza, wcale nie chcą się słuchać rad bardziej doświadczonych kolegów znad Wisły. Realia są zdecydowane bardziej prozaiczne, co udało mi się nawet dostrzec w polskiej prasie, choć moją radość burzy użycie w tym tekście czasu przyszłego zamiast przeszłego, bo opisywany bój właśnie się skończył.

Unia ogrywa Rosję

Nikt nie ma wątpliwości, że przegranym w tym boju jest Moskwa, a porażka nie dotyczy jedynie kwestii energetycznych. Brzmi to zadziwiająco dla polskiego czytelnika, ale w relacjach Bruksela-Moskwa dominującym podmiotem jest stolica Belgii.

Europa pozwala budować Gazpromowi gazociągi gdzie i jak sobie życzy, nie pozwala jednak na swobodę kształtowania cen gazu. Europejczycy bezceremonialnie wykorzystali zmianę koniunktury na rynku gazu zmuszając Gazprom do obniżki cen. Sukces ten dotarł i do nas (co było szeroko komentowane) dotyczył jednak całego biznesu Gazpromu w Europie – co dość dobrze podsumowano na blogu.

Warto podkreślić, że w końcowym momencie tych negocjacji rzucono do walki unijną biurokrację, która okazała się dość skuteczna. Już we wrześniu Gazprom poinformował, że spełni wszystkie wymogi prawa unijnego.

Niestety, w zasadzie tylko ten fragment relacji na linii Moskwa-Bruksela przebił się do naszych mediów. Sama obniżka ceny nie jest wielkim sukcesem. Nawet uzyskanie jej w czasie minionych wojen gazowych, tj. na początku zimy i sezonu grzewczego, nie jest jakimś specjalnym newsem. Prawdziwym sukcesem strony unijnej jest to, że Moskwa właściwie nie  dostała nic w zamian.

Ani po prośbie, ani po groźbie

Najważniejszym postulatem Moskwy były ułatwienia wizowe dla Rosjan odwiedzających Unię. Putin został jednak potraktowany dość brutalnie. Przewodniczący Barroso zamiast umowy o ruchu bezwizowym przywiózł na spotkanie trochę danych statystycznych, tradycyjnie zaprosił rosyjskie firmy do działania na wspólnym rynku, ale na brukselskich warunkach. Prezydentowi Federacji Rosyjskiej pozostała na szczycie rola godna statysty, czyli czytanie na spotkaniu porozumienia o współpracy z 1990 roku.

grafikaRelacje wcale nie są tak przyjacielskie, jak na załączonym obrazku (źródło: http://ec.europa.eu)

Krótka powtórka z historii nie zrobiła na unijnych dyplomatach większego wrażenia. Nie zrobiły też, uprzednio artykułowane, groźby wypowiadane przez Moskwę wprost. Większą ofiarnością niż urzędnicy unijni wykazały się aktywistki Femenu, prezentując swoje wdzięki podczas szczytu. Brak porozumienia wizowego ma bardziej znaczenie ekonomiczne niż polityczne. Moskwa bardzo liczy na medialny (i gospodarczy) sukces olimpiady w Soczi w 2014 roku. Reżim wizowy na granicy z Unią skutecznie zmniejszy nie tylko rozmiar igrzysk, ale i wpływy z tej imprezy, na które liczy rosyjski budżet.

Nie jest to jedyny prztyczek w nos, jaki sprzedano Moskwie w ostatnim czasie. Okazało się bowiem, iż Unia niezbyt chętnie widzi udział Rosji w ratowaniu strefy euro. Oczywiście mile widziane są pieniądze, ale na Brukselskich warunkach. Warto podkreślić, iż Cypr bardzo liczył na rosyjską pożyczkę. Nie chodziło jedynie o pieniądze, a o możliwość wynegocjowania lepszych warunków pomocowych z Brukseli.  Okazało się to ułudą, bo główny donator pomocy w ramach eurogrupy – Niemcy - szybko wykorzystał brutalną argumentację, a 21 grudnia ustalono, że Rosja może pożyczyć Nikozji pieniądze, lecz najpierw musi wcześniej ustalić warunki pożyczki z Unią czyli z… Berlinem.

Z punktu widzenia Putina, spotkanie z baronessą Ashton było dość upokarzającą porażką, bo nie dano Rosji w zasadzie nic, biorąc co się chce, a korekty cenowe dostarczonego już gazu (!) to kilkanaście miliardów euro mniej w rosyjskich kieszeniach.

Słaba Rosja

Czy można uznać to spotkanie za coś wyjątkowego w relacjach na linii Bruksela–Moskwa? Raczej nie. Jest to klasyczny business as usual. Relacje te są bowiem nierównoprawne w obszarze gospodarczym z bardzo prozaicznej przyczyny - Rosja ma, w porównaniu do całej Unii, niewielką gospodarkę i mało do zaoferowania. Stąd po drugiej stronie skłonność do ustępstw jest niewielka.

Brutalizując zagadnienie można powiedzieć, że Rosja nie ma za bardzo czym przyłożyć Unii jako całości. W pewnym sensie jest nawet w gorszej sytuacji niż kraje arabskie, które przynajmniej raz zakręciły Zachodowi kurek z ropą. Zakręcenie kurka z gazem jest trudne do wykonania z technicznego punktu widzenia, a do tego szybko doprowadziłoby do bankructwa Rosji.

Silna Unia

Wyraźnie widać tutaj użyteczność projektu europejskiego, który zwielokrotnia siłę uczestniczących w nim państw. Gdyby z Putinem spotykała się np. Kanclerz Merkel „pod flagą” Bundesrepubliki, zapewne wynegocjowałaby podobne rabaty na gaz, ale koszt tych rabatów byłby większy. Moskwa musiałaby dostać coś w zamian. Być może ułatwienia wizowe, a może preferencyjne traktowanie Gazpromu - co stanowiłoby groźny precedens nawet dla Niemiec. Morał dla mniejszych graczy jest taki, że czasami można coś dostać z pańskiego (negocjacyjnego) stołu (vide tańszy gaz), a sporadycznie i coś na niego wrzucić.

Problem polega na tym, że na stole stojącym pomiędzy kluczowymi graczami naszego świata akceptuje się „wrzutki” o wartości adekwatnej do politycznej wagi zasiadających przy nim graczy. 

Marek Bełdzikowski, Czytelnik bloga Dyplomacja

sobota, 29 grudnia 2012

Za wcześnie skreśliłem Shinzo Abe, konserwatywnego polityka z japońskiej Partii Liberalno-Demokratycznej  (LDP), gdy we wrześniu 2007 roku zrezygnował, po 365 dniach, z funkcji szefa rządu Cesarstwa Japonii. Jego rządy to czas chaosu, skandali, dymisji i - na koniec - problemów zdrowotnych, które zmusiły go do rezygnacji. Teraz ponownie staje na czele rady ministrów. Wyzwania, przed którymi stanie, wcale nie są mniejsze niż sześć lat temu.

Przełamać stagnację gospodarki

grafikaGłównym problemem każdego rządu Japonii od ponad dwóch dekad jest stagnacja gospodarcza. Cesarstwo zyskało już miano Kraju Więdnącej Wiśni. W latach 80. Tokio było u szczytu potęgi, a Amerykanie obawiali się, czy Japończycy ich nie wykupią. Później giełda się załamała i od tego czasu - do dziś - nie odbiła, pogrążając się w szarości. W drugim i trzecim kwartale bieżącego roku gospodarka skurczyła się - odpowiednio o 0,5% i 0,9% - co oznacza recesję.

Produkcja przemysłowa spada (na co wpływ mają także kłopoty w relacjach z Chinami, głównym partnerem handlowym Japonii), dług publiczny przekroczył 200% PKB (większość to zadłużenie wewnętrzne, co pozwala krajowi funkcjonować), deficyt budżetowy jest ogromny, a mocny jen utrudnia życie eksporterom. Dawna potęga eksportowa dziś więcej sprowadza niż wysyła za granicę. Na plus należy zaliczyć drugie w świecie rezerwy finansowe, przekraczające bilion dolarów i wciąż bardzo silny sektor przemysłowy (od motoryzacji po nowoczesne technologie).

Gospodarka wymaga reform i dostosowania nie tylko do dzisiejszych trendów i realiów, lecz także do pogarszającej się sytuacji demograficznej. Społeczeństwo japońskie dynamicznie się starzeje, rośnie rzesza emerytów, a kurczy się siła robocza. Japonia stosuje politykę będącą mieszanką protekcjonizmu z wolnym rynkiem (charakterystyczne dla Azji), co w oczywisty sposób przekłada się na kontrasty - innowacyjny przemysł wysokich technologii to obiekt zazdrości całego świata, ale niewydolne usługi i rolnictwo to powód do wstydu dla trzeciej potęgi gospodarczej świata.

Niewielkie szanse na sukces

Mało prawdopodobne, aby Shinzo Abe (na zdjęciu powyżej) i jego LDP poradzili sobie z wyzwaniami gospodarczymi. Pierwsza kadencja Abe zakończyła się jego kompromitacją, a formacja polityczna - dzierżąca stery władzy przez zdecydowaną większość czasu od zakończenia II wojny światowej - nie wygląda na zdolną do przeprowadzenia poważnych zmian. To skostniała partia władzy, skupiona na ochronie interesów pewnych grup społecznych (w tym rolników oraz zwolenników wielkich wydatków na infrastrukturę, które często okazują się finansowaniem przysłowiowych mostów donikąd).

Profile najważniejszych ministrów drugiego rządu Shinzo Abe (Asahi Shimbun)

Powrót Abe oznacza odsunięcie od władzy Demokratycznej Partii Japonii (DPJ), która zadziwiła obserwatorów swoim sukcesem wyborczym w 2009 roku. Przełamała wówczas hegemonię LDP, a jej lider - Yukio Hatoyama - był powiewem świeżości na stetryczałej scenie politycznej w Tokio. DPJ szybko straciła poparcie, a sam Hatoyama musiał zrezygnować z premierostwa po mniej niż 300 dniach. W pamięci wyborców pozostanie jako ten, który podczas kampanii obiecywał usunięcie amerykańskich żołnierzy z baz na wyspie Okinawa, a będąc u władzy szybko ten plan zarzucił (swoją drogą Obama zarzucił zamknięcie więzienia w Guantanamo i wielkiego problemu nikt z tego nie robi, ale taka już specyfika japońskiej polityki - w niej wyborcy i sondaże szybko odwracają się od liderów). Jego następcy również nie cieszyli się większą popularnością. Przedterminowe wybory sprzed kilku tygodni przywróciły LDP do władzy, wymiatając większość z ponad dwustu deputowanych DPJ.

Uspokoić chińskiego smoka

Drugim wyzwaniem, przed którym stanie Shinzo Abe, są skomplikowane relacje z Chinami. Ostatni spór o wyspy Senkaku/Diaoyu kwitnie, tzn. cyklicznie jesteśmy informowani o posunięciach którejś ze stron, które są wymierzone w przeciwnika. Na razie może to wyglądać jak przekomarzanie się dzieciaków w piaskownicy, ale potencjał tego konfliktu jest bardzo poważny. Wpisuje się on bowiem w szerszy problem roszczeń terytorialnych Chin na obszarach morskich i integruje w ten sposób część państw bloku ASEAN (m.in. Wietnam, Filipiny, Brunei) oraz Japonię i Tajwan. Swoje trzy grosze dorzucają Stany Zjednoczone, sprzeciwiające się chińskiej dominacji i walczące o azjatyckich sojuszników.

Jak już zostało powiedziane, Chiny są głównym partnerem handlowym Japonii i powodzenie japońskich eksporterów w dużej mierze zależy od stanu relacji chińsko-japońskich. Chiński konsument jest gotowy, w ferworze nacjonalistycznego uniesienia i nagonki na Japonię (a ta ma w Chinach bardzo złą prasę, na co zasłużyła podczas wojny w latach 30. i 40. ubiegłego wieku) bojkotować japońskie produkty. Shinzo Abe musi więc uspokoić nastroje i przywrócić korzystny klimat dla biznesu. Z drugiej strony, nie może okazać słabości w sporze terytorialnym z Chinami. Ustępstwa mogą kosztować go stanowisko, a na pewno nie wracał na szczyt po to, by znowu szybko z niego spaść. Trzeciej szansy już nie dostanie. Czy uda się powściągnąć dość zaczepne działania i retorykę po obu stronach i przejść do jakiejś formy dialogu?

Bliżej z Ameryką - stary sojusz nie rdzewieje

Szansą na uspokojenie sytuacji jest przywrócenie bliższych relacji ze Stanami Zjednoczonymi (priorytet Abe i LDP), zaniedbanych nieco przez trzy rządy DPJ. Japonia zdaje sobie sprawę, że w obliczu ewentualnego zagrożenia ze strony Chin warto mieć Wujka Sama po swojej stronie. Abe chciałby także zmienić konstytucję i umożliwić krajowi posiadanie normalnej armii (a nie kadłubka w postaci Sił Samoobrony - z drugiej strony, wiele państw chciałoby mieć tak dobrze wyposażony i silny "kadłubek" sił zbrojnych). Wątpliwe, by udało się to osiągnąć, bo procedura zmiany ustawy zasadniczej jest dość skomplikowana. Co więcej, temat jest drażliwy społecznie. Abe zamierza odwołać decyzję o rezygnacji z atomu w energetyce (bezpieczeństwo energetyczne, stabilność dostaw, cena energii), co również jest bardzo kontrowersyjne i zapewne wystarczy włożyć tylko jeden kij w mrowisko.

Wracając do polityki zagranicznej, Abe powinien zmierzać w kierunku poprawy relacji z Koreą Południową. Nierozwiązane sprawy z okresu II wojny światowej oraz spór terytorialny o wyspy Dokdo/Takeshima utrudniają bliższą współpracę. Tymczasem Korea Płd. to naturalny sojusznik Tokio w obliczu coraz bardziej asertywnych i pewnych siebie Chin. Oba kraje łączą także Stany Zjednoczone i ich militarna obecność na terytorium koreańskim i japońskim.

Jakby tego było mało, Japonia stoi przed wyzwaniem z dziedziny dyplomatyczno-ekonomicznej - czy angażować się w promowane przez Stany Zjednoczone porozumienie handlowe TPP (Trans-Pacific Partnership), czy wybrać Chiny i Koreę Płd. oraz bliższą współpracę z ASEAN (rozwijać istniejące partnerstwo).

Drugie otwarcie, nowe nadzieje, stare problemy

Całkiem sporo, jak na kraj, w którym bardzo trudno wykonać bardziej wyraziste posunięcie, na arenie wewnętrznej albo międzynarodowej. Czy Shinzo Abe osiągnie chociaż niewielkie postępy na którymś ze wskazanych odcinków? Czy Japonia nadal będzie tkwić w stagnacji, a w dyplomacji dryfować w głównym nurcie, nie odgrywając większej roli przy bardziej ważkich problemach?

Piotr Wołejko

 

grafika: Wikimedia Commons

czwartek, 27 grudnia 2012

Witam poświątecznie! Mam nadzieję, że po zasłużonym odpoczynku od polityki międzynarodowej jesteście jej złaknieni jak kania dżdżu. Dyplomacja już dziś wraca do pracy i na pierwszy ogień bierze strachy na Lachy, czyli aż 30 globalnych kryzysów, które mogą w przyszłym roku skupić na sobie naszą uwagę. Listę przygotowało Center for Preventive Action funkcjonujące w ramach wpływowego waszyngtońskiego think-tanku Council on Foreign Relations. Można zapoznać się z nią tutaj albo zerknąć na interaktywną mapkę.

Jak mawia jeden z moich ulubionych ekspertów ds. międzynarodowych prof. Stephen Walt (link do jego bloga), amerykańskie elity uwielbiają się bać i zawsze znajdą sobie do tego jakieś powody. Tymczasem, kontynuując narrację Walta, Stany Zjednoczone są aktualnie w wyjątkowo komfortowej sytuacji, w której nikt nie tylko im nie zagraża, ale nawet nie jest w stanie zbyt poważnie zagrozić. Największa, najnowocześniejsza gospodarka zapewnia finansowanie największej i najnowocześniejszej armii, a wszystkiemu sprzyja świetne położenie geograficzne. Warto poczynić to zastrzeżenie, chociaż wskazane przez Center for Preventive Action "globalne kryzysy" dotkną nie tylko Amerykę, ale wiele innych państw. 

Europa bez kryzysów?

Patrząc na mapkę można stwierdzić, że Europa powinna mieć w 2013 roku spokojne sny - nic poważnego nam nie zagraża. Dość oryginalne stwierdzenie, gdy weźmie się pod uwagę poziom bezrobocia i frustracji w Hiszpanii czy Grecji. Możemy polemizować nad tym, czy kryzys strefy euro został już mniej lub bardziej rozwiązany, ale na razie przekłada się to w minimalnym stopniu na życie przeciętnych Greków czy Hiszpanów. Tymczasem bezrobotne masy młodych, niezadowolonych ludzi z daleka pachną poważnym zagrożeniem. Raczej na ograniczoną, lokalną skalę i z efektami bardziej o charakterze wewnętrznym.

Na Zachodniej Półkuli bez zmian

grafikaKlikamy na Stany Zjednoczone i ukazują się nam dwa kluczowe kryzysy, które mogą dotknąć Amerykę - cyberatak i zamach terrorystyczny na terytorium USA bądź bliskiego sojusznika. To pierwsze dzieje się niemalże każdego dnia. Cyberataki na różnym poziomie dotykają amerykańskie firmy i instytucje publiczne i trzeba to traktować jako normę. Niektórzy uważają, że może to doprowadzić do wielkiego kryzysu, np. energetycznego czy giełdowego, ale inni twierdzą, że przeceniamy możliwości cybernetycznych zamachowców. Z jednej strony mamy Stuxnet i wywołane przez tego robaka zakłócenia w irańskim programie nuklearnym, z drugiej kolejne lata braku poważnych ataków. W przypadku zamachów można je zawsze przewidywać, ale niekoniecznie muszą się one zmaterializować.

Nie jest niczym odkrywczym przewidywanie ewentualnego pogorszenia sytuacji w Meksyku, czyli zaostrzenia (to jeszcze możliwe?) wojny karteli narkotykowych ze sobą i z państwem meksykańskim. Nowy prezydent Enrique Pena Nieto zapowiadał znaczące modyfikacje polityki w tym kierunku - polityki otwartej wojny państwa z kartelami, którą od początku prezydentury prowadził Felipe Calderon. Sytuację znacząco komplikuje stały element w tej układance, czyli postawa Stanów Zjednoczonych. Są one największym na świecie konsumentem narkotyków, które w ich kraju uznano za nielegalne. Dzięki temu kartele mogą zbijać krocie na sprzedaży swojego "towaru" po wielokrotnie wyższych cenach. Jednocześnie w USA praktycznie każdy może kupić dowolną broń, więc z USA na południe płynie rwąca rzeka broni i amunicji. Idealny układ dla narkogangsterów - łatwy dostęp do broni, wielki rynek i ogromne zyski. Rozwiązanie meksykańskiego problemu leży w Ameryce i trzeba to wreszcie zrozumieć, a nie krzyczeć, że to "jeden z 30 globalnych kryzysów na następny rok".

Bliski Wschód nadal niespokojny, a lepiej uzbrojony

Przechodzimy na Bliski Wschód i Afrykę Północną (MENA) i przecieramy oczy ze zdumienia. Poważny kryzys w Egipcie - to się akurat zgadza. Trwa tam, klasyczna dla rewolucji, walka o władzę pomiędzy wpływowymi grupami. Takie konwulsje mogą trochę potrwać, wystarczy popatrzeć na irańską rewolucję z 1979 roku. Natomiast dziwne jest, że na mapie nie zaznaczono Libii. Jest to kraj, który stał się rozsadnikiem niestabilności w regionie. Zgromadzona przez reżim Kaddafiego (oraz zbrojonych przez Zachód i szejków z Zatoki rebeliantów) broń rozlewa się po Północnej Afryce, Sahelu i Półwyspie Arabskim, trafiając w ręce rozmaitych ugrupowań o charakterze terrorystycznym. Bezpośrednią konsekwencją upadku Kaddafiego jest chociażby sytuacja w Mali, gdzie radykalni islamiści przejęli kontrolę nad północną częścią kraju i gdzie szykuje się (dopiero na jesieni 2013 r.) operacja wojskowa pod auspicjami ONZ i Unii Afrykańskiej.

Zadziwiające, że wszyscy sąsiedzi Izraela zostali uwzględnieni jako potencjalne źródła kryzysów, a Izrael już nie. Przecież nawet przedszkolaki wiedzą, że Izrael nie jest czysty jak żona Cezara i przynajmniej w dużym stopniu przyczynia się do wielu kryzysów (Liban 2006, Palestyna - Płynny Ołów, Filar Obrony, Iran - zbombardują, czy nie?).

Azja i Pacyfik

Idąc dalej na wschód jest jasne, że Afganistan i Pakistan przysporzą swoim sąsiadom, a być może i światu, wielu powodów do zmartwień. W Afganistanie przybliża się termin wycofania (oby nastąpiło) zachodnich wojsk, a talibowie przygotowują się do rozprawy ze skorumpowanym rządem Karzaja. Będziemy świadkami wielu prób ułożenia się z talibami, w różnych konfiguracjach (także z udziałem Pakistanu), ale nie przyniesie to raczej spodziewanych rezultatów. W samym Pakistanie też nie będzie spokojnie. Kraj ten jest pogrążony w permanentnym kryzysie politycznym i społecznym. Nic nie grozi pakistańskiej broni jądrowej, dba o nią jedyna w miarę stabilna instytucja w Pakistanie - armia. Nie będzie też poważniejszych sporów z Indiami, chyba że ponownie wydarzy się tragiczny zamach dokonany przez pakistańskich radykałów na indyjskim terytorium. Cały czas nierozwiązanym problemem będzie Kaszmir. Im bardziej Indie będą otwierać się na Amerykę, tym bardziej Chiny będą wspierać Pakistan. Utrzyma się stan chwiejnej równowagi.

Na Pacyfiku głównym źródłem bólu głowy są spory o Morze Południowochińskie oraz szereg wysp (bardziej niezamieszkałych skał), w które zaangażowane są główne państwa regionu z Chinami i Japonią na czele. Coraz bardziej asertywna postawa Pekinu prowadzącego politykę faktów dokonanych może, ale nie jest to bardzo prawdopodobne, przyczynić się do mniej lub bardziej przypadkowego starcia zbrojnego. Zdecyduje o tym raczej czynnik ludzki, a nie intencje polityków. Chociaż te wcale nie są czyste. Wiedzą oni, że prowadzą niebezpieczną politykę balansowania na ostrzu noża.

Prognoza na 2013 rok

Ile kryzysów czeka nas w przyszłym roku? Na pierwszym planie znajdzie się Syria, gdzie istnieje ryzyko utraty przez reżim Assada kontroli nad posiadanymi zasobami broni masowego rażenia (BMR). Byłaby to powtórka z Libii, ale na zupełnie innym poziomie. Przeciwko Assadowi walczą nie tylko syryjscy rebelianci, lecz także zagraniczni dżihadyści, którzy podróżują z kraju do kraju w poszukiwaniu okazji do bitki. Nadal niebezpiecznie będzie w Libii i jej otoczeniu. Niepewna jest interwencja zbrojna w Mali, planowana dopiero na jesień. Mogą być problemy z zebraniem odpowiednio licznego kontyngentu i jego logistyką. Być może wcześniej wojsko malijskie dokona pewnych postępów. Mało prawdopodobna jest niepodległość tzw. Azawadu, ponieważ w Afryce istnieje konsensus co do tego, że nie powinno się zezwalać na kwestionowanie granic. Panuje prymat nienaruszalności granic nad prawem do samostanowienia. Z drugiej strony, całkiem świeży przykład Sudanu Płd. pokazuje, że wszystko jest możliwe. Trzeba pamiętać, że w tym przypadku niezbędne były międzynarodowe mediacje i porozumienie wrogich sobie sił. Oraz to, że zanim do niego doszło, zginęło kilka milionów ludzi.

W Iranie dojdzie do zmiany prezydenta i otwarte jest pytanie, czy następcą Ahmadineżada będzie jeszcze bardziej konserwatywny polityk z ekipy duchowego przywódcy Alego Chamenei i czy znowu dojdzie do protestów znanych z tzw. Zielonej Rewolucji. Obama może znaleźć się pod presją, by tym razem dużo aktywniej wesprzeć opozycję dążącą do złagodzenia oblicza reżimu (bo raczej nie do jego obalenia).

Nie spodziewam się ataku na irańskie instalacje nuklearne, co jest ulubioną pieśnią pewnej grupy ekspertów i obserwatorów sytuacji międzynarodowej, natomiast warto zauważyć, że w sytuacji ewentualnego kryzysu wewnętrznego w Iranie może pojawić się nacisk na skorzystanie z okazji. Będziemy świadkami kolejnego wojennego tańca nad Iranem, tym bardziej, że w styczniu wybory do Knessetu wygra Beniamin Netanjahu i pozostanie na stanowisku premiera. Oznacza to kontynuację kursu "ślepej uliczki" w sprawie palestyńskiej i brak większych nadziei na kompromis ze światem arabskim. To oczywiście tylko część prognoz.

Bez zbędnej egzaltacji

Paradoksalnie, liczba możliwych kryzysów nie wydaje się zbyt duża. Wiele spraw jest wyolbrzymionych, a większość ma dość ograniczony zasięg. W dobie globalnych mediów wszystko wydaje się mieć charakter globalny, lecz to tylko szkodliwe złudzenie. Rewolucja w Egipcie, próby rakietowe Korei Płn. czy niekończąca się wojna domowa w Demokratycznej Republice Kongo nie mają większego wpływu na nas ani na sporą część globalnej populacji. I nie zmienią tego krzykliwe nagłówki ani żółte paski polskich i zagranicznych mediów.

Wszystkim kryzysom, nie tylko tym z listy CPA, będziemy przyglądać się na blogu Dyplomacja.

Piotr Wołejko

 

grafika: public-domain-photos.com/Autor: Jon Sullivan

niedziela, 23 grudnia 2012

Chińskie roszczenia terytorialne dotyczące akwenu Morza Południowochińskiego to największy problem kilku członków ASEAN - organizacji zrzeszającej państwa Azji Południowo-Wschodniej. W sporze z Pekinem znajdują się Wietnam, Filipiny i Brunei, a na poczynania Chin z niepokojem patrzą też Indonezja i Malezja. Ostatni szczyt ASEAN pokazał jednak, że niemożliwe jest wypracowanie wspólnego, jednolitego stanowiska, ponieważ kilku państwom nie w smak jest zaostrzanie relacji z Chinami. Nie oznacza to, że obawy przed chińskim smokiem zniknęły. Wybrzmiały ponownie na niedawnym szczycie Indie-ASEAN.

Gra o surowce

grafikaPaństwa takie jak Wietnam i Filipiny liczą na większe zaangażowanie Nowego Dehli w ich spory z Chinami. Działają zarówno na polu dyplomatycznym, jak i gospodarczym - Wietnam zamierza wydobywać surowce energetyczne wraz z indyjskimi firmami na akwenie, do którego Chiny roszczą sobie pretensje. Innymi partnerami Wietnamu w tej dziedzinie są m.in. Exxon i Gazprom (sprytne zagranie, ale czy firmy te wytrzymają presję Pekinu i ewentualną groźbę utraty perspektyw na rynku chińskim?).

O ile jednak Amerykanie i Rosjanie mogą swobodnie szukać lepszych miejsc do poszukiwania i wydobywania ropy i gazu, to dla Indii Wietnam może być kluczowym partnerem z racji bliskości geograficznej. Indie zostały daleko w tyle wyścigu o zabezpieczenie dostaw surowców energetycznych, dając się wyprzedzić Chinom, i nie mogą pozwolić sobie na utratę Wietnamu. Jeśli Pekin skutecznie wypchnie zachodnie i rosyjskie koncerny, a następnie powtórzy ten manewr z Indiami, to kraje ASEAN - będące w sporze o Morze Południowochińskie - znajdą się na bardzo słabej pozycji.

Ambiwalentna postawa Indii

Dla Indii priorytetem jest zabezpieczenie akwenu Oceanu Indyjskiego i na tym koncentruje się indyjska marynarka wojenna. Chiny bardzo roztropnie przeniosły ciężar "gry" na Ocean Indyjski, zagrażając Indiom tzw. naszyjnikiem z pereł. Dzięki niemu Chiny będą miały możliwość prowadzenia działań na przedpolu Indii. Tymczasem Nowe Dehli nie ma większych możliwości wyjścia na Morze Południowochińskie. A powinno to być priorytetem numer dwa z racji tego, że ponad połowa handlu Indii z krajami Azji przechodzi właśnie przez Morze Południowochińskie. Indie rozumieją, że nie mogą pozwolić sobie na nieobecność na tym akwenie - według zapowiedzi szefa marynarki wojennej, są gotowe bronić własnych interesów gospodarczych, jeśli te będą zagrożone (vide Wietnam).

Jednocześnie, na wspomnianym szczycie Indie-ASEAN, szef dyplomacji Indii dość jasno dał do zrozumienia, że jego kraj nie zamierza mieszać się w spory Chin z poszczególnymi członkami ASEAN - "to są fundamentalne sprawy, które nie wymagają interwencji Indii". Nowe Dehli zdaje sobie sprawę, że wchodzenie w konflikt z Pekinem nie jest najlepszym rozwiązaniem.

Po pierwsze, Indie nie dysponują zasobami pozwalającymi na realne zaangażowanie się w spór tego typu. Współpraca morska z partnerami z ASEAN dopiero się rozwija. Po drugie, Chiny zawsze mogą "nacisnąć" pakistański guzik i przyprawić Nowe Dehli o ból głowy na zachodniej i północnej granicy. Po trzecie, aktualnie relacje chińsko-indyjskie są skupione na intensyfikacji wymiany handlowej, co przynosi obopólne korzyści. Obie strony chwilowo odłożyły na bok własne spory terytorialne (Kaszmir, Arunachal Pradesh).

Amerykańska odsiecz

W sporze o Morze Południowochińskie kraje ASEAN liczą nie tylko na Indie, ale także na Stany Zjednoczone, a nawet na Japonię. Wszystkim tym państwom zależy bowiem na powstrzymaniu chińskiej ekspansji. Chiny doskonale to rozumieją i starają się rozgrywać lokalnych aktorów rozrywając sojusze i utrudniając porozumienie. Teoria sojuszy Stephena Walta wskazuje jednak, że im większa obawa przed jednym państwem, tym większe szanse na porozumienie pozostałych. Nawet jeśli wcześniej wydawało się ono praktycznie niemożliwe do zawarcia. System międzynarodowy dąży bowiem do równowagi, którą naruszają agresywne (bądź tak postrzegane) działania jednego aktora skierowane przeciwko innym. Bardziej prawdopodobna jest wówczas koalicja balansująca niż przyłączenie się do silniejszego i liczenie na jego późniejszą łaskę.

O ile Indie na dziś niewiele mogą państwom ASEAN pomóc, to Chiny nie mogą liczyć, że taki stan rzeczy potrwa wiecznie. Interesy Indii wykraczają poza Ocean Indyjski i w średniej perspektywie mogą skierować indyjską flotę na Morze Południowochińskie. Z perspektywy Chin oznacza to, że trzeba ten akwen szybko "spacyfikować", to jest wymusić na mniejszych państwach ASEAN ustępstwa, stworzyć reżim prawny je sankcjonujący (to już się dzieje) i zapewnić ich militarną osłonę (są pierwsze sygnały pokazujące, jak może to wyglądać). Inna opcja to rezygnacja z maksymalistycznych żądań i próba znalezienia porozumienia. Czy Chiny będą do niego gotowe? Dziś nie wydają się tym zainteresowane.

Dyplomacja Indii w pełnej krasie

Powyższe przewidywania zakładają, że polityka Indii niewiele się zmieni. Kraj ten jest raczej pasywny i ostrożny, unika konfliktów i szuka swojej drogi na arenie międzynarodowej. Nie jest to w żadnej mierze polityka ustępstw, jak niektórzy chcieliby to widzieć. To po prostu ugruntowana tradycja niepodległych Indii. Nie oznacza to, że niemożliwe jest dokonanie korekty i przyjęcie bardziej aktywnej postawy w niektórych dziedzinach, np. w sprawie zaangażowania na Morzu Południowochińskim i wsparcia państw ASEAN. Wydaje się jednak, że taka korekta nie mogłaby nastąpić szybko. Dlatego też Indie są raczej kiepskim partnerem dla państw Azji Południowo-Wschodniej w przypadku ich sporów z Chinami. I Chiny doskonale o tym wiedzą.

Piotr Wołejko

 

grafika: notabene.org

środa, 19 grudnia 2012

Kampania prezydencka 2012 przeszła już do historii. Republikanie bardzo szybko zapomnieli o Romneyu, który po serii błędów, wpadek i strategicznych pomyłek został zmiażdżony przez sprawną maszynę Obamy. Ale prezydent nie ma łatwego życia. Nie tylko tragedia w Newtown, ale przede wszystkim spór o klif fiskalny będą wyznacznikami jego drugiej kadencji, która rozpocznie się w styczniu 2013 roku.

grafikaTragedia w Newtown miała miejsce w bardzo skomplikowanej sytuacji politycznej dla prezydenta. Mimo wyraźnego zwycięstwa, Obama musi przede wszystkim rozwiązać kwestię tzw. klifu fiskalnego, czyli automatycznych cięć wydatków i podwyżki podatków dla większości Amerykanów. Klif fiskalny nadchodzi, ponieważ Republikanie i Demokraci nie byli w stanie porozumieć się w sprawie podwyższenia limitu zadłużenia USA w 2011. Wtedy ostatecznie udało się go podnieść – co wcześniej było czymś rutynowym – ale zawieszono nad Ameryką fiskalny miecz Damoklesa. Wydawało się, że to wystarczy, by przez rok znaleźć rozwiązanie problemu zadłużenia USA. Tak się nie stało. Desperackie negocjacje trwają cały czas, ale zostało już mniej niż dwa tygodnie na ich zakończenie. Republikanie nie zgadzają się na podwyższenie podatków dla najbogatszych, a Demokraci nie chcą słyszeć o cięciach w programach opieki społecznej. Ostatnie doniesienia są nieco bardziej optymistyczne: obie strony są gotowe do pewnych ustępstw i zapewne w ostatniej chwili dojdzie do kompromisu.

Na tym tle Obama przebudowuje swój gabinet – odchodzą sekretarz stanu Hillary Clinton i sekretarz skarbu Tim Geithner, zmieniają się najbliżsi doradcy prezydenta. Obama chce wzmocnić swoją drużynę przed czekająca go walkę z Republikanami o reformę imigracyjną i być może – o rozwiązania dotyczące emisji dwutlenku węgla.

Na to wszystko nakłada się kwestia kontroli dostępu do posiadania broni. Już w ostatnią niedzielę wpływowa senator Dianne Feinstein zapowiedziała, że wyjdzie z inicjatywą przywrócenia zakazu sprzedaży broni automatycznej, który został wprowadzony w 1994 roku i wygasł w 2004. To tylko jeden z pomysłów politycznych w świetle tragedii w Newtown.

Dlatego też najbliższe 18 miesięcy będzie dla prezydenta bardzo trudne. Później Ameryka ponownie wejdzie w tryb wyborczy – najpierw będą to wybory do Kongresu w 2014 r., a później kolejna kampania prezydencka w 2016 roku. Amerykańska polityka na pewno nie będzie nudna, mimo że nie będzie się toczyć – przynajmniej oficjalnie – żadna duża kampania wyborcza. Ale tak naprawdę zarówno Republikanie i Demokraci już teraz ustawiają się w blokach startowych do wyścigu w 2016 r. Jedno jest pewne: po stosunkowo mało spektakularnej kampanii 2012 r., za cztery lata być może czeka nas powtórka z roku 2008. Do tego czasu Obama będzie chciał budować swoje polityczne dziedzictwo (legacy), a Republikanie muszą wyjść z impasu, w którym tkwią jako partia, alienująca Latynosów, młodych i kobiety. Bez przełamania tego kryzysu nie będą w stanie powalczyć o prezydenturę za cztery lata.

 

Michał Kolanko, członek redakcji portalu 300polityka.pl



Wcześniejsze artykuły z cyklu Wyścig o Biały Dom 2012:



grafika: Wikimedia Commons

 
1 , 2 , 3
Zakładki:
1. Dyplomacja w Sieci
2. Blogi zagraniczne
3. Think-tanki
4. Media zagraniczne
5. Blogi polskie
6. Militaria
7. Periodyki
liczniki
Dyplomacja on Facebook