wtorek, 31 grudnia 2013

Podsumowań i prognoz nadszedł czas. Krótką prognozę dla Afganistanu mogliście już przeczytać 29 grudnia, natomiast nie było jeszcze żadnych podsumowań. Zacznę od wyjątkowo smutnej wiadomości, jaką jest śmierć Andrzeja Turskiego. Twórca i prowadzący program "Siedem Dni Świat", z którego uczyłem się polityki międzynarodowej, zmarł w wieku 70 lat.

Bliski Wschód

grafikaŚmierć zbiera swoje żniwo na Bliskim Wschodzie i w Afryce Północnej (tzw. MENA). W przedłużającej się wojnie domowej w Syrii zginęły dziesiątki tysięcy osób, a miliony musiały opuścić swoje domy. Sprawa sierpniowego ataku chemicznego, który omal nie sprowokował Stanów Zjednoczonych do interwencji zbrojnej, nadal pozostaje niewyjaśniona. Wywóz broni chemicznej z Syrii, uzgodniony jako "zastępcza kara" dla reżimu Assada, opóźnia się. Sam Assad zdaje się opanowywać sytuację i utwierdzać zagranicznych ekspertów w przekonaniu, iż pogłoski o jego rychłym odejściu były przesadzone. Wątpliwe, by Baszar al-Assad zniknął z bliskowschodniej sceny politycznej w przyszłym roku.

Bardzo niespokojnie w mijającym roku było również w Iraku. Praktycznie każdego dnia dochodziły do nas informacje o kolejnych atakach i zamachach terrorystycznych, w wyniku których liczba ofiar nieraz przekraczała 1000 miesięcznie. Nie widać pomysłu ani większych szans na powstrzymanie spirali przemocy nad Tygrysem i Eufratem. Chaos w Syrii i w Iraku ma pewne punkty wspólne, wzajemnie się napędza. W takim środowisku jak ryba w wodzie czują się wszelkiej maści radykałowie i terroryści. Niepokojące jest to, że Irak i Syria dryfują w stronę upadłości, a bardzo ciężko wyrwać się z takiego stanu.

Afryka

Z pewnością państwem upadłym nie jest Egipt, w którym od pół roku trwa kontrrewolucja. Zaczęło się od obalenia prezydenta Mohameda Mursiego na początku lipca. Stery władzy ponownie przejęło wojsko. Mimo licznych demonstracji, armia trzyma te stery bardzo mocno i wydaje się mało prawdopodobne, by "eksperyment demokratyczny" został w najbliższym czasie powtórzony. Bractwo Muzułmańskie, które jeszcze rok temu było w natarciu, teraz zostało uznane za organizację terrorystyczną, a za kontakty z jej przedstawicielami aresztowano kilku dziennikarzy stacji Al-Dżazira. Plan na najbliższe miesiące to przyjęcie kolejnej konstytucji, wybory i - w dalszej perspektywie - stabilizacja obozu władzy. W obliczu rozprawy z Bractwem Muzułmańskim nie może dziwić informacja o rzekomym przekazywaniu przez Iran via Egipt ropy reżimowi Assada. Wróg naszego wroga staje się naszym przyjacielem.

Skoro przeskoczyliśmy już do Afryki, to i tam w wielu państwach było bardzo niespokojnie. Rok rozpoczął się od interwencji Francji w Mali, gdzie zbuntowani Tuaregowie oraz radykałowie spod znaku Al-Kaidy przejęli kontrolę nad połową kraju. Francuzi szybko odbili utracone ziemie, ale radykałowie dokonali raczej taktycznego odwrotu, niż zostali pobici w boju. Libia, która miała swój udział w marszu Tuaregów na Mali, stała się krajem podzielonym pomiędzy liczne milicje, bez widoków na silną władzę centralne.

Wojska francuskie zamieniły tymczasem Mali na Republikę Środkowoafrykańską, gdzie muzułmańscy buntownicy z północy kraju obalili prezydenta Francoisa Bozize. W okresie okołoświątęcznym doszło do licznych masakr, w wyniku których zginęło ok. 1000 osób. Niebezpiecznie jest także w Nigrze czy DR Kongo (co nie jest żadną nowością), a najmłodsze państwo Czarnego Lądu, czyli Sudan Południowy, stanął na krawędzi wojny domowej. W tej sytuacji większego wrażenia nie robi już kolejny rok stagnacji w Somalii, gdzie afrykańskie siły stabilizacyjne (AMISOM) nie radzą sobie z rebeliantami z Al-Shabab (stowarzyszonymi z Al-Kaidą). Al-Shabab przeprowadziło zresztą operację odwetową na jednym z interwenientów, dokonując zamachu na centrum handlowe Westgate w kenijskim Nairobi.

Pozbawiony istotniejszych wydarzeń o charakterze pozytywnym rok dla Afryki zamknął się odejściem Nelsona Mandeli. Legendarny przywódca Afrykańskiego Kongresu Narodowego, bojownik przeciwko apartheidowi, pierwszy czarnoskóry prezydent RPA, zmarł w grudniu 2013 r.

Europa

W Europie rok 2013 był kolejnym rokiem walki z kryzysem gospodarczym. Walki niekoniecznie wygranej, chociaż Polska znowu - tym razem z wielkim trudem i naprawdę ledwo, ledwo - znalazła się nad kreską. Sytuacja w Hiszpanii, Portugalii czy Grecji nie zmieniła się jednak ani o jotę - bezrobocie jest dramatycznie wysokie, a koszty pożyczek ratunkowych spychają w biedę coraz więcej osób. W Grecji kwitną partie skrajne, jak lewicowa Syriza i prawicowa Złota Jutrzenka. Z tą ostatnią władze próbują się rozprawić ze względu na jej nazistowskie sympatie i poglądy.

Z radykalizmem i populizmem nie radzi sobie natomiast premier Wielkiej Brytanii David Cameron. Niegdysiejsza nadzieja konserwatystów desperacko walczy o poprawę słabnących sondaży, próbując przejąć najbardziej skrajne postulaty populistów z UKIP - Partii Niepodległości Zjednoczonego Królestwa - Nigela Farage'a. W ramach walki o elektorat Cameron wygłasza coraz ostrzejsze antyimigranckie przemówienia i zaprzecza oczywistym faktom w postaci danych wskazujących na korzystny wpływ imigracji na rozwój brytyjskiej gospodarki. Prawda jest taka, że podróbka (Cameron) nigdy nie będzie lepsza od oryginału (Farage). Lider Torysów chwyta się brzytwy, co zaprowadzi go wprost do klęski wyborczej.

W podsumowaniu europejskim pomijam Ukrainę oraz rozważania o Rosji, odsyłając Was do aktualnych wpisów poświęconych tym zagadnieniom.

Ameryka Północna

Ważnym wydarzeniem - zapytacie dlaczego dopiero teraz o tym wspominam - było ujawnienie przez amerykańskiego informatyka zatrudnionego w firmie pracującej dla Narodowej Agencji Bezpieczeństwa (NSA) informacji o globalnej inwigilacji dokonywanej przez amerykańskie służby bezpieczeństwa. Snowden po tygodniach niepewności dostał azyl w Rosji, a krótkowzroczni przeciwnicy Władimira Putina zyskali przez to argument do dezawuowania rewelacji młodego Amerykanina. Sprawa nie jest taka prosta, a co mnie najbardziej zszokowało, to przyzwolenie na globalną inwigilację. Mój znajomy posunął się nawet do twierdzenia, iż "coś takiego jak prywatność nie istnieje". Czyżby?

W Stanach Zjednoczonych obok rewelacji Snowdena kluczowe były dwa wydarzenia, mocno ze sobą powiązane. Na pierwszy plan wysuwają się kolejne burzliwe - i prowadzone niemal do za pięć dwunasta - negocjacje dotyczące budżetu i limitu zadłużenia, a także start tzw. Obamacare, czyli wejście w życie reformy ubezpieczeń zdrowotnych. Wejście tak udane, że nasza polska administracja wyglądała przy amerykańskiej jak Ferrari przy Trabancie. Wielka szkoda, że każda wizyta w polskim urzędzie od razu przerywa ten piękny sen. Za budżet i falstart Obamacare oberwało się po równo obu stronom sporu politycznego oraz prezydentowi Obamie. A ten powoli zaczyna wkraczać w okres bezsilności wewnętrznej, czyli czasu, w którym prezydenta określa się mianem "kulawego kaczora" (lame duck). Można spodziewać się jeszcze większego nacisku na dyplomację (raczej nie na Dyplomację), gdzie prezydent będzie szukał sukcesów, które zbudują (poprawią) jego dorobek.

Ameryka Południowa

W Ameryce Południowej warto zwrócić uwagę na Brazylię, która mimo ogromnych inwestycji związanych z przyszłorocznym Mundialem oraz Igrzyskami Olimpijskimi w 2016 r., znalazła się w gospodarczym dołku. Co więcej, krajem wstrząsnęły protesty społeczne wynikające z lekceważenia podstawowych potrzeb takich jak edukacja czy opieka zdrowotna, a także z narastającego rozwarstwienia społecznego. Prezydenta Dilma Rouseff ma więc ręce pełne roboty, a humor pogorszyły jej rewelacje Snowdena o podsłuchiwaniu przywódców ponad 30 państw świata, a także informatycznej inwigilacji milionów Brazylijczyków.

Drugim krajem, na który należy zwrócić uwagę jest Meksyk. Nowy prezydent Enriqe Pena Nieto wygasił nieco wojnę z narkogangami, co przełożyło się na spadek ilości zgonów, jednak w żaden sposób nie rozwiązało problemu potężnych karteli narkotykowych. Nieto osiągnął więcej w sektorze naftowym, do którego będą mogli być dopuszczeni zagraniczni inwestorzy. Zastrzyk kapitału i know-how jest niezbędny, aby ratować głównego sponsora meksykańskiego budżetu, naftowego monopolistę PEMEX.

Azja

Na koniec zostaje nam Azja, a jak Azja, to Chiny i ich relacje z sąsiadami i krajami regionu. W roku 2013 Chiny kontynuowały swój zwrot w polityce zagranicznej, polegający na coraz większej asertywności, a coraz mniejszym nacisku na bezkonfliktowy harmonijny wzrost. Zmiana władzy i wyniesienie na czele KPCh Xi Jinpinga nie wpłynęły na korektę w tej dziedzinie. Mnożyły się "prowokacje" wymierzone w Japonię (wyspy Senkaku), Filipiny, a na koniec roku Pekin ogłosił powstanie na Morzu Wschodniochińskim strefy identyfikacji powietrznej (ADIZ), wywołując konsternację w Japonii i Stanach Zjednoczonych. Odbieram to jako kolejne posunięcie realizujące politykę faktów dokonanych, czyli przejmowanie kontroli nad terytoriami i obszarami morskimi, co do których prawa roszczą sobie państwa trzecie. Chiński klient z Korei Północnej skupił się w tym roku na stalinowskich czystkach na szczytach władzy, umacniając swoją pozycję, więc w 2014 r. będzie mógł przypomnieć o sobie całemu światu. Czy zrobi to poprzez przeprowadzenie kolejnej próby atomowej?

Piotr Wołejko

 

grafika: Wikimedia Commons

niedziela, 29 grudnia 2013

Politycy i wojskowi reprezentujący państwa zaangażowane w misję afgańską muszą nadrabiać dobrymi minami oraz okrągłymi stwierdzeniami, lecz nie są w stanie przykryć oczywistych faktów, ani zmienić długoterminowej prognozy dla Afganistanu. Prognozy, która przewiduje szybkie pogorszenie sytuacji wkrótce po wycofaniu bądź ograniczeniu liczebności amerykańskiego kontyngentu w tym kraju (wojska NATO wycofają się do końca 2014 r.).

Szybki regres

grafikaOrganizacje humanitarne i pomocowe już dziś biją na alarm, że brak zachodnich żołnierzy w znakomity sposób ograniczy ich działalność, a w wielu miejscach jej prowadzenie stanie się niemożliwe. Amerykańskie agencje wywiadowcze również nie pozostawiają złudzeń co do najbliższej przyszłości Afganistanu. Z wojskami amerykańskimi czy bez nich, osiągnięte ogromnymi kosztami - ludzkimi i finansowymi - "zyski" zostaną utracone. Mówiąc wprost, rząd centralny będzie tracił wpływ na to, co dzieje się na prowincji, a do gry oprócz talibów włączą się rozmaici watażkowie (w tym ci, którzy dzisiaj koniunkturalnie wspierają Karzaja bądź wojska zachodnie). Docelowo "zmiana" dosięgnie także rządu w Kabulu.

Rzekomy progres afgańskich sił bezpieczeństwa - w tym armii i policji - to raczej myślenie życzeniowe, niż twardy fakt. Mając u boku siły USA albo NATO, bądź mogąc liczyć na ich rychłe wsparcie, wojsko czy policja mogą osiągać mniejsze bądź większe sukcesy. Ale za rok, gdy takiego wsparcia już nie będzie (albo będzie znacznie ograniczone), afgańskie siły bezpieczeństwa zostaną poddane prawdziwej próbie. Czytając wypowiedzi żołnierzy, którzy mieli okazję współpracować bądź obserwować w działaniu afgańskie wojsko czy policję, trudno liczyć na to, że będą mogły stawić czoło zdeterminowanemu przeciwnikowi. Nie pomogą na to żadne zaklęcia ani zagrywki pijarowskie, z którymi mamy w ostatnim czasie do czynienia.

Strategiczna głębia Pakistanu

Dlatego też warto dziś zastanawiać się nad tym, jak poradzić sobie ze zbliżającym się chaosem. Nie będę oryginalny, gdy powtórzę samego siebie i powiem, że kluczem do sytuacji w Afganistanie jest Pakistan. Niestety, dotychczas pozorowano bądź w ogóle nie prowadzono rozmów z Islamabadem. A ten posiada "aktywa", które już wkrótce odegrają bardzo istotną rolę w afgańskiej polityce wewnętrznej. Mowa o różnego rodzaju ugrupowaniach zbrojnych, chociażby siatce Haqqaniego. Nie bez powodu pakistańska armia nie prowadzi praktycznie żadnych operacji zbrojnych w Północnym Wazyrystanie, gdzie bezpieczną przystań znaleźli główni przeciwnicy rządu Karzaja i jego zachodnich mocodawców. A w obliczu wycofywania się USA, Pakistan nie może pozwolić na wypełnienie powstałej próżni przez Indie (które od lat coraz mocniej rozpychają się w Afganistanie).

Zresztą, Karzaja już wkrótce nie będzie, gdyż kończy się jego druga kadencja, a w nowych wyborach nie wystartuje. Bez względu na to, kto zostanie jego następcą, czeka go ciężka praca, a widoki na sukces są niewielkie. Zmiana na stanowisku prezydenta może przyczynić się do tarć w obozie władzy, wywołać rozłamy czy wstrząsy, które przyspieszą zbliżający się chaos. Trzeba pamiętać o skomplikowanej strukturze etnicznej Afganistanu i licznych animozjach na tym tle.

Zarządzanie zmianą

W Nowy Rok Afganistan wkracza więc z wielką niepewnością po stronie sił zachodnich i ich lokalnych sojuszników. Zegar wyznaczający czas wycofania się większości (albo wszystkich) żołnierzy USA i NATO tyka coraz głośniej. Główni gracze bez wątpienia będą pozycjonować się pod kątem zmian, które majaczą już na horyzoncie.

Piotr Wołejko

piątek, 27 grudnia 2013

Czytelnicy Dyplomacji na Facebooku już wiedzą, kto sponsorował minione Święta. Był to Władimir Putin, który najpierw - w akcie prezydenckiej łaski - uwolnił Michaiła Chodorkowskiego, aktywistów Greenpeace oraz członkinie grupy Pussy Riot, a następnie zapowiedział udzielenie Białorusi pożyczki w wysokości 2 mld euro. Tuż przed tymi wydarzeniami Rosja obiecała gospodarcze wsparcie Ukrainie, by Kijów nie podpisał umowy stowarzyszeniowej z Unią Europejską. Triumf Putina? Rosja w ofensywie, a Zachód - jak zwykle w tej narracji - nie dał rady? Bynajmniej.

Rosyjskie sukcesy

grafikaDemitologizacja posunięć Rosji jest niezbędna, aby umieścić jej poczynania w odpowiedniej perspektywie. W tym roku Rosjanie rzeczywiście mają dobrą passę, lecz wcale nie posuwają się do przodu. Owszem, w Gruzji nieprzyjaznego Moskwie Saakaszwilego zastąpił Bidzina Iwaniszwili ze swoimi ludźmi, ale to bodaj największy "sukces" Rosji w ciągu ostatniego roku. Nowe władze w Tbilisi podchodzą do stosunków z Moskwą pragmatycznie, lecz - przynajmniej w deklaracjach - nie odcinają się od prozachodniego kursu swego kraju. 

W sprawie Syrii udało im się obronić status quo, czyli powstrzymać Baracka Obamę przed interwencją zbrojną, lecz amerykański prezydent wcale się do niej nie palił, a gdy przyszło "pociągać za spust", został na placu boju tylko z Francją Francois Hollande'a. Rosyjski szef dyplomacji Siergiej Ławrow, powszechnie uznawany za jednego z najlepszych - moim zdaniem może nawet najlepszego - ministra spraw zagranicznych, rozegrał Johna Kerry'ego, ale Rosja niewiele na tym zyskała. Ba, główny sukces to uratowanie twarzy Obamie, który zgodził się na manewr z usunięciem z Syrii broni chemicznej, by przykryć niefortunne przekroczenie "czerwonej linii". Do dziś zresztą nie wiadomo, kto stał za atakiem chemicznym z sierpnia br., a znany dziennikarz Seymour Hersh jednoznacznie wskazuje na ugrupowanie Al-Nusra, powiązane z Al-Kaidą.

Działania standardowe i pod presją

Ukraina i Białoruś to bliskie nam państwa. Chcielibyśmy widzieć je jako niezależne podmioty (niezależne od Rosji), zorientowane na Zachód (głównie Ukraina). Rosjanie mają inne plany, a retoryka prezydenta Putina z ostatnich tygodni (pomoc bratnim krajom) jasno wskazuje, jakie - utrzymanie status quo. Integracja w ramach Unii Celnej czy tzw. Unii Eurazjatyckiej postępuje jak po grudzie, a państwa powstałe po rozpadzie ZSRR niechętnie patrzą na oddawanie świeżo zdobytej suwerenności w ręce dawnej metropolii. Robią, co mogą (na co pozwala geopolityka oraz warunki ekonomiczne), by dywersyfikować kontakty dyplomatyczne, otwierać się na nowe kierunki (Chiny, USA, Unia Europejska).

Pożyczka dla Białorusi i deal z Ukrainą nie powiększają wpływów Rosji. One je tylko konserwują na podobnym poziomie. Aleksandr Łukaszenka nadal będzie "robił swoje", bo w Mińsku gra idzie o utrzymanie władzy oraz ewentualne przygotowanie sukcesji, a Wiktor Janukowycz nadal może podpisać umowę z UE, która leży na stole. Zrobi to, gdy uzna, że jemu (politycznie) i jego rodzinie (szybko bogacący się synowie) się to opłaci, albo gdy zostanie do tego zmuszony przez opozycyjne demonstracje bądź zbyt mocne naciski rosyjskie. Jak to w relacji patron-klient, patron wcale nie ma przemożnego wpływu na poczynania swych klientów.

Łaska dla Chodorkowskiego & Co. to niezbyt kosztowny gest, który ma zamknąć temat ewentualnego bojkotu Igrzysk Olimpijskich w Soczi. Jeśli będzie trzeba, Putin wykona inne gesty, by ta impreza nie została przyćmiona czyjąś nieobecnością, wypowiedzią bądź zachowaniem. Podobnie jak w przypadku Chin i IO w Pekinie w 2008 r., sukces igrzysk jest celem nadrzędnym. Choć pamiętamy, że to nikt inny, tylko Rosjanie strollowali Chińczyków wojną w Gruzji na otwarcie olimpiady. Rewanżu raczej nie będzie, ale napięcie na Dalekim Wschodzie cały czas rośnie.

Co może Rosja?

Utrzymanie stanu posiadania to w zasadzie wszystko, na co dzisiejszą Rosję stać. Poszerzanie wpływów idzie opornie, chociaż nie brakuje ambitnych planów (vide otwarcie na Egipt, na który zaczynają kręcić nosem w Waszyngtonie). Jednak realizacja tych planów wymaga zręczności (tej Rosji raczej nie brakuje), pieniędzy (tu jest już gorzej) i, w większości przypadków, szczęśliwego zbiegu okoliczności. A szczęścia zabrakło Rosjanom chociażby w przypadku Iranu, który - pod płaszczykiem rozmów z P5+1 - dogaduje się w zasadzie bezpośrednio z Amerykanami, a uzgodnione porozumienie przedstawiane jest do akceptacji reszty zainteresowanych. Okazało się, że Rosjanie nie są absolutnie niezbędnym elementem tych negocjacji, a kolejna ich runda planowana jest już na 30 grudnia br.

Piotr Wołejko

 

Grafika: Wikimedia Commons

wtorek, 24 grudnia 2013

Moi drodzy, nadszedł najpiękniejszy czas w roku. Święta Bożego Narodzenia to okres, w którym mamy okazję trochę zwolnić, przestać tak pędzić w tym coraz bardziej zabieganym świecie. A może zabieganej Polsce? Jakoś w Berlinie, czy w Kopenhadze, nie mówiąc o Barcelonie, tempo życia jest znacznie mniejsze. Może i my powinniśmy zwolnić, tak na co dzień, nie tylko od święta?

grafikazdjęcie: Silvio Tanaka

Zostawiając Was z tą refleksją chciałbym wszystkim życzyć wesołych i radosnych, pełnych ciepła oraz spokojnych Świąt! Zapomnijmy o troskach, problemach, o wszystkim tym, co nas uwiera. Skupmy się na sobie oraz naszych bliskich, z którymi te Święta spędzimy. Niech spokój i miłość wypełnią nasze serca.

A w wolnych chwilach zapraszam na blog Dyplomacja, gdzie w tym roku znajdziecie jeszcze kilka wpisów. Nie deklaruję się co do ilości i terminów, lecz możecie być spokojni o jedno - ten wpis nie jest ostatnim :)

Tagi: życzenia
15:00, p.wolejko , Inne
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 23 grudnia 2013

"Stany Zjednoczone nie są w stanie prowadzić żadnej istotnej operacji wojskowej z dłuższym horyzontem czasowym bez polegania na sektorze prywatnym". Te słowa, pochodzące z raportu  Lexington Institute z 2010 r. przytacza w swojej książce Civilian Warriors: The Inside Story of Blackwater and the Unsung Heroes of the War on Terror założyciel najbardziej znanej prywatnej firmy wojskowej Erik Prince (na zdjęciu poniżej).

Sam autor dodaje też, że Stany Zjednoczone z powodu ogromnych kosztów, właściwie nie mogą prowadzić już żadnej wojny. Jeśli najbogatszy kraj świata, którego wydatki wojskowe są większe od kilkunastu kolejnych państw na liście, nie może prowadzić wojny, to kto może? Wyposażeni w przechodzone Kałasznikowy i granatniki RPG-7 brodacze spod znaku talibów czy Al-Kaidy?

Scahill vs. Prince. Blackwater odpowiada na zarzuty

grafikaPo książkę Prince'a sięgnąłem z wielkim zainteresowaniem. Nie tylko dlatego, że tematyka prywatyzacji wojny bardzo mnie interesuje, lecz również dla porównania słów Prince'a z dziennikarzem Jeremym Scahillem, autorem świetnej książki pod wielce wymownym tytułem: Blackwater : The Rise of the World's Most Powerful Mercenary Army. Posiłkując się wydaną w 2007 r. książką Scahilla napisałem trzy wpisy poświęcone firmie Prince'a, jej działalności i powiązaniom towarzysko-politycznym. Zachęcam do lektury: część I, część II, część III. Artykuł o prywatyzacji sił zbrojnych, który ukazał się na łamach (wówczas) tygodnika "Polska Zbrojna" w 2011 r. znajdziecie tutaj.

Wrażenia po przeczytaniu książki Prince'a? Wartościowe informacje na temat zasadzki w Falludży, w wyniku której czterech kontraktorów Blackwater zginęło, a ich zwłoki zostały przez rebeliantów powieszone na moście. Efektem tej zasadzki była operacja sił zbrojnych USA - zakończona fiaskiem po kilku dniach ciężkich walk ulicznych. Dopiero pół roku później, w listopadzie 2004 r., przeprowadzono udaną operację odbicia Falludży z rąk rebeliantów.

Prince opisuje także inne zapadłe w pamięć wydarzenia z udziałem kontraktorów Blackwater - strzelaninę na Placu Nissour z 2007 r., gdzie, najpewniej w wyniku szeregu pomyłek i braku zrozumienia, kontraktorzy zabili 17 cywilów, a 20 ranili; zasadzkę na ambasadora RP w Iraku gen. Edwarda Pietrzyka z października 2007 r., gdzie na wezwanie ochrony ambasadora o pomoc najszybciej odpowiedzieli właśnie kontraktorzy Blackwater, zapewniając odsiecz oraz ewakuację helikopterem; obronę siedziby władz okupacyjnych w miejscowości Nadżaf w 2005 r., gdzie Armia Mahdiego (szyicka milicja kontrolowana przez Muktadę as-Sadra) przypuściła szturm na chronioną przez Blackwater placówkę. Przez kilka godzin intensywnej wymiany ognia kontraktorzy nie pozwolili na zajęcie budynku i zapewnili ochronę dyplomatom.

Jak Blackwater osiągnął sukces?

Kluczowe w książce Prince'a jest to, że przedstawia on powody, dla których departamenty obrony i stanu USA korzystały z usług jego firmy oraz im podobnych. Powód najprostszy z możliwych: nie byli w stanie zapewnić niezbędnych usług we własnym zakresie. Ochroną placówek dyplomatycznych USA zajmuje się specjalna komórka o nazwie Diplomatic Security Service. Nie posiadała ona jednak - dziś zresztą też nie posiada - w 2003 r. wystarczającej ilości agentów, by zapewnić bezpieczeństwo wszystkim dyplomatom i pracownikom cywilnym podlegającym departamentowi stanu w Iraku. Z kolei Pentagon nie mógł zapewnić w Afganistanie - przy wykorzystaniu własnych środków - m.in. transportu lotniczego na krótkich dystansach. Zajął się tym Blackwater. A za nim inne firmy.

Erik Prince potrafił nie tylko wyprzedzać swoich klientów, oferując im od ręki to, czego potrzebowali, lecz również szybko i konstruktywnie zareagować na potrzeby klientów - czyli Pentagonu i departamentu stanu. Niektóre zlecenia dostawał w trybie bezprzetargowym (coś jak w naszym prawie zamówień publicznych tryb z wolnej ręki), lecz największe kontrakty pochodziły już z trybów konkurencyjnych. Ironią losu jest to, że prezydent Barack Obama musiał zachować się zupełnie inaczej, niż wzywał do tego w kampanii prezydenckiej kandydat Barack Obama, czyli zamiast zrezygnować z usług Blackwater (wówczas już Xe Services), zwrócił się do tej firmy z kolejnymi zleceniami. 

Blackwater prowadziło, obok działań jawnych, także wiele działań niejawnych na rzecz CIA. Zapewniało chociażby serwis dronów latających nad afgańsko-pakistańskim pograniczem. Chroniło również placówki CIA, w tym tę w Khost, która w 2009 r. stała się celem udanego ataku terrorysty z Al-Kaidy. Według Prince'a kontraktorzy Blackwater sceptycznie podchodzili do lekceważenia wymogów bezpieczeństwa względem terrorysty, na co naciskali mocodawcy z CIA. W wyniku ataku podwójnego agenta (CIA uważało, że to ich ważna wtyczka w Al-Kaidzie) zginęło 10 osób (w tym zamachowiec), m.in. szefowa miejscowej stacji Jennifer Lynne Matthews. Wiele mówiło się także o obecności kontraktorów Blackwater w Azerbejdżanie, gdzie mieli szkolić lokalnych przedstawicieli sił specjalnych. Firma szkoliła również członków afgańskich sił bezpieczeństwa w ramach gigantycznych kontraktów (mowa o dziesiątkach miliardów dolarów) na stworzenie od podstaw afgańskiej armii, policji etc.

Prywatne siły stabilizacyjne

Niespełnionym marzeniem Erika Prince'a jest stworzenie batalionu kontraktorów (najemników?), którzy byliby gotowi do błyskawicznego pojawienia się w miejscu konfliktu pod banerem ONZ. Tak, Prince chciał stworzyć prywatne siły pokojowe. Jego zdaniem, a ma wiele racji, obecna koncepcja sił pokojowych bądź stabilizacyjnych działających pod egidą Narodów Zjednoczonych (tzw. błękitne hełmy), nadaje się do kosza. Prince zarzuca, że siły te zbierają się przez długie miesiące (decyzja polityczna w RB ONZ, groźba weta, deklaracje chętnych państw, logistyka), a następnie są w zasadzie bezzębne (vide Srebrenica, DR Kongo) bądź nieskuteczne (vide Somalia, Darfur). Celem udziału w misjach ONZ raczej nie jest pomoc poszkodowanym bądź powstrzymanie konfliktu, lecz - niestety - zarobek. Otóż udział w misjach ONZ jest bardzo opłacalny, za każdego żołnierza ONZ płaci niezłe pieniądze. Nic dziwnego, że czołowymi "dostarczycielami" żołnierzy dla sił błękitnych hełmów stały się tak znaczące "potęgi wojskowe" jak Bangladesz czy Fidżi.

Zgodnie z koncepcją Prince'a siły pokojowe złożone z kontraktorów byłyby gotowe do niemal natychmiastowej dyslokacji w miejsce konfliktu. Składałyby się ze świetnie wyszkolonych (weterani Navy Seals i innych formacji specjalnych, byli żołnierze Marines etc.) i doskonale uzbrojonych żołnierzy. Mogłyby od razu wejść do akcji i realizować postanowienia rezolucji RB ONZ, przygotowując grunt pod właściwe siły pokojowe, zebranie których (patrz wyżej) musi potrwać. Koncepcja ta jest tyleż ciekawa, ile wątpliwa z punktu widzenia prawa międzynarodowego. Dopóki któreś państwo nie uznałoby kontraktorów za część własnych sił zbrojnych, dopóty nie widzę możliwości wykorzystania ich w misjach pokojowych (w szczególności pod egidą ONZ). Bez takiego uznania należałoby traktować taki "batalion stabilizacyjny" za oddział najemników.

Być może zbliżamy się jednak do chwili, w której wszelkiej maści kontraktorzy z prywatnych firm wojskowych (tzw. PMCs) zostaną oficjalnie uznani za część sił zbrojnych poszczególnych państw (korzystających z usług kontraktorów). Do tego zdaje się zmierzać armia amerykańska, która w oficjalnych dokumentach potrafiła już wliczać potencjał prywatnych firm wojskowych do ogólnego potencjału wojskowego Stanów Zjednoczonych. W sytuacji, gdy budżet Pentagonu ulega redukcji, a rozbuchane do granic możliwości struktury biurokratyczne w imponującym tempie wysysają budżetowe pieniądze, rola prywatnych firm wojskowych może się tylko zwiększać. Skorzystają na tym firmy takie jak Blackwater (dziś Academi), ale nie skorzysta już raczej Erik Prince, który w 2010 r. sprzedał Blackwater i przeprowadził się do Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Nie wycofał się jednak z sektora prywatnych firm wojskowych, zmienił tylko pracodawców.

Czy warto czytać Prince'a in extenso?

Na koniec wypadałoby polecić bądź zniechęcić do zakupu książki Erika Prince'a, od której wyszliśmy na początku tego artykułu. Moim zdaniem to nieźle napisana, przyjemna do czytania i ciekawa pozycja. Jeśli śledzicie na bieżąco rozwój rynku prywatnych sił wojskowych oraz przebieg wojen w Iraku i Afganistanie, to zbyt wiele nowego się nie dowiecie. Dla pozostałych będzie to interesująca lektura, pogłębiająca wiedzę w zakresie metod prowadzenia tzw. wojny z terroryzmem oraz wojny w XXI wieku. Jeśli natomiast czytaliście, podobnie jak ja, krytyczną wobec Blackwater książkę Jeremy'ego Scahilla, powinniście także poznać punkt widzenia drugiej strony. Zgodnie z zasadą audiatur et altera pars.

Piotr Wołejko

 

zdjęcie: Wikimedia Commons

 
1 , 2
Zakładki:
1. Dyplomacja w Sieci
2. Blogi zagraniczne
3. Think-tanki
4. Media zagraniczne
5. Blogi polskie
6. Militaria
7. Periodyki
liczniki
Dyplomacja on Facebook