piątek, 30 marca 2007

Iran następny? Amerykańskie siły w Zatoce Perskiej osiągnęły taki sam stan liczebny jak w chwili rozpoczęcia ataku na Irak. Odbyły się największe w historii manewry floty USA na wodach Zatoki - wzięło w nich udział 10 tysięcy żołnierzy i 100 samolotów. Portal DEBKAfile powołując się na źródła w Moskwie donosi, że Amerykanie dopięli na ostatni guzik plan ataku na Iran. Wg tych informacji trwające kilkanaście godzin naloty będą miały na celu zniszczenie jak największej ilości miejsc, w których odbywają się prace nad irańskim programem nuklearnym. Atak miałby nastąpić 6 kwietnia.

O możliwym uderzeniu na Iran donosi także agencja RIA Novosti, która cytuje słowa anonimowego przedstawiciela rosyjskiego wywiadu: "Pentagon przygotował bardzo efektywny plan, który pozwoli Amerykanom rzucić Iran na kolana najmniejszym kosztem". W podobnym tonie w zeszłym tygodniu wypowiadał się generał Leonid Iwaszow, wiceprezydent Akademii Nauk Geopolitycznych: "Nie mam żadnych wątpliwości, że operacja albo inna agresywna akcja przeciwko Iranowi nastąpi".

Pytania o amerykańską akcję zbrojną powróciły z nową siłą po porwaniu 15 brytyjskich marynarzy przez irańską Gwardię Rewolucyjną kilka dni temu. Irańczycy zmusili żołnierzy do propagandowego przyznania się do stawianych im zarzutów w irańskiej telewizji - wykorzystano najgorsze wzorce. Irański ambasador w Moskwie odwołał swoją wcześniejszą wypowiedź i stwierdził dziś, że "jeśli sąd udowodni im winę, poniosą karę". Jednocześnie Gholam Reza Ansari dodał - "Gdyby brytyjski rząd przeprosił za pomyłkę, sprawa byłaby rozwiązana natychmiast."

Takiemu postawieniu sprawy zaprzeczają jednak inne istotne fakty, o czym słusznie przypomina w rozmowie z agencją Reuters Ali Ansari, dyrektor Instytutu Studiów Irańskich na Uniwersytecie w St. Andrews: "Myślę, że aresztowanie marynarzy to próba odwetu ze strony irańskiej Gwardii Rewolucyjnej za zatrzymanie jej przedstawicieli w Irbilu [w styczniu br. Amerykanie zatrzymali 5 Irańczyków - przyp. p.wolejko], a także ostrzeżenie - skierowane do wewnątrz i na zewnątrz, że należy Gwardię traktować poważnie". Ansari przypomina, że bardzo podobna sytuacja miała miejsce w 2004 roku, kiedy Irańczycy także zatrzymali brytyjskich marynarzy, których wypuścili po trzech dniach. Jego zdaniem, jest to próba pokazania, kto faktycznie rządzi w Iranie. Gwardia Rewolucyjna występuje niejako autonomicznie w stosunku do władz, z wyłączeniem prezydenta Ahmadineżada i ultrakonserwatystów, których jest reprezentantem.

"Jest jasne, że irańskie ministerstwo spraw zagranicznych nie jest władne wypowiadać się w tej kwestii" - dodaje Mark Fitzpartrick, przedstawiciel Non-proliferation Institute for Strategic Studies. Twierdzi on, że Iran najchętniej załatwiłby sprawę w drodze bilateralnych rozmów z Wielką Brytanią. Sprawa porwanych marynarzy trafiła już jednak do Rady Bezpieczeństwa ONZ i trudno będzie rozwiązać ją podczas bezpośrednich rozmów zainteresowanych stron. Fitzpatrick twierdzi, iż Irańczycy "ciężko pracują nad dyplomatycznym rozwiązaniem, które pozwoli im zachować twarz" i natychmiast dodaje "Wątpię jednak, by Gwardia Rewolucyjna pragnęła rozwiązania dyplomatycznego".

Czy rzeczywiście grozi nam amerykańska interwencja? Dobrze poinformowane źródła donoszą, że Waszyngton nie będzie używał siły, aby uwolnić brytyjskich żołnierzy. Nicholas Burns, podsekretarz stanu USA zapewniał wczoraj, że Amerykanie angażują się tylko w wysiłki dyplomatyczne.

Na ile jest to prawdą? Pozostaje ufać, że jastrzębie wokół prezydenta Busha, którzy są w głębokiej defensywie z powodu irackiego fiaska, nie namówią go do popełnienia błędu. Jak pisałem w środę, Ahmadineżad i jego obóz tylko czekają na atak. Bez niego władze stracą twarz. Tego się panicznie boją, bo wiedzą, iż będzie to ich koniec. Może to być także początek końca Islamskiej Republiki w jej ultrakonserwatywnej formie. Gra idzie więc o bardzo wysoką stawkę.

źródła: Reuters, DEBKAfile, RIA Novosti: 1, 2, Onet

źródło obrazka: uruknet.info

środa, 28 marca 2007

Ahmadineżad z amerykańskimi zakładnikami w 1979 roku

Ahmadineżad z amerykańskimi zakładnikami w 1979 r., po zajęciu amerykańskiej ambasady w trakcie Islamskiej Rewolucji - zakładników uwolniono po 14 miesiącach. 

Stany Zjednoczone i Unia Europejska są oburzone pojmaniem 15 brytyjskich żołnierzy przez irańską Gwardię Rewolucyjną na dzień przed przyjęciem przez Radę Bezpiczeństwa ONZ rezolucji nakładającej nowe sankcje na Iran. Irańczycy zapewniają, że pojmani Brytyjczycy znajdowali się na irańskich wodach, czemu przeczy jednak kilka faktów. Po pierwsze, jak powiedział dzisiaj wiceminister obrony Wielkiej Brytanii Charles Style, do incydentu doszło 1,7 mili morskiej w głąb wód terytorialnych Iraku. Po drugie, strona irańska pierwotnie także podała koordynaty wskazujące na to, iż to Irańczycy naruszyli wody terytorialne Iraku i właśnie na nich pojmali brytyjskich żołnierzy. Dopiero wczoraj Teheran przesunął pozycję zdarzenia "o dwie mile na wschód" - dodał Style.

Tylko ktoś bardzo naiwny uwierzyłby w wersję irańską. A jeśli nawet uwierzył, to fakt propagandowego wykorzystania więźniów w irańskiej telewizji powinien otworzyć takiej osobie oczy. "Napisałam list do narodu irańskiego, żeby przeprosić za to, że wpłynęliśmy na ich wody" - powiedziała pojmana żołnierka Faye Turner. Przypominają się czasy sowieckie, kiedy zatrzymanych żołnierzy wroga wykorzystywano w podobny sposób. Przywodzi to na myśl najgorsze skojarzenia i pokazuje mentalność władz w Teheranie. "Strona irańska utrzymuje, że niektórzy z zatrzymanych "potwierdzili, że znajdowali się na irańskich wodach terytorialnych i wyrazili z tego powodu ubolewanie"." - czytamy na portalu Onet.pl.

Iran świadomie podgrzewa atmosferę i naciąga "strunę" do szalenie niebezpiecznego poziomu. Jasne jest, że prezydent Ahmadineżad i skupieni wokół niego - a w zasadzie wokół fakiha Alego Chamenei (najwyższego przywódcy) - twardogłowi dążą do zmuszenia Amerykanów czy Brytyjczyków do agresji zbrojnej. Poparcie dla prowadzonej przez nich polityki jest wśród irańskiego społeczeństwa coraz mniejsze. Obywatele Iranu zaczynają sprzeciwiać się władzy, która pieniądze niezbędne na podniesienie poziomu życia wydaje na zbrojenia i wspieranie antyamerykańskich i antyizraelskich organizacji - Hamasu i Hezbollahu. Sygnałem ostrzegawczym dla ekipy Ahmadineżada były przeprowadzone kilkanaście tygodni temu wybory lokalne oraz wybory do istotnej instytucji, jaką jest Zgromadzenie Elektorów (wybiera m.in. najwyższego przywódcę). Ultrakonserwatyści ponieśli w nich klęskę, wzmocniły się natomiast stronnictwa reformatorskie i umiarkowane, pragmatyczne.

Jedyną nadzieją dla Mahmuda Ahmadineżada na utrzymanie władzy i odwrócenie trwałej tendencji spadku poparcia dla niego jest wymuszenie konfliktu zbrojnego. Liczy, że wówczas cały naród naturalnie skupi się wokół niego. Stąd ta jego prowokacyjna retoryka oraz kolejne działania: odrzucanie drugiej już rezolucji RB ONZ oraz niedawne pojmanie brytyjskich żołnierzy. Ahmadineżad tylko czeka, aż ponad 100 amerykańskich okrętów - w tym dwa lotniskowce - przypuszczą atak na jego kraj. A Waszyngton zdaje się nie do końca rozumieć sytuację i właśnie zarządził kolejny pokaz (zbędny) siły - wielkie manewry w Zatoce Perskiej. Właśnie teraz dowiadujemy się także o udanym teście nowej - o wiele potężniejszej od dotychczas istniejącej - bomby niszczącej podziemne bunkry. Tak się składa, że większość irańskich instalacji nuklearnych znajduje się pod ziemią. Na prezydencie Iranu prężenie muskułów nie zrobi wrażenia. On czeka na atak!

Wiele razy zdawało mi się, że w ciągu kolejnych kilku dni sprawa irańskiego programu atomowego zostanie rozwiązana. Jeśli bowiem USA rzeczywiście zdecydowałyby się na atak, była po temu lepsza niż teraz okazja. O ile Irańczycy szybko nie zwolnią brytyjskich żołnierzy nie można wykluczyć operacji sił specjalnych mającej na celu ich uwolnienie. Ataku na Iran - tj. bombardowań - nie będzie. Pojmanie, a w zasadzie porwanie Brytyjczyków to najpewniej przysłowiowe "chwytanie się brzytwy przez tonącego". Prezydent słabnie i stara się grać va banque. Praktycznie wszystko wskazuje jednak na to, że po raz kolejny polegnie.

źródła: 1, 2, 3, 4

źródło obrazka: watch.windsofchange.net (AP)

wtorek, 27 marca 2007

Paisley i Adams

Już w 1998 roku podpisano porozumienie wielkopiątkowe, na mocy którego stworzono samorząd w Irlandii Północnej. W dość tajemniczych okolicznościach, związanych z oskarżeniami o szpiegostwo, w 2002 roku samorząd bezterminowo zawieszono - zamiast parlamentu w Stormont władzę bezpośrednio sprawował Londyn. Nowe wybory odbyły się kilka tygodni temu, ale wielu zastanawiało się, czy uda się sformować rząd. Jeśli bowiem próba stworzenia gabinetu nie powiodłaby się, Londyn zapowiedział unieważnienie wyników wyborów i kontynuację bezpośrednich rządów. W ostatnim momencie, tuż przed upływem ostatecznego terminu, przywódca Demokratycznej Partii Ulsteru (DUP) Ian Paisley i szef Sinn Fein (dawniej stanowiącej polityczne ramię Irlandzkiej Armii Republikańskiej) Gerry Adams podpisali porozumienie, które pozwoli stworzyć rząd prowincji.

Choć obaj liderzy zwaśnionych niegdyś stron nie podali sobie nawet ręki, podpisali umowę powołującą do życia północnoirlandzki gabinet. "Partia Paisleya weźmie w gabinecie cztery ministerstwa, trzy przypadną Sinn Fein, dwa innej partii protestanckiej i jedno mniejszej partii katolickiej." - czytamy w dzisiejszej Gazecie Wyborczej. Sam Paisley, 80-letni protestancki pastor, zostanie premierem, a jego zastępcą będzie wiceszef Sinn Fein (i niegdyś lider IRA) Martin McGuinness. Rząd w Belfaście będzie zajmował się bieżącymi sprawami, ale suwerenność nad prowincją zachowa Wielka Brytania.

"Nie możemy pozwolić, aby nasza usprawiedliwiona niechęć spowodowana wydarzeniami z przeszłości stanowiła barierę dla stworzenia lepszej, stabilniejszej przyszłości dla naszych dzieci" - powiedział Paisley po podpisaniu umowy. Adams dodał, że teraz - po wiekach konfliktu i cierpienia - "nastąpi nowy start z Bożą pomocą". Brytyjski sekretarz ds. Irlandii Północnej, Peter Hein, powiedział: "[spotkanie] było zwycięstwem polityki nad zawziętością, zajadłością i okropieństwem". Hein, były aktywista anty-apartheidowy, wskazał na przykład Republiki Południowej Afryki, gdzie porozumienie między skrajnie przeciwnymi partiami zostało osiągnięte i przyniosło spore sukcesy.

"W przeddzień wygaśnięcia ultimatum Wielka Brytania i Irlandia obiecały samorządowi Ulsteru ogromny pakiet - 36 mld funtów przez cztery lata - pomocy finansowej dla prowincji od lat zapuszczonej, pogrążonej w kryzysie i coraz bardziej odstającej o reszty Wielkiej Brytanii oraz burzliwie rozwijającej się Republiki Irlandii." - napisała Gazeta. Pieniądze te powinny pomóc Ulsterowi nadgonić dynamicznie rozwijających się sąsiadów oraz stanowić podstawę dla porozumienia. Tylko głupiec może bowiem zrezygnować z tak ogromnych funduszy. Jeśli tylko Ian Paisley i Gerry Adams naprawdę myślą o "lepszej przyszłości dla ich dzieci", utrzymanie porozumienia w mocy będzie dla nich najważniejszą sprawą.

źródła: Gazeta Wyborcza, Reuters

źródło obrazka: reuters.com 

12:37, p.wolejko , Europa
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 26 marca 2007

 

Logo na 50-lecie UE

Tydzień temu do tygodnika The Economist dołączono raport nt. Unii Europejskiej. Na dwudziestu stronach dogłębnie zanalizowano obecną sytuację unii, jej główne problemy oraz zaprezentowano możliwe rozwiązania, które sytuację poprawią. Ostatni artykuł raportu zawierał przewidywania The Economist (z lekkim przymróżeniem oka), jak UE będzie wyglądała w momencie świętowania swoich setnych urodzin. Pozwolę sobię wkleić odpowiedni fragment, gdyż tekst ten nie jest dostępny bez wykupienia subskrypcji:

"UE celebruje swoje setne urodziny z cichą satysfkacją. Fatalistyczne przewidywania z czasów jej 50 urodzin mówiące o tym, że unia jest oderwana od rzeczywistości w świecie zdominowanym przez Amerykę, Chiny i Indie okazały się przesadzone. Punkt zwrotnym było pęknięcie amerykańskiej "bańki" na rynku nieruchomości oraz załamanie dolara we wczesnym okresie prezydentury Baracka Obamy w 2010 roku. Ale nawet wtedy bardziej istotne były niemiecke i francuskie wysiłki autorstwa Angeli Merkel i Nicolasa Sarkozy'ego, które pozwoliły przeprowadzić zdecydowane reformy gospodarcze.

Reformy te spowodowały gwałtowny spadek bezrobocia w momencie, w którym w Europie nastąpił znaczny wzrost produktywności oraz rozwój technologii informatycznych. Rezultatem tych zmian był rosnący brak siły roboczej, który nie został rozwiązany do momentu wstąpienia do UE Turcji oraz Ukrainy, jako pełnoprawnych członków, w 2025 roku. Szybko potem miała miejsce akcesja pierwszego północno-afrykańskiego państwa, Maroka, która pomogła przedłużyć europejski boom.

Oczywiście nie wszystko szło tak prosto. Wielki kryzys włoski w 2015 roku, kiedy rząd Gianfranco Finiego wyprowadził Italię ze strefy euro - właśnie w momencie, w którym David Miliband z Wielkiej Brytanii szykował się do wprowadzenia w swoim kraju wspólnej waluty, położyło długi cień. Właściciele włoskich obligacji poważnie stracili na późniejszych trudnościach a Hiszpania wyprzedziła Włochy pod względem wielkości PKB, rynki finansowe okazały się pobłażliwe, a następny rząd - Waltera Veltroniego - dość szybko ponownie wprowadził Italię do strefy euro. Od tego momentu, żaden kraj nie był zmuszony do powtórzenia bolesnego wloskiego eksperymentu.

Innym powodem cichej satysfkacji dla UE była jej polityka zagraniczna. W niebezpiecznej drugiej dekadzie stulecia, kiedy Władimir Putin wrócił na trzecią kadencję jako prezydent Rosji i próbował najechać Ukrainę, to właśnie Unia Europejska pchnęła administrację Baracka Obamy do zagrożenia potężnym odwetem nuklearnym. Kryzys ukraiński był triumfem ministra spraw zagranicznych unii - Carla Bildta - co stało się przyczyną podjęcia szybkiej decyzji o kolejnej dużej rundzie rozszerzenia UE. Ironiczne było to, że niecałą dekadę później Rosja złożyła formalną aplikację o członkostwo.

W tym samym czasie politycy w Brukseli i Waszyngtonie, zmagający się z problemem zablokowanego procesu pokojowego na Bliskim Wschodzie, wpadli na genialny pomysł. Członkostwo w UE zadziałało, ostatecznie, w przypadk Cypru - który ponownie połączył się (część grecka z turecką) w 2024 roku. Dlaczego by nie spróbować tego ponownie? I w ten sposób Izrael i Palestyna stały się odpowiednio 49 i 50 członkiem Unii Europejskiej.

Wielkim wyzwaniem jest teraz kwestia co zrobić z Rosją. Jej wniosek o członkostwo nierozstrzygnięty od 15 lat. Niektórzy mówią, że jest za duża, za biedna i niewystarczająco europejska, aby przystąpić do UE. Ale obecnie pozycja cara została symbolicznie przywrócona, a Rosja ma nieskazitelnie demokratyczny rząd. Poprzedni car obronił Europę przed Napoleonem niespełna 250 lat temu. Byłoby to dobrze dobranym znakiem na świętowanie przywrócenia Rosji do europejskiej owczarni."

Nie da się ukryć, że do napisania o przyszłości Europy zainspirowały mnie bardzo interesujące przewidywania zamieszczone w dzisiejszym Dzienniku: Unia poszerzy się o Bałkany, Powstanie superpaństwo, Unia nie dożyje setki. Zwłaszcza ten ostatni artykuł daje dużo do myślenia, gdyż poraża (modne ostatnio słowo) pesymizmem. Jeśli jednak spojrzy się na tytuły, w których publikuje autor - "New York Times", "Financial Times", "Foreign Affairs", "Foreign Policy" i "Wall Street Journal" - trzeba jego przewidywania brać absolutnie na serio. Życzę miłej lektury.

źródło obrazka: economist.com

21:52, p.wolejko , Europa
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 25 marca 2007

 

Protesty w obronie wyrzuconych kongresmenów

Cieszący się popularnością blisko 70% obywateli prezydent Rafael Correa jest blisko osiągnięcia swojego celu - zmiany konstytucji. Trzy tygodnie temu, 7 marca, Najwyższy Trybunał Wyborczy unieważnił mandaty 57 deputowanym (jednoizbowego) parlamentu. Nie da się ukryć, że zostali oni wyrzuceni z Kongresu z powodu próby zablokowania referendum w sprawie powołania konstytuanty, do czego dąży prezydent Correa. Rządzący zaledwie od kilku miesięcy lewicowo-chrześcijański (jak sam się określa) prezydent obwinia klasę polityczną o biedę panującą w Ekwadorze. Jego zdaniem tylko pozbawienie władzy rozpasanych polityków pozwoli na transformację kraju. To nie jest problemem. Problemem jest fakt, iż swoją walkę z politykami prowadzi za pomocą metod mających często wątpliwe podstawy prawne.

Po unieważnieniu mandatów 57 deputowanym policja, na polecenie Correi, nie pozwoliła im na wejście do siedziby Kongresu. Kiedy próbowali spotkać się w hotelu w Quito, policja oraz demonstrujący zwolennicy prezydenta (wzywał on do masowych protestów) uniemożliwili im to - kilku polityków zostało pobitych. Wyrzuceni kongresmeni nie złożyli broni i odwołali się od decyzji Trybunału Wyborczego do Trybunału Konstytucyjnego. Przeliczyli się jednak, gdyż TK uznał, iż nie ma kompetencji do orzekania w tej sprawie. Tymczasem Correa nie próżnował, i pod osłoną nocy, 21 marca, zaprzysiężono 21 nowych legislatorów (pochodzą z trzech opozycyjnych partii, których usuniętych przedstawicieli zastępują - zresztą są już oskarżani o zdradę oraz o to, że dali się przekupić). Przewodniczący Kongresu, Jose Cevallos powiedział: "To nie jest dobry start" i dodał "Deputowani powinni wejść głównymi drzwiami. Nie mają powodów, żeby się chować". Cevallos stwierdził również, że mianowanie nowych deputowanych pozwoli "pokonać polityczny kryzys". Czy aby na pewno? Opozycja raczej nie złoży broni. Tym bardziej, że do referendum ws. konstytuanty zostało niewiele czasu - odbędzie się ono 15 kwietnia.

źródła: Sun-Sentinel.com, statesman.com, The Economist

źródło obrazka: english.aljazeera.net

 
1 , 2 , 3 , 4
Zakładki:
1. Dyplomacja w Sieci
2. Blogi zagraniczne
3. Think-tanki
4. Media zagraniczne
5. Blogi polskie
6. Militaria
7. Periodyki
liczniki
Dyplomacja on Facebook