poniedziałek, 31 marca 2008

Informacje, które dochodzą z Zimbabwe były do przewidzenia. Sobotnie wybory prezydenckie i parlamentarne nadal pozostały nierozstrzygnięte. Władze ostrzegały opozycję przed przedwczesnym ogłaszaniem sukcesu, jednak bez efektu. Movement for Democratic Change (MDC) i kandydat tego ugrupowania na prezydenta Morgan Tsvangirai według pojawiających się informacji, a także według słów polityków MDC, zwyciężyli wybory. Tsvangirai miał zdobyć prawie 58 procent poparcia, a rządzący od 1980 roku - jako prezydent od 1987 roku - Robert Mugabe o dwadzieścia procent mniej.

Jednocześnie pojawiły się plotki, jakoby komisja wyborcza (ZEC) dostała instrukcję, aby ogłosić zwycięstwo Mugabe w pierwszej turze, przyznając mu 52 procent poparcia. W wyborach parlamentarnych wiele wskazuje na to, że MDC ma pewną przewagę nad ZANU-PF, partią rządzącą, z której wywodzi się Mugabe. Mimo upływu 48 godzin od wyborów ogłoszono jednak wyniki w mniej niż 1/3 okręgów. Według doniesień MDC, partia ta zdobyła 95 miejsc w 210-osobowym parlamencie, ZANU-PF ponad dwa razy mniej - 41, a niezależni oraz rozłamowcy z MDC - 20. I znowu, plotki wskazują na to, iż ZEC ma ogłosić zwycięstwo ZANU-PF nad MDC, w stosunku 103 do 99 mandatów.

Czy rządzący dokonują cudów nad urną i chcą odwrócić niekorzystne dla siebie wyniki wyborów? Czy opozycyjnemu MDC i Tsvangiraiowi udało się wreszcie pokonać Mugabe i ZANU-PF? Czy "wieczni opozycjoniści" sieją dezinformację, upiększając wyniki na swoją korzyść? Czy prawie 6 milionów uprawionych do głosowania zdecydowało się odrzucić Mugabe?

Pytań jest cała masa, a odpowiedzi próżno szukać. Niestety, ale żadna strona nie jest wiarygodna. Jeśli jednak MDC rzeczywiście obali reżim Mugabe, demokracja odniesie wielki sukces, a Zimbabweańczycy zyskają szansę na poprawę swojego losu. Jedno można powiedzieć z pewnością - chyba nie mogłoby być im gorzej (80-procentowe bezrobocie, 100 tys. procent inflacji itd.).

Więcej: The Financial Gazette; Fałszowanie w trakcie, MDC bije ZANU - PF (ChangeZimbabwe.com), Mail & Guardian (RPA), Reuters

23:08, p.wolejko , Afryka
Link Komentarze (4) »
sobota, 29 marca 2008

grafikaOd kiedy przed kilkunastoma dniami Chiny brutalnie stłumiły protesty Tybetańczyków - nie wiadomo, czy nie były one zresztą wywołane przez chińskich agentów-prowokatorów - Tybet nie schodzi z czołówek wszystkich mediów. Przeplatające się obrazy Dalajlamy apelującego o spokój i rozmowy, chińska maskarada dla zachodnich dziennikarzy zakończona skandalem, europejscy przywódcy grożący bojkotem ceremonii otwarcia sierpniowych igrzysk w Pekinie - przypominają nam o problemie jednej z prowincji Chińskiej Republiki Ludowej, podbitej w 1951 roku.

Demonstracje poparcia dla Tybetańczyków, gromy słane na chińskie władze przez znane osobistości ze świata polityki, show-biznesu, sportu oraz przez zwykłych ludzi - z dnia na dzień jest ich coraz więcej. Jak to zwykle bywa, akcyjnie zajęliśmy się teraz Tybetem. Zainteresowanie to, jak zwykle, minie w przeciągu najdalej kilku tygodni. Tak, jak minęło zainteresowanie mediów, a zatem także szeroko rozumianej opinii publicznej, problemami w Darfurze, Somalii czy Kongo. Jest to naturalny proces. Kto pamięta dziś o rebelii na Haiti, która miała miejsce w 2004 roku? Do dziś kraj ten nie jest w stanie poradzić sobie z ogromnymi problemami, a bezpieczeństwa pilnują żołnierze z misji ONZ. Bezrobocie jest powszechne, a czterech na pięciu Haitańczyków żyje poniżej granicy ubóstwa.

Tybet, Darfur, Kongo, Haiti - długo by wymieniać. Wszystkie te miejsca łączą poważne problemy oraz krótkotrwałe zainteresowanie ze strony mediów. Co w tym gronie robi "tytułowy" Tajwan? Państwo demokratyczne, z prężną gospodarką opartą na nowoczesnych technologiach? Państwo, w którym PKB liczone na głowę wynosi prawie 30 tys. dolarów - piętnastokrotnie więcej niż na Haiti?

Pozwoliłem sobie wpleść Tajwan do tego tekstu, gdyż nie posiada on jednej cechy wspólnej dla wcześniej wymienionych państw/regionów - nie cieszy się zainteresowaniem mediów. Owszem, styczniowe wybory parlamentarne czy niedawne wybory prezydenckie były powszechnie relacjonowane. Jednak nie w tym rzecz.

Czym tak naprawdę jest Tajwan? Według definicji państwowości przyjętej w konwencji z Montevideo, aby dany podmiot uznać za państwo powinien on posiadać: stałą ludność, określone terytorium, rząd i zdolność do utrzymywania stosunków z innymi państwami. Czy Tajwan nie spełnia jakiegokolwiek kryterium? Spełnia wszystkie. Od 1949 roku utrzymywana jest fikcja tzw. "Jednych Chin". Po wymuszonej klęskami na kontynencie ucieczce nacjonalistów pod wodzą Czang Kaj-szeka na Tajwan zarówno komuniści Mao, jak i Czang zapewniali, że to oni są jedynymi reprezentantami Chin. W międzyczasie powstały dwa oddzielne byty państwowe - ChRL i Republika Chińska. Do momentu uznania ChRL za jedynego reprezentanta "całych Chin" przez Nixona (w 1971 roku), to Republika Chińska (Tajwan) zajmowała stałe miejsce w Radzie Bezpieczeństwa ONZ.

Polityka Pekinu, wraz z rozpoczęciem dynamicznego wzrostu gospodarczego od czasów ekonomicznych reform Deng Xiaopinga (przełom lat 70. i 80.) wywierają silną presje na wspólnotę międzynarodową, w myśl której to Chińska Republika Ludowa reprezentuje Chiny - a więc zarówno Chiny kontynentalne, jak i "zbuntowaną wyspę", za jaką Pekin uznaje Tajwan. Polityczna i ekonomiczna presja (a często zwykłe przekupstwo - stosowane zresztą także przez Tajwan) okazują się bardzo skuteczne - mniej niż 30 państw uznaje Tajwan za niepodległe państwo (są to w większości państewka niewielkie i mało znaczące, jak np. Nauru). Tajwan nie ma żadnych szans na wejście do ONZ, gdyż zasiadające w Radzie Bezpieczeństwa ChRL oraz Rosja posiadają prawo weta.

Tajwan tkwi w politycznej próżni. Pod względem liczby ludności Tajwan mieści się w pięćdziesiątce najludniejszych państw. Pod względem PKB per capita lokuje się w pierwszej trzydziestce. Posiada własną walutę, jest czołowym azjatyckim eksporterem. Praktycznie wszystkie państwa świata handlują z Tajwanem, na handlu Tajwan zbudował swój dobrobyt i demokrację. Od 2000 roku na Tajwanie odbywają się wybory prezydenckie, obywatele mają także prawo wybierać parlament. Podsumowując - Tajwan jest rynkową demokracją. Mimo wszystko, za państwo uznawany nie jest.

Ze strony Chińskiej Republiki Ludowej polityka jest jasna - "Jedne Chiny". W razie secesji Pekin otwarcie grozi Tajwanowi wojną, a Taipei wcale nie może być pewne odsieczy amerykańskiej (de facto to Amerykanie gwarantują wyspie quasi-niepodległość). Oczywiście Tajwan nie poddałby się bez walki. Pod bronią znajduje się ok. 400 tysięcy żołnierzy, a wydatki na obronę stanowią nawet 15 procent budżetu. Tajwańczycy posiadają nowoczesne zachodnie uzbrojenie, które w boju mogłoby być skuteczne. Należy jednak pamiętać, że po drugiej stronie cieśniny ChRL rozmieściło już ok. tysiąca rakiet wycelowanych w Tajwan, a w zeszłym roku Chińczycy wspólnie z Rosjanami przeprowadzili manewry wojskowe improwizujące desant na wyspę. Trudniej o czytelniejszy znak ze strony Pekinu.

Można powiedzieć, że wypisuję tutaj oczywistości i banały; że zagrożenia dla Tajwanu nie ma, gdyż ekonomiczna współpraca pomiędzy tajwańskimi a chińskimi przedsiębiorcami integruje wyspę z kontynentem skuteczniej, niż jakakolwiek interwencja militarna. Zarzuty, na pierwszy rzut oka, całkiem słuszne. Kiedy jednak przyjrzymy się bliżej, dostrzeżemy, że rzeczywistość wcale nie przedstawia się tak różowo, a my sami zachowujemy się jak hipokryci.

Skoro bolejemy nad łamaniem praw człowieka w jednej z prowincji Chińskiej Republiki Ludowej, czy w jednej z prowincji Sudanu - których podległości władzy w Pekinie czy Chartumie nie negujemy - jak możemy przejść do porządku dziennego nad otwartymi groźbami skierowanymi pod adresem w pełni demokratycznego państwa? Czemu nie ma apeli do światowych przywódców, aby skończyli z hipokryzją i przyznali, że Tajwan jest de facto i de iure niepodległy? Taki sam jednolity front, jak w kwestii Tybetu, powinien być zbudowany w sprawie Tajwanu. Pojedynczo z ChRL nie wygra nikt, ale czy Pekin odważyłby się zaordynować sankcje wobec, powiedzmy, zjednoczonej Unii Europejskiej, Stanów Zjednoczonych i Kanady? Na Tajwanie co prawda nikt nie cierpi z powodu razów rozdzielanych przez komunistów - ale to nie jest wystarczający powód, aby problemu Tajwanu nie podnosić.

Niestety, mało kogo to interesuje. Na czołówkach był już Darfur, teraz jest Tybet, a w przyszłości będzie zapewne Zimbabwe. Będzie, ale tylko przez jakiś czas, aż gdzie indziej nie stanie się coś oburzającego ludzi na całym świecie. Problemy takie jak Tajwanu, Somalii czy Timoru Wschodniego pozostaną zapomniane - albo będą poruszane incydentalnie. Taka jest natura mediów.

Więcej: Merkel nie pojedzie na inaugurację (The Guardian), Konwencja z Montevideo, Czy Tajwan jest państwem?

grafika: msnbcmedia.msn.com

21:41, p.wolejko , Azja
Link Komentarze (7) »
czwartek, 27 marca 2008

Władzy raz zdobytej nie oddamy nigdyJuż w sobotę 29 marca odbędą się wybory prezydenckie w Zimbabwe. Każdy wynik inny niż zdecydowane zwycięstwo urzędującego od 1987 roku Roberta Mugabe będzie ogromną sensacją. Choć przeciwko wiekowemu już liderowi (84 lata na karku) wystąpił nawet jeden z czołowych polityków jeego własnej partii ZANU-PF - Simba Makoni, niewielu obserwatorów wierzy w prawdziwie wolne wybory. Istnieją obawy o masowe fałszerstwa. Być może nawet i bez nich Mugabe pokonałby swoich rywali - mimo fatalnego stanu gospodarki oraz pauperyzacji ludności na niespotykaną skalę, Mugabe jest popularny w regionach rolniczych, w których mieszka większa część uprawnionych do głosowania.

Czy Makoni jest poważnym kandydatem? Czy jest to kandydat zmiany? A może tylko kwiatek do kożucha, stanowiący fasadę wolnych i demokratycznych wyborów? Tarcia w ZANU-PF wychodzą na światło dzienne, ale wystawiając Mugabe jako kandydata na kolejną kadencję partia uciekła od kluczowego pytania - co po Mugabe? Na dzień dzisiejszy wydaje się, że nic - tytułowe "Mugabe forever".

Rządy Mugabe to prawdziwa katastrofa. Z kraju zamożnego, eksportującego żywność, Zimbabwe stało się pariasem Afryki, utrzymującym się głównie dzięki pieniądzom przesyłanym przez ponad 3 miliony emigrantów, pracujących głównie w RPA. Kraj dosięgła klęska głodu, żyzna gleba leży odłogiem po pacyfikacji i brutalnym wywłaszczeniu białych farmerów. Bezrobocie sięga 80 procent, a inflacja przekroczyła 100 tysięcy procent! [być może nawet 150 tysięcy procent]. PKB per capita wynosi 500 dolarów. PKB co roku kurczy się o kilka do kilkunastu procent.

Piszę o Zimbabwe, gdyż miałem nieprzyjemność oglądać i wysłuchać w CNN wystąpienia ministra informacji Zimbabwe Sikhanyiso Ndlovu. Minister w emocjonalnym uniesieniu wygrażał Stanom Zjednoczonym i Wielkiej Brytanii, a także bredził coś o tym, że Zimbabwe jako jedyne zakończyło walkę z kolonizatorami pełnym sukcesem, a teraz chce się tylko rozwijać - w czym rzekomo demokratyczny świat strasznie przeszkadza. Ndlovu posługiwał się ostrą retoryką, ale akurat z tego jest znany (o czym przekonała się niemiecka kanclerz na grudniowym szczycie UE-Afryka). Ndlovu to typowy przykład aparatczyka, członka wąskiej elity, która obłowiła się na wyzysku własnych współobywateli i ma gdzieś rosnące z dnia na dzień obszary nędzy.

W przypadku Zimbabwe wydaje się, że każdy kandydat będzie lepszy od Mugabe. Niestety dla uciemiężonego narodu, wiekowy prezydent nie chce odejść - ani ze stanowiska, ani z tego świata. Dopóki żyje, żadne zmiany nie nastąpią. Mugabe zapewne z wielką łatwością wygra sobotnie wybory, a Zimbabwe będzie bić kolejne negatywne rekordy. Wbrew obawom, lepiej wygląda sytuacja na Kubie, gdzie Fidel Castro - przynajmniej oficjalnie - oddał władzę swojemu bratu, Raulowi, a ten przeprowadza choć najmniejsze (ale zawsze jakiekolwiek) reformy.

Zadziwia mnie (a jednocześnie zupełnie nie zadziwia- wyjaśnię to za chwilę) postawa Republiki Południowej Afryki. Państwo to jest lokalnym hegemonem, przykładem udanej transformacji demokratycznej. Mieszkańcom RPA relatywnie powodzi się w życiu, choć jak w każdym kraju, istnieją różne mniej lub bardziej poważne problemy. Przy Zimbabwe RPA wygląda jednak jak Stany Zjednoczone. Niestety, rządzący w Południowej Afryce Afrykański Kongres Narodowy (ANC) i jego przywódcy, m.in. prezydent Mbeki, nie robią absolutnie nic, aby zmienić sytuację u swojego północnego sąsiada. Pomijając moralne wątpliwości, Pretoria (Tshwane?) działa na własną niekorzyść - uciekinierzy z Zimbabwe pchają się drzwiami i oknami do RPA, gdyż mogą tu zarobić pieniądze oraz uniknąć prześladowań ze strony sił bezpieczeństwa, wojska oraz sympatyków Mugabe. To wszystko kosztuje - a rachunki płaci RPA. Niedawny czempion demokratycznych przemian przyjął ostatnio zaskakującą linię w polityce zagranicznej, popierając chociażby na forum ONZ [m.in. Rady Praw Człowieka ONZ] kraje i reżimy niedemokratyczne. Ciekawe, co sądzi na ten temat Nelson Mandela.

Więcej: prezydencka kampania wyborcza - Wikipedia

grafika: voanews.com

21:47, p.wolejko , Afryka
Link Komentarze (2) »
środa, 26 marca 2008

Przyjaciele?Rozpoczęła się wizyta prezydenta Nicolasa Sarkozyego w Wielkiej Brytanii. Francuski przywódca został powitany z wielką pompą, gdyż według wszelkich znaków na niebie i ziemi jego intencją jest zbliżenie z Londynem i Waszyngtonem. Politolog Emmanuel Todd twierdzi, że Sarkozy "burzy tradycyjną francuską linię, gdzie staliśmy w opozycji do Ameryki". Zdaniem Todda, "to była istotna część składowa francuskiej obecności na arenie międzynarodowej". Cytaty pochodzą z dzisiejszego wydania "Dziennika". Chciałbym się skupić na wypowiedziach sławnego politologa.

Sławnego, gdyż w latach 70. przewidywał upadek ZSRR - choć zdaniem większości ówczesnych ekspertów oraz polityków, Sowiety trzymały się mocno. Teraz Todd wieszczy, że Ameryka "nie podoła roli jedynego supermocarstwa". Jego stosunek do Stanów można określić jako umiarkowanie negatywny, natomiast jego ocena zbliżenia Paryża z Waszyngtonem jest już zdecydowanie negatywna - "jako sojusznik USA staniemy się krajem o przeciętnym znaczeniu" a wtedy "będziemy bezużyteczni".

Czy Francji grozi transformacja w "kolejnych klakierów Stanów Zjednoczonych" i "utrata historycznej i geopolitycznej roli"? Czy działania Sarkozyego to tylko i wyłącznie "burzenie polityki zagranicznej mojego kraju, którą wypracowywano przez dziesięciolecia" - jak twierdzi Todd? Jeśli rzeczywiście głównym osiągnięciem francuskiej polityki przez kilka dekad był antyamerykanizm, to należy z politowaniem spojrzeć na francuską dyplomację, a z pobłażaniem na samego Todda. Oczywiście upraszczam i generalizuję, ale dość zabawnie brzmi w ustach wybitnego politologa fraza o tym, że de facto to antyamerykanizm jest osią francuskiej dyplomacji, jej najważniejszym fundamentem.

Niestety, ale tak bywało. Za prezydentury Jacquesa Chiraca antyamerykanizm był wręcz demonstracyjnie eksponowany. Efektem takiej polityki Pałacu Elizejskiego był kryzys w jednoczącej się po półwieczu podziału żelazną kurtyną Europie. Wtedy padły słynne słowa skierowane do Polaków: "straciliście okazję, żeby siedzieć cicho". Sojusz z "czystym jak łza demokratą" Putinem oraz twórcą tego komicznego określenia rosyjskiego prezydenta - kanclerzem Niemiec Schroederem - ugruntował pozycję Francji na biegunie antyamerykańskości.

Co Francja zyskała przez lata swojego antyamerykanizmu? Podziw w świecie, większe wpływy, prawdziwą niezależność? Możliwe, że po trochu tak. Czy było to jednak nieosiągalne bez antyamerykańskiego nastawienia? Myślę, że nie. Francuzi i tak prowadziliby swoją politykę wspierania proparyskich watażków w Afryce, utrzymaliby bliskie relacje ze swoimi byłymi arabskimi koloniami w basenie Morza Śródziemnego. Tak samo stawialiby na atom w energetyce.

Emmanuel Todd ma rację. Sarkozy stara się odchodzić od tradycyjnej gaullistowskiej polityki. Widzi, że potrzebna jest nowa linia polityki zagranicznej - nowe cele, nowe zadania, nowe środki ich realizacji oraz nowe otwarcie na partnerów i sojuszników. Polityka Francji w XXI wieku powinna zasadzać się na czymś innym niż antyamerykanizm. Zgrana karta, na której niewiele można już ugrać. Więcej można ugrać mając Amerykanów po swojej stronie. W konkursie na najbardziej proamerykańskiego przywódcę w Europie Sarkozy szybko zdystansował nawet kanclerz Angelę Merkel.

Przestawienie optyki francuskiej dyplomacji nie oznacza jednak, że Paryż z oponenta stanie się głównym piewcą amerykańskich poczynań. Sarkozy to wytrawny gracz. Krytykował Chiny za nieprzestrzeganie praw człowieka, ale w kilka miesięcy później pojechał na czele delegacji francuskich polityków i biznesmenów do Pekinu, która przywiozła do domu kontrakty warte kilkadziesiąt miliardów dolarów. Teraz ponownie krytykuje Chiny, oczywiście za poczynania w Tybecie.

Spodziewam się więc, że Sarkozy równie koniunkturalnie podejdzie do odnowienia więzów transatlantyckich. Sarko jest proamerykański, co wielokrotnie zresztą podkreślał, ale przede wszystkim dba o interesy republiki. Być może spodziewane ocieplenie relacji z Londynem i Waszyngtonem to m.in. skutek/przyczyna (każdy musi zdecydować sam) niedawnej decyzji Pentagonu o przyznaniu kontraktu na samoloty-cysterny (air tankers), wartego ok. 40 miliardów dolarów, konsorcjum złożonemu z EADS (spółki-matki Airbusa) i amerykańskiego Northrop Grumman. Ważą się także losy podobnego zamówienia w Wielkiej Brytanii (wartego 26 miliardów dolarów w trakcie 27-letniego trwania umowy), które najpewniej wygra Airbus A330. Z pewnością rozmawiali o tym dzisiaj premier Brown z prezydentem Sarkozym.

Francuski prezydent zapowiada także, iż Francja może powrócić do militarnych struktur NATO, a także obiecuje wysłanie dodatkowych żołnierzy do Afganistanu. Zaiste przełomowe decyzje, które mogą wielu przywiązanych do tradycyjnej, antyamerykańskiej linii Paryża, zadziwiać i irytować.

Zapraszam także do lektury bardzo ciekawego tekstu o redukcji arsenału atomowego przez Francję oraz propozycji Sarkozyego dotyczącej rozbrojenia, znajdującego się na zaprzyjaźnionym blogu Rzut oka na świat.

grafika: s3assets.nextnewnetworks.com

21:58, p.wolejko , Europa
Link Komentarze (10) »
wtorek, 25 marca 2008

Chavez wypatruje wroga?Przywódca Wenezueli Hugo Chavez jest bodaj największym przeciwnikiem Stanów Zjednoczonych i prezydenta Busha osobiście. Zdaniem lidera Rewolucji Boliwariańskiej amerykański imperializm od początku rzuca mu kłody pod nogi i próbuje wstrzymać zwycięski pochód socjalizmu przez Amerykę Łacińską.

Na stronie Venezuelanalysis.com trafiłem na artykuł opisujący krok po kroku wrogie działania podejmowane przez USA przeciwko Wenezueli. Celem kampanii Waszyngtonu było powiązanie Chaveza z przemytem narkotyków, terroryzmem oraz oskarżanie go o dyktatorskie zapędy, napędzanie wyścigu zbrojeń, pranie brudnych pieniędzy oraz zagrażanie bezpieczeństwu i stabilności w regionie. Aby zrealizować powyższe cele Amerykanie przedsięwzięli liczne czynności, m.in. wspieranie zamachu stanu, który pozbawił Chaveza [na zdjęciu: czyżby wypatrywał wroga?] władzy na kilkadziesiąt godzin w 2002 roku.

W tekście znajdziemy liczne wypowiedzi amerykańskich oficjeli, m.in. Condoleezzy Rice oraz Donalda Rumsfelda, w dość ostrym tonie recenzującym Wenezuelę: "Hugo Chavez stanowi negatywną siłę w regionie" albo "Wenezuela rozpoczyna niebezpieczny wyścig zbrojeń, który zagraża bezpieczeństwu w regionie". Cytatów jest naprawdę sporo, wiele z nich obok Wenezueli stawia Kubę: "Kuba i Wenezuela promują niestabilność w Ameryce Łacińskiej. Nie ma żadnych wątpliwości, że prezydent Chavez wspiera finansowo radykalne siły w Boliwii.", czy też "Wenezuela i Kuba promują radykalizm w regionie".

Poczesne miejsce w chronologii wojny czwartej generacji zajmuje Kolumbia i jej prawicowy prezydent - Alvaro Uribe. Oczywiście Uribe jest koniem trojańskim Ameryki i forpocztą amerykańskiego imperializmu. Jeśli wczytać się w kalendarium, wraz z początkiem bieżącego roku USA zintensyfikowały działania antychavezowskie - wysłały na Morze Karaibskie Czwartą Flotę (pierwszy raz od zakończenia zimnej wojny), Exxon wymógł na zagranicznych sądach zamrożenie majątku państwowej firmy naftowej PDVSA, co gorsze - kolumbijscy żołnierze zrobili wypad do Ekwadoru i zlikwidowali jednego z liderów FARC (lewackiej organizacji terrorystycznej, handlującej narkotykami, przetrzymującej kilkuset porwanych w ostatnich latach zakładników).

Jakie są cele USA na najbliższe miesiące? Przekonać Kongres do ratyfikacji umowy o wolnym handlu z Kolumbią - podpisana już w zeszłym roku umowa została zablokowana przez niechętnych wolnemu handlowi Demokratów. Prezydent Bush apelował do demokratycznej większości w swoim orędziu o Stanie Unii, aby potwierdzili sojusz z Kolumbią i przyjęli wynegocjowaną wiele miesięcy temu umowę. W innym wypadku siły "destabilizujące" (tj. Wenezuela) zyskają wiatr w żagle.

USA zamierzają też wykorzystać ekwadorską bazę w miejscowości Manta, aby zdestabilizować lewicowy rząd Rafaela Correi. Jednocześnie Amerykanie będą przeciwdziałać wpływom Chaveza w regionie, powstrzymując regionalną integrację. Oprócz tego, Waszyngton będzie wspierał "przemiany" na Kubie oraz zrobi wszystko, aby wstrzymać konstytucyjne zmiany w Boliwii i Ekwadorze. Kolejny cel Amerykanów to eliminacja FARC oraz zaaranżowanie konfliktu zbrojnego, który usankcjonuje międzynarodową interwencję i zagwarantuje USA kontrolę nad rezerwami ropy i gazu w regionie - oczywiście obalając w międzyczasie Chaveza, Evo [Moralesa] oraz Correę.

Zaiste interesujący tekst, który daje wiele do myślenia. Z pewnością Chavez nie należy do ulubieńców obecnej administracji, a CIA sporo mieszała [i miesza nadal] w regionie. Warto jednak pamiętać, że Chavez zwala winę za wszystko na Busha i Amerykę, nawet jeśli dotyczy to spraw, które sam wywołał swoją osobliwą polityką. Artykuł jest dość tendencyjny.

Moje zdanie o Chavezie znacząco różni się od poglądów autorki tekstu.. Ciekawi mnie, że atakując USA za zaangażowanie w sprawy regioniu jednocześnie nie krytykuje rosnących wpływów Wenezueli. Ostatnie wątpliwości związane z relacjami Wenezueli z FARC nakazują daleko idącą wstrzemięźliwość wobec rzeczywistych intencji Caracas. Wcale bym się nie zdziwił, gdyby pieniądze z wenezuelskiej ropy rzeczywiście szły na wspieranie lewackich terrorystów. W końcu, czy cel - podkopanie władzy znienawidzonej "marionetki imperialistów" w Bogocie - nie uświęca środków?

Zachęcam do lektury oraz publikowania swoich przemyśleń w komentarzach.

grafika: afflictedyard.typepad.com

 
1 , 2 , 3 , 4
Zakładki:
1. Dyplomacja w Sieci
2. Blogi zagraniczne
3. Think-tanki
4. Media zagraniczne
5. Blogi polskie
6. Militaria
7. Periodyki
liczniki
Dyplomacja on Facebook