niedziela, 29 marca 2009

Słowo dywersyfikacja od kilku lat robi w Polsce zawrotną karierę. Czasem odnosi się wrażenie, że niektórzy politycy celowo wstawiają je w co drugie zdanie swoich wypowiedzi, aby mądrzej brzmieć i roztropniej wyglądać. W końcu posługują się słowem długim i trudnym, podkreślając jego wagę dla interesu narodowego.

Wiele słów, wiele konferencji prasowych, wiele planów i strategii - a wszystko to na nic. Jesteśmy mistrzami dywersyfikacji werbalnej.  Jeśli chodzi o rzeczywistą, zostaliśmy w blokach startowych, jakby ktoś nam zabetonował nogi już na starcie. W związku z tym różnicowanie dostawców surowców energetycznych, ropy i gazu, odbywa się wyłącznie na papierze i w eterze, podczas gdy inne państwa wykonują konkretną pracę w tym kierunku.

Przebywając w Danii mam okazję bliżej przyjrzeć się temu, jak to się robi w Kopenhadze. Duńczycy obecnie są eksporterami gazu. Z produkowanych ponad 9 miliardów metrów sześciennych rocznie sprzedają połowę. Rezerwy są jednak niewielkie i wszystko wskazuje na to, że w okolicy 2025-2030 roku wyczerpią się. Nic dziwnego, że już teraz poważnie zastanawiają się nad tym, jak rozwiązać kwestię dostaw gazu na przyszłość. Pomijam tu kwestię utraty części przychodów do budżetu, co jest naturalną konsekwencją przestawienia się z eksportu na import. Na szczęście dla Danii, złoża ropy naftowej nie zostaną tak szybko wyeksploatowane, więc problemy budżetowe nie będą trudne do rozwiązania.

Jak Duńczycy zamierzają poradzić sobie z wejściem w rolę importera gazu ziemnego? Przygotowywana strategia zakłada, co oczywiste, dywersyfikację. Już teraz trwa konstrukcja gazociągu Skanled, który ma połączyć norweskie złoża gazu via Szwecja z Danią. Budowany jest właśnie lądowy odcinek z Norwegii do Szwecji, a planowane jest podwodne połączenie ze Szwecji do Danii. I choć Norwegia samodzielnie może zapewnić dostawy pokrywające w całości duńskie zapotrzebowanie (ok. 4,5 miliardów metrów sześciennych, przy założeniu utrzymania się konsumpcji na tym samym poziomie - co w przypadku Danii można założyć) przez najbliższych 70-80 lat, Kopenhaga nie zamierza z tej opcji skorzystać.

Duńczycy oczywiście nie obawiają się problemów dotyczących dostaw ze strony Norwegii. Przyjęli filozofię, według której nie można być uzależnionym od jednego dostawcy. Dlatego też ich strategia energetyczna dotycząca gazu, na której wstępne plany mogłem rzucić okiem, zakłada - oprócz połączenia z Norwegią - rozbudowę sieci gazowej i połączeń z Niemcami, a także "puszczenie" gazociągu szelfem kontynentalnym do Holandii; względnie podpięcie się pod norweski gazociąg biegnący do Niemiec. Połączenie z Niemcami gwarantuje w przyszłości dostawy gazu z Rosji, obecnie zakłada się, że będzie to gaz z Nord Stream.

Oprócz zabezpieczania sobie dróg importu, Dania poważnie myśli o Baltic Pipe, czyli gazociągu do Polski. Najpierw odbieralibyśmy gaz duński, a następnie norweski, płynący do Danii rurą Skanled. Problem w tym, że gazociąg do Danii jest w Warszawie niemalże mityczny i - jak zwykle - pozostaje bardziej w sferze werbalnej, wirtualnej. Możliwe zresztą, że ponownie nie będzie ekonomicznego uzasadnienia dla jego powstania, gdyż Gazprom proponuje nam kontrakt na import większej ilości surowca niż dotychczas. Jeśli podpiszemy go w wersji, o której informowały niedawno media (10 zamiast 7,5 miliardów metrów sześciennych rocznie), nie tylko Baltic Pipe, ale i równie mityczny Gazoport mogą się nie zmaterializować.

Prosta kalkulacja pokazuje, że nie potrzebujemy tyle gazu, ile możemy otrzymywać (można o tym przeczytać tutaj). Rozwiązaniem byłoby np. przestawianie produkcji energii elektrycznej z węgla na gaz. Wspomogłoby to nasze wysiłki dotyczące redukcji emisji CO2 do atmosfery i pozwoliłoby zagospodarować większy import błękitnego paliwa. W razie podpisania odpowiednich umów, tj. bez klauzul zakazujących reeksportu (pomijając ich zgodność z prawem europejskim), Polska mogłaby eksportować nadwyżki surowca i trochę na tym zarobić.

Na koniec warto wspomnieć jeszcze o jednej kwestii, mianowicie możliwości magazynowania gazu. Dania już teraz posiada dwa potężne magazyny, które mogą pomieścić w sumie blisko 2 miliardy metrów sześciennych gazu (przy rocznym zużyciu na poziomie 4,5 miliardów), a planowana jest budowa trzeciego magazynu. Łącząc możliwości przechowywania tak dużej ilości surowca z kilkoma jego źródłami, otrzymujemy spójną i bezpieczną (bezpieczeństwo energetyczne) strategię. Pozostaje życzyć Polsce, aby poszła drogą Danii i przeszła ze sfery werbalno-wirtualnej do rzeczywistej. Posiadamy około dwa razy większe rezerwy gazu ziemnego od Danii.

Piotr Wołejko


Wcześniejsze wpisy poświęcone energetyce:

 

Więcej tekstów oraz autorów na portalu Polityka Globalna:
 

 

21:05, p.wolejko , Europa
Link Komentarze (1) »
czwartek, 26 marca 2009

grafika1Wróciłem z zakończonej dosłownie półtorej godziny temu konferencji Strefa wojny - Afganistan, która odbyła się w głównej auli Uniwersytetu Kopenhaskiego. Studenci mieli okazję spotkać się z ministrami obrony Danii oraz Wielkiej Brytanii - Sorenem Gade oraz Johnem Huttonem.

Brytyjscy i duńscy żołnierze współdziałają w południowej prowincji Afganistanu, Helmand. Jest to jeden z najtrudniejszych frontów walki z rebelią talibów. Duńczycy stracili od początku operacji 21 żołnierzy, Brytyjczycy blisko 200. Soren Gade i John Hutton, odpowiadając na pytania studentów, musieli wykazać się sporą wiedzą oraz odpornością, gdyż nie zabrakło pytań trudnych oraz nieprzyjemnych, często bardzo krytycznych.

Obaj ministrowie zapewniali, że zdają sobie sprawę z faktu, iż siłą militarną nie są w stanie wygrać bitwy. Do wygrania "serc i umysłów" potrzebne jest dobre zarządzanie (sprawny rząd), rozwój i odbudowa oraz bezpieczeństwo. Bez któregokolwiek z tych trzech filarów, siły NATO poniosą w Afganistanie porażkę. Niestety, afgański rząd jest skorumpowany, skompromitowany i słaby. Jego władza z trudem przekracza przysłowiowe już rogatki Kabulu. A i w samej stolicy jest często iluzoryczna, zaś talibowie przechwalają się, że czekają tuż za rogatkami miasta, aby zadać prozachodniemu rządowi ostateczny cios.

Z pewnością sytuacja nie jest jeszcze tak zła, aby talibowie mogli obalić rząd Hamida Karzaja, jednak w dość szybkim tempie opanowują terytorium kraju. W grudniu ub.r. szacowano, że kontrolują blisko 3/4 Afganistanu. Od tego czasu ich postępy powstrzymywała zima, ale wraz z nadejściem wiosny otwiera się kolejny okres walki. Zapowiedź Baracka Obamy dosłania do Afganistanu dodatkowych 17 tysięcy żołnierzy w ciągu pół roku teoretycznie poprawia pozycję sił zachodnich, ale dowódcy domagali się 30 tysięcy nowych żołnierzy.

grafika2Strategia surge (nagły przypływ dużej ilości żołnierzy), którą skutecznie zrealizowano w Iraku, ma teraz sprawdzić się w Afganistanie. Ważne, aby oprócz obcych do walki z talibami stanęli także sami Afgańczycy. Potrzebne jest afgańskie "przebudzenie" (awakening), dzięki któremu Amerykanie odetchnęli w prowincji Anbar i dali się we znaki Al-Kaidzie i innej maści terrorystom mającym bazę w tej prowincji.

Nie da się jednak wygrać wojny i ustabilizować sytuacji w Afganistanie, dopóki po pakistańskiej stronie granicy radykałowie znajdują bezpieczną przystań do odpoczynku, przegrupowania, werbunku nowych bojowników. Tymczasem władze w Islamabadzie, czy to wojskowe (Musharraf) czy cywilne (Zardari) nie mogą poradzić sobie z tym problemem. Ich odpowiedzią było zawarcie rozejmu z niektórymi protalibskimi watażkami, wycofanie wojsk z pogranicza i nie mieszanie się w to, co się tam dzieje.

John Hutton stwierdził, że dla Wielkiej Brytanii priorytetem w dziedzinie bezpieczeństwa, głównie wewnętrznego, jest bliska współpraca z władzami w Islamabadzie i to, aby Pakistan był krajem stabilnym i demokratycznym. Brytyjski minister powiedział, że zdecydowana większość dochodzeń brytyjskich służb specjalnych odpowiedzialnych za walkę z terroryzmem wykazuje powiązania z Pakistanem. W Wielkiej Brytanii problemem nie są terroryści czy radykałowie napływowi, imigranci, ale synowie bądź wnuki imigrantów. Jednak brak konkretów, gdyż poza dyplomatycznymi naciskami, wpływ Londynu czy innych państw na władze pakistańskie jest niewielki. Nawet Waszyngton nie jest w stanie zmusić Islamabadu do rozprawienia się z radykałami wewnątrz Pakistanu (interesy armii, wywiadu ISI, a także władz pakistańskich nie do końca zbiegają się z interesami Zachodu).

Na pytanie, dlaczego, mimo obecności w Afganistanie od 2001 roku, nie zlikwidowano bądź poważnie nie ograniczono produkcji opium, ministrowie - oczywiście nie wprost - potwierdzili, że wojska NATO i amerykańskie nie są tym do końca zainteresowane. I choć wszyscy wiedzą, że handel opium przynosi krociowe zyski i finansuje m.in. rebelię talibów, nie podejmuje się kroków rozwiązujących problem. Dlaczego? Bo likwidacja pól makowych oznaczałaby katastrofę dla tysięcy zwykłych Afgańczyków. Trzeba im zaoferować coś w zamian, mówią Gade i Hutton.

Podejście bardzo humanitarne, ale logika w tym myśleniu dość dziwna. Przecież likwidacja pól pozbawiłaby talibów dużej części pieniędzy, z których finansują swoją rebelię. To oznacza, że z mniejszym natężeniem mogliby atakować siły NATO, a to oznacza łatwiejsze zaprowadzenie bezpieczeństwa. Gdy jest już w miarę bezpiecznie, nietrudno wprowadzać nowe uprawy itd., aby zapewnić byt afgańskim chłopom, którzy uprawiają mak z konieczności (do nich trafiają ochłapy z krociowych zysków z handlu opium).

Na koniec krótka uwaga o władzach afgańskich i zbliżających się wyborach prezydenckich. Mój przyjaciel z Rosji powiedział, że Hamid Karzaj w ostatnich tygodniach kilkakrotnie wysyłał do Moskwy swoich przedstawicieli, aby uzyskać poparcie Rosji w tychże wyborach. Krążą plotki, że koalicja chce pozbyć się ugodowego i słabego Karzaja, a ten nie zamierza poddać się bez walki. Rosja może wywrzeć spory wpływ na północną część Afganistanu działając m.in. przez Uzbekistan. Kraj ten konkuruje z Pakistanem (pogranicze afgańsko-pakistańskie) jeśli chodzi o drogę tranzytu afgańskiego opium. Większe zaangażowanie Moskwy w Afganistanie może nie ocalić posady Karzaja, ale może dać wymierne zyski Uzbekistanowi, umacniając przy tym pozycję Rosji w Afganistanie (o który przed ponad wiekiem toczyła się rywalizacja rosyjsko-brytyjska).

Piotr Wołejko


Wcześniejsze wpisy poświęcone Afganistanowi:

 

Więcej tekstów oraz autorów na portalu Polityka Globalna:
 

 

grafika: ku.dk, własne

19:11, p.wolejko , Azja
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 23 marca 2009

Choć pojawiają się informacje, jakoby globalne ocieplenie już nie postępowało, a świat czeka raczej ochłodzenie, kwestia poszukiwania alternatyw dla paliw kopalnianych pozostaje aktualna. Niezależnie od tego, czy klimat się ociepla czy ochładza - a nigdy nie byłem w obozie klimatohisteryków, głoszących apokaliptyczne wizje i wzywających do samobójczych gospodarczo posunięć - należy już dziś działać w kierunku minimalizacji znaczenia węgla kamiennego w bilansie energetycznym.

Dość zabawne, ale kryzys finansowy bardzo dobrze wpływa na walkę z globalnym ociepleniem - zmniejsza się liczba fabryk i innych zakładów, które emitują gazy cieplarniane do atmosfery. Cieszyć się z tego może jedynie grupka ekstremistów, a jednego jej przedstawiciela niedawno spotkałem, którzy głoszą konieczność cofnięcia wzrostu gospodarczego (de-growth) i przestrzegają, że nieustanny wzrost jest niemożliwy i są pewne jego granice. Muszę przyznać, że zszokował mnie ów reprezentant - profesor John Holten Andersen z kopenhaskiego DTU - który z ogniem w sercu przekonywał słuchaczy, że jego pogląd jest słuszny.

Jak sam jednak stwierdził, on i jego koledzy nie znaleźli jeszcze rozwiązania problemu bezrobocia związanego z cofnięciem wzrostu gospodarczego. Nie znaleźli też, choć tego Andersen już nie przyznał, odpowiedzi na pytanie: na czym owe cofnięcie wzrostu miałoby polegać. Gdy przytomny słuchacz zapytał Andersona, czy proponuje on cofnięcie rozwoju polegające na skróceniu długości życia i zwiększeniu śmiertelności wśród noworodków, ten uciekł od odpowiedzi. A problem jest niebagatelny, gdyż cofnięcie wzrostu nieuchronnie wiąże się m.in. z tym, na co wskazał pytający student. Aberracją wydaje się możliwość utrzymywania gospodarki w stanie "cofania się", czyli zmniejszania.

Dziś na Salonie24 pojawiło się kilka wpisów dotyczących energetyki, więc postanowiłem dołączyć się do dyskusji. W dniach 10-12 marca uczestniczyłem w konferencji Energy Crossroads w Kopenhadze, gdzie oprócz interesujących (mniej lub bardziej) wykładów i dyskusji, uczestnicy brali udział w grze strategicznej polegającej na stworzeniu nowego systemu energetycznego na 2030 rok. Gra była zwizualizowana wieżami z klocków lego (w końcu to Dania!), a najważniejszym zadaniem była zmiana wieży business-as-usual (jak ujął to doradca Obamy z uniwersytetu Berkeley Daniel Kammen, w przypadku USA jest to Bush-as-usual) w 2030 roku na bardziej ekologiczną. Przy okazji należało dokonać zmian w wieżach symbolizujących zużycie energii w przemyśle, transporcie i ogrzewaniu.

Założenia naszej grupy (6-osobowej), zajmującej się regionem Północ (Skandynawia oraz Wielka Brytania i Irlandia) były bardzo proste: wykorzystajmy potencjał regionu i zbudujmy (bądź zwiększmy wydajność) hydroelektrowni i postawmy na energię wiatru; wyeliminujmy węgiel z bilansu energetycznego i zmniejszmy zużycie ropy w transporcie. Było jeszcze jedno założenie, którego nie udało się w żadnej mierze dotrzymać - NIE dla atomu. Dodatkowym założeniem, w zasadzie pierwszym, była całkowita rezygnacja z CCS, o którym więcej w dalszej części wpisu.

Jak okazało się w trakcie gry, energia atomowa jest niezbędna dla zapewnienia wystarczającej ilości elektryczności. Przy rezygnacji z paliw kopalnianych, atom staje się fundamentem nowego systemu energetycznego. Charakterystyka ulubionych przez ekologów turbin wiatrowych oraz paneli słonecznych jest taka, że nie są one w stanie dostarczać energii przez 24 godziny na dobę, są tzw. elastycznymi źródłami elektryczności. Tymczasem, dla stabilności systemu energetycznego państwa/regionu niezbędne jest, aby zużycie energii elektrycznej w szczytowym momencie (peak demand) mogło być pokryte z tzw. nieelastycznych, stałych źródeł, czyli niezależnych od kaprysów natury.

Większość państw nie będzie drugą Norwegią, pokrywającą własnej zapotrzebowanie w większości z hydroelektrowni. Rezygnacja z węgla kamiennego czy ropy/gazu w produkcji elektryczności oznacza konieczność przejścia na atom. Przy obecnych możliwościach systemu energetycznego, tzn. braku możliwości przechowywania energii elektrycznej, nie można mówić atomowi nie i budować wyłącznie coraz to nowe farmy wiatraków (czy to na lądzie, czy to na morzu). Energia wiatrowa i słoneczna powinny być w większej mierze wykorzystywane, ale nie stanowią one rozwiązania problemu, przed jakim stoimy. Mogą być one uzupełnieniem bilansu energetycznego, ale podstawą musi być atom - bezpieczne (nowoczesne technologie) i ekologiczne źródło energii.

Stąd zadziwia oderwanie od rzeczywistości polityków w wielu państwach, którzy za zakaz wykorzystywania atomu dla produkowania energii daliby się pokroić. Era zaprzeczania faktom już się skończyła, a kto zrozumie to ostatni, znajdzie się w nie lada kłopocie. Ostatnio w Niemczech rozgorzał spór pomiędzy lewą a prawą częścią sceny politycznej, czy należy znieść nakaz wstrzymania prac siłowni atomowych w 2017 roku (a nie, broń Boże, wybudowanie nowych elektrowni), podgrzany jeszcze przez szwedzkie rozważania, czy nie nadszedł czas przeproszenia się z rzeczywistością, tj. rezygnacją z rezygnacji używania atomu. Skoro już nawet Szwecja rozważa taki krok, sytuacja stała się naprawdę poważna.

Jedynym problemem z elektrowniami jądrowymi jest kwestia zużytego paliwa i tego, co z nim robić. Można je oczywiście przechowywać, ale jest to kosztowne, a zużyte paliwo pozostaje radioaktywne przez setki tysięcy lat. Może jednak uda się opracować technologie, które pozwolą ten problem rozwiązać. Uwierzmy w potęgę nauki, już nie takie problemy udawało się rozwiązywać. Podobno kanclerz Merkel, z wykształcenia fizyk, także gorąco w to wierzy i nie ukrywa, że zamierza znieść nakaz zamknięcia niemieckich siłowni jądrowych. Przemawia za tym nie miłość do atomu, ale zdrowy rozsądek - zamknięcie elektrowni oznaczało by poważne problemy dla Niemiec związane z brakiem elektryczności.

Odnosząc się do dzisiejszych wpisów na Salonie, spośród których dwa dotyczą technologii sekwestrowania węgla (carbon capture and storage - CCS): Paweł Świeboda i Aga Hinc z Centrum Strategii Europejskiej demosEuropa kategorycznie twierdzą, że "Europa musi postawić na CCS". Mniej przychylnie na CCS patrzy Varia (vide Fakty i mity o CCS), do którego stanowiska jest mi znacznie bliżej. Nie uważam bowiem wychwytywania i składowania dwutlenku węgla za cudowne rozwiązanie ani wielką szansę dla Polski, Europy czy świata.

Technologia CCS jest droga, a do tego nigdzie jeszcze nie została wprowadzona. Istnieją rozmaite instalacje demonstracyjne, ale to dopiero raczkowanie nowego pomysłu. Świeboda i Hinc piszą: " UE zdecydowała o budowie do 12 obiektów demonstracyjnych w okresie do roku 2015, co wymagać będzie dodatkowego finansowania rzędu 1 miliarda euro na instalację." UE wyda więc 12 miliardów euro, a w 2015 roku (dopiero!) będzie można stwierdzić, czy technologia się przyjęła i sprawdziła i czy warto ją wprowadzać powszechnie, tj. do wszystkich, istniejących oraz budowanych (planowanych) elektrowni, opalanych głównie węglem.

Varia zwraca uwagę na bardzo ważny aspekt: "(...) elektrownie powinny być jak najbliżej miejsc odbioru prądu, względnie blisko złóż paliwa. W przyszłości to miejsca składowania CO2 będą determinować lokalizacje, gdzie nowe elektrownie będą powstawały. Oznaczać to będzie wyższe koszty związane z transportem z jednej strony węgla, a z drugiej - wytworzonego prądu." Przesyłanie energii na duże odległości oznacza większe straty (specyfika przesyłu elektryczności), a CCS mogą stosować na dużą skalę tylko kraje, które posiadają odpowiednie miejsca do przechowywania CO2. Na kopenhaskiej konferencji ktoś (z uczestników, nie panelistów) rzucił pomysł, aby budować specjalne magazyny, takie jak do przechowywania ropy bądź gazu - kolejny oderwany od rzeczywistości (koszty!) pomysł.

Osobiście uważam, że CCS może znaleźć zastosowanie w ograniczonej liczbie państw, a i to uwarunkowane jest kosztami technologii. Jak każda nowinka, CCS jest drogi, i od redukcji kosztów uzależniony jest jego sukces bądź porażka. Jest to przede wszystkim półśrodek, który, paradoksalnie, oddala nas od rezygnacji z węgla i przejścia na atom. Tylko atom pozwoli znacznie zredukować emisje i wyeliminować węgiel z produkcji elektryczności. Stąd zamiast zaprzeczać rzeczywistości i stosować różne zmyłki tudzież zajmować się pobocznymi wątkami (CCS), należy jasno i wyraźnie określić priorytet, jakim jest budowa elektrowni jądrowych.

Na mniejszą skalę bardzo ciekawym pomysłem jest wykorzystanie alg. Pisze o tym dzisiaj traube (Algi zamiast plutonu). Powiedziałbym: nie zamiast, a obok. Przeczesałem sieć i aż dziw bierze, że zamiast na algi, UE wydaje 12 miliardów euro na pompowanie dwutlenku węgla pod ziemię, promując półśrodek zamiast całkowitego rozwiązania.

Piotr Wołejko

 

Wcześniejsze wpisy poświęcone energetyce:

22:13, p.wolejko , Europa
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 22 marca 2009

Patrzenie na pianę toczącą się z ust amerykańskich polityków w ubiegłym tygodniu było bezcenne, niczym w reklamie znanych kart kredytowych. Kiedy gruchnęła wieść, że managerowie American International Group (AIG) dostali premie w wysokości 165 milionów dolarów, nad upadłym gigantem ubezpieczeniowym rozpoczął się swoisty sabat czarownic.

Fakty są takie: AIG bez pomocy rządu zbankrutowałby jeszcze w ubiegłym roku. Firma dostała już ok. 180 miliardów dolarów od amerykańskich podatników i tylko te fundusze i gwarancje rządowe podtrzymują ją przy życiu. Podobno AIG było zbyt duże, by upaść (to big to fail), stąd "konieczność" przyznania pomocy. Jak jednak pokazuje doświadczenie, zasada ta była przez administrację amerykańską stosowana wybiórczo. Morgan Stanley dostał pomoc na przejęcie Bear Stearns a Bank of America na przejęcie Merrill Lynch, ale nikt nie pomógł innemu bankowi inwestycyjnemu - Lehman Brothers. Lehman był znacznie większy od Beara i jego upadek bardzo poważnie wpłynął na pogłębienie się kryzysu.

Argument polegający na tym, że jakaś firma jest za duża, by upaść, do mnie nie trafia. Upaść powinna każda firma, która sobie nie radzi. Nie można pomagać słabszym a większym kosztem innych, którzy - z trudem - radzą sobie. Na pomoc bankom na całym świecie, choć głównie w Stanach Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii, wydano już setki miliardów dolarów a rządy wydadzą jeszcze więcej.Za upadłymi instytucjami finansowymi już czekają inne firmy i branże, które domagają się publicznych pieniędzy.

Branża motoryzacyjna została bardzo mocno osłabiona w wyniku kryzysu i teraz to na niej skupiają się reflektory. Administracja Obamy miała gest i przyznała Wielkiej Trójce z Detroit pomoc w wysokości 25 miliardów dolarów. Jak się jednak okazuje (co nietrudno było przewidzieć) szanse na błyskawiczną restrukturyzację General Motors, Forda i Chryslera nie ma. W Detroit przebąkuje się już o konieczności kolejnego bailoutu, czyli kolejnych miliardów od podatników na ratowanie nierentownych i nieprzystosowanych do konkurowania w XXI wieku koncernów.

Po mistrzowsku sprawę pomocy dla francuskich firm motoryzacyjnych rozgrywa Francja i jej prezydent Nicolas Sarkozy. Ogłosił wprost, jak sprawy się mają - dostaniesz pomoc, jeśli nie będziesz redukował zatrudnienia we Francji, za co został zganiony przez Brukselę i wiele państw, głównie środkowoeuropejskich (gdzie zachodnie koncerny przenosiły swoją produkcję). Przywołany do porządku Sarko pozornie się wycofał, zapewniając, że o żadnym protekcjonizmie mowy być nie może, a firmy mają tylko moralne zobowiązanie do ochrony francuskich miejsc pracy. Teraz, oczywiście przypadkiem, Renault ogłasza przeniesienie linii produkcyjnej ze Słowenii do Francji, przy okazji otrzymując pomoc rządu w Paryżu. Komisja Europejska jest czerwona ze złości, a bojowa w sprawie polskich stoczni komisarz Neelie Kroes została wystrychnięta na dudka.

Wracając do AIG i bonusów, również rząd holenderski szlag trafia z powodu bonusów przyznawanych nowemu dyrektorowi ds. finansów (CFO) banku ING, wspartego z kieszeni holenderskiego podatnika na kwotę 10 miliardów euro. Tani populizm rządów i polityków dotyczący bonusów i premii w firmach ratowanych z publicznych pieniędzy jest, używając modnego ok. półtora roku temu określenia, porażający. Aby dotrzeć do podatników, na których nakłada się ogromne zobowiązania, politycy popisują się nieuctwem i demagogią.

Tymczasem prawda jest taka, że bez bonusów, premii i rozmaitych mechanizmów związanych z wysokością wynagrodzenia, nie da się skusić do pracy dobrych managerów. A na nich powinno rządom zależeć. Opiekę nad wspieranymi przedsiębiorstwami (jeśli zdecydowało się je wspierać) powinni sprawować najlepsi z najlepszych, aby jak najszybciej wyjść z dołka, zrestrukturyzować firmę - postawić ją na nogi, a następnie przywrócić na rynek (sprzedać udziały należące do skarbu państwa) i zarobić na państwowym udziale w danym przedsiębiorstwie. Wspieranie upadłych firm musi być traktowane przez państwo nie tylko jako społeczny obowiązek, ale także jako szansa na zysk, który wystarczy nie tylko na spłatę długów.

Teoria corporate governance zakłada, że im mniejszy udział stałego wynagrodzenia w całości wynagrodzenia (czyli im większy udział bonusów i premii zależnych od wyników), tym większe szanse na osiągnięcie zysków, przede wszystkim na zwiększenie wartości przedsiębiorstwa. Zależnie od rodzaju prowadzonego biznesu i wielkości firmy, należy tak skonstruować wynagrodzenie managerów, aby osiągnęli oni jak najlepsze wyniki. Jeśli politycy, w swoim populistycznym szale, wymuszą rezygnację z bonusów (AIG) bądź ich znaczące zmniejszenie (ING), zamiast doświadczonych fachowców trafią do tych firm przeciętniacy. Jest to oczywiście generalizacja, ale bardzo prawdopodobna.

Z AIG jest jeszcze jeden kłopot - chodzi o już przyznane premie i bonusy. Propozycja, aby obłożyć je 90-procentowym extra-podatkiem są tak absurdalne, że aż żal się nad nimi pochylać. Warto zwrócić uwagę, czego media nie chciały dostrzec, że owe "skandaliczne" bonusy wynikały z umów zawartych przez AIG z managerami oraz z wewnętrznych regulacji dotyczących wynagrodzeń dla managerów. Rząd, udzielając pomocy, mógł próbować nie dopuścić do wypłacenia bonusów w takiej wysokości. Jak zwykle jednak, zamiast podejścia ex ante politycy działają ex post, wywołując przy tym wiele szkód.

Piotr Wołejko


Wcześniejsze wpisy poświęcone kryzysowi finansowemu:

 

Więcej tekstów oraz autorów na portalu Polityka Globalna:
 

 

środa, 18 marca 2009

Z niezwykłym rozbawieniem przeczytałem artykuł dr Antoniny Sebesty opublikowany w krakowskiej Gazecie Wyborczej w ub. weekend (15 marca). Wykładowca z 30-letnim stażem pochyla się w nim nad słabizną i cwaniactwem dominującym wśród polskich studentów.

Receptą na poprawę sytuacji, "bardzo łatwą", jak twierdzi dr Sebesta, jest wymaganie zaliczeń na ocenę z każdego przedmiotu oraz wprowadzenie obowiązku chodzenia na wykłady. Ma to obniżyć liczbę studentów i wprowadzić więcej jakości kosztem ilości braci studenckiej. Jak to zwykle bywa, Pani doktor nie zaczyna od siebie i swoich kolegów po fachu, szukając winnych wśród studentów. Znana to praktyka, widzieć źdźbło w oku drugiego, belki we własnym nie dostrzegając. Pomogę więc dr Sebeście, podpierając się własnymi doświadczeniami.

Tak się przypadkiem składa, że przebywam aktualnie w Kopenhadze w ramach programu Erasmus. Po 7 tygodniach nauki mogę stwierdzić, że zajęcia tutaj dały mi więcej niż 3,5 roku zajęć na macierzystym uniwersytecie. Najbardziej rzucają się w oczy dwie rzeczy - organizacja oraz podejście prowadzących zajęcia do studentów. Przez 7 semestrów w Polsce tylko jedne jedyne zajęcia były prowadzone na poziomie tych, na które uczęszczam na Uniwersytecie Kopenhaskim.

Nie odnoszę wrażenia, żeby studenci z Danii czy innych państw świata, których jest tutaj całkiem spora grupa, specjalnie się różnili od polskich studentów. Omawiane przez dr Sebestę xerowanie notatek i studia polegające na xerowaniu są skutkiem słabizny oferowanej przez doktorów i profesorów na naszych uczelniach. Jak wspomniałem, tylko jedne zajęcia na siedem semestrów (sic!) były prowadzone na poziomie naprawdę wysokim (podobnym do tutejszego). Co przez to rozumiem? Trzy bardzo proste rzeczy: 1. Od pierwszych zajęć było wiadomo co, i na które zajęcia trzeba przeczytać, aby móc uczestniczyć w nich aktywnie; 2. Zajęcia nie są monologiem prowadzącego ani nie są prowadzone w formie - pytanie, brak odpowiedzi, minus, dyżur; 3. Prowadzący są świetnie przygotowani na zajęcia, zadają kilkadziesiąt pytań w trakcie 2-3 godzin, a dodatkowo z prawdziwą radością czekają na pytania od studentów.

Coś za coś Pani doktor - aktywność studentów wymaga jeszcze większej aktywności od prowadzącego. Trzeba przygotować materiały na każde zajęcia, dokładnie je zaplanować i rozpisać. Następnie należy przygotować odpowiednie prezentacje multimedialne, materiały prasowe, audio i wideo (zależnie od potrzeb). Kiedy zaciekawi się studenta omawianą materią, nie ma nawet potrzeby sprawdzania obecności - studenci sami tłumnie pojawią się na kolejnych zajęciach i będą żałować każdej, prawie zawsze wymuszonej okolicznościami wyższej wagi, nieobecności. Nie wiem czy ktokolwiek słyszał o sprawdzaniu obecności w Kopenhadze.

Jak nie chcesz, to nie przychodź na zajęcia - nikt cię nie zmusza. Jak nie przeczytasz, to mniej skorzystasz, więc lepiej przeczytać i brać aktywny udział w zajęciach. Wzajemny szacunek to podstawa, na której oparty jest model studiów na Uniwersytecie Kopenhaskim. W Polsce ze świecą szukać naukowców, którzy prowadząc zajęcia zhańbiliby się wykorzystaniem laptopa i projektora multimedialnego. Zmusza się studentów do bycia obecnym ciałem (bo nie duchem) na przeraźliwie nudnych i bezproduktywnych ćwiczeniach (zasada: zapisałeś się - musisz być), polegających na niekończącym się monologu prowadzącego. Pani Sebesta proponuje jednak iść dalej i z tej bezproduktywności wystawiać ocenę - cudowne rozwiązanie!

Wykłady to zupełnie inna bajka. Zazwyczaj zasłużony profesor prowadzi je z notatek, które przygotował dwie-trzy dekady temu albo czyta swój podręcznik. Rzadko natrafi się ktoś, kto wie na czym polega istota wykładu na uniwersytecie. Nie jest nią czytanie na głos podręcznika własnego autorstwa, bo książkę można równie dobrze przeczytać w domu, w autobusie czy w bibliotece. Istotą wykładu jest zaciekawić przedmiotem, powiedzieć coś, czego w książce nie ma. Wyjaśnić podstawy w sposób jasny i przejrzysty, a następnie przejść do rzeczy ciekawych. Rzadko bywam na wykładach, można powiedzieć, że obecnie (4 rok) wcale. Dlaczego? Bo niewiele bym skorzystał na obecności. Studia nie polegają na przesiadywaniu na uczelni. Natomiast, jeśli dzieje się coś ciekawego, mogę przyjść specjalnie na godzinę 20 czy 8 tylko na wybrane zajęcia - szkoda, że w Polsce studenci rzadko mają taką możliwość.

Zamiast pomstować na leniwych i zblazowanych studentów, doktor Sebesta powinna, zaczynając od samej siebie, sprawdzić, jak prowadzi zajęcia, a następnie dowiedzieć się, jak robią to jej koleżanki i koledzy. Niech przejdzie się na kilka wykładów i dowie się, dlaczego najczęściej sale (choćby największe) świecą pustkami. Jako naukowiec powinna dokonać takiego eksperymentu i stać się na tydzień studentem. Jestem przekonany, że po tak krótkim czasie będzie dobrze wiedziała, gdzie naprawdę tkwi problem. I choć w swoim artykule porusza kwestię wieloetatowości pracowników naukowych (która w ogromnym stopniu wpływa na słabość prowadzonych zajęć), na końcu zrzuca winę na studentów.

My jednak chłopcem do bicia być nie zamierzamy.

PS. Temat jest luźno związany z ogólną tematyką bloga, za co Czytelników gorąco przepraszam.


Piotr Wołejko

 

Więcej tekstów oraz autorów na portalu Polityka Globalna:
 

 

16:26, p.wolejko , Inne
Link Komentarze (12) »
 
1 , 2
Zakładki:
1. Dyplomacja w Sieci
2. Blogi zagraniczne
3. Think-tanki
4. Media zagraniczne
5. Blogi polskie
6. Militaria
7. Periodyki
liczniki
Dyplomacja on Facebook