wtorek, 30 marca 2010

Sezon primaaprilisowy zbliża się wielkimi krokami. Media przygotowują zaskakujące doniesienia na czołówki serwisów informacyjnych oraz pierwsze strony gazet. Jednym z najbardziej zapracowanych musi być Bogusław Chrabota z Polsatu, który daje przedsmak tego, co szykuje na 1 kwietnia, w swojej rubryce w aktualnym wydaniu tygodnika Newsweek Polska. Chrabota wzywa brytyjskiego ministra spraw zagranicznych Davida Milibanda, aby ten oglądał Bonda. Polecam zapoznanie się z tekstem p. Chraboty przed lekturą poniższego komentarza.

Majstersztyk czy amatorka?

Bogusław Chrabota potępia w czambuł szefa brytyjskiej dyplomacji za wydalenie z terytorium Zjednoczonego Królestwa oficera Mossadu (de iure dyplomaty), podejrzewanego o współudział w fałszowaniu paszportów brytyjskich dla zamachowców z Dubaju. Przypomnijmy, że w styczniu w ekskluzywnym hotelu w Dubaju zamordowano wysoko postawionego członka palestyńskiego ugrupowania terrorystycznego Hamas Mahmuda al-Mabhuha. O zamach na Mabhuha podejrzewa się izraelski wywiad (Mossad), który otwarcie przyznawał, że znajduje się on w czołówce listy potencjalnych celów.

W kwestii faktograficznej Pan Bogusław nie próbuje wyprowadzić czytelników w pole. Jednak jego interpretacja wydarzeń ma więcej wspólnego z żartem niż z rzeczywistością. Pozwolę sobie przytoczyć pewien fragment z tekstu Bogusława Chraboty:  "Egzekucja Al-Mabuha była wywiadowczym majstersztykiem, co dowodzi, że stało za nim profesjonalne komando". Wywiadowczy majstersztyk to wg Chraboty akcja, w której "po sprawcach został tylko zapis z kamer przemysłowych i fotografie paszportów " . Zaiste, drobnostka. Szkoda, że nie zostawili jeszcze kompletnego materiału DNA, odcisków palców, a tak w ogóle, nie stawili się na najbliższym posterunku miejscowej policji.

Troszkę inaczej widzi sprawę profesjonalista, były agent Mossadu, obecnie autor książek o tematyce sensacyjnej - Victor Ostrovsky. Jego zdaniem operacja w pewnych chwilach nosiła znamiona amatorszczyzny, a jej uczestnicy zachowywali się tak,  jakby nie do końca wiedzieli, który za co odpowiada. Ostrovsky zwraca także uwagę, że wielu ludzi popełnia podobne błędy na miejscu akcji, ale nigdy nie wychodzi to na jaw, bo nie dają się nagrać na wideo. Podobnie jak Ostrovsky ocenia akcję w Dubaju Gwynne Dyer, dziennikarz od dawna zajmujący się Bliskim Wschodem, podkreślając amatorkę egzekutorów.

grafika

Bond prawdę ci powie

Zdaniem Bogusława Chraboty, zamiast wydalać izraelskiego "dyplomatę", David Miliband powinien sięgnąć na półkę po filmy z agentem 007, aby "coś zrozumieć". Jest to bowiem fikcja, "ale za to jak pouczająca!". Tutaj Pan Chrabota żartuje po raz drugi, gdyż nikt mówiący na serio o pracy służb specjalnych, w szczególności zaś o pracy agentów w terenie, nie traktuje filmów o Jamesie Bondzie na poważnie. No chyba, że ma w pamięci legendarnego już agenta Tomka z CBA i jego luksusowe auta, wytworne garnitury i koszule, drogie prezenty i zniewalające perfumy.

Agenci służb specjalnych nie posiadają supergadżetów Bonda, czyli pancernych lub niewidzialnych aut, które często mogą także pływać pod wodą, zegarków wytwarzających pole magnetyczne, potrafiące zatrzymać wystrzeloną z pistoletu kulę, czy papierosów działających jak broń palna. Nie są również przystojnymi facetami w smokingach, brylującymi na rautach i imprezach dla miejscowych elit, którzy mają najpiękniejsze panny w mieście na jedno skinienie. Czasem posiadają "licencję na zabijanie", ale patrzenie na zabijanie w imię Jej Królewskiej Mości z perspektywy filmu jest niepoważne.

Tradycja skrytobójców i najemnych morderców jest dużo dłuższa niż historia służb specjalnych, a mordowanie przeciwników w interesie bezpieczeństwa narodowego ma niewiele wspólnego z sympatycznym agentem o lekko zawadiackim spojrzeniu. Różnie można oceniać egzekucje takie jak ta z Dubaju, ale były one, są i zapewne długo jeszcze będą znajdować się w arsenale państw.

Oglądajmy Bonda

Nie wiem, czy bardziej śmieszy, czy żenuje komentarz Bogusława Chraboty w najnowszym wydaniu Newsweeka Polska, po lekturze którego jestem niczym ulubiony drink Bonda, wstrząśnięty - nie zmieszany. Chyba tekst bardziej jednak śmieszy, gdyż trudno traktować inaczej niż z przymrużeniem oka peany o wywiadowczym majstersztyku i odwołania do najsłynniejszego agenta świata - Jamesa Bonda. Swoją drogą w każdy poniedziałek na antenie TVP1 w okolicach g. 22.00 możemy podziwiać przygody Bonda, do czego gorąco zachęcam. Jak sądzę, wspólnie z Bogusławem Chrabotą.

Piotr Wołejko

 

grafika: blog.rhapsody.com

poniedziałek, 29 marca 2010

Dwa wybuchy wstrząsnęły w porannych godzinach szczytu moskiewskim metrem. Na stacjach Łubianka i Park Kultury wysadzili się, jak informują rosyjscy oficjele, zamachowcy samobójcy - być może kobiety. Zginęło blisko 40, a rannych jest kilkudziesięciu mieszkańców Moskwy, którzy zmierzali do pracy korzystając z głównego systemu komunikacyjnego miasta. Liczba ofiar może wzrosnąć, służby ratownicze udzielają pomocy rannym.

grafikaOd razu rozpoczęły się spekulacje, kto może stać za dzisiejszym atakiem. Stacje metra Łubianka i Park Kultury znajdują się w centrum Moskwy, zaś Łubianka w bezpośrednim sąsiedztwie siedziby Federalnej Służby Bezpieczeństwa, spadkobierczyni KGB. Pojawiły się informacje, później zdementowane, jakoby zaatakowano także trzecią stację - Prospekt Mira. Atak wygląda na zuchwały, dokonany pod nosem potężnej agencji wywiadowczej, której wpływy w Rosji są gigantyczne. Kto może stać za zamachami?

Pierwsze podejrzenia padają na ugrupowania z Kaukazu, być może Czeczenów. Podobno jedna z czeczeńskich grup wzięła odpowiedzialność za atak na metro, ale nie są to informacje potwierdzone. Spekulacje o uderzeniu w metro pojawiły się już kilka miesięcy temu, a od kilku dni miasto patrolowało więcej niż zwykle milicjantów. Czy służby posiadały informacje o przygotowaniach do zamachu, ale nie udało im się go udaremnić?

Podejrzenia mogą paść także w stronę rosyjskich służb specjalnych. Pierwszy wybuch, na stacji Łubianka, miał miejsce pod nosem FSB. Dość kompromitujące to wydarzenie, tak jakby do siedziby CIA w Langley wtargnęli uzbrojeni zamachowcy. Służby mogły wykorzystać, inspirować lub przymknąć oko na przygotowania do zamachu Czeczenów lub innych separatystów. Mogły także brać bezpośredni udział w przygotowaniu ataku - do dziś nie wyjaśniono, czy za zamachami z 1999 roku w Moskwie, Wołgodońsku czy udaremnionym zamachu w Riazaniu nie stali agenci rosyjskich służb. Mówił o tym zamordowany (najpewniej przez wspomniane służby) Aleksander Litwinienko.

Jak informował dzisiaj moskiewski korespondent Gazety Wyborczej Wacław Radziwinowicz, służby znalazły się pod presją prezydenta Miedwiediewa, który rozpoczął delikatne czystki w kierownictwie resortów siłowych. Być może dzisiejsze wydarzenia są przekazem dla prezydenta? Mogą być także uderzeniem w mera Moskwy Jurija Łużkowa. Opcji jest naprawdę wiele i trudno teraz wskazać, która jest najbardziej prawdopodobna. Atak wygląda na profesjonalnie przygotowany.

Piotr Wołejko

 

grafika: ecx.images-amazon.com

niedziela, 28 marca 2010

grafika

Żadne wydarzenie nie zdominowało wyraźnie mijającego tygodnia, choć w Stanach Zjednoczonych było gorąco z powodu przyjęcia przez Kongres reformy służby zdrowia. Niektóre następstwa przegłosowania zmian w systemie ochrony zdrowia były dramatyczne, gdyż oponenci zmian zdewastowali biura kilku kongresmanów, niektórym grozili także telefonicznie. Do reformy powrócimy pod koniec podsumowania tygodnia, tymczasem zapraszam do zapoznania się z wyselekcjonowanymi materiałami, które polecałem w ostatnich dniach na Dyplomacji na Facebooku.

1. Jan Barańczak na blogu Bookistan porusza istotną kwestię wpływu globalizacji i rozwoju światowego handlu na bezpieczeństwo międzynarodowe. Udowadnia, że - wbrew dość powszechnej opinii - wraz z postępami globalizacji napięcie międzynarodowe wzrasta, a nie maleje. Pozwoliłem sobie uzupełnić artykuł Janka we wpisie Globalizacja a bezpieczeństwo.

2. Profesor Stephen Walt na swoim blogu na portalu magazynu Foreign Policy zauważa, że tak jak Bidena w Izraelu, tak Hillary Clinton w Moskwie powitano w dość osobliwy sposób. Rosjanie ogłosili bowiem w trakcie wizyty amerykańskiej sekretarz stanu, że za kilka miesięcy ukończona zostanie elektrownia jądrowa w irańskim mieście portowym Bushehr. Tymczasem Clinton udała się do Moskwy między innymi po rosyjskie wsparcie dla sankcji na Iran.

3. Na stronach Departamentu Stanu USA zamieszczono tekst wystąpienia Hillary Clinton na konferencji proizraelskiej organizacji lobbystycznej AIPAC. Clinton przemawiała niespełna dwa tygodnie po zgrzycie w stosunkach amerykańsko-izraelskich. Na spotkaniu AIPAC przemawiał także premier Izraela Beniamin Netaniahu. Spotkał się on także z prezydentem Obamą i było to raczej chłodne spotkanie, gdyż zrezygnowano z konferencji prasowej, a pracownicy Obamy nabrali wody w usta.

4. Amerykański dziennik Washington Post opisuje problemy w relacji patron-klient na przykładzie ostatnich trudności pomiędzy Stanami Zjednoczonymi a Izraelem. Możliwości nacisku Ameryki są ograniczone, a Izrael ma dużą swobodę manewru. O interesie narodowym Stanów Zjednoczonych oraz interesie Izraela, a także o tym, dlaczego oba te interesy cierpią z powodu postępowania Izraela wobec Palestyńczyków pisze inny amerykański dziennik, New York Times.

5. Internetowa gazeta Asia Times analizuje pakistańskie zaangażowanie w sprawy Afganistanu wskazując, że Islamabad nie da się tym razem wyłączyć z procesu decyzyjnego o przyszłości swego sąsiada. Kolejne działania Pakistanu pokazują, że koncepcja "strategicznej głębi", za jaką Pakistańczycy uznają Afganistan, nadal ma się dobrze i ma chronić kraj przed Indiami oraz Rosją.

6. John Lee z Center for Independent Studies opisuje na łamach The Australian błędy, jakie jego zdaniem popełniają prezydent Obama oraz premier Australii Kevin Rudd w swoim podejściu wobec Chin. Zbyt miękkie nastawienie oraz rozmaite ustępstwa i symboliczne gesty utwardziły stanowisko Pekinu. Co więcej, mimo bardziej przyjaznej polityki stosunki chińsko-amerykańskie są trudniejsze niż za czasów prezydenta Busha. Krytykę Obamy znajdziemy także w magazynie Foreign Policy, tym razem amerykański prezydent jest krytykowany za opieranie relacji z Rosją na osobistych stosunkach z prezydentem Miedwiediewem i popełnianie błędu wspomnianego Georga W. Busha.

7. Ruszyła Agora Dyplomacji, nowy projekt na blogu Dyplomacja, w ramach którego zaproszeni goście odpowiadają na wspólne pytanie. Pierwszym poruszonym na Agorze tematem była wzmocniona pozycja prezydenta Obamy wewnątrz kraju po przyjęciu reformy systemu ochrony zdrowia i to, czy się przełożyć ten sukces na arenę międzynarodową.

Powyższe materiały stanowią wartościową strawę intelektualną dla każdej osoby zainteresowanej polityką międzynarodową. Zapraszam codziennie na Dyplomację na Facebooku. Podsumowanie zbliżającego się tygodnia w przyszły weekend na blogu Dyplomacja. Zachęcam także do dołączenia do społeczności Dyplomacji na Facebooku, do której należy już ponad 220 osób. Bądź zawsze na bieżąco z polityką międzynarodową, komentuj, dyskutuj, polecaj interesujące artykuły - dołącz do Dyplomacji na Facebooku!

Piotr Wołejko

 

grafika: Tomasz Wojdała

sobota, 27 marca 2010

grafika

Barack Obama i jego Partia Demokratyczna przeprowadzili w ubiegłym tygodniu przez Kongres reformę systemu opieki zdrowotnej. Prace nad reformą trwały wiele miesięcy, a styczniowe zwycięstwo umiarkowanego Republikanina Scotta Browna w wyborach uzupełniających w liberalnym Massachusetts sprawiło, że Demokraci poczuli powiew niezadowolenia społeczeństwa wywołanego m.in. wspomnianymi zmianami dot. ochrony zdrowia. Dla Obamy pomyślne przeprowadzenie reformy jest dużym sukcesem.

Czy uda się przekuć sukces w domu na zwycięstwa poza granicami kraju? To pytanie postawiłem trzem zaprzyjaźnionym blogerom w ramach Agory Dyplomacji, nowego projektu na łamach Dyplomacji. Od dziś będę systematycznie zapraszał zewnętrznych komentatorów, aby odpowiedzieli na jedno pytanie. Przekrój opinii może być bardzo szeroki, co zresztą doskonale widać już w trzech poniższych komentarzach. Dzisiaj gośćmi Dyplomacji są: Jan Barańczak, autor bloga Bookistan i współpracownik portalu Polityka Globalna; Maciej Józefowicz, redaktor serwisu Newsweek.pl oraz współtwórca bloga USA 2008 poświęconego wyborom prezydenckim w USA; Michał Kolanko, autor bloga Spin Room oraz współtwórca wspomnianego bloga USA 2008.

Pytanie: Demokraci przepchnęli przez Kongres reformę systemu opieki zdrowotnej. Pojawiły się głosy, że Obamie udało się nie tylko osiągnąć sukces, ale także pokazać swą siłę. Ponownie jest graczem, z którym należy się liczyć. W związku z tym, czy uda się Obamie wykorzystać wzmocnioną pozycję wewnątrz kraju na załatwienie po myśli Ameryki konkretnych inicjatyw i problemów zewnętrznych?

1. Jeśli wykładnią priorytetów administracji Obamy na najbliższy rok ma być styczniowe przemówienie prezydenta na temat stanu państwa (ang. State of the Union) odpowiedź może być tylko jedna: Obama nie rzuci się z pasją w wir polityki zagranicznej bardziej niż robił to dotychczas. Najważniejszym wyzwaniem pozostają sprawy wewnętrzne: gospodarka, finanse, rynek pracy. Jeśli uda mu się cokolwiek załatwić na arenie międzynarodowej, to bardziej z rozpędu.

Nie czarujmy się (make no mistake, jak to w wolnym tłumaczeniu brzmi ulubione sformułowanie Obamy), za granicą nikt nie padnie porażony skutecznością prezydenta na własnym podwórku. Nikogo to nie dotyczy, światową politykę robi się trochę inaczej niż tę w domu. Po sukcesie przyjęcia w Kongresie reformy systemu opieki zdrowotnej Obama będzie mieć trochę lepszy humor, jeden kłopot mniej na głowie i energię do spożytkowania. Ale sytuacja w zakresie polityki zagranicznej się nie zmieni. Hillary, Biden i Gates będą ciężko pracować, opozycyjni Republikanie zaciekle krytykować, sprawy świata będą płynąć swoim rytmem. Układ z Rosją o redukcji arsenału nuklearnego właśnie dopracowano, zapasy z Izraelem w toku, z Iranem też. Po jesiennej decyzji o wysłaniu dodatkowych sił do Afganistanu Obama wykupił sobie cały rok na sprawdzenie „jak to działa”. Teraz jest czas na coś innego.

Chyba żaden polityk w amerykańskiej administracji nie ma wątpliwości, że w najbliższych wyborach najważniejszą miarą, wedle której będą oceniani jest kondycja ekonomiczna kraju. Gospodarka, głupcze!, brzmi odkurzone hasło z czasów Clintona. Sprawy zagraniczne muszą poczekać. Zadowolić się codzienną rutyną i błyskotliwymi przemówieniami utalentowanego oratora.

Jan Barańczak

2. Jeśli chodzi o ułatwienie Obamie rozwiązywania problemów międzynarodowych, jestem sceptyczny w tej materii. Kluczowe tutaj jest bowiem pytanie, czy prezydent USA w ogóle wzmocnił swoją pozycję w polityce krajowej po przepchnięciu reformy. Moim zdaniem, nie.

Zmiany zainicjowane przez nowe prawo mają bowiem bardzo szeroki horyzont czasowy. Jej najbardziej radykalne postulaty, takie jak przymusowe ubezpieczenie zdrowotne, wejdą w życie dopiero od 2014 r., gdy w Białym Domu może już zasiadać inny prezydent. Jeśli więc reforma przyniesie jakąkolwiek poprawę w życiu Amerykanów, będzie to widoczne dopiero w dalekiej przyszłości.

Na razie natomiast przeciwników samej reformy zdrowia jest o kilkanaście procent więcej niż zwolenników, a sam Obama w ciągu pierwszego roku rządów roztrwonił gigantyczny entuzjazm, jakim został obdarzony przez naród. Na fali znowu się znalazła Partia Republikańska, której politycy zapowiadają obalenie nowego prawa w Sądzie Najwyższym, zanegowanie jego obowiązywania przez ustawodawstwo stanowe czy pogrzebanie go w Kongresie. Zaciekła dyskusja między zwolennikami a przeciwnikami prezydenckiego projektu przeciekła przez wszelkie granice cywilizowanego sporu i zamieniła się w groźby śmierci i nagonki na rodziny kongresmenów, którzy poparli ustawę. Wśród zwolenników republikanów aż 67 proc. uznaje Obamę za socjalistę, ponad połowa – za muzułmanina, a jedna czwarta nie wyklucza, że może być Antychrystem.

Wątpię, czy po jesiennych wyborach reforma zostanie całkowicie cofnięta, jak to utrzymują Republikanie. W nowym Kongresie Demokraci raczej utrzymają minimalną przewagę, co powinno utemperować zapędy prawicowej opozycji. Batalia o powszechne ubezpieczenie zdrowotne zostawiła jednak głęboko poranione społeczeństwo, podzielone na dwa nienawidzące się obozy. Na tej glebie trudno zbudować cokolwiek konstruktywnego.

Maciej Józefowicz

3. Obama bez wątpienia odniósł największy sukces polityczny w czasie swojej kadencji. Jest to też jedno z największych politycznych zwycięstw jaki osiągnęła Partia Demokratyczna od lat 60. Jednak nie ma gwarancji, że ten tryumf przełoży się automatycznie na konkretne rezultaty w polityce zewnętrznej, chociaż na pewno nie pogorszy sytuacji – w wymiarze czysto psychologicznym, dużo trudniej negocjuje się ze zwycięzcą tak ogromnego politycznego starcia, niż z osobą która taką walkę przegrała. A porażka reformy była do samego końca cały czas możliwa.

Wrogowie i sojusznicy Obamy mogli więc liczyć, że stanie się on drugim Carterem. Teraz takie porównanie jest już niemożliwe, a spełnienie najważniejszej obietnicy wyborczej ułatwi Obamie walkę o re-elekcję. Oznacza to, że np. Izrael ma w perspektywie kolejne sześć a nie dwa lata kontaktów z tą administracją. To może zaważyć na taktyce i strategii tego kraju, jak również Iranu i wielu innych państw.

Ale ten „zdrowotny” sukces polityczny ma przede wszystkim wymiar wewnętrzny. Republikanie mają teraz dwie drogi do wyboru: albo kontynuacja totalnej opozycji np. w sprawie Guantanamo albo próba nawiązania współpracy z administracją, zarówno w kwestiach zagranicznych jak i wewnętrznych.

Pierwszym realnym testem nowej pozycji Obamy będzie na pewno proces ratyfikacyjny nowego porozumienia START. Republikanie, mając 41 senatorów mogą ten proces zablokować – do ratyfikacji potrzebne jest bowiem 67 głosów. Pierwsze sygnały o kierunku w którym pójdzie proces ratyfikacyjny będą widoczne już w ciągu najbliższych tygodni.

Prawdziwym testem dla Obamy będą dopiero listopadowe wybory do Kongresu. Ich wynik uwarunkuje poczynania administracji do czasu kolejnych wyborów prezydenckich.

Michał Kolanko


Zachęcam Czytelników do podjęcia próby odpowiedzi na pytanie, z którym zmagali się goście pierwszej Agory Dyplomacji. Wyraźcie własne zdanie, spierajcie się z komentatorami i między sobą. Zawsze jestem otwarty na Wasze propozycje pytań do Agory oraz sugestie gości, których mógłbym zaprosić do udziału w dyskusji. To samo dotyczy tematów, które podejmuję na blogu - nie mogę obiecać, że każdy temat zostanie opisany, ale nie pozostawię Waszych propozycji bez odpowiedzi. Zapraszam także do dołączenia do społeczności Dyplomacji na Facebooku. Znajdziecie tam wybór wartych przeczytania artykułów, analiz i raportów oraz pytania do dyskusji. Aktualne dotyczy bilansu dwóch lat prezydenta Miedwiediewa.

Piotr Wołejko

 

grafika: Tomasz Wojdała

środa, 24 marca 2010

W dzisiejszych czasach wojna się nie opłaca. Gospodarki poszczególnych państw są ze sobą bardzo powiązane, więc nikt nie zaryzykuje ataku, gdyż koszty zwycięstwa mogą być wielokrotnie większe od ewentualnych zysków. Globalizacja zapewnia pokój i dobrobyt, państwa zamiast prowadzić wojny wolą handlować i zarabiać. Te trzy zdania streszczają dość popularną teorię o zmniejszającej prawdopodobieństwo konfliktów współzależności gospodarczej między państwami. Niestety, ale teoria ta nie wytrzymuje starcia z faktami. Na ten sam temat pisał także Jan Barańczak na blogu Bookistan. Niniejszy artykuł można traktować jako uzupełnienie wspomnianego tekstu.

Coraz większe wydatki na broń

grafikaZaskakujące, że w erze postępującej globalizacji drastycznie rosną wydatki na zbrojenia? Najnowszy raport Stockholm International Peace Research Institute, o którym informowałem już na łamach Dyplomacji, przynosi niepokojące wieści o wzroście wydatków na zakup broni konwencjonalnej w Azji Południowo-Wschodniej. W latach 2005-2009 import broni do regionu wzrósł blisko dwukrotnie w stosunku do lat 2000-2004. Malezja wydała na broń w ciągu ostatnich pięciu lat o 722 procent więcej niż w analogicznym okresie początku XXI stulecia. Również Singapur intensywnie się zbroi. Kraje ASEAN nie chcą być gorsze od Chin, których nakłady na armię rosły w ostatnich latach w dwucyfrowym tempie (choć najnowszy budżet zakłada skromniejszy, jednocyfrowy wzrost).

W ciągu ostatnich dwóch dekad wartość światowego handlu wzrosła mniej więcej dwukrotnie. Wiara w siłę globalizacji stawała się coraz powszechniejsza. O ile jednak gospodarki i społeczeństwa stają się coraz bardziej powiązane, trend ten nie przekłada się na zwiększone poczucie bezpieczeństwa państw na arenie międzynarodowej. Wojny wielkich potęg zostały w zasadzie wyeliminowane przez odstraszający potencjał broni jądrowej (warto przypominać o tym za każdym razem, gdy ktoś nawołuje do całkowitego rozbrojenia nuklearnego), ale nie wykluczyła konfliktów na mniejszą skalę: starć regionalnych lub lokalnych, często z wykorzystaniem stron trzecich przez największe mocarstwa. Znamy to już z czasów Zimnej Wojny, gdzie Amerykanie i Sowieci urządzali sobie wojenki w rozmaitych miejscach globu, ale o bezpośrednim starciu gigantów nikt nie myślał.

Uwaga skupia się na Azji

Mimo postępów globalizacji państwa zbroją się na potęgę, a Europą dwudziestego wieku może stać się aktualnie Azja. Jak zauważył w swoim artykule Jan Barańczak, również na początku XX stulecia globalizacja rozwijała skrzydła. Statystyki (pierwsza tabela) wskazują, że wartość globalnego eksportu zwiększyła się w latach 1900-1913 blisko o połowę. Co nastąpiło wkrótce potem? Doskonale wiemy. Owszem, w Europie od dłuższego czasu zanosiło się na wojnę, a kraje wyczekiwały tylko na odpowiedni moment. Napięcie rosło przez wiele lat, a iskrą na beczce prochu okazał się zamach na habsburskiego arcyksięcia.

W Azji Południowo-Wschodniej lub szerzej - w Azji, napięcie nie jest teraz tak wyczuwalne jak w pierwszej dekadzie ubiegłego stulecia na Starym Kontynencie. Niemniej jednak, nacjonalizmy mają się dobrze, spory religijne lub etniczne destabilizują sytuację kilku państw regionu, istnieje też wiele sporów terytorialnych, których nie daje się rozwiązać. Regionalne struktury integracyjne oraz bezpieczeństwa są bardzo słabe. Co więcej, w grze uczestniczą, oprócz regionalnych potęg, również zewnętrzni aktorzy. Czy tak trudno wyobrazić sobie, że splot nieszczęśliwych zdarzeń doprowadza do otwartego konfliktu? W dwudziestowiecznej Europie wszyscy spodziewali się wojny, a ta nie nadchodziła. W Azji odwrotnie, nie spodziewamy się wojny, a ta może nadejść dość nagle.

Nowe stare czasy

Wzrost wydatków na zbrojenia nie jest żadnym zaskoczeniem. Wraz z rozwojem gospodarczym i wzrostem wymiany handlowej wiele państw może pozwolić sobie na modernizację i rozwój armii. Samo w sobie nie musi to być niczym złym. Niestety, globalizacja nie rozwiązuje konfliktów politycznych ani społecznych, sporów pomiędzy państwami oraz członkami miejscowych społeczności. Rywalizacja o bezpieczeństwo nadal jest grą o sumie zerowej, tzn. wzmocnienie przeciwnika oznacza osłabienie własnych możliwości. Należy więc temu przeciwdziałać.

Nie zamierzam wieszczyć tutaj krwawej wojny w Azji Południowo-Wschodniej ani snuć innych czarnych scenariuszy. Zwracam tylko uwagę, że czarne scenariusze mogą się spełnić, a spokój  odczuwany dzięki globalizacji jest tylko pozorny. Można spać spokojnie, byle z otwartymi oczami - pointa Janka Barańczaka jest niezwykle trafna.

Piotr Wołejko

 

grafika: imageshack.us

 
1 , 2 , 3 , 4
Zakładki:
1. Dyplomacja w Sieci
2. Blogi zagraniczne
3. Think-tanki
4. Media zagraniczne
5. Blogi polskie
6. Militaria
7. Periodyki
liczniki
Dyplomacja on Facebook