środa, 23 marca 2011

Węgiel, ropa, woda. W XIX wieku potęga poszczególnych państw powstała dzięki wykorzystaniu węgla. Kopalina pozwoliła rozwinąć machinę przemysłowo-militarną Zachodu. Wiek XX to okres dominacji ropy naftowej. Czarne złoto sprawiło, że gospodarka osiągnęła kolejny poziom rozwoju. Jednak nadchodzi kres złotych czasów węglowodorów. W XXI stuleciu miejsce carboneum w zajmie oxygenium, a najważniejszym "surowcem" stanie się woda.

Przy możliwych konsekwencjach sporów i konfliktów o wodę, dzisiejsze zamieszanie wokół Libii czy problemy wynikające z trzęsienia ziemi oraz tsunami w Japonii wydają się być dziecinnymi igraszkami. Kto wie, czy podpisany w maju ubiegłego roku, oczekujący na ratyfikację parlamentów zainteresowanych państw, nowy traktat dotyczący podziału wody z Nilu nie stanie się przyczyną wojny. Być może zegar już tyka.

Woda dzieli Afrykę

grafikaO co chodzi? Nil (na mapce obok; źródło grafiki: geography.howstuffworks.com) to coś więcej niż najdłuższa rzeka świata. Nil to kwestia życia i śmierci dla spalonych słońcem, pustynnych Sudanu i Egiptu. W szczególności ten ostatni jest zainteresowany wodą z Nilu i to on najbardziej ucierpi na nowym porozumieniu. Obowiązujący dotychczas traktat pomiędzy Egiptem a Sudanem, wywodzący się z roku 1929 (następnie "znowelizowano" umowę w 1959 r.) przekazuje Egiptowi i Sudanowi prawa do korzystania z wód Nilu. W myśl porozumienia, Egiptowi przysługuje 55,5 miliarda metrów sześciennych wody, natomiast Sudanowi 18,5 miliarda metrów sześciennych. Całkowity przepływ wody oszacowano na 84 miliardy metrów sześciennych, jednak około 10 miliardów wyparowuje. Jak na dłoni widać więc, że dwa państwa rozdysponowały między siebie całą wodę z potężnej rzeki.

Układ z czasów kolonialnych trwał przez dekady, jednak dynamiczny wzrost populacji w państwach, przez które Nil przepływa, bądź w których zaczyna swój bieg sprawił, że coraz głośniej kwestionowano uprzywilejowaną pozycję Egiptu i Sudanu, państw położonych w dolnym biegu rzeki. O swój udział w Nilu zaczęły zabiegać także Etiopia, Uganda, Kenia, Tanzania, Burundi, Rwanda oraz Demokratyczna Republika Kongo. Podobnie jak dla Sudanu czy Egiptu, wykorzystanie zasobów Nilu to dla nich być albo nie być. Ich populacja potrzebuje wody pitnej oraz irygacji tak samo, jak populacja Egiptu.

Dotychczas wystarczyły gniewne pohukiwania ze strony Kairu, aby kraje Afryki Wschodniej siedziały cicho i trzymały głowy nisko. Niestety dla Egiptu, państwa te nie mają wyboru. Obawiam się, że zaryzykują nawet wojnę, gdyż bez większego wykorzystania wody z Nilu mogą zwyczajnie zginąć. Mają jednak wybór - zginąć walcząc o wodę albo zginąć marząc o wodzie. Stąd pohukiwania straciły swą moc, a twarde stanowisko Egiptu i Sudanu doprowadziło do scementowania frontu ich przeciwników. Nowy traktat nie wiąże tych dwóch państw, jednak jego konsekwencje - czy sobie tego życzą, czy nie - już jak najbardziej.

W Azji też nieciekawie

Gorąco będzie nie tylko w Afryce, ale także w Azji. Źródłem problemu, mówiąc dosłownie, będzie Wyżyna Tybetańska, gdzie swój bieg zaczynają największe rzeki Azji: Jangcy, Huang He, Indus, Brahmaputra czy Mekong. W dużej mierze od tych właśnie rzek zależy życie mieszkańców Pakistanu, Indii, Chin, Bangladeszu, Tajlandii, Wietnamu czy Birmy. Sęk w tym, że tylko jedno państwo ma w sprawie zagospodarowania wspomnianych rzek cokolwiek do powiedzenia. I nie jest to kraj chętny do dyskusji, dialogu, a przede wszystkim - kooperacji. Mowa oczywiście o Chinach, sprawujących kontrolę nad Wyżyną Tybetańską.

grafika

Wyżyna Tybetańska (grafika: Wikimedia Commons). Kliknij, aby powiększyć!

Pekin, podobnie jak w przypadku sporów terytorialnych dotyczących granic lądowych bądź akwenów morskich, także w kwestii wykorzystania rzek zajmuje pryncypialne stanowisko. Dla Chińczyków liczą się tylko chińskie interesy i chińskie potrzeby. Dlatego są gotowi do przeznaczenia ogromnych sum pieniędzy na inwestycje w rzeki, których celem będzie skierowanie większej ilości czystej wody w kierunku wschodnim i północnym. Spragnieni wody są mieszkańcy ogromnych miast. Warto nawodnić również tysiące hektarów nieużytków, przekształcając je dzięki temu w wydajne pola uprawne.

Problem w tym, że chińskie plany nie uwzględniają potrzeb i interesów państw, które z wód wspomnianych wyżej rzek korzystają od wieków. Drastyczne ograniczenie przepływu wody może sprawić, że w oczy dziesiątek, a nawet setek milionów ludzi zajrzy głód. Jeśli nie będą mieli wyjścia, chwycą za broń i zawalczą o sprawiedliwość, a przede wszystkim o prawo do życia.

Podobnie jak w przypadku innych współczesnych problemów (zmiany klimatyczne, piractwo, zwalczanie pandemii), kwestia zapewnienia dostępności wody pitnej nie zostanie skutecznie rozwiązana bez szeroko zakrojonej współpracy międzynarodowej. Zainteresowani aktorzy lokalni mają przed sobą alternatywę - albo osiągniemy trudny kompromis albo ryzykujemy wyniszczające konflikty.

Niektóre państwa nie posiadają jednak w swoim arsenale dyplomatycznym czegoś, co nazwałbym zdolnością do kompromisu. Dla nich liczy się przede wszystkim ich własny interes. Nie interesują ich potrzeby innych. Wszelkie ustępstwa traktują jako oznakę słabości, a nie symbol rozsądku. Dotyczy to głównie państw o krótkiej historii niepodległości bądź tych, które przez długie lata podlegały wpływom silniejszych graczy. Nie ma sensu wymieniać nazw, gdyż każdy doskonale wie, o jakich państwach mowa.

Od tego, czy państwa te dojrzeją do zmiany stanowiska zależy, czy woda stanie się kolejnym "krwawym surowcem", o który toczy się wojny. Istnieje poważne zagrożenie, że tak właśnie będzie.

Piotr Wołejko

http://geography.howstuffworks.com
poniedziałek, 21 marca 2011

Z co najmniej dwutygodniowym opóźnieniem weszła w życie strefa zakazu lotów nad Libią. Zanim to nastąpiło, pułkownik Kaddafi zdążył odbić większość utraconych na rzecz rebeliantów miejscowości, a także wymordować tysiące własnych obywateli. Teraz Kaddafi miota się, raz ogłaszając zawieszenie broni, innym razem wzywając do obrony Świata Islamu przed niesprawiedliwą i zdradziecką krucjatą Zachodu.

Nie ma sensu zajmować się tak kabaretową postacią jak Kaddafi. Napisano i powiedziano już o nim wszystko w ciągu ostatnich kilku tygodni. Warto natomiast odnieść się do rezolucji Rady Bezpieczeństwa ONZ oraz państw, organizacji i osób, które odnoszą się do tej rezolucji oraz sposobu jej wykonania.

Tak wygląda dyplomacja

Stanowisko Rosji i Chin nie dziwi. Oba te kraje nie poparły rezolucji, ale też nie zdecydowały się jej zawetować. Na pierwszy rzut oka może być to zadziwiające, ale zawsze za piękną fasadą kryją się rzeczy o wiele ciekawsze. Nie wetując rezolucji, kraje te uniknęły ogromu krytyki ze strony Zachodu. Nie popierając jej, nie łamią swojej długoletniej tradycji sprzeciwu wobec tzw. interwencji humanitarnych (responsibility to protect a kwestia suwerenności państwa).

Z trzeciej wreszcie strony, Moskwa i Pekin mogą liczyć na zaangażowanie Zachodu w sprawy marginalnej z ich punktu widzenia Libii, która jest niczym więcej jak odległym skrawkiem pustyni. W tym samym czasie, gdy Zachód zajmuje się lataniem nad libijskim piaskiem, Chiny i Rosja zyskują szersze pole manewru w priorytetowych dla siebie regionach: Azji Centralnej, Azji Południowo-Wschodniej czy na Kaukazie Południowym.

Brazylia i Indie, czyli dwa kolejne kraje, które wstrzymały się od głosu, traktują Libię podobnie do wspomnianych wyżej stałych członków RB ONZ. Ona ich po prostu nie obchodzi. Wolały więc nie podpadać Zachodowi, który zawsze ma prawa człowieka na ustach, natomiast nie chciały także autoryzować dokumentu zezwalającego na użycie siły. Niemcy zaś to osobny przypadek. Do mnie najbardziej trafia prosta kalkulacja polityczna. W Niemczech odbywają się wybory do władz landów i Angela Merkel  ma inne kłopoty na głowie.

Arabowie tańczą na linie

grafikaSpore kłopoty ma również Liga Arabska (na zdjęciu jej posiedzenie; źródło: alarabiya.net) i jej przewodniczący Amr Moussa. Najpierw gorąco wzywali do jak najszybszego wprowadzenia strefy zakazu lotów i ratowania cywili przed siłami Kaddafiego, które masakrują wszystko, co znajdzie się na ich drodze. Gdy wreszcie udało się przyjąć rezolucję i rozpoczęło się wprowadzanie w życie jej postanowień, Amr Moussa i Liga Arabska stali się pierwszymi krytykami strefy zakazu lotów.

Amr Moussa i jego arabscy towarzysze udają, że nie zdawali sobie sprawy z tego, jak w rzeczywistości wygląda strefa zakazu lotów. Nie dajmy się jednak oszukać, że naprawdę o tym nie wiedzieli. Życie to nie gra komputerowa. Zakazu lotów nie wprowadza się za pośrednictwem zrzucenia ulotek o odpowiedniej treści na lotniska Kaddafiego, a poprzez zniszczenie tychże lotnisk, stanowisk obrony przeciwlotniczej oraz stacji radarowych. To zupełnie oczywiste.

W co gra Amr Moussa? Podobnie jak Chińczycy i Rosjanie, dba o własny interes. Wysyłając sprzeczne sygnały próbuje sprawić, by najsilniejszym z nich było stwierdzenie - "co złego, to nie ja". To znowu ten zły Zachód. Ja miałem szczere intencje, ale nie miałem środków. Oni mieli środki, ale mnie oszukali. Na takie manewry można nabierać małe dzieci, ale nikogo więcej. Wszystko to wygląda dość żałośnie. Tym bardziej, że Rada Współpracy Państw Zatoki (GCC) wspiera strefę zakazu lotów. A także wszelkie niezbędne do jej wprowadzenia środki - o czym stanowi rezolucja Rady Bezpieczeństwa ONZ o numerze 1973.

Co będzie dalej?

Jestem daleki od potępiania Rosji, Chin, Ligi Arabskiej czy Amra Moussy. Tak właśnie wygląda dyplomacja. Gra się  na wielu fortepianach, walczy się o rozmaite, częstokroć rozbieżne cele. Przysłowiowy wilk musi być syty, a jednocześnie owca cała. Zanim nastały czasy globalnych mediów informacyjnych, większość manewrów pozostawała nieznana szerokiej publiczności, była skryta za drzwiami gabinetów. Dziś wiele informacji jest jawnych od samego początku. Stąd można dokonać analizy sytuacji.

Najważniejsze jest jednak nie to, jak dyplomatycznie rozegrały to poszczególne państwa i organizacje (czy, kolokwialnie rzecz ujmując, ich tyłki są dobrze kryte), a pytanie - co dalej? Ile czasu może potrwać operacja "Świt Odysei" i czego spodziewają się zaangażowane w nią państwa w najbliższych tygodniach?

Piotr Wołejko

PS. Przy okazji pierwszego od wielu dni wpisu Czytelnikom należą się wyjaśnienia z mojej strony. Przerwa w aktywności była spowodowana problemami zdrowotnymi. Nadal nie czuję się najlepiej, jednak mogę już poświęcić trochę czasu na publicystyczne obowiązki. Mam nadzieję, że w najbliższych dniach wrócę do pełni sił i podobna przerwa się nie powtórzy.

wtorek, 08 marca 2011

Wojciech Gąsowski śpiewał: - "gdzie się podziały tamte prywatki". Dzisiaj mógłby zmienić słowa i zamiast prywatek wstawić miliardy. Dolarów. Wówczas tekst byłby adekwatny do sytuacji za Oceanem. Plotki na ten temat krążyły od dłuższego już czasu, jednak oficjalnych potwierdzeń było niewiele. Specjalna komisja kongresowa szacuje właśnie, ile pieniędzy amerykańskich podatników zmarnował rząd federalny w Afganistanie i Iraku.

Coraz większe marnotrawstwo

Optymistyczne szacunki zakładają, że było to ok. 12 miliardów dolarów. Jest jednak pewien haczyk - tyle najpewniej tylko zdefraudowano. A to tylko jedna z pozycji na liście. Prywatne firmy, od dostawców zaopatrzenia, przez cywilnych specjalistów, po najemników zajmujących się wszelkiego rodzaju ochroną, zarobiły na misjach w Afganistanie i Iraku blisko 180 miliardów dolarów. Samych tylko najemników w dwóch wyżej wymienionych państwach, na koniec 2010 roku, było blisko 200 tysięcy. Niespełna połowę z nich stanowią Afgańczycy i Irakijczycy - prawie 88 tysięcy.

grafika

źródło: aviationweek.typepad.com

Eldorado dla "prywaciarzy" zaczęło się wraz z przejęciem władzy przez Georga Busha juniora. Wówczas szefem Pentagonu został Donald Rumsfeld, który był gorącym orędownikiem "prywatyzacji" zadań wojskowych. Efekty jego rządów w Departamencie Obrony widać jak na dłoni - prywatne firmy przejęły praktycznie aspekty pozabojowe sił zbrojnych. Biorący udział w misjach amerykańscy żołnierze mogą skupić się na walce. Nie muszą gotować, obawiać się o zaopatrzenie czy strzec rozmaitych budynków etc. - tym zajmują się wynajęci przez armię dostawcy oraz najemnicy (zwani dla niepoznaki firmami ochroniarskimi).

Rozliczne problemy wywołane prywatyzacją

Niewątpliwe zalety wykorzystania armii do prowadzenia wojny na placu boju, a nie zmywania garów czy robienia za ochroniarzy, przysłaniają jednak istotne wady takiego rozwiązania. Koszty niekoniecznie są mniejsze, a oszczędności były jednym z głównych argumentów przemawiających za "prywatyzacją" zadań sił zbrojnych. Brakuje nadzoru i kontroli nad prywatnymi dostawcami, w szczególności nad wydawaniem przez nich federalnych pieniędzy. Szwankuje wymiana informacji pomiędzy instytucjami korzystającymi z usług prywatnych dostawców.

Jednak chyba najpoważniejszym problemem jest odpowiedzialność prawna najemników (pracowników rzekomych firm ochroniarskich, takich jak dawne Blackwater - na temat którego popełniłem trzy obszerne wpisy) za ich działania na terytorium państw trzecich. Odpowiedzialność, a w zasadzie brak odpowiedzialności, ponieważ "prywaciarze" nie podlegają jurysdykcji amerykańskich sądów cywilnych. Tymczasem jest jasne dla wszystkich, że bezkarność sprzyja patologiom. Wiemy również, iż patologicznych zachowań najemników nie brakowało.

Komisja kongresowa ma przedstawić pełny raport i rekomendacje w czerwcu br., a dokument ma stanowić zwieńczenie dwuletniej pracy, w tym rozlicznych wysłuchań. Na dziś dostępny jest raport okresowy, na podstawie którego powstał niniejszy wpis.

Piotr Wołejko

poniedziałek, 07 marca 2011

Wszystko zaczęło się w połowie lutego, a więc około trzech tygodni temu. Na początku, standardowo, demonstracje i transparenty. Nagle przerodziło się to w bunt przeciwko Muammarowi Kaddafiemu, w prawdziwą rewolucję. Przeciwnicy rządzącego od ponad czterech dekad dyktatora przejęli kontrolę nad Bengazi, stolicą Cyrenajki. Wkrótce zaczęły padać kolejne miasta, wpierw na wschodzie kraju, a następnie w centrum i na zachodzie. Niespokojnie zaczęło być w Trypolisie. I wtedy wszystko wyhamowało.

Kaddafi nie zamierza bowiem podzielić losu Ben Alego z Tunezji, czy Mubaraka z Egiptu i nie odda władzy bez walki. I teraz właśnie walka trwa. Siły wierne dyktatorowi, część armii, siły specjalne i najemnicy, rzuciły się do szturmu na utracone pozycje. Lotnictwo, artyleria oraz doświadczenie i organizacja są po stronie Kaddafiego. Nadal dysponuje on siłą, która może zdławić rebelię. Tymczasem opozycjoniści wyraźnie utracili impet, który pozwalał im wcześniej osiągać błyskawiczne postępy.

Co grozi Libii? W tej chwili waży się, czy Kaddafi będzie w stanie w miarę szybko odbić stracone miasta i siłą zaprowadzić względny porządek. Na rychły sukces rebeliantów nie ma raczej co liczyć. Dysponują mniejszą siłą ognia, ich logistyka i zaopatrzenie są prowizoryczne, brakuje im dyscypliny i zorganizowanych struktur. Z ich strony najbardziej sensowna wydaje się gra na czas, która pozwoliłaby z jednej strony wykrwawić wierne dyktatorowi siły, a z drugiej usprawnić własne oddziały, wyposażyć je oraz przeszkolić chociaż w podstawowym zakresie.

grafika

Kto kontroluje libijskie miasta? Grafika: english.aljazeera.net

Możliwe więc, że szykuje się dłuższa (tygodnie, miesiące) wojna domowa, w której wszystkie chwyty będą dozwolone. Kaddafi nie cofnie się przed niczym, natomiast rebelianci nie mają innego wyjścia jak zwycięstwo. Ich klęska oznaczałaby wyrok śmierci dla setek, a może i tysięcy ludzi. Czy należy spodziewać się pata i rozpadu państwa na dwie (lub więcej) części - wierną Kaddafiemu i drugą, wrogą dyktatorowi?

Eksperci wspominają o sztucznej unifikacji dwóch krain - Trypolitanii i Cyrenajki, które razem utrzymywała żelazna pięść Kaddafiego (i pieniądze z ropy). Rozpadu bym nie wykluczał, jednak gorzej może być z międzynarodowym uznaniem nowopowstałego bytu. Z drugiej strony warto nadmienić, iż zmiany granic w Afryce są konieczne i nieuchronne. Niedawno narodziło się nowe państwo - Sudan Południowy (oficjalnie trzeba poczekać na to kilka miesięcy), inne "są w drodze".

Jak w każdej rewolucji, najtrudniejszy jest los populacji cywilnej. To ona wycierpi się najbardziej i to spośród cywili będzie wywodziła się większa część ofiar. To na cywili wreszcie spadnie fala represji, niezależnie od tego, kto ostatecznie wygra batalię o Libię. Trzeba o tym pamiętać. W szczególności wtedy, gdy słyszymy kolejne obawy o stabilność dostaw ropy naftowej czy stabilizację w krajach arabskich.

Piotr Wołejko

 

Co dzieje się w Libii - blog na żywo na stronie Al-Jazeery.

20:46, p.wolejko , Afryka
Link Komentarze (1) »
niedziela, 06 marca 2011

Barack Obama nie ma łatwej sytuacji wewnątrz kraju. Gospodarka w kryzysie (choć powoli się odbija), bezrobocie nadal wysokie, a zadłużenie rządu federalnego bije kolejne rekordy. Jakby tego było mało, w listopadzie ub. r. wyborcy postanowili dać upust swojemu niezadowoleniu z trudnych warunków ekonomicznych i oddali większość w Izbie Reprezentantów opozycyjnym Republikanom. Tymczasem nieuchronnie zbliża się początek walki o reelekcję. Czy Obama może szukać punktów poza granicami Stanów Zjednoczonych? Jak szło mu do tej pory?

grafika

Fotografia z debaty (od lewej): P. Burdzy, Z. Pisarski, P. Wołejko (moderator debaty), M. Kolanko, B. Węglarczyk

O polityce zagranicznej demokratycznego prezydenta dyskutowali we wtorek 1 marca Bartosz Węglarczyk (Gazeta Wyborcza), Zbigniew Pisarski (Fundacja im. Kazimierza Pułaskiego), Michał Kolanko (blog Spinroom) oraz Paweł Burdzy (publicysta, były korespondent polskich mediów w USA) - podczas debaty zorganizowanej przez Koło Naukowe Dyplomacji i Prawa na UW, Koło Studiów Strategicznych i Bezpieczeństwa na UW oraz portal Polityka Globalna. Niniejszy wpis opiera się o wypowiedzi ww. uczestników debaty, będzie także zawierał przemyślenia własne autora.

Liczą się czyny, nie słowa

Na wstępie Bartosz Węglarczyk podkreślił, jak wielka jest różnica pomiędzy prowadzeniem kampanii wyborczej, a sprawowaniem władzy. Przepaść tym głębsza, iż - na co zwrócił uwagę Paweł Burdzy - Obama nie ma doświadczenia w zarządzaniu stanem, miastem czy agencją federalną. Przeskoczył do Białego Domu prosto z Senatu, a wcześniej uprawiał politykę w legislaturze stanu Illinois. Piękne zapowiedzi i obietnice z kampanii okazały się trudne do zrealizowania, gdy Obama ze swoją ekipą spotkali się wreszcie z twardą rzeczywistością.

Flagowym przykładem trudności w wywiązywaniu się z obietnic jest Guantanamo. Amerykańskie więzienie na Kubie miało zostać zlikwidowane, gdyż - jak najbardziej słusznie - uznaje się je za czynnik oddziaływujący bardzo negatywnie na image USA na świecie. Już dziś wiadomo, że podczas pierwszej kadencji Obamy Gitmo nie zostanie zamknięte. Głównym problemem są więźniowie, z którymi nie wiadomo co zrobić. Osadzenie ich na terytorium Stanów Zjednoczonych nie cieszy się dużą popularnością, zagraniczni sojusznicy nie garną się do masowego przyjmowania więźniów, a niektórzy "wrodzy bojownicy" nie mogą wrócić do swojej ojczyzny, ponieważ grożą im tam tortury.

Czym kieruje się Obama?

Spór pomiędzy panelistami wywołała "doktryna Obamy". Michał Kolanko poddał jej istnienie w wątpliwość twierdząc, że administracja demokraty wolała elastyczne podejście. Mniej dogmatyzmu, więcej pragmatyzmu - a problemy miały być rozwiązywane case by case (każdy przypadek traktowany z osobna). Z tezą Michała Kolanko nie zgodził się Zbigniew Pisarski, który zauważa istnienie pewnej doktryny - jest ona dostosowana do szybko zmieniającego świata, zakłada dynamiczne podejście do pojawiających się problemów, a jedną z jej głównych cech jest reaktywność. W tej ostatniej kwestii Michał Kolanko i Zbigniew Pisarski zdają się mieć wspólne zdanie.

Tymczasem w opinii Pawła Burdzego doktryna Obamy zamyka się w trzech słowach: "nie jestem Bushem". Demokratyczny prezydent - zdaniem publicysty - postępuje dokładnie odwrotnie od swego republikańskiego poprzednika. Co rzuca się w oczy, to polityka afrontów wobec sojuszników - tutaj Burdzy wymienia Wielką Brytanię, Izrael, Polskę, Czechy, a nawet Indie.

Dyplomacja czy gospodarka?

Ocena dotychczasowych poczynań prezydenta Obamy na arenie międzynarodowej wypadła raczej negatywnie. Rzuca się w oczy brak ewidentnych sukcesów (może z wyjątkiem traktatu START, czy sankcji wymierzonych w Iran, które przykręciły ajatollahom śrubę), natomiast gołym okiem widać szereg porażek (rozgrzebane negocjacje palestyńsko-izraelskie, kocioł w Afganistanie i trudna sytuacja wewnętrzna w Pakistanie, słaba pozycja w skomplikowanych relacjach z Chinami, zaskoczenie rewoltą w krajach arabskich i zbyt późna reakcja na wydarzenia).

Jak twierdzi prof. Stephen Walt, nie ma łatwych sukcesów w polityce zagranicznej. Dlatego skupienie się na dyplomacji, w połowie pierwszej kadencji (zwyczajowo prezydenci zajmują się nią dopiero w drugiej kadencji), może nie być zbyt rozsądne. Przywołany przez Zbigniewa Pisarskiego szef ośrodka Stratfor George Friedman twierdzi jednak zupełnie co innego. Zdaniem Friedmana nie ma odwrotu od dyplomacji i na niej Obama powinien się skupić. Czy może sobie na to pozwolić w sytuacji poważnego kryzysu gospodarczego i rosnącego zadłużenia publicznego? Paweł Burdzy przypomniał podczas debaty, że większość kampanii w ostatnich dekadach rozgrywała się wokół tematów czysto wewnętrznych. Tym razem będzie podobnie.

Ocena Obamy

Uznany komentator spraw zagranicznych David Rothkopf dokonał w styczniu br. podsumowania dokonań Obamy na arenie międzynarodowej. Przegląd objął szereg najważniejszych państw i problemów (m.in. Afganistan-Pakistan, Palestyna-Izrael, Chiny, Europa oraz klimat, handel, kontrola zbrojeń), a Obama otrzymał ocenę B - w polskiej skali byłaby to 4. Moim zdaniem bliższa rzeczywistym dokonaniom byłaby trójka z plusem.

Warto przy tym mieć na uwadze, że Stany Zjednoczone mają mniejszy niż dekadę temu wpływ na wydarzenia na świecie, a grupa państw otwarcie wyrażających inne od amerykańskich poglądy jest coraz większa. Państwa te realizują przede wszystkim własne interesy i raczej nie są chętne do działania w imię "wspólnych interesów", które zazwyczaj są dość mgliste i bardzo ogólne. Inne jest też podejście Obamy, który nie akcentuje na każdym kroku wyjątkowości Ameryki.

Na koniec podzielę się z Wami spostrzeżeniem z wtorkowej debaty. Paneliści, podczas wprowadzenia do debaty, wystawili Obamie marną cenzurkę i skupili się na krytyce prezydenta. Jednak w trakcie sesji pytań i odpowiedzi z udziałem licznie zgromadzonej publiczności wszyscy, jak jeden mąż powtarzali, że "tutaj jednam będę bronił Obamy". Wspominam o tym , aby każdy oceniający Obamę zrozumiał, w jak skomplikowanych warunkach przyszło mu działać. Nie immunizuje to prezydenta na krytykę, jednak nakazuje dwa razy przemyśleć postawione mu zarzuty.

Piotr Wołejko

Zakładki:
1. Dyplomacja w Sieci
2. Blogi zagraniczne
3. Think-tanki
4. Media zagraniczne
5. Blogi polskie
6. Militaria
7. Periodyki
liczniki
Dyplomacja on Facebook