czwartek, 28 marca 2013

Zamieszanie wokół Cypru może stanowić bardzo ciekawy przykład nie tylko tzw. „zastępczego pola konfliktu” we współczesnej polityce międzynarodowej, ale również sposobu prowadzenia negocjacji, w którym różnokolorowe paski całodobowych telewizji informacyjnych są bardzo często ich elementem.

Długotrwałe bankructwo Cypru

grafikaObecne kłopoty Cypru nie są dla nikogo zaskoczeniem. Nawet formalnie, bo program ratunkowy jest negocjowany mniej więcej od roku i był jedną, o ile w ogóle nie najważniejszą rzeczą na agendzie niedawnej cypryjskiej prezydencji w Unii. Pewnym zaskoczeniem nie jest skala zamieszania związana z tym programem, co moment „odpalenia” miny. Większość obserwatorów sądziła, że problem cypryjski będzie zalegał pod dywanem przynajmniej do jesiennych wyborów do Bundestagu. Na taki rozwój sytuacji wskazywały wszelki przesłanki. Po pierwsze Cypr jest bankrutem od 2011 roku, kiedy miał miejsce pierwszy bailout, w postaci pożyczki udzielonej przez Moskwę.

Po drugie, cały cypryjski sektor bankowy wisi na kroplówce EBC już od 2011 roku. Oznacza to, że Frankfurt zapewnia Nikozji odpowiednią ilość świeżo wydrukowanych euro. Z perspektywy eurolandu są to ilości  śmieszne. Dlatego wydaje się, że obecna odsłona cypryjskiego kryzysu ma więcej wspólnego z polityką, niż z ekonomią. Uznanie jej za kolejną odsłonę spięć na linii Bruksela-Moskwa, choć bliższe prawdy byłoby napisanie, iż chodzi o relacje Berlin-Moskwa, pozwala dość dobrze wytłumaczyć nieoczekiwany zwroty akcji z ostatniego tygodnia.

Odrobina historii

Skąd wzięła się Moskwa na Cyprze? Wbrew pozorom nie dzięki brudnym pieniądzom rosyjskich przestępców czy też oligarchów. Ciepłe spojrzenie na Rosję zarówno z Nikozji jak i Aten wynika głównie z posiadania przez całą tą trójkę jednego geopolitycznego rywala. Jest nim rosnąca w siłę już drugą dekadę Turcja. Łatwo dostrzec, iż najbardziej zagrożony przez Ankarę może czuć się najsłabszy w tej trójce Cypr. Nie tylko z racji położenia, ale dlatego, iż połowa wyspy jest faktycznie okupowana przez Turcję. Specjalne stosunki pomiędzy Nikozją i Moskwą nie mogą w tym kontekście dziwić. Ich aspekt ekonomiczny nie ogranicza się jedynie do depozytów bankowych, związanych – jak to się sugeruje - z praniem pieniędzy czy też unikaniem zbyt wysokich podatków. Warto wskazać że do tych dwóch celów Cypr od czasów przedakcesyjnych, czyli gdzieś 2002 roku, marnie się nadaje.

Wraz z przyjęciem do Unii musiał on bowiem poświęcić nie tylko agresywną politykę podatkową, lecz także tajemnicę bankową, która stanowi sedno prania gotówki. Można oczywiście założyć, że miejscowe władze nie będą specjalnie dociekliwe, ale siatka powiązań prawnych pomiędzy wszystkimi członkami wspólnoty europejskiej powoduje, że pieniędzmi może się zainteresować inny kraj, albo co gorsze - nasz własny. Nikozji będącej członkiem Unii, trudno będzie taki wniosek wyrzucić do kosza. Dlatego jak prać, to na przykład w… Belize albo innym kraju tego typu.

Cypr ma dość istotne znaczenie dla zapewnienia płynności kilku gospodarek WNP.  Tłumacząc zadziwiające dane mówiące o tym, że to właśnie Nikozja jest głównym inwestorem w Rosji i na Ukrainie czy też na Białorusi, wraz z informacją, iż to właśnie na Cypr płynie największa część kapitału z tych krajów, należy rozumieć dokładnie tyle, że Nikozja jest odpowiednikiem londyńskiego City dla Wspólnoty Niepodległych Państw. Bez wątpienia w Londynie mamy do czynienia z realnym centrum finansowym, a na Cyprze jedynie z prostą skrzynką pocztową, gdzie – zgodnie z prawidłami ekonomii kapitalizmu -  kapitał traci swoją (głownie rosyjską) narodowość. Jest on najczęściej legalny, chociaż jego właściciele na potrzeby rosyjskie wolą pozostać w cieniu. Nie są nimi również celebryci biznesu dawnego bloku wschodniego, czyli oligarchowie.

Cypryjski "hub finansowy” jest jednak istotny dla płynności rosyjskiej (i nie tylko) gospodarki, stąd - chociaż czynniki oficjalne tego nie potwierdzają - problem Cypryjski nie jest dla Moskwy mniejszy niż dla Brukseli. Skoro dla tych dwóch stolic Nikozja stanowi istotny, ale niezbyt znaczący problem, to rozwiązanie jest na wyciągnięcie ręki. Niestety, do tanga trzeba dwojga. Najprawdopodobniej to właśnie pogarszające się relacje na linii Bruksela–Moskwa (choć nazywając rzeczy po imieniu należałoby wskazać jako adwersarzy Berlin i Moskwę), odpowiadają za obecną odsłonę bankructwa Cypru. To właśnie Bruksela wywarła presję zarówno na Nikozję jak i Moskwę. Co trzeba podkreślić - z uporem wartym zdecydowanie lepszej sprawy.

Długie bankructwo Cypru

Cofając się nieco, tj. do 2011 roku, znajdujemy całkowicie odmienny krajobraz geopolityczny wokół Cypru. Nikozja uniknęła bankructwa, w zasadzie dzięki bezwarunkowej rosyjskiej pożyczce w kwocie 2,5 miliarda dolarów. Europejscy partnerzy Cypru w zasadzie nie zareagowali, a wręcz przyklasnęli takiemu rozwiązaniu dość peryferyjnego problemu.  Prawdopodobnie, gdyby nie wymuszona redukcja greckiego długu, Cypr uniknąłby obecnych problemów. Jednak obcięcie kilkudziesięciu procent greckiego zadłużenia przez prywatne instytucje finansowe okazało się zabójcze dla małych, w zasadzie nawet w polskich realiach cypryjskich banków. Problem rozwiązano biorąc te instytucje na kroplówkę EBC, który formalnie dostarczał płynności, w praktyce drukował euro na potrzeby nie tylko cypryjskich banków. Bailout Cypru nie wydawał się być szczególnie skomplikowany ani kosztowny. Był też negocjowany bez specjalnego pośpiechu czy zainteresowania mediów.

Gwałtowną zmianę przyniosły  narastające napięcia w stosunkach Berlina z Moskwą. Cypr, z ‘dziecka szczęścia”, pieszczonego zarówno ze wschodu jak i zachodu, nieoczekiwanie dla siebie znalazł się na linii konfrontacji. Pierwszą jej medialną odsłoną był szczyt Unia–Rosja, podczas którego ‘problem cypryjski” odegrał istotnąrolę. Moskwa nie chciała występować jako wystawca czeku i, w zamian za pieniądze (kolejny kredyt), zażądała wpływu na sam proces „bailoutu”.

W praktyce oznaczałoby to nie tylko udział przedstawiciela Rosji w „trójce”, ale też wpływ na same warunki programu pomocowego. Ten egzotyczny z polskiego punktu widzenia pomysł był po cichu popierany przez Nikozję. Cypr liczył, że włączenie czynnika pozaunijnego spowoduje lżejsze warunki pomocy. Być może w realiach sprzed 2-3 lat taka współpraca byłaby możliwa, jednak nie dziś. Decydenci unijni na taki koncept zareagowali dość alergicznie i rozegrali sprawę upokarzająco zarówno dla Nikozji, jak i dla Moskwy. Propozycja współudziału Rosji w ratowaniu Cypru i w ogóle w walce z globalnym kryzysem nie tylko została zignorowana, ale i sam fundusz pomocowy został znacznie obcięty. Zmusiło to Cypr do szukania częściowego finansowania gdzie indziej. Wbrew medialnym przekazom w naszym kraju, usiłowano znaleźć pieniądze nie tylko w Rosji, ale np. w Chinach.

Finał Cypryjskiej tragedii

Co się więc zadziało w ostatnim tygodniu? W mediach pojawiło się wystarczająco dużo informacji, aby zrekonstruować nie tylko sam przebieg negocjacji w trójkącie Moskwa-Bruksela-Nikozja, lecz również same stanowiska negocjacyjne. Bez wątpienia nie tylko Cypr został zaskoczony decyzjami Rady Europejskiej z 14-15 marca 2013 roku. Nikozja, postawiona pod ścianą, zareagowała w sposób niezwykle profesjonalny. Obiektywnie miałaby szansę na wyjście zwycięsko z tej sytuacji, gdyby uzyskała wsparcie Moskwy. I na to najwyraźniej grano w pierwszych dniach zeszłego tygodnia.

Cały pakiet działań w obszarze samego bailoutu podjęty na wyspie Afrodyty był faktycznie skierowany do Rosji. „Zamrożono” cały system finansowy oraz upubliczniono pomysł jednorazowego podatku od depozytów, o dość umiarkowanych stawkach. Faktycznie nie byłby to podatek, gdyż właścicielom depozytów obiecywano udziały w ratowanych bankach. De facto była to więc forma wewnętrznej, co prawda przymusowej, ale jednak pożyczki. Zaproponowane stawki „podatku” - obiektywnie niskie - dawały jeszcze szanse na ocalenie cypryjskiego sektora finansowego.

Jednocześnie na potrzeby głównie rosyjskiej opinii publicznej rzucono informację o cypryjskich łupach – czyli o złożach gazu, mających - jak w przypadku Polski - zmienić ten kraj w drugi Katar. Gazprom, wykładając pieniądze, mógłby utrzymywać, że wcale nie ratuje Cypru, lecz kupuje aktywa. Z takim wsparciem wysłano do Moskwy, prosto z Brukseli,  ministra finansów Cypru, by - pod pretekstem prolongaty spłaty pożyczki - usiłował przekonać Moskwę do zaproponowanych przez Cypr rozwiązań. Działania Nikozji stanowiły zaskoczenie dla europejskich partnerów, którzy robili wszystko, by utrudnić porozumienie Nikozji z Moskwą. Kanclerz Merkel wydała chłodne oświadczenie, które stanowiło powtórzenie stanowiska ze szczytu Unia–Rosja. Reprezentacja Komisji Europejskiej dojechała do Moskwy dopiero po trzech dniach.

Zaskoczona Moskwa

Niestety, nadzwyczaj sprawne działania Nikozji niewiele dały, ponieważ Kreml okazał się równie zaskoczony jak Bruksela. Co gorsza, wizyta cypryjskiego oficjela stawiała jego gospodarzy w trudnej sytuacji. Wypisanie czeku oznaczałoby otwarte postawienie stopy w drzwiach procesu decyzyjnego eurogrupy, a więc konflikt z Brukselą. Nikozja mogłaby wtedy, bazując na rosyjskich pieniądzach, nawet odrzucić warunki bailoutu

Opcja druga to zignorowanie cypryjskiego gościa, co oznaczałoby nie tylko ugięcie się przed Berlinem, ale też – via paski informacyjne – wzięcie części odpowiedzialności za upadek Nikozji. Jak wiadomo, Moskwa wybrała właśnie ten drugi wariant, choć starano się unikać jawnego pokazania gościowi czarnej polewki, rozgrywając sprawę na miękko. Gościa z Cypru wpuszczono na przedpokoje, poczęstowano czajem, wydając przy tym kilka wodnistych i złośliwych wobec Brukseli oświadczeń.

W tym momencie wyspiarze rzucili na stół ostatni argument - parlament Cypru odrzucił propozycję opodatkowania depozytów, ignorując groźne pomruki kanclerz Merkel, lecz Putin i Miedwiediew nie „kupili” tego rozwiązania, pozostawiając Nikozję na pastwę eurogrupy.

Egzekucja

Wobec takiego rozwoju sytuacji, Cypr musiał przyjąć warunki eurogrupy, która zakomunikowała wprost o egzekucji sektora bankowego tego państwa. Nie chodziło jedynie o karanie „niepokornego” partnera. Mając przeciwnika na deskach, bez większego problemu można było na niewielkiej wyspie przeprowadzić eksperyment polegający na „twardej” restrukturyzacji sektora finansowego. Trzeba podkreślić, że był to jak dotąd eksperyment udany. Nie było ani klasycznej paniki bankowej, ani ludzie nie wylegli na ulice w obronie swoich oszczędności.

Lista przegranych jest dużo dłuższa. Jest nim w sposób oczywisty Moskwa, która nie tylko nie była w stanie obronić swojego przyczółka, ale także swoich pieniędzy. Co ciekawe, w ramach kary dla Moskwy skasowano unijne wsparcie dla południowego potoku. Wielkim przegranym jest też Wielka Brytania, która nie tylko ze względu na bazy wojskowe, miała specjalne relacje z Cyprem. Dla obserwatorów areny europejskiej nie jest to wielkim zaskoczeniem, bo polityka unijna premiera Camerona jest tyle hałaśliwa, co bezskuteczna. Nie trzeba też wielkiej wnikliwości, żeby dostrzec, iż Londyn w Brukseli znajduje się w całkowitej izolacji.

Przegranym nie jest nawet południe Unii, które obserwowało egzekucję Cypru w całkowitej ciszy, ale duet Merkel-Holland, dotychczas dominujący w eurogrupie. Wyraźnie widać, że Niemcy wraz z „jastrzębim” skrzydłem, w skład którego wchodzi Holandia, Austria i Finlandia, przejęły nad tym ugrupowaniem kontrolę. „Opozycja” w eurogrupie zdobyła się na dwa oświadczenia. Jedno wydane przez szefa francuskiej dyplomacji, drugie przez premiera Luksemburga.

Największy przegrany to... instytucje Unii Europejskiej, które nie miały żadnego udziału ani w procesie negocjacji, ani w wypracowywaniu samego porozumienia. Ich udział ograniczył się do udostępnienia na potrzeby spotkania kilku sal konferencyjnych w budynku Justus Lipstus.

Co znacznie istotniejsze – „ratowanie” Cypru przez upadek pokazuje rozmiar deficytu demokracji w całej Unii, gdzie przywódcy jednych krajów mogą z łatwością narzucać rozwiązania słabszym, gdyż nie odpowiadają przed wyborcami tych właśnie państw, tylko przed własnymi.

Marek Bełdzikowski, Czytelnik bloga Dyplomacja

sobota, 23 marca 2013

Okrągłe rocznice wykorzystuje się zazwyczaj jako okazje do dokonania podsumowań. Grzechem byłoby niewykorzystanie w tym celu 10. rocznicy ataku USA na Irak [polecam infografikę przygotowaną przez portal Polityka Globalna]. Tym bardziej, że efekty tej interwencji są wielowektorowe.

  1. Dobiegł końca krótki okres hegemonii Stanów Zjednoczonych na arenie międzynarodowej, trwający od rozpadu ZSRR. Amerykanie popisowo roztrwonili szansę wynikającą ze zniknięcia głównego geopolitycznego rywala. Błyskotliwy sukces interwencji w Afganistanie (obalenie talibów w kilka tygodni) wyzwolił w Waszyngtonie poczucie nieskrępowanej potęgi, którą należy wykorzystać do przeprowadzenia wielkich zmian na świecie. Padło na Bliski Wschód. Operacja iracka okazała się dużo dłuższa i kosztowniejsza od jakichkolwiek przewidywań. Co więcej, skupiła zasoby i czas, które można było wykorzystać lepiej, inaczej. W międzyczasie kraje rozwijające się, nie tylko z grupy BRIC(S) wzmocniły się gospodarczo, co przełożyło się na ich rolę w systemie międzynarodowym.
  2. Na Bliskim Wschodzie wzmocniła się pozycja Iranu. Irak był przecież głównym przeciwnikiem reżimu ajatollahów, a państwa te prowadziły krwawą wojnę przez praktycznie całe lata 80. ubiegłego stulecia. W Iraku, po raz pierwszy od XII w., władzę objęli szyici, a więc religijni pobratymcy Irańczyków. Wzrost siły Iranu niepokoi natomiast zarówno Izrael, jak też Arabię Saudyjską i sunnickie monarchie w Zatoce Perskiej.
  3. Przy koncepcji prywatyzacji armii pojawił się znaczący znak zapytania. Chodzi o autorską koncepcję neokonserwatystów z otoczenia prezydenta Busha juniora, m.in. wiceprezydenta Dicka Cheneya, sekretarza obrony Donalda Rumsfelda czy jego zastępcy Paula Wolfowitza, która zakładała przekazywanie szerokiego wachlarza zadań sił zbrojnych prywatnym korporacjom. Pod pięknymi hasłami „niech żołnierze skupią się na tym, do czego zostali wyszkoleni – czyli na walce” oraz „prywatne firmy mogą działać sprawniej i przyczynić się do oszczędności” skrywała się zupełnie inna rzeczywistość. Prywaciarze zarobili dzięki irackiej, a także afgańskiej wojnie setki miliardów dolarów. Tylko koncern KBR (Kellog Brown & Root) uzyskał kontrakty o wartości prawie 40 mld dolarów. Trzy największe firmy „ochroniarskie”: Blackwater, DynCorp i Triple Canopy otrzymały ponad 7 mld dolarów. Nie było taniej, niekoniecznie było też sprawniej. Co więcej, prywatni ochroniarze (zwani najemnikami) działali poza jakimikolwiek zasadami (chociażby prawem wojny). Doprowadziło to do wielu patologii i nadużyć, w tym śmierci cywilów. Na marginesie warto dodać, że zwykli żołnierze z zazdrością patrzyli na kolegów najemników, którzy zarabiali znacznie więcej i byli zazwyczaj lepiej wyposażeni.
  4. Pod jeszcze większym znakiem zapytania stanęła koncepcja nation-building, czyli odbudowy zniszczonych bądź zdegenerowanych struktur państwowych oraz humanitarna interwencja w celu powstrzymania prześladowań politycznych, czystek etnicznych, wojen domowych etc. Tutaj cios nadszedł także ze strony Afganistanu, w którym analogiczna operacja szła jak po grudzie. Różnice kulturowe i brak wiedzy o lokalnych uwarunkowaniach przyczyniły się do popełnienia mnóstwa błędów (w przypadku Iraku m.in. rozwiązania armii), a zasypywanie problemów pieniędzmi nie jest żadnym rozwiązaniem – Irak czy Afganistan to studnie bez dna, w których zmarnowano grube miliardy dolarów. W zasadzie ostatnie udane przypadki nation-building w wykonaniu Amerykanów miały miejsce po II wojnie światowej. Nie jest więc żadnym zaskoczeniem wstrzemięźliwość obecnej administracji USA wobec zaangażowania militarnego w syryjską wojnę domową. Można się spodziewać, że byłaby to kolejna długotrwała i kosztowna operacja, której końcowy efekt będzie daleki od satysfakcjonującego – jak było w przypadku Iraku i będzie w przypadku Afganistanu. Co więcej, zewnętrzny interwenient powinien mieć, jak podkreśla reprezentujący realistyczną szkołę stosunków międzynarodowych prof. Stephen Walt, strategiczny interes w prowadzeniu działań wojennych. W Syrii mają go co najwyżej państwa regionu (i być może Rosja). Walt podaje przykład wsparcia Wielkiej Brytanii podczas II wojny światowej, gdzie w grę wchodziło zdominowanie Europy przez nazistowskie Niemcy, co doprowadziłoby do powstania mocarstwa o hegemonicznej roli w regionie i pretensjach do większej roli globalnej.
  5. Dane wywiadu i materiały wywiadowcze okazały się w przypadku irackich zasobów broni masowego rażenia zupełnie niewiarygodne, co nakazuje daleko idącą wstrzemięźliwość w przypadku kolejnych doniesień, przecieków czy oficjalnych wypowiedzi. Pamiętamy Colina Powella przedstawiającego rzekomo porażające dowody w sprawie Iraku na forum ONZ. Dość szybko okazało się, że wszystko to było bujdą na resorach, podrasowaną pod konkretne zadanie – przekonanie opinii publicznej, w tym wypadku międzynarodowej, o godnych pochwały motywach kierujących Stanami Zjednoczonymi. Dlatego teraz, gdy słyszymy doniesienia o Iranie, programie atomowym i nieuchronności ataku na irańskie instalacje, powinniśmy zachować daleko posunięty sceptycyzm.  Ówcześni (mowa o przedbiegach do inwazji na Irak) apologeci wojny są aktywni również dziś. Na kogo wskażą palcem, gdy uda im się doprowadzić do ataku na Iran?
  6. Inwazja na Irak wywołała również poważny kryzys w stosunkach transatlantyckich. Francja i Niemcy sprzeciwiały się planom USA. Doszło do podziału na kraje „nowej” i „starej” Europy, przy czym ta druga określana była mianem stetryczałej i antyamerykańskiej, a pierwsza okazywała się postępowa i otwarta na współpracę. Jak wiemy, Polska wsparła wówczas USA, stając na czele „nowej” Europy. Niesmak na dłuższy czas pozostał, utrudniając relacje wewnątrzunijne, jak i transatlantyckie. Jak twierdzi wspominany wcześniej prof. Stephen Walt, rolą sojuszników jest służenie dobrą radą. Czasem może zostać wysłuchana. Waszyngton nie chciał słuchać, natomiast nie powinno to nas, Europy, zniechęcać.
  7. W zasadzie samodzielna decyzja Stanów Zjednoczonych, by iść na wojnę z Irakiem Saddama Husajna odcisnęła piętno na arenie międzynarodowej. Rosja czy Chiny zaczęły jeszcze mocniej podkreślać znaczenie zasady suwerenności i jednolitości terytorialnej, reagując wręcz alergicznie na jakiekolwiek działania noszące chociażby pozór ingerencji w tej materii. Oba kraje ugięły się w przypadku Libii, czego gorzko – w szczególności w Moskwie – żałują.
  8. Efektem wojen irackiej i afgańskiej jest też dynamiczny rozwój tzw. asymetrycznych środków prowadzenia walki. I to po obu stronach. Rebelianci, przygnieceni przewagą siły ognia i technologii odpowiadają chociażby tzw. ajdikami (IED – improwizowane ładunki wybuchowe) i krótkotrwałymi, lecz bardzo intensywnymi atakami na patrole (rzadziej na bazy) oraz infiltracją szeregów lokalnych sił sojuszniczych (ataki green-on-blue). Siły okupacyjne korzystają natomiast z samolotów bezzałogowych, które dostarczają materiałów dla wywiadu i żołnierzy na polu walki, a także same mogą przeprowadzać ataki przy użyciu podczepionych rakiet. Intensywnie rozwinęła się również wojna miejska oraz szersza wojna partyzancka i metody ich zwalczania.
  9. Opisane wyżej techniki i doktryny są eksportowane w inne rejony świata. Rozwinął się, teraz już na ogromną skalę, dżihad eksportowy. Nie tylko pojedynczy bojownicy czy niewielkie grupki, ale całe ugrupowania potrafią przemieszczać się z państwa do państwa w celu prowadzenia wojny z siłami utożsamianymi z Zachodem. Za wydarzenia w Mali w istotnej mierze odpowiadają bojownicy z doświadczeniem afgańskim. W Syrii również można zlokalizować siły pochodzące z zewnątrz – przy czym Irak jest oczywistą oczywistością. Wydarzenia z ostatnich lat pokazują, że niewielka, acz dobrze wyszkolona, wyposażona i zdeterminowana grupa, jest w stanie przejąć kontrolę nad znaczącym terytorium, przeprowadzić efektowną akcję zbrojną czy rzucić wyzwanie lokalnym, a nawet zewnętrznym siłom zbrojnym. Korzystając z doświadczenia i wsparcia lokalnych ugrupowań bojownicy mogą też „rozpłynąć się w powietrzu”. Taki scenariusz przerabiamy teraz w Mali, gdzie nie było większych walk podczas interwencji Francuzów. Bojownicy rozpierzchli się na ogromnym terytorium kraju i przeczekują, mniej lub bardziej intensywnie kąsając pojedynczymi atakami, gdy pojawia się szansa na ich przeprowadzenie.
  10. Nie można też nie docenić kosztów, które wygenerowała i jeszcze przez wiele lat będzie generować wojna iracka. Bilionowy dług USA to w dużej mierze „zasługa” Iraku, chociaż wystarczyło nie ciąć podatków bez równoważących cieć po stronie wydatków. Jednak przy bilionach znikają mniejsze koszty – społeczne, dotykające weteranów wojennych i ich najbliższych.

 

Na tym lista się kończy. Zachęcam do rozwijania jej w komentarzach.

Piotr Wołejko

wtorek, 19 marca 2013

Po raz pierwszy od zakończenia drugiej wojny światowej żaden kraj ani grupa państw nie posiadają politycznego bądź ekonomicznego wpływu na kierowanie agendą międzynarodową”, twierdzi Ian Bremmer - znany politolog i prezes firmy konsultingowej Eurasia Group. Mówiąc w skrócie i po polsku: nikt nie jest wystarczająco silny, by przewodzić w polityce globalnej. Zdaniem Bremmera świat wkroczył teraz w okres przejściowy, z którego wyłoni się nowy układ sił. Obecny zyskał nazwę G-Zero. O co w tym wszystkim chodzi?

Trudna współpraca

W poprzednim wpisie rozważaliśmy, jaki będzie ten nowy ład międzynarodowy? To, że aktualny układ sił ewoluuje nie podlega dyskusji. Rośnie potęga państw rozwijających się, które stają się regionalnymi mocarstwami (Brazylia, Turcja, Indonezja) lub już nimi są (Indie, Chiny). Jednocześnie maleją globalne wpływy rozwiniętych państw Zachodu, pogrążonych od kilku lat w ekonomicznej stagnacji. Zmienia się globalna architektura instytucjonalna – powstają nowe organizacje międzynarodowe, starsze przeżywają drugą młodość. Sytuacja jest coraz bardziej zagmatwana. Można odnieść wrażenie barokowego przesytu.

Przy tym wszystkim istnieje jednak coraz większy problem w znalezieniu porozumienia między państwami w sprawach, które można rozwiązać wyłącznie poprzez współdziałanie. Wyznacznikiem dzisiejszego ładu międzynarodowego jest coraz bardziej zdecydowana obrona wąsko rozumianego interesu narodowego. Obserwujemy to poza Europą, gdzie nie wykształciły się mechanizmy pogłębionej współpracy na wzór Unii Europejskiej, jak też w samej unii, gdzie echo egoizmów narodowych jest coraz głośniejsze. Dominuje tendencja przedkładania krótkoterminowych i w miarę pewnych zysków nad te długoterminowe i niepewne, chociaż potencjalnie o znacznie większej wartości.

O trudnej sztuce kompromisu

grafikaNa arenie międzynarodowej rzeczywiście coraz trudniej dojść do porozumienia, a pewne zagadnienia o charakterze globalnym – zmiany klimatyczne, wolny handel – grzęzną w długotrwałych negocjacjach, bez perspektywy na konstruktywne zakończenie. Jednak nie jest to nic nowego w historii stosunków międzynarodowych. Mieliśmy w niej do czynienia z koncertem mocarstw, który w pierwszych dekadach XIX w. zgodnie współdziałał w Europie, skupiając się na utrzymaniu względnej równowagi. Nie powstrzymał on jednak Prus przed zjednoczeniem Niemiec i wywróceniem porządku europejskiego do góry nogami. Od lat 70. XIX stulecia trwał już w najlepsze egoistyczny wyścig, którego celem była maksymalizacja własnej potęgi – gospodarczej, politycznej i militarnej. Układy w Europie przypominały zimną wojnę, a relacje między sojusznikami dalekie były od kordialnych (nawet jeśli ich porozumienie nazywało się entente cordiale).

W omawianym okresie żadne państwo nie dominowało zdecydowanie nad pozostałymi i nie było w stanie narzucić mu konkretnych rozwiązań. Istniała możliwość zawiązania sojuszu i skutecznej obrony przed ewentualną presją. Zupełnie naturalny mechanizm powstawania sojuszy i próby równoważenia sił, wielokrotnie omawiany na Dyplomacji.

Stara koncepcja w nowych szatach

Krytycy koncepcji G-Zero zwracają uwagę na przesadne podkreślanie wagi malejących wpływów Stanów Zjednoczonych. Nadal jest to przecież największa potęga gospodarcza, polityczna i wojskowa (wydatki na obronę są większe niż kolejnych kilkunastu państw, spośród których większość stanowią sojusznicy). Waszyngton nadal może skutecznie realizować swoje interesy, chociaż częściej niż jeszcze dekadę temu spotyka się z opozycją (głównie Chin, Rosji czy Brazylii) i jest zmuszony się do tej sytuacji dostosować.

Jednakże ograniczanie G-Zero do roli USA jest niczym innym jak spłycaniem tematu. Stany Zjednoczone, chociaż w znacznym stopniu wpłynęły na ukształtowanie dzisiejszego ładu międzynarodowego, nie odgrywały w nim roli hegemonicznej (ewentualnie z wyjątkiem okresu pomiędzy irackimi wojnami, który nie został jednak wykorzystany; co innego na Zachodniej Półkuli, gdzie dominacja ta była wyraźna i naznaczona chociażby dziesiątkami interwencji wojskowych).

Okresy G-Zero to powtarzalne cykle pomiędzy krótszymi (częściej) bądź dłuższymi (rzadziej) okresami, w których jedno państwo bądź blok państw mają zdecydowaną przewagę nad innymi. Warto zastanowić się, kiedy taka sytuacja miała miejsce po raz ostatni? Chwilowa, trwająca dekadę-półtorej dominacja Stanów Zjednoczonych, która zaczęła i zakończyła się w piaskach irackiej pustyni? A wcześniej? Zimna wojna USA z ZSRR. Jeszcze wcześniej? Okres chwiejnej równowagi międzywojennej, który z powodzeniem można określić mianem przejściowego. Jego kulminacją była druga wojna światowa.

Czym jest G-Zero? To stan naturalny, stan anarchii międzynarodowej, który stanowi punkt wyjścia dla realistycznej szkoły stosunków międzynarodowych. Układ sił jest płynny, a każde państwo walczy o przetrwanie. Najlepszą drogą postępowania jest w takiej sytuacji maksymalizacja własnej potęgi gospodarczej, politycznej i militarnej. W relacjach międzypaństwowych należy postępować w taki sposób, by nie dopuścić do dominacji jednego państwa nad pozostałymi, w szczególności w naszym regionie. W grę wchodzą tu rozmaite sojusze regionalne, a także kooptacja zewnętrznej potęgi, której nie w smak jest zyskanie zdecydowanej przewagi przez jeden kraj nad resztą.

Hasło G-Zero ma walor marketingowy. Inaczej nie sprzedałoby się w dzisiejszym świecie, w którym istnieje zapotrzebowanie na chwytliwe sformułowania. Należy jednak zauważyć, że G-Zero dotyka w istocie kluczowego problemu, jakim jest globalny układ sił. Warto na ten temat dyskutować, gdyż dotyczy on bezpośrednio każdego państwa, które musi odnaleźć się we wspólnocie międzynarodowej.

Piotr Wołejko
Grafika: Wikimedia Commons/Christian Fischer
czwartek, 14 marca 2013

Istniejąca architektura międzynarodowa, na czele której – przynajmniej teoretycznie – stoi Organizacja Narodów Zjednoczonych, staje się coraz bardziej skomplikowana, rozdrobniona i irrelewantna. Mamy do czynienia z paradoksalną sytuacją - jak grzyby po deszczu powstają kolejne organizacje i ciała transnarodowe, a także zwiększa się ilość spraw, które można załatwić współpracując z innymi państwami, a jednocześnie trudno nie odnieść wrażenia, że cały mechanizm funkcjonuje coraz gorzej.

Duży wysiłek, małe efekty

Życie prezydenta, premiera bądź ministra może dziś z powodzeniem upłynąć na walizkach. Osoby te znajdują się w nieustannej podróży. Do spotkań bilateralnych i szczytów międzynarodowych dochodzą przecież obowiązki krajowe i spotkania w lokalnym gronie. Gdzie tu znaleźć czas na rządzenie? Bez dobrze dobranej i zorganizowanej ekipy byłoby to niemożliwe. Zwiększające się obciążenie międzynarodowe, czyli konieczność udziału w szczytach, posiedzeniach, forach itp. absorbuje czas i uwagę. I przynosi coraz mniej efektów.

Czy ktoś przejmuje się dzisiaj szczytami grupy G-20, która miała stać się nowym światowym dyrektoriatem? A co ze szczytami uprzemysłowionych państw z grupy G-7? Przyciągają uwagę głównie jako okazja do kolejnych protestów alterglobalistów. Decyzje, a w zasadzie kompromisy, utarte na tych spotkaniach są zazwyczaj rozwodnione i mało konkretne. Nie niosą za sobą większej wartości. Nic dziwnego, że spora grupa analityków (i dziennikarzy) określa wszechobecne szczyty mianem photo op, czyli okazji do zrobienia ładnego grupowego zdjęcia.

Co w zamian?

O konieczności reformy poszczególnych instytucji, jak ONZ (w tym Rada Bezpieczeństwa), MFW, Bank Światowy czy Unia Europejska słyszymy nie od dziś. Co jednak osiągniemy reformując np. MFW, zwiększając udział państw rozwijających się kosztem rozwiniętych? Niewielki postęp, gdyż reszta instytucji pozostanie bez zmian. W tym miejscu pojawia się pytanie o fundamentalnym znaczeniu: modernizować istniejący system międzynarodowy, czy starać się stworzyć nowy? Aberracja? A czym była Unia Europejska w 1945 roku? Lekceważenie niemożliwego (w zasadzie trudno-osiąganego) nie sprawi, że nie ma o czym dyskutować. To, co dziś wydaje się nieosiągalne, jutro może być standardem. W innym przypadku pozostalibyśmy w jaskiniach, a pojęcie innowacje byłoby obce cywilizacji człowieka.

Z takiego założenia wychodzi Mohamed El-Erian, prezes PIMCO, jednej z największych globalnych firm inwestycyjnych. Stwierdził on, że zaproponowana przez prezydenta USA Baracka Obamę inicjatywa układu o wolnym handlu z Unią Europejską (której Bruksela ochoczo przyklasnęła) to gra o znacznie wyższą stawkę. El-Erian mówi, iż „prawdziwa szansa związana z liberalizacją handlu transatlantyckiego zawiera się w potencjale zmiany handlu globalnego, sieci produkcyjnych i sposobu funkcjonowania organizacji międzynarodowych”.

Szef PIMCO idzie dalej: „Na najbardziej ogólnym poziomie przyspieszyłoby to ograniczenie obecnego systemu czterech słabo funkcjonujących bloków – skoncentrowanych wokół Chin, Europy, USA i reszty świata – do trzech, a ostatecznie (i to być może całkiem szybko) do dwóch lepiej funkcjonujących struktur, które nie miałyby innego wyboru niż skutecznie ze sobą współpracować: jedna byłaby zdominowana przez Chiny, a druga przez UE i USA”.

Zdaniem El-Eriana, „taka globalna struktura (…) ułatwiłaby skuteczną koordynację globalnych przepisów i zasad. Zmusiłaby również organizacje międzynarodowe do reformy, gdyby chciały one utrzymać choćby ograniczone znaczenie, które posiadają obecnie”.

Zblokowani

Uwagi biznesmena są bardzo interesujące. Dzisiaj układ międzynarodowy jest zdominowany przez USA, lecz z biegiem lat wpływy Waszyngtonu są ograniczane. Coraz mocniejszą pozycję wypracowują sobie państwa rozwijające się. One też działają aktywnie na rzecz tworzenia nowych i poszerzania już istniejących organizacji i mechanizmów transnarodowych. A także zwiększenia wpływów w globalnych instytucjach (MFW, BŚ, RB ONZ). Obecny system jest sprytnie wykorzystywany przez kraje rozwijające się, które traktują go bardzo utylitarnie – chcą czerpać z niego maksimum korzyści i ponosić jak najmniejsze nakłady na jego utrzymanie. Przy okazji tworzą alternatywne instytucje, które komplikują już istniejącą maszynerię. To z kolei powoduje, że coraz trudniej jest dojść do porozumienia. Nie mówię o sprawach lokalnych, lecz regionalnych czy globalnych. Podczas uzgadniania traktatu z Kyoto (ograniczenie emisji gazów cieplarnianych) kluczowe było porozumienie USA i Europy. Od szczytu w Kopenhadze w 2009 roku jest jasne, że bez państw grupy BRIC (Brazylia, Rosja, Indie, Chiny) nie ma po co siadać do stołu, bo żadnego porozumienia nie będzie.

Wizja prezesa PIMCO zakłada poważne zmiany w architekturze międzynarodowej. Unipolarny układ z dominacją USA trwał bardzo krótko, przechodząc płynnie do multipolarnego z dominującą rolą Zachodu. Już teraz widać zręby nowego rozdania, w którym pozycja Chin czy Brazylii będzie istotniejsza. Niemniej, układ sił opiera się w ostateczności na sile militarnej, a najbardziej widocznym jej elementem jest marynarka wojenna, która zapewnia kontrolę nad morzami i oceanami. Rozważania polityczne czy gospodarcze muszą brać pod uwagę kwestie militarne. Stąd dopiero wyłonienie się godnego rywala dla USA (na dziś mogą być to tylko Chiny bądź grupa państw, ale to byłoby znacznie trudniejsze do zorganizowania) pozwoliłoby na rzeczywiste przekształcenie systemu międzynarodowego.

Z tego punktu widzenia słuszne wydaje się stawianie na silniejszą integrację USA z Unią Europejską. Czy jednak Chiny staną się liderem drugiego bloku? Czy pozostali (nie-zachodni) gracze zdecydują się postawić na Pekin? I czy, jak twierdzi prezes PIMCO, takie dwa bloki nie miałyby innego wyboru jak współpraca?

Piotr Wołejko

czwartek, 07 marca 2013

W lutym światowe serwisy informacyjne obiegały, przez wiele dni, zdjęcia protestującego tłumu walczącego na ulicach Dhaki z policją, a także pewnego starszego mężczyzny z czerwoną brodą, który miał być jakoby przyczyną całego zamieszania. Sytuacja nie uspokoiła się do dzisiejszego dnia, a przeciętny widz zaczyna się zastanawiać, o co tak naprawdę w tym Bangladeszu chodzi?

Aby wyjaśnić bieżące wydarzenia należy cofnąć się do lat 1947–1948, kiedy dokonano podziału Indii, będących brytyjską kolonią, na dwa – mające jeszcze wtedy status dominium – państwa: Pakistan i właśnie Indie. Towarzyszyły temu oczywiście masowe migracje milionów ludzi oraz krwawy konflikt zbrojny. Wkrótce obie strony wybiły się na niepodległość. Jednakże granice Pakistanu wyglądały całkowicie inaczej niż dziś.

Pakistan Zachodni oddzielony był od Pakistanu Wschodniego, początkowo zwanego Bengalem Wschodnim, przez terytorium indyjskie. Od samego początku ich jedność była sztuczna. Bengalczycy mieli wiele powodów do niezadowolenia z rządów w Karaczi oraz Islamabadzie. Czuli się pokrzywdzeni ze względu na nierównomierny podział państwowych pieniędzy, gospodarczą eksploatację prowincji oraz zbyt mały, ich zdaniem, wpływ na sytuację w swojej części kraju. Utworzona jeszcze w 1948 roku partia Liga Awami walczyła początkowo o takie podstawowe swobody jak przyznanie językowi bengalskiemu, zamiast urdu, statusu urzędowego, czy też autonomię. Jednak po zwycięstwie w wyborach w 1954 roku ze strony władz pakistańskich spotkały ją represje, a wielu członków zostało aresztowanych.

W 1970 roku miały miejsce wydarzenia, które przelały czarę goryczy. Pierwszym z nich był cyklon Bhola, który pochłonął – przy biernej postawie rządu – wiele ofiar, których liczbę szacuje się na pół miliona[1]. Poza tym, w grudniu wybory do Zgromadzenia Narodowego w Pakistanie wygrała Liga Awami[2], czego znów w Islamabadzie nie zaakceptowano.

Operacja Reflektor

25 marca 1971 roku Pakistan rozpoczął działania zbrojne w ramach „Operation Searchlight”. Miały one na celu likwidację niepodległościowych dążeń Bengalczyków, które wysuwała zwycięska partia. Dzień później Pakistan Wschodni ogłosił niepodległość jako Bangladesz. Wojska pakistańskie, wraz z oddziałami paramilitarnymi Razakar (beng. ochotnik, dzisiaj synonim kolaboranta, zdrajcy, europejskiego Quislinga), Al-Badr oraz Al-Shams dopuściły się licznych zbrodni przeciwko ludności cywilnej, gwałtów i masowych mordów[3]. Ocenia się, że w wyniku tych działań zginęło nawet 3 miliony osób, 10 milionów uciekło do Indii, a 30 milionów zostało zmuszonych do opuszczenia swoich miejsc zamieszkania w kraju[4].

Jednym z celów militarnych działań Pakistańczyków byli bengalscy intelektualiści[5]. Dziś 14 grudnia jest Dniem Pamięci Zamordowanych Intelektualistów. Tragedia dotknęła jednak całe, niemal 75 – milionowe społeczeństwo. Szczególną grupą ofiar były kobiety, spośród których od 200 do 400 tys. zostało ofiarą gwałtów. Według Światowej Organizacji Zdrowia 170 tys. spośród nich dokonało aborcji, a w wyniku zachowania ciąży urodziło się 30 tys. dzieci. Kobiety w patriarchalnym i konserwatywnym społeczeństwie spychane były na margines, ich cierpienie po wojnie poddawano w wątpliwość, a ich udział w walce o niepodległość był niezauważony. Porównywalnie w czasie wojny domowej w byłej Jugosławii, biorąc pod uwagę najniższe statystyki, przemoc dotknęła dziesięciokrotnie mniej kobiet niż w Bangladeszu. Te pierwsze wydarzenia uznano jednak za zbrodnię przeciwko ludzkości, a te drugie przemilczano[6].

Jeszcze w czasie konfliktu świat nie wiedział zbyt wiele o tym, co miało miejsce w byłej brytyjskiej kolonii. Dopiero 13 czerwca brytyjski Sunday Times napisał po raz pierwszy o zbrodniach, których dopuścili się Pakistańczycy. Wszystko dzięki relacji reportera Anthonego Mascarenhasa, który jako pierwszy poinformował o nich opinię publiczną. Szokujące relacje wpłynęły na premier Indii Indirę Gandhi, co sprawiło, że kraj ten zaangażował się pod względem politycznym i militarnym w konflikt. W wyniku trzeciej wojny indyjsko – pakistańskiej doszło 16 grudnia do zawieszenia broni i uznania przez Islamabad niepodległości Bangladeszu[7].

Walka o pamięć

Przez niemal 40 lat tragedia Bengalczyków była zapomniana. Dopiero w 2010 roku władze Bangladeszu z prezydent Sheikh Hasiną na czele zdecydowały o powołaniu Międzynarodowego Trybunału ds. Zbrodni (ICT, International Crimes Tribunal). Ciało to miało osądzić winnych zbrodni ludobójstwa, przemocy oraz gwałtów wobec ludności cywilnej.

grafikaWiększość oskarżonych brało aktywny udział w życiu publicznym będąc członkami największej islamskiej partii w kraju – Jamaat-e-Islami. Winnym odpowiedzialności za masowe mordy, gwałty, podpalenia, plądrowanie i prześladowania na tle religijnym został lider ugrupowania, siedemdziesięciotrzyletni starzec z czerwoną brodą, Delwar Hossain Sayedee (na zdjęciu; źródło: newagebd.com). Skazano go na karę śmierci, z czym główny zainteresowany się nie zgodził, zaprzeczając wszystkim zarzutom. Podobny wyrok padł w przypadu Maolana Abdula Kalama Azada, z tym że w jego przypadku wydano go zaocznie, gdyż skazany ukrywa się, najprawdopodobniej w Pakistanie. Wyrok dożywotniego więzienia usłyszał Abdul Quader Mollah, asystent sekretarza generalnego partii, którego uznano winnym śmierci 344 osób[8]. Pozostali oskarżeni są również członkami tego ugrupowania, za wyjątkiem dwóch członków Narodowej Partii Bangladeszu (Bangladesh Nationalist Party), największej partii opozycyjnej w kraju.

Zamieszki, czyli to co widzimy w TV

Odkąd 21 stycznia Trybunał wydał swój pierwszy werdykt, w zamieszkach zwolenników skazanego i partii Jamaat z policją zginęło ponad 50 osób, a co najmniej 300 zostało rannych[9]. Epicentrum zdarzeń, znane z telewizyjnych przekazów, to Plac Shahbag. Władze odpowiedzialność zrzucają na przeciwników wyroku. Wśród nich znajdują się osoby zamieszane w zbrodnie z czasów wojny o niepodległość, których wielu bierze udział w życiu publicznym. Obawiają się oni, że wyroki będą tylko początkiem i że wkrótce przyjdzie kolej na nich.

Z drugiej strony wsparcie dla wyroku wyraża wielu Bengalczyków, którzy stanowią drugą grupę demonstrantów. Dowodzi to istnienia wśród dużej części społeczeństwa chęci rozliczenia winnych zbrodni z przeszłości. Shahriar Kabir, jeden ze zwolenników wyroku, nazwał wydarzenia z 1971 roku „najbardziej brutalnym ludobójstwem w historii rodzaju ludzkiego od czasów Holocaustu[10]”. Nie ulega wątpliwości, że rodziny ofiar, zgwałcone kobiety, a także wszyscy poszkodowani w tamtym okresie czasu zasłużyli na sprawiedliwość.

Co dalej?

Demonstracje na ulicach Dhaki oraz innych miast pokazują głęboki podział w bengalskim społeczeństwie wokół interpretacji wydarzeń sprzed czterech dekad. Wyroki Trybunału po ponad 40 latach otworzyły dawne rany. Dzisiejsi islamscy opozycjoniści z Jamaat, wspierający dawniej Pakistan przeciwko niepodległościowym działaniom Bengalczyków, nie poczuwają się do odpowiedzialności za cierpienia ludności cywilnej w czasie wojny. Jednak sprawiedliwy i uczciwy proces, ocena tamtych wydarzeń i ukaranie odpowiedzialnych za zbrodnie wojenne może być dla kraju krokiem w przód, w przeciwieństwie do wymazywania niewygodnych momentów w historii ze zbiorowej pamięci.

Wokół procesu oraz działalności Trybunału i samych wyroków narosło wiele kontrowersji. Społeczność międzynarodowa, a także ambasadorowie Francji i Niemiec oraz Departament Stanu USA wyraziły poparcie dla procesu, mającego na celu zaprowadzenie historycznej sprawiedliwości. Oczekują jednak, by działanie te cechowała przejrzystość, uczciwość oraz wolność, a także zgodność z międzynarodowymi standardami. Niemniej jednak Sheikh Hasina zapowiada, że niezależnie od wszelkich kontrowersji, proces i sama działalność Trybunału będą kontynuowane.

W Bangladeszu praktycznie każda rodzina została dotknięta przemocą ze strony pakistańskiego wojska i paramilitarnych bojówek w czasie konfliktu z 1971 roku. Pamięć o tamtych wydarzeniach, ich odpowiednia interpretacja, przekazywanie wiedzy w szkolnych podręcznikach, a także ukaranie winnych jest i powinno być priorytetem obecnego rządu. Powinno jednak przynieść korzyści nie tylko społeczne, ale i polityczne. Sama działalność trybunału i pierwsze wyroki pokazały, że zmowa milczenia została przerwana i nadszedł koniec przemilczania niewygodnych faktów. Z drugiej strony, korzyści polityczne, które rząd niewątpliwie odniesie, budzą wątpliwości, gdyż wyroki padają póki co wyłącznie na opozycję.

Wśród samych ofiar pojawiają się opinie, że sprawiedliwość przyszła nie tylko za późno, jak twierdzi Qamrul Islam z Ligi Awami, ale też dotyczy tylko niewielkiej liczby osób odpowiedzialnych za ludobójstwo. Działalności trybunału przygląda się natomiast z niepokojem opozycyjna BNP, która zdaje sobie sprawę, że bez Jamaat nie ma szans w wyborach parlamentarnych.

Po latach ofiary wojny domowej w Bośni, czy ludobójstwa w Rwandzie doczekały się, przynajmniej częściowej sprawiedliwości. Wydano wiele książek, powstały również filmy, jak chociażby świetny „Hotel Rwanda”, które przybliżyły całemu światu tamte wydarzenia. Bengalczykami przez ponad 40 lat nikt się nie interesował, trudno wobec tego oczekiwać, że będą zwlekać z rozliczeniem swojej przeszłości czekając na powołanie międzynarodowego ciała, które osądzi winnych zbrodni z 1971 roku. Jednakże ze względu na przywołane wcześniej kontrowersje władze Bangladeszu muszą uważać, by proces nie stał się działaniem czysto politycznym. Nie ma jednak wątpliwości, że wydarzenia w Bangladeszu warto śledzić ze zwiększoną uwagą.

Bartosz Borys - historyk, czytelnik bloga Dyplomacja


[1] http://www.guardian.co.uk/commentisfree/2010/aug/15/pakistan-flood-warning

[2] http://www.scribd.com/doc/26035089/17/AWAMI-LEAGUE-AND-1970-ELECTIONS

[3] http://www.yourcommonwealth.org/2012/12/07/the-war-crimes-tribunal-is-expected-to-rule-soon/

[4]http://mukto-mona.net/new_site/mukto-mona/Articles/kasem/mathematics_genocide.htm; http://www.sacw.net/article2603.html; http://www.bbc.co.uk/news/world-asia-16207201

[5]http://www.docstrangelove.com/uploads/1971/foreign/19711219_nyt_125_slain_in_dacca_area_believed_elite_of_bengal.pdf

[6]http://www.themorningsidepost.com/2012/06/27/commentary-pakistan-should-apologize-to-bangladesh-for-1971-war-crimes/

[7] http://www.bbc.co.uk/news/world-asia-16207201

[8] http://www.aljazeera.com/news/asia/2013/02/201322865638456746.html

[9] http://www.aljazeera.com/news/asia/2013/03/20133165748731729.html

[10] http://www.aljazeera.com/programmes/insidestory/2013/02/20132161077954941.html

 
1 , 2
Zakładki:
1. Dyplomacja w Sieci
2. Blogi zagraniczne
3. Think-tanki
4. Media zagraniczne
5. Blogi polskie
6. Militaria
7. Periodyki
liczniki
Dyplomacja on Facebook