piątek, 27 kwietnia 2007
 Rosja Estonia
Powierzchnia 17 mln km2
45 tys. km2
Liczba ludności
141 mln
1,3 mln
PKB PPP*
$1,723 bln
$26 mld

*PPP - według siły nabywczej

To tylko wycinek z porównań, które można by zrobić, aby pokazać siłę Federacji Rosyjskiej oraz Republiki Estonii. Nie trzeba przypominać o tysiącach głowic nuklearnych oraz blisko milionie żołnierzy i dziesiątkach tysięcy różnego rodzaju sprzętu wojskowego posiadanych przez Rosję. Warto się temu przyjrzeć, gdyż malutka Estonia stała się wrogiem numer jeden potężnej Federacji Rosyjskiej. Rosyjski MSZ szaleje i nie wyklucza zerwania stosunków dyplomatycznych z Tallinem, do czego zresztą wezwała już Rada Federacji. Minister Ławrow obwinia za skandaliczne zachowanie Estończyków UE, NATO, Radę Europy i wszystkie inne organizacje, których Estonia jest członkiem. Wydaje się, że gdyby tylko istniała taka możliwość, rosyjskie czołgi zaprowadziłyby porządek w Tallinie i okolicach.

Dlaczego? Estończycy poważyli się bowiem podnieść rękę na stojący dumnie w centrum ich stolicy pomnik żołnierza radzieckiego - wyzwoliciela Europy od nazistowskich okupantów. W myśl nowej ustawy wszelkie symbole okupacji mają być usunięte z miejsc publicznych i przeniesione tam, gdzie nie będą się rzucać w oczy. To, co Rosjanie uznają za symbol heroizmu swoich rodaków, dla Estończyków jest symbolem 50-letniej okupacji sowieckiej - okrutnego jarzma narzuconego narodowi estońskiemu. Wejście Sowietów podczas "marszu na Zachód" kończyło jedną okupację i przywracało drugą, trwającą już od paktu Ribbentrop-Mołotow.

pomnik

Przedmiot sporu

Nic więc dziwnego w tym, że niepodległa Estonia chce usunąć symbol okupacji i niewoli, który znajduje się w głównym punkcie stolicy - Tallina. Wyobraźmy sobie, gdyby w centrum Moskwy znajdował się olbrzymi posąg Czyngis-Chana, upamietniający panowanie mongolskie nad Rusią. Rosjanie z pewnością nie byliby zachwyceni. Jeszcze lepszym przykładem byłby pomnik wspominający polskie panowanie na Kremlu - dobrze komponowałby się z nowym świętem narodowym Rosji, przypadającym na datę przepędzenia Polaków z Kremla.

Dla Rosjan pomnik to jednak sprawa honoru. Dodatkowo łatwiej im działać w Estonii, gdyż ok. 25% mieszkańców tego kraju stanowi mniejszość rosyjska - uznawana, nie bez powodu, ze piątą kolumnę Moskwy. Oliwy do ognia dolewa stosunek większości estońskiej do rosyjskiej mniejszości. Rosjanie w większości pozostają bez obywatelstwa estońskiego, gdyż nie spełniają ostrych wymogów znajomości języka estońskiego itp. Ponieważ nie posiadają także obywatelstwa rosyjskiego, pozostają faktycznie bezpaństwowcami. Oczywiście Moskwa nie pozostawiła swoich obywateli na pastwę losu, a jako podstawę ingerowania w krajach trzeci służy konstytucyjny obowiązek dbania o rosyjskich obywateli przebywających za granicą.

Oczywiście Rosja ma swoje racje w kwestii pomnika, które należy uszanować. To ZSRR wyzwolił ten obszar Europy spod nazistowskiej okupacji, co kosztowało życie milionów żołnierzy. Należy im się za to szacunek i godne upamiętnienie. Z drugiej jednak strony nie może być tak, że zapomina się o historycznym kontekście. A ten jest w sytuacji sporu estońsko-rosyjskiego oczywisty - Sowieci wbrew wszelkim regułom prawa międzynarodowego przejęli władzę nad Estonią na mocy paktu z Hitlerem. Trudno więc mówić tu o wyzwoleniu, skoro zamieniono jedną okupację (niemiecką, gdy front znajdował się daleko na terenie ZSRR) na drugą (sowiecką, gdy Rosjanie pędzili na Zachód). Należy więc uznać, że Estończycy mają pełne prawo usunąć pomnik, który uważają za symbol zniewolenia, w inne miejsce. Tymczasem Rosja zachowuje się tak, jakby miała wypowiedzieć Estonii wojnę. Zapowiada wyciągnięcie poważnych konsekwencji, "zdecydowanych kroków" z powodu "bluźnierstwa", "barbarzyństwa" i "nieludzkiego" zachowania Estończyków.

Biedna Estonia będzie jeszcze bardziej szykanowana przez Rosję, niż dotychczas. Mogą pojawić się kolejne embarga na różnego rodzaju produkty i towary, nagle mogą zepsuć się ropo- i gazociągi etc. Kreml ma bardzo bogaty arsenał środków, które mogą zohydzić i utrudnić życie. Skoro jednak Tallin zdecydował się na usunięcie pomnika, musiał to wszystko przewidzieć i - po analizie sytuacji - podjąć decyzję. Na pewno UE, NATO i inne organizacje nie powinny pozostawić Estonii na pastwę znajdującej się w stanie furii Rosji. Będzie to trudne, gdyż Rosjanie mają w UE taryfę ulgową i uchodzi im więcej, niż innym. PE ponownie nie potępił również zbrodni stalinowskich, które kosztowały życie kilka razy więcej ludzi niż zbrodnie hitlerowskie.

Tym wpisem żegnam się z Wami - drodzy Czytelnicy - na kilka najbliższych dni, zwanych już najdłuższym weekendem w Europie. Korzystając z wolnego czasu i ja opuszczam miejsce zamieszkania w poszukiwaniu spokoju oraz dobrej pogody. O tą drugą będzie trudniej, ale mimo to życzę wszystkim udanego odpoczynku! Następny wpis najpewniej za tydzień, chyba że wydarzy się coś bardzo istotnego i wartego skomentowania.

źródła: CIA World Factbook - Rosja, Estonia; Gazeta Wyborcza

zdjęcie: static.flickr.com 

21:39, p.wolejko , Europa
Link Dodaj komentarz »
środa, 25 kwietnia 2007

JelcynPierwszy kościelny (w zasadzie cerkiewny) pogrzeb rosyjskiego przywódcy po rewolucji październikowej. Pierwszy pogrzeb przywódcy demokratycznej Rosji - jej pierwszego prezydenta. Borys Jelcyn został pożegnany z honorami właściwymi dla głowy państwa, a na pogrzebie obecnych było kilkudziesięciu obecnych i byłych przywódców państw, m.in. George Bush senior, Bill Clinton czy Lech Wałęsa. Obecny był także prezydent Władimir Putin, który wcześniej w specjalnym orędziu do narodu dziękował Borysowi Nikołajewiczowi za demokrację i umożliwienie narodowi decydowania o swojej przyszłości. Odszedł człowiek, dzięki któremu możliwe stały się głębokie - i bardzo pozytywne - przemiany. Niedoceniany w swoim kraju, chwalony poza jego granicami.

Spór o dziedzictwo Borysa Jelcyna długo będzie rozpalał serca i umysły Rosjan oraz ludzi na całym świecie. Obywatele rosyjscy w większości uważają go za sprawcę narodowej tragedii - rozpad Związku Radzieckiego - i głównego winowajcę niesławnego chaosu lat 90. Uważają go za zbyt uległego Zachodowi, za przywódcę, który chodził na pasku Waszyngtonu. Taki obraz Jelcyna to głównie wynik propagandy obecnej ekipy rządzącej, która przejęła stery rządów od tzw. jelcynowskiej familii. Dzięki pełnej kontroli telewizji i spolegliwym gazetom oraz stacjom radiowym udało się stworzyć obraz Jelcyna jako sprzedawczyka, zdrajcy narodowego interesu i herszta szajki złodziejskich oligarchów, którzy wzbogacili się za jego rządów. Dobrze podsumowują to słowa prokremlowskiego politologa Gleba Pawłowskiego, który za jedyną zasługę Jelcyna uznaje jego odejście i przekazanie władzy Putinowi. Jego zdaniem było to ważne i niespotykane wcześniej wydarzenie, które pozwoliło odbudować potęgę Rosji.

Odmiennie widzą Borysa Jelcyna na Zachodzie. Jest on tam postrzegany jako odważny demokrata, reformator i wizjoner; jako człowiek, który dokonał "niemożliwego" - rozwiązał Związek Radziecki; jako osoba, która otworzyła Rosję na świat i chciała budować nowe państwo opierając się na zachodnich wzorcach. Jelcyn był bardzo lubianym prezydentem i cenionym partnerem. W pewnej mierze była to jednak kreacja medialna, w której było sporo przesady.

Prawdziwy Borys Jelcyn nie jest postacią, którą można zamknąć w jednym z tych dwóch "wzorców". Nie jest on ani nieudolnym przywódcą odpowiadającym za upadek mocarstwa i biedę obywateli, ani mężem stanu na miarę budujących pokój i zaufanie w Europie Roberta Schumana i Jeana Monneta. Borys Nikołajewicz nie jest też demokratą z przekonania, choć taki obraz utrwalił się w naszych myślach. Widzimy go w momencie puczu Janajewa, gdy przewodzi protestom przeciwko zamachowi stanu twardogłowych komunistów. Nie pamiętamy jednak, kiedy w 1993 wysłał czołgi na demokratycznie wybraną Radę Najwyższą, w której większość mieli nieprzychylni mu komuniści. Pamiętamy wyprowadzenie wojsk radzieckich z Polski, ale zapominamy o wojnach czeczeńskich. Podziwiamy za (pierwotną, później - pod presją wewnętrzną - wycofaną) zgodę na wstąpienie państw Europy Środkowej do NATO, zapominając o rozgrabieniu państwa prze związanych z nim biznesmenów i oligarchów, w tym także jego własną rodzinę.

Jelcyn jest postacią niejednoznaczną, której nie da się łatwo zaszufladkować. W pewnym sensie jest postacią tragiczną, która szybko stała się mężem opatrznościowym, a następnie w błyskawicznym tempie została zrzucona z piedestału. Jednego jednak nie wolno nam zapomnieć - to Jelcyn doprowadził do demontażu Związku Radzieckiego (choć nie ma do tego żadnych uprawnień), dzięki czemu możliwe były głębokie przemiany w regionie oraz na świecie. Lista wydarzeń, które nie nastąpiłyby gdyby nadal istniał ZSRR jest przerażająco długa - a na jej czele jest poszerzenie NATO i Unii Europejskiej o byłe kraje sowieckiej strefy wpływów lub będące częścią Sowietów. I właśnie za podjęcie tak istotnej decyzji wszyscy, w tym sami Rosjanie, powinni Jelcyna podziwiać i szanować. Jest to bowiem zasługa, przy której bledną nawet największe błędy Borysa Nikołajewicza. Wieczny odpoczynek racz mu dać Panie!

zdjęcie: signonsandiego.com

20:38, p.wolejko , Rosja
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 24 kwietnia 2007

Abdullah GulPosiadająca bezwzględną większość w tureckim parlamencie rządząca partia Sprawiedliwości i Rozwoju (AKP) przedstawiła swojego kandydata na nowego prezydenta Republiki Tureckiej. Jest nim dotychczasowy minister spraw zagranicznych Abdullah Gul, a nie - jak się spodziewano - lider AKP i premier rządu Recep Tayyip Erdogan. Wybory prezydenta już w maju i jeśli Gul nie osiągnie wymaganej większości 2/3 głosów w pierwszych dwóch głosowaniach w parlamencie, w trzecim będzie potrzebował już tylko zwykłej większości. Oznacza to, że Gul będzie następcą Ahmeta Necdeta Sezera przez najbliższe 7 lat.

Decyzja o wystawieniu Gula została z pewnością podjęta pod presją laickiego establishmentu - administracji oraz (głównie) armii. Zwłaszcza wojskowi otwarcie odradzali kandydowanie premierowi Erdoganowi, określając go mianem zagrażającego świeckości republiki islamisty. Problem był palący, gdyż partia Erdogana posiada komfortową większość w parlamencie i mogła bez większego trudu przegłosować kandydaturę premiera. Tym bardziej, że w zaplanowanych na listopad wyborach parlamentarnych AKP również zdobędzie większość mandatów i być może powiększy i tak spory stan posiadania w jednoizbowym parlamencie.

Mimo dużego poparcia dla AKP i premiera Erdogana osobiście, nie zdecydował się on na kandydowanie i desygnował Abdullaha Gula. Uważany jest on za bardziej umiarkowanego - choć nadal islamistę - od swojego szefa. Dodatkowo Gul poświęcił się praktycznie całkowicie kwestii wprowadzenia Turcji do Unii Europejskiej i jest dobrze postrzegany za granicą. Czy to wystarczy, aby został głową państwa i utrzymał się na stanowisku? "Jastrzębie" w armii, z szefem sztabu generalnego Yasarem Buyukanitem na czele, bardzo niechętnie przyjmą islamistę na stanowisku prezydenta. Nie da się wykluczyć, że armia zdecyduje się na interwencję - mówiąc wprost, na zamach stanu - i obali kandydaturę Gula. Nie jest to nieprawdopodobne, gdyż wojsko jest bardzo wyczulone w kwestiach świeckości republiki. Świadczą o tym chociażby dzisiejsze słowa zastępcy szefa armii, generała Erguna Sayguna - "Następny prezydent powinien być przywiązany do najważniejszych zasad ustrojowych Republiki Tureckiej sprecyzowanych w konstytucji - sekularyzmu, państwa socjalnego i demokracji". Jeśli sprawdziłby się scenariusz ingerencji armii w życie polityczne, mogłoby to pogrzebać szanse Turcji na wejście do Unii Europejskiej. Jednak czy to powstrzymałoby armię, gdyby uznała, iż republika jest w niebezpieczeństwie?

Najbliższe 2-3 tygodnie nad Bosforem mogą być bardzo gorące, a Abdullah Gul mimo komfortowej większości parlamentarnej zapewniającej jego wybór nie może być pewny stanowiska prezydenta. A jeśli zostanie wybrany, będzie musiał bardzo uważać podczas pełnienia obowiązków, ponieważ "strażnicy świeckości" będą wnikliwie obserwować jego działania. Kto powiedział, że armia nie może interweniować już po jego elekcji?

źródła: Euronews - 1, 2; Reuters, CIA World Factoobk

zdjęcie: theturkishtimes.com 

22:09, p.wolejko , Europa
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 23 kwietnia 2007

Sarkozy i RoyalPisząc w piątek o zbliżających się wyborach prezydenckich nie odważyłem się wskazać na żadnego kandydata jako na faworyta "wyścigu" do Pałacu Elizejskiego. Po cichu liczyłem na sukces Nicolasa Sarkozy'ego, ale bardziej na podstawie sondaży, niż z przekonania. Francuzi są bowiem przekornym narodem i mogli zdecydować zupełnie inaczej. Okazało się jednak, że wszystko poszło zgodnie z planem. Wygrał Sarkozy, a w drugiej turze zmierzy się z socjalistką Segolene Royal. Różnica między nimi wyniosła 5-6 procent i żadne z nich nie może być pewne zwycięstwa 6 maja, kiedy odbędzie się druga tura. Blisko 20 procent głosów dostał centrysta Francois Bayrou, potwierdzając swoją pozycję z sondaży. Niezadowolony może być tylko Jean-Marie Le Pen, gdyż zebrał o kilka procent mniej niż zakładał.

Stąd mamy niezaskakujące zaskoczenie, a niepewność co do wyników elekcji potrwa jeszcze dwa tygodnie. Choć sondaże dają Sarkozy'emu przewagę od 4 do 8 procent, lider centroprawicy nie może spać spokojnie. Nadal blisko 1/3 Francuzów jest niezdecydowana, a mimo to frekwencja sięgnęła blisko 85 procent! Wynik niesamowity jak na warunki francuskie i europejskie. Politolodzy mówią o wielkim sukcesie demokracji (wywiad z Aleksandrem Smolarem w Gazecie Wyborczej). A propos wyniku głosowania w drugiej turze zdania są podzielone, a wiele osób asekuruje się m.in. niewiedzą o tym, kogo poprze elektorat Bayrou, ale większość wskazuje na lekką przewagę Sarkozy'ego (krótki komentarz Dominiquea Moisi). O wyniku wyborów w Poranku Radia TOK FM z Jackiem Mojkowskim (redaktorem Tygodnika Forum) rozmawiała Janina Paradowska. Zachęcam do wysłuchania rozmowy.

zdjęcie: rfi.fr

15:13, p.wolejko , Europa
Link Dodaj komentarz »
piątek, 20 kwietnia 2007

BayrouLe PenRoyalSarkozy

Główni faworyci w wyborach prezydenckich we Francji znajdują się na ostatniej prostej - w najbliższą niedzielę odbędzie się pierwsza tura głosowania. Opublikowane dnia dzisiejszego sondaże pokazują, że niemalże łeb w łeb (działo się tak przez całą kampanię) idą kandydatka socjalistów Segolene Royal i przedstawiciel prawicy Nicolas Sarkozy. Trzecie miejsce, z dużo mniejszym niż jeszcze kilka tygodni temu poparciem, zajmuje Francois Bayrou, a gdzieś za plecami tej trójki czai się ultraprawicowy Jean-Marie Le Pen.

Swego czasu informowałem o kolejnych czynnikach, które miały zdecydować o wyniku wyborów. Media wymieniały głównie absurdalne rzeczy, takie jak partnerzy głównych faworytów. Jednak tuż przed dniem wyborów pojawił się bardzo poważny czynnik, którego znaczenie może być naprawdę decydujące - tzw. banlieues, czyli przedmieścia. Te same, któe w 2005 roku przez kilka tygodni "płonęły" podczas największej od ponad dekady społecznej rewolty we Francji. Od 2005 roku niewiele w sytuacji mieszkańców banlieues się zmieniło - choć rząd zaklinał się, że będzie dużo lepiej - a przedmieścia nadal są niespokojne. Co więcej, ich głos może zdecydować kto zostanie głową państwa. Imigranci, według prasowych doniesień, mają licznie udać się do urn i pokazać swoją siłę.

Kto może najwięcej stracić? Oczywiste wydaje się, że Nicolas Sarkozy. Nielubiany przez imigrantów były minister spraw wewnętrznych, który w trakcie zamieszek w 2005 roku nazwał młodych ludzi chuliganami i hołotą. Apelował także o natychmiastową deportację wszystkich aresztowanych podczas zamieszek obcokrajowców. Młodzi imigranci nienawidzą Sarkozy'ego, którego obwiniają za pogorszenie ich sytuacji i represje policji. Głosem wrogów "Sarko" stał się w ostatnich tygodniach raper Rost, który posunął się do stwierdzenia w jednym z kanałów telewizji francuskiej, że w razie zwycięstwa kandydata prawicy we Francji dojdzie do ogromnych zamieszek, buntu społecznego, rewolucji. Nie wiadomo na ile reprezentatywny jest głos pochodzącego z Togo rapera, ale takie wypowiedzi muszą budzić niepokój.

Zbyt proste byłoby jednak stwierdzenie, że banlieues zagłosują murem przeciwko Sarkozy'emu. Niektórzy mieszkańcy przedmieść, głównie osoby starsze i w wieku średnim, popierają byłego ministra i jego hasła zapewnienia porządku i zwiększenia bezpieczeństwa. Nie podobają im się rozwydrzeni chuligani rządzący ulicami, sprzedający narkotyki i terroryzujący większość mieszkańców. Sarkozy jest bardzo wyrazistą postacią i dlatego wzbudza zdecydowane reakcje. Niewielu wyborców nie ma wyrobionego zdania na jego temat. Warto dodać, że dla 43% wyborców jest on najbardziej kompetentnym kandydatem w sprawach bezpieczeństwa, zostawiając w tyle Segolene Royal (15%) oraz Le Pena (8%).

Wyniku wyborów nie da się przewidzieć, mimo iż sondaże wskazują na zwycięstwo Sarkozy'ego. Niespełna kilka tygodni temu blisko 40% Francuzów deklarowało, że nie wie na kogo odda swój głos. Później liczba ta spadła o połowę, ale i 20% niezdecydowanych to bardzo dużo. Czy Francuzi poprą obiecującą im wszystko czego zapragną Royal? Czy zdecydują się na twardego w sprawach bezpieczeństwa i zdecydowanego Sarkozy'ego? Może ww. dwójkę pogodzi Francois Bayrou, który stara się przedstawić jako osoba nowa i spoza rządzącego krajem establishmentu? Czy też wyborcy uznali, że trzeba dać szansę Le Penowi, gdyż kolejni prezydenci nie robili nic w najbardziej interesująych obywateli kwestiach? Odpowiedź za kilkadziesiąt godzin. Będzie ona jednak tylko punktem wyjścia do drugiego, decydującego wyścigu. Jacy kandydaci staną w blokach startowych i z jakimi szansami? Nie podejmuję się postawienia żadnej hipotezy. Mogę tylko z wielką uwagą obserwować wydarzenia.

źródło: The Economist

zdjęcia: perenom.blogs.com, fnpevele.hautetfort.com, rassemblerpourmontauban.hautetfort.com, argoul.blog.lemonde.fr

20:41, p.wolejko , Europa
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4
Zakładki:
1. Dyplomacja w Sieci
2. Blogi zagraniczne
3. Think-tanki
4. Media zagraniczne
5. Blogi polskie
6. Militaria
7. Periodyki
liczniki
Dyplomacja on Facebook