poniedziałek, 28 kwietnia 2008

Taki wniosek można wyciągnąć z badań opinii publicznej przeprowadzonych przez WorldPublicOpinion.org, a opublikowanych 17 kwietnia.

Tylko 22 procent ankietowanych (w 16 państwach, m.in. USA, Chinach, Indiach, Rosji, Nigerii, Indonezji i Wielkiej Brytanii - zamieszkanych przez 58 procent populacji świata) uważa, że w najbliższym czasie uda się odkryć wystarczające złoża ropy, aby surowiec ten obronił swą dominującą pozycję jako źródło energii. Przeciwnego zdania jest aż 70 procent badanych. Pogląd ten wyraża 97 procent obywateli Korei Południowej, 91 procent Francuzów oraz 8 na 10 Chińczyków. Największy optymizm panuje natomiast w Nigerii, gdzie ponad połowa obywateli uważa, że ropa utrzyma swą dominującą pozycję. Nie powinno to nikogo dziwić - Nigeria jest czołowym producentem i eksporterem ropy, a surowiec ten stanowi główne źródło dochodu najludniejszego państwa w Afryce.

 

grafika 1
Społeczeństwa zdają sobie także sprawę z tego, że ceny ropy będą rosnąć. Największym pesymizmem w tej kwestii wykazują się Indonezyjczycy - trzech na czterech uważa, że w ciągu 10 lat ceny ropy wzrosną wyraźnie. Tego samego zdania jest 81 procent Francuzów oraz 67 procent Egipcjan. Nawet Amerykanie, przyzwyczajeni dotychczas do taniej ropy, widzą przyszłe ceny "czarnego złota" w ciemnych barwach - 63 procent Amerykanów uważa, że będą one dużo wyższe w perspektywie dziesięciu lat. Na drugim biegunie znajdują się Chińczycy, Rosjanie i Nigeryjczycy - odpowiednio 29, 35 i 42 procent z nich sądzi, że ceny wyraźnie wzrosną. 

Ciekawie wyglądają odpowiedzi na pytanie, czy rządy poszczególnych państw podejmują decyzje zakładając, że uda się znaleźć wystarczające złoża ropy albo - przeciwnie - że ropa zacznie się "kończyć". Prawie 6 na 10 Amerykanów sądzi, że rząd federalny działa tak, jakby ropy miało być pod dostatkiem także w przyszłości. Podobnie wygląda sytuacja w Nigerii. Zdaniem obywateli, najbardziej przyszłościowo (czyli zakładając, że ropa się "kończy") zachowują się rządy Korei Południowej (79 procent), Chin (70 procent) oraz Egiptu (67 procent). Interesujący jest fakt, że zdaniem tylko 12 procent Irańczyków rząd w Teheranie działa tak, jakby ropy było jeszcze pod dostatkiem. Czyżby był to m.in. efekt wprowadzenia kartek na benzynę w lecie zeszłego roku? Przecież Iran ma trzecie (drugie, zależnie od tego, czy uwzględnia się kanadyjskie piaski bitumiczne) złoża ropy naftowej na świecie.

 

grafika 2

Co z tych wszystkich "procentów" wynika? Społeczeństwa są coraz bardziej przekonane, że era ropy zbliża się ku końcowi i należy intensywnie działać szukając alternatywnych źródeł energii. Ceny ropy będą rosnąć, do czego społeczeństwa zdają się przyzwyczajać. Jeśli brać wyniki absolutnie na poważnie można wynieść z nich przekonanie, że obywatele zmuszą wkrótce polityków do wysiłku na rzecz ograniczania zużycia ropy oraz promowania innych źródeł energii. Patrząc dalekosiężnie, alternatywą nie są biopaliwa wytwarzane "z żywności". Chociażby drastyczny wzrost cen kukurydzy wskazuje, że jest to zła droga. Czy alternatywą dla aut i - szerzej - dla transportu będzie wodór, napęd hybrydowy, silniki elektryczne czy jakaś inna technologia - tego dziś nie da się stwierdzić.

grafika: worldpublicopinion.org

sobota, 26 kwietnia 2008

grafikaPrawybory w Pensylwanii wygrała Hillary Clinton, zdobywając prawie 55 procent oddanych głosów. Tym samym walka o demokratyczną nominację trwa dalej, przenosząc się do Indiany i Północnej Karoliny. Sukces Clinton w dużym ważnym stanie pozwolił jej na kontynuację kampanii - choć nie osiągnęła, wyznaczonego przez ekspertów i komentatorów, progu dziesięciu procent przewagi nad Barackiem Obamą.

Senator z Illinois nadal wyraźnie prowadzi w liczbie delegatów, a już sześć tygodni temu - czyli po prawyborach w Ohio i Teksasie - wiadomo było, że Clinton nie ma szans dogonić (co dopiero przegonić) Obamy. Taktyka Clinton to przedłużenie walki o nominację aż do sierpniowej konwencji Partii Demokratycznej w Denver i próba przekonania superdelegatów - członków Kongresu, gubernatorów i innych partyjnych oficjeli - że to ona daje większe szanse na odzyskanie Białego Domu z rąk Republikanów.

Sukces Clinton w Pensylwanii wskazuje, że taki scenariusz staje się coraz bardziej prawdopodobny. Byłą pierwsza dama zebrała, w dzień po zwycięstwie, 10 milionów dolarów w jeden dzień - co wzmocniło jej finansowe zaplecze. Jest teraz podbudowana i gotowa do dalszej walki. Walki, która przez wielu jest uznawana za katastroficzną dla Demokratów. Innego zdania jest Benjamin Barber, który w środowym "Dzienniku" stwierdził, że w walce Clinton z Obamą przegra McCain.

Barber napisał m.in.: "Ten dramatyczny wyścig nie jest wyrazem słabości Partii Demokratycznej. To, że elektorat partii jest podzielony niemal pół na pół, jest oczywiście wyrazem sympatii dla jednej lub drugiej politycznej osobowości. Nie mam jednak wątpliwości, że kiedy Partia Demokratyczna wyłoni swojego kandydata na stanowisko prezydenta USA, wyborcy się zjednoczą. John McCain nie będzie miał szans w tym starciu." Podobnego zdania jest - niekryjący swych demokratycznych sympatii - komentator stacji CNN Jack Cafferty. Wszelkie informacje, w tym sondaże, wskazujące na to, iż między 1/6 a nawet 1/4 wyborców Clinton/Obamy zagłosują na McCaina, jeśli Clinton/Obama nie zdobędą nominacji, Cafferty określa mianem bzdur. Dla niego oczywiste jest, że Demokraci zjednoczą się za swoim kandydatem i bez problemu pokonają McCaina.

Oddajmy ponownie głos Barberowi: "Kiedy prawybory dobiegną końca, bez względu na to czy kandydować będzie Barack Obama czy Hillary Clinton, w wyborach prezydenckich kandydat Demokratów pokona reprezentanta Partii Republikańskiej. Jego przewaga będzie miażdżąca. Wierzę też, że katastrofalne notowania administracji George'a W. Busha nie tylko zaprowadzą kandydata demokratów do Białego Domu, ale zagwarantują partii zwycięstwo w kolejnych wyborach do Kongresu." Barber nie zauważa jednak, iż notowania Kongresu są jeszcze niższe od notowań prezydenta Busha. Zerknąłem na najświeższe sondaże na stronie RealClearPolitics i oto jak przedstawiają się wyniki poparcia dla pracy prezydenta i Kongresu - odpowiednio 30,8 procent obywateli uważa, że Bush dobrze wykonuje swoje obowiązki, a tylko 22 procent podobne zdanie wyraża o Kongresie. A na Kapitolu od 2006 roku rządzą Demokraci.

Dziś przed godziną 14 z uwagą przysłuchiwałem się rozmowie z profesorem Zbigniewem Lewickim, amerykanistą z UW i UKSW, w Radiu TOK FM (niestety zapis audio z rozmowy nie jest dostępny do odsłuchu na stronie TOK FM). Muszę przyznać, że w 99 procentach zgadzam się z przemyśleniami i poglądami prof. Lewickiego (diametralnie odmiennymi od stanowiska Barbera). Moim zdaniem walka w obozie Demokratów wcale nie sprzyja tej partii, a McCain wcale na tym nie traci - wręcz przeciwnie. McCain może prezentować się jak mąż stanu, a nawet pozwalać sobie na prowadzenie kampanii w tradycyjnych bastionach Demokratów, a demokratyczni kandydaci do prezydentury sami dostarczają mu argumentów przeciwko sobie. Sztab senatora z Arizony nie musi się specjalnie wysilać zbierając materiały do ostrych przemówień czy celnych spotów reklamowych.

Nie zgadzam się także z Barberem i Cafferty'm w ich przekonaniu, że Demokraci staną zjednoczeni za którymkolwiek z kandydatów. Jest to tym bardziej wątpliwe, że wyborcy Obamy i Clinton bardzo się od siebie różnią. Więcej strat Demokraci poniosą wybierając (na konwencji) Clinton, a Obamę odstawiając na boczny tor. Ogromna mobilizacja za senatorem z Illinois oparta jest bowiem tylko na charyzmie i osobistym uroku Obamy, a także - choć polityczna poprawność rzadko pozwala o tym przypomnieć - na kolorze jego skóry. Praktycznie we wszystkich stanach wyborcy czarnoskórzy wybierali Obamę gigantyczną przewagą głosów nad Hillary Clinton. Obamie udało się zmobilizować młodych wyborców - wielu z nich zostanie w domu, jeśli Obama nie dostanie nominacji. Kampania Obamy jest oparta na nim, ale także jest to kampania pozytywna. Obama, choć stoi w kontrze do Busha, nie prowadzi kampanii przeciwko komuś, ale za czymś - za zmianą, za daniem nadziei Amerykanom.

Wielu wyborców Clinton również niezbyt chętnie poprze Obamę. Paradoksalnie, spora grupa elektoratu Clinton może z powodzeniem poprzeć McCaina i nikogo nie powinno to specjalnie dziwić - np. osoby starsze, zwłaszcza starsze kobiety. Wątpliwe, aby były one gotowe wesprzeć Obamę (z różnych przyczyn, z powodów rasowych z pewnością także - i sukces Obamy w Iowa nic tutaj nie zmienia). Sondaże dość wiernie, w moim przekonaniu, oddają nastroje wśród obozów wspierających demokratycznych kandydatów. Jeśli jeden nie otrzyma nominacji, spora część jego (jej) wyborców przerzuci swoje głosy na McCaina. Negowanie tego faktu to najzwyczajniejsza w świecie próba zakrzyczenia rzeczywistości. Barber czy zwłaszcza Cafferty nie mogą wybierać sobie elementów rzeczywistości, które im pasują, a pozostałych nie przyjmować do wiadomości.

Nie sądzę również, aby teoretyczna nieobecność McCaina na pierwszych stronach gazet czy w czołówce wydań serwisów informacyjnych w telewizjach sprawiała, że jego szanse maleją. Przecież McCain odniósł pierwsze sukcesy w prawyborach republikańskich będąc praktycznie poza nawiasem uwagi mediów. Dopiero po kilku zwycięstwach, m.in. w New Hampshire (ale na poważnie dopiero po Florydzie, tuż przed super-wtorkiem 5 lutego) media zwróciły na niego wszystkie reflektory. Jednak równie szybko McCain zszedł ze sceny, zwalniając miejsce dla Obamy i Clinton, gdyż - niespodziewanie dla większości komentatorów - Republikanie bardzo szybko wyłonili swojego kandydata na prezydenta.

Podzielona partia, wyborcy grożący głosowaniem na kandydata z przeciwnego obozu i totalna bezradność kierownictwa Demokratów - wszystko to sprawia, że perspektywy powrotu Demokratów do Białego Domu stały się dużo bardziej mgliste, niż ktokolwiek mógł się spodziewać. Jeszcze na przełomie 2007/08 gazety ogłaszały w swoich przewidywaniach na 2008 rok, że w Gabinecie Owalnym zasiądzie pierwsza kobieta. Następnie, gdzieś w połowie lutego, wydawało się, że Obamy nic już nie powstrzyma. Tymczasem mamy koniec kwietnia, a Demokraci pozostają w rozsypce. To nie tak miało być. U Demokratów praktycznie wszyscy widzieli tylko Hillary Clinton. Republikanie natomiast mieli przez miesiące wykrwawiać się w poszukiwaniach lidera spośród grupy w miarę równych i przeciętnych kandydatów.

Demokraci po raz kolejny mogą oddać zwycięstwo Republikanom. Scenariusz w wyborach prezydenckich coraz bardziej zaczyna przypominać sytuację, w których to nie John McCain musi bardzo starać się, żeby wygrać, ale Demokraci muszą bardzo mocno postarać się, aby nie przegrać.

grafika: huffingtonpost.com

czwartek, 24 kwietnia 2008

grafikaTaką tezę postawił we wczorajszym wywiadzie dla "Rzeczpospolitej" Guy Sorman, wybitny francuski publicysta polityczny i filozof, autor książki "Rok Koguta" poświęconej Chinom. Sorman powiedział: "Sytuacja w Chinach jest podobna do sytuacji w Związku Sowieckim w latach 80. Chiny są coraz bardziej uzależnione od reszty świata. Wizerunek kraju jest dla chińskiego rządu bardzo ważny. Dotychczas władze w Pekinie były przekonane, że jest on pozytywny."

Zdaniem Sormana, w razie realizacji padających ze strony Pekinu gróźb zerwania stosunków gospodarczych, stracą na tym Chiny: "Postawa chińskich władz przypomina postawę przywódców sowieckich. To zresztą typowe dla rządów totalitarnych. Dla nas handel z Chinami to 2 - 3 procent obrotów handlowych. Jeśli Chiny znikną, nie będzie to miało dla nas wielkiego znaczenia. Ale jeśli to my zbojkotujemy Chiny, ich gospodarka się załamie. I oni dobrze o tym wiedzą. Dlatego nie ma sensu zwracać uwagi na retorykę chińskiego rządu. Zachód powinien wykazać siłę i odwagę."

Według CIA World Factbook, w 2006 roku eksport z całej Unii Europejskiej do Chin wyniósł zaledwie 4,8 procent ogółu eksportu. Prawie 1/4 towarów została sprzedana do Stanów Zjednoczonych, a 7,6 procent trafiło do... Szwajcarii. W tym samym roku udział Chin w eksporcie towarów z USA wyniósł 5,3 procent. Oczywiście w drugą stronę, czyli z Chin na Zachód, trafia zdecydowanie więcej towarów. Chiny są już największym partnerem handlowym zarówno Unii Europejskiej, jak i Stanów Zjednoczonych. My skupiamy się jednak na eksporcie do Chin, tak jak Sorman.

Czy aby na pewno Europa i Ameryka mogą sobie pozwolić na przyjęcie zdecydowanego, twardego stanowiska wobec Chin? Czy ten kilkuprocentowy eksport uprawnia nas do myślenia, że możemy "postawić się" Pekinowi? Nie jestem takim optymistą jak francuski publicysta. Owszem, eksport do Chin nie stanowi koła zamachowego europejskiej ani amerykańskiej gospodarki. Choć trzeba przyznać, że w obliczu (groźby) recesji w Stanach eksport uznawany jest za iskierkę nadziei, że nie jest jeszcze tak strasznie źle.

Moim zdaniem Sorman lekceważy wagę chińskiego eksportu. Europa, a zwłaszcza Ameryka, są od importu chińskich towarów uzależnione. Tanie podkoszulki, buty czy truskawki sprawiają, że najbiedniejsi na Zachodzie mogą iść na zakupy bez strachu, że zabraknie pieniędzy na najpotrzebniejsze produkty. Gdyby np. można było nałożyć zaporowe cła na chińskie tekstylia czy obuwie produkowane w Chinach, najubożsi straciliby najbardziej. Niskie ceny w sklepach to głównie zasługa importu z Chin.

Importowane towary muszą być przez kogoś wyprodukowane. Chińczycy, choć są coraz lepsi, dopiero przebijają się z własnymi produktami pod chińskimi markami na zachodnich rynkach. Większość produkcji w Chinach wychodzi z fabryk z metkami zachodnich firm i koncernów. Zachodni biznesmeni na potęgę inwestują w Chinach od wielu lat. Uderzenie w Chiny odbije się rykoszetem i trafi we wszystkie firmy, które do Chin przeniosły część bądź całość produkcji.

Czy jesteśmy więc na łasce Chin? Czy może jednak to my stoimy na pozycji siły? W dobie "płaskiego świata", o którym cudowną książkę napisał w 2006 roku Thomas L. Friedman, zero-jedynkowe myślenie nie pasuje do realiów. Współczesne relacje gospodarcze (globalizacja) sprawiły, że poszczególne kraje (bloki krajów) są ze sobą powiązane ściślej niż dwie czy trzy dekady temu. Ani Chiny nie mogą nam poważnie zagrozić, ani my Chinom. Możemy i powinniśmy wywierać na Chiny presję, jasno stawiać sprawy i mówić, co nam się nie podoba. Jednak poza słowami niewiele da się zrobić.

Do Chin pasuje stare powiedzenie o Rosji, że "nigdy nie są tak silne, ani tak słabe, jak się wydaje". Chiny jeszcze długo nie będą potęgą - jest to kraj w większości nadal zacofany i biedny. Dynamiczny rozwój musiałby być utrzymany jeszcze przez wiele dekad, aby podnieść standard życia setek milionów mieszkańców tzw. interioru, czyli centralnych i zachodnich regionów kraju. Nie powinniśmy Chin przeceniać, ale powinniśmy wystrzegać się lekceważenia ich.

Nie zgodzę się natomiast, że Chiny to taki Związek Sowiecki z lat 80. Oba państwa są nieporównywalne. Wybrały inną drogę rozwoju, która zdeterminowała ich los. Nie wierzę w spektakularny upadek Chin za, dajmy na to, 10 lat. Sądzę natomiast, że prawdopodobna jest powolna ewolucja w bardziej liberalnym kierunku. Reżim partii komunistycznej (komediowa nazwa, jeśli spojrzymy na panoszący się kapitalizm) w niczym nie przypomina reżimu sowieckiego w latach 80. Brak jest przesłanek, które pozwalałby stwierdzić, że Chiny, jak Związek Sowiecki, wkrótce załamią się pod własnym ciężarem.

Wywiad z Guy'em Sormanem znajdziecie tutaj.

grafika: kwintessential.co.uk

21:30, p.wolejko , Azja
Link Komentarze (8) »
wtorek, 22 kwietnia 2008

grafikaWyniki wyborów prezydenckich w Zimbabwe, choć te odbyły się pod koniec marca, nadal nie są znane. Rządzący od 1980 roku Robert Mugabe rozpaczliwie walczy o pozostanie przy władzy. W tym celu sięgnął po stare metody - wydał rozkaz swoim bojówkom i siłom bezpieczeństwa, aby "przycisnęły" opozycję oraz, nielicznych już, białych farmerów.

Mugabe zamówił nawet w Chinach statek pełen broni, która z pewnością zostałaby wykorzystana przeciwko politycznym oponentom. Jednak pod presją ze strony poszczególnych państw, a w zasadzie związków zawodowych (np. w Republice Południowej Afryki), żaden port nie zezwolił statkowi transportującemu broń na rozładowanie ładunku i jego późniejsze przetransportowanie do Zimbabwe. Chińczykom odmówiły także Mozambik i Angola - statek ma wrócić do Chin.

Tymczasem przywódcy sąsiednich państw znajdują się pod coraz większą presją - jak rozwiązać problem Zimbabwe. Jacob Zuma, przewodniczący Afrykańskiego Kongresu Narodowego - dawniej ugrupowania walczącego z apartheidem, a od obalenia tego systemu partia rządząca w RPA, w dość zdecydowanym tonie wypowiedział się za podjęciem konkretnych działań na rzecz rozwiązania problemu. Zuma w 2009 roku zastąpi najpewniej na stanowisku prezydenta Republiki Południowej Afryki Thabo Mbekiego, autora polityki "dyskretnej dyplomacji", którą Zuma ostro krytykuje. Sytuację w Zimbabwe Zuma określił jako "nie do zaakceptowania". Dawno nie padły tak zdecydowane słowa pod adresem Roberta Mugabe ze strony żadnego z afrykańskich przywódców.

Mugabe to polityk do tej pory praktycznie nietykalny. Jako bohater walki z kolonializmem, a następnie - przez ponad dekadę - dość kompetentny i koncyliacyjny przywódca zaskarbił sobie sympatię i uznanie wśród afrykańskich przywódców. Dopiero przełom tysiącleci przyniósł mu złą sławę, kiedy to zdecydował się na pozbawienie ziemi większości białych farmerów i rozdanie ich ziemi głównie swoim kolegom i lojalnym współpracownikom. Gospodarka opierała się głównie na produkcji rolnej pochodzącej właśnie z farm białych farmerów - kiedy ich zabrakło, dawniej zamożne i zasobne w żywność Zimbabwe stanęło przed widmem głodu. Pogarszająca się sytuacja ekonomiczna, dodrukowywanie przez rząd pieniędzy oraz coraz brutalniejsze zwalczanie opozycji (m.in. wysiedlenie z Harare i okolic ponad pół miliona obywateli, przez zrównanie ich domostw z ziemią) stworzyły niewyobrażalny wprost chaos.

Teraz Zimbabwe może albo pogrążyć się jeszcze bardziej, gdyby Mugabe zdecydował się za wszelką cenę utrzymać przy władzy albo nastąpi powolne i mozolne odbudowywanie państwa oraz gospodarki. Głównie zachodni donatorzy zapewniają, że niemal z miejsca ruszą z sięgającą miliardów dolarów pomocą. Zimbabwe to kraj zamożny w surowce naturalne oraz żyzną ziemię, a także dom naprawdę utalentowanych i przedsiębiorczych obywateli. Gdyby tylko dać im odpowiednie narzędzia i stworzyć dobre warunki - a odbudowa zrujnowanego państwa powinna przebiegać w miarę sprawnie i szybko.

Niestety, nic nie wskazuje na to, aby Mugabe miał oddać władzę. Skoro zdecydował się na przeciąganie publikacji wyników pierwszej tury i naciska na drugą - nie zamierza przyjąć do wiadomości swojej porażki. Na chwilę obecną nie można wykluczyć żadnego scenariusza, z wojną domową włącznie. Mugabe na 99,9 procent nie odejdzie dobrowolnie. Konkluzja jest więc taka sama, jak w moim wcześniejszym komentarzu dotyczącym wyborów w Zimbabwe - Mugabe odejdzie tylko wtedy, gdy zejdzie z tego świata.

grafika: thetalkingdrum.com

21:06, p.wolejko , Afryka
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 20 kwietnia 2008

Ceny żywności, tak jak i innych towarów - głównie surowców naturalnych - wzrastają bardzo dynamicznie. Statystyki Banku Światowego wskazują, że w ciągu trzech ostatnich lat ceny żywności wzrosły o 83 procent, a tylko w ciągu ostatniego roku ceny pszenicy wzrosły o 120 procent, a ryżu - w ciągu dwóch miesięcy - o 75 procent. Robert Zoellick, szef Banku Światowego alarmuje, że szybujące ceny żywności mogą oznaczać "siedem straconych lat" w globalnej walce z biedą - odwołując się do biblijnych chudych lat.

Ponad tydzień temu w "Dzienniku" mogliśmy przeczytać tekst pod dość dramatycznym tytułem - "Krawe wojny opanują pół świata". Gazeta cytuje fragment wypowiedzi Johna Holmesa, podsekretarza generalnego ONZ - "Niedobór żywności spowodowany m.in. ociepleniem klimatu prowadzi do gwałtownych podwyżek cen, a to stanowi poważne zagrożenie dla globalnego bezpieczeństwa". "W najbiedniejszych krajach świata ludzie wydają ok. 75 proc. swoich zarobków na żywność, choć odżywiają się bardzo nędznie." - pisze Gazeta Finansowa. grafika 1

Jednocześnie chociażby amerykańscy farmerzy mają się lepiej niż kiedykolwiek. W tym roku średni dochód farmera w USA wzrośnie do 90 tys. dolarów rocznie. Dla porównania, w 2006 roku było to o prawie 15 tys. dolarów mniej. Jak możemy przeczytać w Harvard Crimson, w 2005 roku z budżetu federalnego trafiło do farmerów 25 miliardów dolarów. To dwukrotnie mniejsza suma od tej, która trafia do rodzin w ramach transferów socjalnych (opieka społeczna etc.). Obecnie subsydia są niższe niż 20 miliardów dolarów, ale nadal trafiają do zaledwie 2-3 procent Amerykanów.

Po drugiej stronie Atlantyku, w Unii Europejskiej, subsydia wcale nie są mniejsze. Wspólna Polityka Rolna, wspólnotowa polityka dotycząca sektora produkcji rolnej oraz wsi, stanowi przeszło 40 procent rocznego budżetu Unii Europejskiej. Łatwo wyliczyć, że przy budżecie sięgającym ponad 100 miliardów euro rocznie, nakłady na rolnictwo wynoszą ponad 40 miliardów euro w tym samym czasie. Ogromne środki trafiają do bardzo nielicznej grupy ludności, podobnie jak w Stanach Zjednoczonych - nie przekraczającej kilku procent. Tymczasem, wydatki na rozwój (R&D - research & development) wynoszą, średnio dla całej UE-27, zaledwie 1,84 procent PKB. Nie ma więc żadnych szans na spełnienie wymogów narzuconych przez Strategię Lizbońską, w myśl której nakłady na rozwój miały wynosić minimum 3 procent PKB. Niestety, ale WPR niekoniecznie zostanie zreformowana (na co naciskają m.in. Wielka Brytania, Holandia czy Szwecja), gdyż w obronie ogromnych płatności dla rolników i producentów rolnych stanęła Francja, a wraz z nią - nad czym ubolewam - także Polska.

Czy obcięcie subsydiów w krajach rozwiniętych, głównie w USA oraz UE mogą pomóc obniżyć ceny żywności w skali globalnej? Czy zniesienie albo chociaż obniżenie zaporowych ceł na niektóre produkty rolne sprawią, że producenci w krajach rozwijających się rozwiną skrzydła? Dyskusja o szkodliwości subsydiów rolnych jest bardzo stara, a argumenty są dość dobrze znane. Na stronie Institute for Food & Development Policy możemy znaleźć wymowny tekst pt. "Amerykańskie subsydia rolne i rolnicza ekonomia: mity, rzeczywistość, alternatywy".

grafika 2Wiele mówią także tytuły innych tekstów, np. "Dziesięć powodów, dla których należy obciąć subsydia rolne" czy "Sześć dobrych powodów do zredukowania amerykańskich subsydiów rolnych i barier handlowych". Statystyki opublikowane na stronie Environmental Working Group wskazują, że połowa subsydiów w Stanach "idzie" do zaledwie 9 stanów, a w latach 1995-2006 sam Texas dostał ponad 16 miliardów dolarów, a Iowa prawie 16 miliardów dolarów. Ponad 10 miliardów dostały także Illinois, Nebraska i Minnesota. Pieniądze szły głównie na kukurydzę - 56 miliardów dolarów w latach 1995-2006, pszenicę - 22 miliardy dolarów, bawełnę - 21 miliardów. Razem 99 ze 177 miliardów subsydiów w latach 1995-2006.

Zarzuty pod adresem subsydiów dotyczą także faktu, iż trafiają w zdecydowanej większości do zamożnych farmerów, którzy posiadają ogromny areał i doskonale poradziliby sobie bez wsparcia. W roku 2001 prawie 3/4 subsydiów trafiło do 10 procent największych amerykańskich farm, o czym informuje Harvard Crimson. Z drugiej strony, próby skierowania pieniędzy do mniejszych producentów byłaby kosztowna i skomplikowana, a także stanowiłaby doskonałe pole do oszustw i korupcji. Czy należy więc płacić wszystkim, czy znieść subsydia w całości? Czy ceny żywności spadną, gdy konsumenci przestaną do nich dopłacać? Subsydia dla każdego liberała stanowią czyste zło, gdyż powodują, że dwa razy płacimy za droższą żywność - najpierw dotujemy farmerów (a jednocześnie państwo broni rynek przed tańszym importem zaporowymi cłami), a następnie kupujemy (a mamy wybór?) droższą żywność.

grafika 3Ja skłaniam się ku liberalnemu podejściu i uważam, że subsydia w obecnej formie są szkodliwe. Nie tylko sprawiają, że konsumenci są zmuszeni do płacenia wyższych cen, ale także powodują, iż gwałtownie ograniczona jest konkurencja - cła i subsydia powodują, że import staje się nieopłacalny. Więcej, dotowana żywność z Europy czy Stanów jest konkurencyjna cenowo w walce z produktami rolnymi z państw rozwijających się. Nie dopuszczamy więc do nas żywności z zewnątrz, a zarazem zalewamy naszą żywnością kraje biedniejsze. Efekt? Często nie opłaca się produkować żywności na miejscu, gdyż tańszy jest import z Europy czy z USA. Ogranicza to produkcję i handel, wypacza rynek. Osobną kwestią jest pomoc żywnościowa do biednych państw - w przypadku Ameryki najczęściej musi to być żywność zakupiona w USA i transportowana na miejsce amerykańskimi statkami. Kiedyś podobną politykę odnośnie handlu prowadziła Wielka Brytania - ale wprowadziła ją w drugiej połowie XVII wieku.

grafika: nouriche.com, paulbuckley14059.files.wordpress.com, product-image.tradeindia.com 

 
1 , 2 , 3
Zakładki:
1. Dyplomacja w Sieci
2. Blogi zagraniczne
3. Think-tanki
4. Media zagraniczne
5. Blogi polskie
6. Militaria
7. Periodyki
liczniki
Dyplomacja on Facebook