sobota, 25 kwietnia 2009

Jeszcze w ubiegłym wieku wiele małżeństw było aranżowanych przez rodziców, a młodzi nie mieli nic do gadania. Nie liczyła się miłość, uczucie, afekt, tylko towarzysko-biznesowo-polityczna kalkulacja. Panny były wydawane za mąż wiedząc, że tak po prostu musi być. Zdaje się, że podobne stosunki łączą obecnie dwóch bardzo ważnych graczy na arenie międzynarodowej, Chiny i Rosję.

Nadrabiające zaległości cywilizacyjne Chiny rozwijają się z bardzo szybkim tempie. Nawet spowolnienie gospodarcze, wywołane kryzysem finansowym, nie zatrzymało chińskiego smoka. Po chwilowej zadyszce zdaje się on wracać do formy, w czym wydatnie pomagają ogromne zasoby walutowe, zgromadzone przez Pekin w czasach globalnej prosperity. Rosja tymczasem została mocno uderzona przez finansowe zawirowania, w szczególności przez spadek cen surowców energetycznych. Po latach ogromnych zysków na drożejącej bez opamiętania ropie naftowej nadszedł czas otrzeźwienia. Jego efektem będzie skurczenie się rosyjskiej gospodarki.

Moskwa, która do niedawna chwaliła się sięgającymi pół biliona dolarów rezerwami walutowymi, została zmuszona do pożyczenia pieniędzy od Pekinu. Dwie państwowe rosyjskie firmy, Rosnieft i Transnieft, otrzymały 25 miliardów dolarów. Ceną za wsparcie zadłużonych gigantów jest oczywiście ropa naftowa, która jest pożądana przez Chiny w każdych ilościach. Ostatecznie wyjaśniło się, które państwo wygra wyścig po "pierwszą transzę" rosyjskiej ropy. W zamian za pieniądze Rosnieft zaopatrzy w ropę ropociąg, który wybuduje Transnieft - rura będzie prowadzić Daqing, gdzie znajdują się instalacje petrochemiczne.

Chiny wsparły także Kazachstan, udzielając mu pożyczki w wysokości 10 miliardów dolarów, również w zamian za udziały w sektorze naftowym. Tym samym, dzięki kryzysowi finansowemu, Chiny mogły udać się na surowcowe zakupy. Rura z Rosji do Chin jest przełomem, bowiem Rosjanie zaopatrywali do tej pory głównie Europę. Odwrócenie rurociągów, którym straszył Putin jeszcze kilkanaście miesięcy temu, ma szansę rozpocząć się właśnie teraz. Nie jest to jednak wynik rosyjskiego planowania, ale efekt słabości Rosji w stosunku do Chin.

Wydaje się, że Rosja zaczyna przegrywać rywalizację ze swoim partnerem z rozsądku. Dotychczas oba kraje często szły ręka w rękę, sprzeciwiając się hegemonii Stanów Zjednoczonych i promując multipolarny porządek światowy. Moskwa i Pekin to także dwaj główni adwokaci idei nieinterwencji w sprawy wewnętrzne innych państw. W końcu zagrożenie wewnętrzną niespójnością jest duże zarówno w Chinach (Ujgurzy, Tybet), jak i w Rosji (Czeczenia, Dagestan, Inguszetia). Wielokrotnie Rosja wraz z Chinami blokowały inicjatywy państw zachodnich ws. Iranu czy Sudanu.

O ile wcześniej Rosja mogła udawać, że rozmawia na równej stopie tylko z USA, a Chiny są o szczebel niżej, trudno będzie utrzymać ten model dłużej. Potęga państwa nie przejawia się tylko w liczbie głowic jądrowych, a historia nie daje uprzywilejowanej pozycji jednemu państwu na zawsze. Gospodarczo Chiny już dawno przegoniły Rosję, a teraz zaczynają realizować plan "supermocarstwo". Przy wielu moich zastrzeżeniach w stosunku do rzeczywistej siły ekonomicznej i społecznej Chińskiej Republiki Ludowej, kraj ten jest na tyle silny, aby po prostu zjeść Rosję.

Rosyjsko-chińskie małżeństwo z rozsądku weszło w fazę konsumpcji związku. Obie strony stoją jednak na zupełnie innych pozycjach. Rosyjska oblubienica musi ulec chińskiemu olbrzymowi, od lat konsekwentnie realizującemu politykę osaczenia i osłabienia własnej partnerki. Zmuszenie Rosji do uległości postępuje, a pożyczka 25 miliardów dolarów oraz dopięcie projektu ropociągu do Daqing to pierwsze sygnały sukcesu tej polityki. Chiny od dłuższego czasu twardo rywalizują z Moskwą na obszarze postradzieckiej Azji Centralnej, nie wychylając się zbytnio, aby nie wzbudzić podejrzeń. Kryzys finansowy zmienił rzeczywistość w regionie i pozwolił Chinom na bardziej wyraźną projekcję własnych interesów.

Model wprowadzany przez Chiny można sprowadzić do surowcowej, a następnie gospodarczej i politycznej wasalizacji Rosji. Dywersyfikacja odbiorców rosyjskiej ropy, a w dalszej perspektywie także i gazu, w postaci włączenia się Chin do gry, może prowadzić do trwałego uzależnienia Rosji od Państwa Środka. Jak to? - zapyta uważny obserwator, wiedzący dobrze, że to dostawcy a nie odbiorcy do tej pory trzęśli światem. Odpowiedź jest prosta - pieniądze. Pekin ma ich dużo, a Rosja dramatycznie ich potrzebuje. Niezbędne są wielkie inwestycje w rosyjski przemysł naftowo-gazowy, a Chiny są gotowe wyłożyć odpowiednie środki. Pod jednym warunkiem - surowce popłyną na wschód.

Alternatywą dla Federacji Rosyjskiej jest Europa, a szerzej mówiąc, Zachód. Europa nie ma i nie będzie mieć jakichkolwiek wrogich zamiarów w stosunku do Rosji. Co więcej, większość państw z radością powitałaby Rosjan w europejskiej rodzinie, a z jeszcze większą radością ich surowce. Zbliżenie takie nie jest jednak możliwe, gdyż Kreml patrzy na Zachód z wrogością i cynizmem, próbując wszędzie ograć swoich zachodnich partnerów. Nadal dominuje sowiecki system myślenia, w którym USA są głównym wrogiem, a Europa jest nieudolna, podzielona i łatwa do rozegrania. Divide et impera. Tym samym Moskwa dobrowolnie odrzuca alternatywę dla Chin, wpychając się w ich ramiona.

Tymczasem Chiny są dla Rosji istotnym partnerem politycznym, gospodarczym i militarnym. Transfer technologii i uzbrojenia od lat jest na wysokim poziomie. Politycznie, o czym była już wyżej mowa, oba państwa działają wspólnie w wielu kwestiach. Partnerstwo chińsko-rosyjskie przekształca się jednak w chińską dominację nad Rosją. Wiele czynników - finanse, surowce, demografia, roszczenia wobec Syberii - sprawia, że Moskwa powinna patrzeć na Pekin co najmniej podejrzliwie. Chińczycy mówią niewiele, a jeśli już, to same okrągłe słowa; uśmiechają się; głównie starają nie rzucać się w oczy. Usypiają czujność Rosji, a na Dalekim Wschodzie tyka demograficzna bomba. Proces kolonizacji rosyjskich terytoriów przebiega powoli, niespiesznie, ale jest zauważalny.

Nieumiejętność zmiany paradygmatu "USA - nasz wróg" na bardziej realne podejście do świata może okazać się dla Rosji bardzo kłopotliwa. Metodą faktów dokonanych, realizowanych w imię spójnej, koherentnej strategii, Chiny stają się coraz potężniejsze. Zagrażają nie tylko interesom, głównie energetycznym, Rosji na obszarze Azji Centralnej, ale także samej Rosji. Dziś może to zabrzmieć zabawnie, ale swego rodzaju wasalizacja Rosji przez Chiny w ciągu kilku najbliższych dekad jest całkiem prawdopodobna. Stare potęgi ustępują miejsca nowym. Rosja czyni to zupełnie bez walki.

Piotr Wołejko

PS. Następny wpis pojawi się nie wcześniej niż w niedzielę 3 maja.


Wcześnieje wpisy poświęcone sprawom globalnym:

 

Więcej tekstów oraz autorów na portalu Polityka Globalna:
 

 

poniedziałek, 20 kwietnia 2009

Barack Obama został zaprzysiężony na prezydenta 20 stycznia br. Oznacza to, że mijają właśnie trzy miesiące, od kiedy Demokrata przejął władzę w Stanach Zjednoczonych. Zazwyczaj nowa administracja potrzebuje trochę czasu, aby w pełni zapanować nad sytuacją, przejrzeć wszystkie szuflady w biurkach, aby po prostu okrzepnąć. Barack Obama i jego ekipa takiego luksusu nie mieli.

Jak w klipach podczas kampanii wyborczej, dokładnie nawet prawyborczej, Obama musiał być gotowy do rządzenia od pierwszego dnia. Już pierwszej nocy telefon mógł zadzwonić o trzeciej nad ranem. Nie wiadomo dokładnie ile razy telefon w sypialni 44 prezydenta USA dzwonił o tak dziwnych porach, ale z pewnością pierwsze trzy miesiące Baracka Obamy na szczycie władzy nie były sielanką.

Na pierwszym miejscu listy spraw do załatwienia znajdowała się (i bez wątpienia nadal znajduje) gospodarka. Kongres w iście ekspresowym tempie przyjął nowy pakiet stymulujący gospodarkę, kosztujący amerykańskiego podatnika ok. 800 miliardów dolarów plus odsetki, gdyż pieniądze te pochodzą z obligacji. Idąc za ciosem, prezydent przedstawił projekt budżetu, który w wielu wymiarach jest rewolucją. Niektórzy zauważają tylko ogromny deficyt budżetowy oraz nieralne założenie szybkiej jego redukcji o połowę do końca kadencji Obamy. Inni dostrzegają bardziej uczciwe podejście fiskalne, gdyżchociażby koszty wojen w Iraku i Afganistanie są wreszcie uwzględnione w ustawie budżetowej.

Walka z kryzysem gospodarczym zdominowała Obamę przez kilka pierwszych tygodni jego prezydentury. Obama musiał bronić swojego sekretarza skarbu Timothy'ego Geithnera, który znalazł się pod ostrzałem. Polityką zagraniczną zajmowała się w tym czasie Hillary Clinton. Sekretarz Stanu odbyła podróż do Azji, spotykając się z kluczowymi sojusznikami i partnerami w regionie. Potem sytuacja odwróciła się i to Clinton zeszła na drugi plan, a pałeczkę przejął Obama, podróżując m.in. do Europy oraz na Szczyt Obu Ameryk.

Przy całej złożoności kryzysu finansowego, możliwość skupienia całości uwagi tylko na nim byłaby dla Obamy luksusem. Nie mógł on sobie na to pozwolić, ponieważ kwestie zagraniczne zmusiły go do działania. Sam Obama wyszedł także z kilkoma inicjatywami, wskazującymi na realną zmianę w polityce Stanów Zjednoczonych - obiecywaną w trakcie kampanii wyborczej. Zmiana nie jest jednak zbyt głęboka, widać wiele elementów kontynuacji polityki Georga W. Busha.

Przede wszystkim nie ma znaczącego zmniejszenia wielkości amerykańskiego kontyngentu w Iraku. Tak jak się spodziewano, redukcja będzie powolna i rozłożona w czasie, aby nie zburzyć delikatnego balansu, zbudowanego z trudem (i wielkim kosztem) dzięki strategii gen. Davida Petraeusa. Jest zwiększenie amerykańskiej obecności w Afganistanie, jednak tak znaczące, jak przewidywano. Dowódcy spodziewali się dosłanie większej ilości żołnierzy, gdyż sytuacja w Afganistanie wymyka się spod kontroli. W sumie, z finansowego punktu widzenia, Obama wyda na wojny w Iraku i Afganistanie mniej więcej tyle samo ile Bush podczas ostatniego roku swojej prezydentury.

Obama dokonał także odważnego otwarcia irańskiego, oferując Iranowi zmianę stosunków i proponując rozpoczęcie dialogu. Propozycja ta wywołała w Teheranie mieszane uczucia i postęp na froncie irańskim jest niewielki. Obawiam się, że Obama podjął próbę zmiany polityki zbyt wcześnie, popełniając mały falstart. Dużo rozsądniej byłoby poczekać do wyborów prezydenckich i złożyć ofertę nowemu prezydentowi (bądź dotychczasowemu, ale z odnowionym mandatem) w czerwcu. Ogólna myśl jest jednak dobra - z Iranem trzeba się dogadać. Oba kraje mają wiele zbieżnych celów, które - współpracując - łatwiej byłoby zrealizować.

Iran może pomóc Stanom Zjednoczonym w Afganistanie. Teheran nie tylko był i jest twardym przeciwnikiem talibów, ale jest bardzo zaniepokojony kwitnącą produkcją i przemytem narkotyków. Na granicy afgańsko-irańskiej wielokrotnie dochodziło do starć pograniczników z przemytnikami, a narkotyki są bardzo poważnym problemem wewnętrznym dla ajatollahów. Oprócz tego, Iran mógłby pomóc w Iraku, przede wszystkim przestając przeszkadzać. Jasne jest, że szyicki Iran ma i będzie miał wielki wpływ na szyicką większość w Iraku - i to trzeba zaakceptować. Trudno będzie osiągnąć równowagę pomiędzy Waszyngtonem a Teheranem na Bliskim Wschodzie, ale są pola, w których kompromis sprzyja obu stronom.

Nowe otwarcie nastąpiło także w stosunkach z Rosją. Wciśnięto przycisk reset, a uśmiechom Bidena i Miedwiediewa nie było końca. Obama najpewniej próbował wysondować możliwość przehandlowania tarczy antyrakietowej w Europie Środkowej za nacisk Rosji na Iran, aby ten wstrzymał wzbogacanie uranu. Próba ta szybko wyciekła na światło dzienne, stawiając Amerykę w niezręcznej sytuacji wystawiania swoich sojuszników do wiatru, do tego za ich plecami. Co więcej, Rosja całą sprawę wygrała propagandowo, dokonując kontrolowanego przecieku. Waszyngton przecenia wpływ Moskwy na Teheran, a także nie zdaje sobie sprawy, że Kreml jest bardzo dobry w rozgrywaniu strategicznego pokera.

Rosjanie sprytnie rozegrali Amerykanów także w innej sytuacji, dotyczącej tranzytu zaopatrzenia i sprzętu do Afganistanu. Zapłacili Kirgistanowi za wyrzucenie Amerykanów z bazy w Kirgizji, oferując jednocześnie szlak przez Rosję oraz Uzbekistan. Afganistan jest priorytetem Waszyngtonu, z czego Rosja doskonale zdaje sobie sprawę, a klucz do sukcesu leży teraz także w Moskwie, która może szantażować Stany Zjednoczone groźbą likwidacji korytarza tranzytowego. Można powiedzieć, że marne 2 miliardy dolarów, które Federacja Rosyjska pożyczyła Kirgistanowi, zadecydowały o uzależnieniu USA od Rosji w Afganistanie.

Obama odegrał także jedną z głównych ról podczas wyboru nowego sekretarza generalnego NATO. Forsowana przez Amerykanów oraz główne kraje zachodniej Europy kandydatura duńskiego premiera Andersa Fogh Rasmussena zyskała ostatecznie poparcie wszystkich członków Sojuszu. Amerykański prezydent musiał jednak włożyć sporo wysiłku w przekonanie Turcji do Rasmussena. Wizyta Obamy w Turcji i podkreślanie wagi sojuszu z Ankarą były na pewno tylko pierwszym elementem zapłaty za zgodę Turków ws. SG NATO. Obama rozumie, że rola Turcji, w wielu aspektach, jest kluczowa i zamierza odbudować nadszarpnięte relacje z tym państwem.

Zupełnie niedawno 44 prezydent USA musiał zająć się również problemem piractwa w Rogu Afryki, kiedy somalijscy piraci próbowali porwać statek pod amerykańską banderą i uprowadzili kapitana okrętu. Po kilkudziesięciu godzinach utrzymywania się pata, do akcji wkroczyli amerykańscy komandosi, zabijając trzech piratów i zatrzymując czwartego, ratując przy tym kapitana Richarda Phillipsa, przetrzymywanego na szalupie ratunkowej. Po tym wydarzeniu Obama zdał sobie sprawę z powagi sytuacji w tym rejonie świata i zdaje się, że Stany Zjednoczone podejmą w tej kwestii odpowiednie działania. Obecne mechanizmy walki z piractwem są tylko częściowo skuteczne i absolutnie nie doprowadzą do rozwiązania problemu.

Ostatnio prezydent Obama odbył wizytę w Meksyku, zapewniając Felipe Calderona o woli współpracy w walce z narkogangsterami terroryzującymi pogranicze meksykańsko-amerykańskie. Zapowiedziano przeznaczenie większych środków finansowych na walkę z kartelami narkotykowymi, a także wsparcie szkoleniowe i techniczne. Skoro Waszyngton interesuje upadający Pakistan, Irak czy Róg Afryki, z pewnością powinien zająć się problemami na własnym podwórku, w sąsiadującym Meksyku.

Trudno dokonywać oceny pracy administracji po zaledwie trzech miesiącach. Zmiany dokonują się powoli, w wielu miejscach bardziej pragmatycznie kontynuuje się dotychczasową politykę. Ciekawie wygląda próba normalizacji relacji z Kubą i Iranem, choć w tym drugim przypadku lepiej było wstrzymać się jeszcze przez kilka tygodni. Skala wyzwań stojących przed Obamą i jego ekipą jest ogromna. Początki są zawsze trudne, a efekty wielu działań poznamy w najbliższych miesiącach.

O dotychczasowych posunięciach Obamy na arenie międzynarodowej dyskutowałem z DoktoremNo oraz Patrykiem Gorgolem na antenie internetowego Niepoprawnego Radia PL. Zachęcam do wysłuchania audycji (część pierwsza oraz część druga).

Piotr Wołejko


Wcześniejsze wpisy poświęcone polityce Baracka Obamy:

 

Więcej tekstów oraz autorów na portalu Polityka Globalna:
 

 

piątek, 17 kwietnia 2009

Koniec neoliberalnego modelu gospodarczego obwieścili już główni lewicowy ideolodzy oraz publicyści. Hasła "nie obchodzi nas wasz kryzys" najlepiej oddają oderwanie reprezentantów strony roszczeniowej od rzeczywistości. Znowu są mityczni "oni" i "ich kryzys", z którym my, prawdziwi lewicowcy i pracownicy, nie chcemy mieć nic wspólnego. Niestety, głoszenie lotnych haseł nie immunizuje od realiów życia codziennego.

Problemy gospodarcze, które dotknęły świat Zachodu, a następnie rozlały, mniej lub bardziej, po całym świecie nie są efektem intencjonalnych działań wąskiej grupy kapitalistycznych krwiopijców, wyzyskiwaczy ludzi pracy. To nie bankierzy i finansiści odpowiadają za obecną sytuację. Winą za kryzys powinni podzielić się krótkowzroczni, nieudolni i tchórzliwi politycy oraz społeczeństwa, które ich wybierały. Społeczeństwa, które przyjmowały coraz bardziej roszczeniowe stanowiska, domagając się coraz to nowych świadczeń ze strony państwa. Wyborcy i ich przedstawiciele stworzyli spiralę, swoisty zaklęty krąg, napędzających się roszczeń i wydatków. Publiczna służba zdrowia, oczywiście bezpłatna; cała gama świadczeń socjalnych i rozmaitych ulg oraz odpisów podatkowych; rozdęta administracja i biurokracja, hamująca rozwój przedsiębiorczości i powściągająca indywidualną inicjatywę. Ewentualna wina banków i instytucji finansowych jest wtórna i jako taka nie powinna być szczególnie potępiana. Nie mogłaby bowiem istnieć bez winy pierwotnej. 

Dekady budowania państwa dobrobytu doprowadziły do powstania silnej i licznej grupy beneficjentów istniejącego systemu. Raz dane przywileje trudno było odebrać, gdyż oznacza to konfrontację z rozjuszonym, zdeterminowanym i zjednoczonym przeciwnikiem. Widać to najlepiej we Włoszech i Francji, gdzie strajki paraliżują życie nie części miasta, jak to bywa w Polsce, ale największych miast albo nawet całego kraju. Protestują robotnicy, kolejarze, nauczyciele, studenci czy dziennikarze - a kraj stoi. Pod presją zorganizowanych grup interesów, choć wyrażają one zazwyczaj poglądy mniejszości, uginają się rządy próbujące choćby nieśmiałych reform. Gdzie jest likwidacja 35-godzinnego tygodnia pracy we Francji? Sarkozy, który w wyborach zapewniał o konieczności demontażu co bardziej absurdalnych elementów państwa dobrobytu wycofał się rakiem ze wszystkich rozsądnych propozycji. Zamiast tego przejął retorykę strajkujących i zaczyna zmierzać w kierunku socjalizmu i protekcjonizmu. 

Paraliżujący wpływ zobowiązań socjalnych na państwa ujawnił się ze zdwojoną siłą w trakcie obecnego kryzysu, czy - jak kto woli - zwykłej fazy spowolnienia typowej dla cyklicznego modelu kapitalistycznego. Wyjątkowo boleśnie doświadczyły tego Węgry, które od lat były rządzone przez polityków nieodpowiedzialnych i pozbawionych wizji dłuższej niż jedna kadencja. Obie strony sceny politycznej miały tylko jeden pomysł na pozyskanie wyborców - obietnice dodatkowych świadczeń socjalnych. Życie na kredyt było piękne, ale przebudzenie z cudownego świata "Alicji w krainie czarów" okazało się koszmarem. Państwo węgierskie praktycznie zbankrutowało i tylko pomoc międzynarodowa utrzymuje je na powierzchni podczas trwającego sztormu w globalnej gospodarce. 

Lewicowi populiści, bo tak trzeba ich nazwać, oburzają się na propozycje zakazania deficytu budżetowego. Tymczasem zdrowy rozsądek nakazuje wydawać tyle, ile się ma. Żadnym argumentem nie jest fakt, iż większość państw świata nie tylko dopuszcza, ale posiada deficyt budżetowy i jest zapożyczona na mniejsze bądź większe (najczęściej) sumy. Lepiej mieć dolara dziś, niż półtora dolara za rok - brzmi dewiza zwolenników pożyczania pieniędzy. A pożyczać trzeba coraz więcej, gdyż państwa nie są w stanie udźwignąć zobowiązań socjalnych. Żadne cięcia nie wchodzą w grę, o ile rządy nie chcą wyprowadzić ludzi na ulice. Zamiast reform mamy kosmetykę, księgowe triki polegające na przesuwaniu liczb do innej tabelki. 

To żaden "ich" kryzys, tylko kryzys nas wszystkich. Nigdy w przyrodzie nie jest tak, że każdy może mieć wszystko. Ilość dóbr jest ograniczona. Nierealna jest więc sytuacja, w której dom w Stanach Zjednoczonych mógł dostać bezrobotny Joe legitymując się prawem jazdy. Jednak to nie banki czy akwizytorzy odpowiadają za to, że miliony ludzi niezdolnych do spłacania kredytów hipotecznych mogło je dostać od ręki. Odpowiada za to rząd federalny i Kongres, które do takich praktyk zachęcały konkretnymi aktami prawnymi (m.in. Community Reinvestment Act z 1977 roku). Polityka władz oraz Banku Rezerw Federalnych stworzyła sytuację, która była nie do utrzymania na dłuższą metę. Podobny proces będzie musiał nastąpić w mocno zsocjalizowanej Europie, szczycącej się ideami państwa dobrobytu i społecznej gospodarki rynkowej.

Proces racjonalizacji wydatków państwowych, czyli redystrybucji pieniędzy podatników jest nieunikniony. Obecny model, w którym państwo myśli i działa za obywatela jest nie tylko szkodliwy, ale zbyt kosztowny. Niezbędne są nie chirurgiczne cięcia, ale ostre i zdecydowane ruchy maczetą, obcinające przywileje, ulgi i świadczenia, na które po prostu nas nie stać. Oprócz tego konieczne jest przywrócenie indywidualnej odpowiedzialności za własne życie każdego człowieka. Ludzie muszą wiedzieć, że należy podejmować decyzje roztropne, bo głównie od nich zależy ich własne powodzenie. Wiara w ludzką przedsiębiorczość i zaradność wielokrotnie była potwierdzana przez rzeczywistość. Przestańmy nakładać na ludzi kajdany i podkładać im w kółko miękkie poduszki pod tyłki, a zyska na tym całe społeczeństwo.

I wcale nie wiąże się to z pogorszeniem warunków pracy czy życia ludzi. Rząd powinien dbać o to, aby obowiązywało dobre prawo, które będzie przestrzegane i szanowane. Trzeba odebrać rządowi uprawnienia, których mieć nie powinien. Jak mawiał Ronald Reagan, rząd nie jest rozwiązaniem, jest częścią problemu. Problemem jest kasta urzędnicza, biurokratyczna machina, która nieustannie się rozrasta i bez kłopotu zmarnuje każdą ilość pieniędzy. Milton Friedman napisał w "Wolnym wyborze", iż rząd samodzielnie tworzy problemy, które następnie próbuje rozwiązać (tworząc przy okazji nowe problemy) - i tak bez końca. Zwiększa to koszty i spowalnia wzrost gospodarczy. 

Zamiast ulegać lewicowej propagandzie głoszącej koniec neoliberalnego modelu gospodarczego, odrzućmy kategorycznie te słowa i zacznijmy dążyć do prawdziwego liberalnego ideału. Nie bez powodu w obliczu obecnego kryzysu lewica nie ma nic do zaoferowania rozczarowanym społeczeństwom. To nie kapitalizm się wali, ale model państwa dobrobytu, z mozołem budowany od zakończenia II wojny światowej, obraca się w pył. Lewica nic nie może już zaproponować, stąd jej wyjątkowe rozjuszenie, niczym rannego byka tuż przed jego ostatnim tchnieniem. 

PS. Miłośnikom lewicowej propagandy polecam wywiad z Danielem Bensaidem, francuskim lewicowym intelektualistą, uczestnikiem Maja 68', ex-członkiem partii komunistycznej, a obecnie Nowej Partii Antykapitalistycznej, opublikowany w Europie z dn. 13 kwietnia br.

Piotr Wołejko

 

Wcześniejsze wpisy poświęcone kryzysowi gospodarczemu:


Więcej tekstów oraz autorów na portalu Polityka Globalna:
 
niedziela, 12 kwietnia 2009

Barack Obama liczył na lepsze otwarcie na Afrykę od przetrzymywania amerykańskiego kapitana przez małą grupkę somalijskich piratów. Sytuacja Richarda Phillipsa, kapitana porwanego (i oswobodzonego przez załogę) statku Maersk Alabama przykuwa uwagę mediów na całym świecie. Scena jest coraz bardziej kuriozalna: piraci wraz z Phillipsem znajdują się na szalupie ratunkowej, a w jej pobliżu jest amerykański niszczyciel. Negocjacje z Somalijczykami nie przyniosły jak dotąd żadnego rozwiązania.

Pat trwający już kilkadziesiąt godzin stał się poważnym problemem dla prezydenta Stanów Zjednoczonych. Oto kilku prostaków (polecam wywiad [w Dzienniku] z kapitanem Markiem Niskim z Sirius Star) z kałasznikowami kpi sobie w żywe oczy z potęgi amerykańskiej floty. Przewaga techniczna i siły ognia po stronie US Navy jest przygniatająca, ale w obliczu porwania amerykańskiego obywatela nic z niej nie wynika. Amerykanie są zupełnie bezradni.

Załoga porwanego statku jest już bezpieczna w kenijskim porcie w Mombasie, gdzie jest przesłuchiwana przez funkcjonariuszy FBI. Tymczasem kapitan Phillips, dzięki któremu jego podwładni odzyskali wolność wciąż jest przetrzymywany przez piratów, na pozbawionej paliwa, dryfującej szalupie. Skala wydarzenia jest dużo mniejsza, ale od razu przypomina mi się okupacja ambasady USA w Teheranie. Wtedy podjęto nieudaną próbę odbicia zakładników, którzy byli przetrzymywani - w sumie - przez 444 dni.

Rozwiązanie siłowe oficjalnie nie jest brane pod uwagę w obecnej sytuacji. Ryzyko przypadkowej śmierci kapitana Richarda Phillipsa jest zbyt duże. Trudno sobie jednak wyobrazić, żeby Amerykanie pozwolili na przedłużanie się pata. Zapłata okupu nie wchodzi w grę, zważywszy na ogromną przewagę US Navy jeśli chodzi o siłę ognia. Piraci, o ile nie uda im się dotrzeć do lądu, nie mają żadnej drogi odwrotu. Dlatego Amerykanie licytują ostro i domagają się nie tylko uwolnienia swojego obywatela, ale także aresztowania piratów i odstawienia ich do quasi-niepodległego Puntlandu.

Piraci oczywiście odrzucają takie żądania, domagając się okupu i bezpiecznego powrotu na brzeg. Takie zakończenie sytuacji jest bardzo mało prawdopodobne. Co więcej, Stany Zjednoczone dostrzegły wreszcie powagę sytuacji na Rogu Afryki i zaczynają się zastanawiać, jak ją rozwiązać. Dwa amerykańskie helikoptery przeleciały dziś nisko nad portem Haradheere, siedzibą piratów, siejąc postrach wśród miejscowych. Obawy przed uderzeniem z powietrza bądź desantem komandosów są duże. Piraci ostrzegają przed powtarzaniem francuskiego sposobu załatwienia sprawy (wysłanie sił specjalnych), ale na to właśnie się szykuje.

Stany Zjednoczone nie mogą pozwolić sobie na wodzenie za nos przez bandę obdartusów z kałachami i granatnikami. Uwolnienie Phillipsa jest priorytetem, ale to tylko pierwszy krok, za którym podążą następne. Obama musi poradzić sobie z bezpiecznym oswobodzeniem kapitana, a następnie okazać twardość i pociągnąć do odpowiedzialności piratów. Sądzę, że bardzo prawdopodobne są punktowe uderzenia na siedziby piratów na lądzie. Mogą to być zarówno ataki rakietowe z morza i powietrza, jak i operacje sił specjalnych na lądzie.

Jak to zwykle bywa, jest pewien punkt, masa krytyczna, której osiągnięcie powoduje reakcję. Największe supermocarstwo nie może być szantażowane przez byle kogo, a obecna sytuacja ukazuje kompromitującą bezradność w obliczu błahego zagrożenia. Za straty wizerunkowe Wujka Sama przyjdzie piratom odpowiedzieć.

Drugą konsekwencją przetrzymywania kapitana Phillipsa będzie zastanowienie się nad rolą i strategią marynarki wojennej w takich sytuacjach. Pisze o tym na łamach Washington Post Robert Kaplan z Center for a New American Security, zauważając przy tym, że w wyniku cięć wydatków zbrojeniowych proponowanych przez Roberta Gatesa powstanie zaledwie kilka z planowanych kilkudziesięciu okrętów przystosowanych do zwalczania asymetrycznych zagrożeń.

Przedłużający się kryzys jest bardzo nie na rękę Obamie i szkodzi Stanom Zjednoczonym. Należy spodziewać się rozwiązania w ciągu najdalej kilkunastu godzin. W innym wypadku Obama ryzykuje oskarżenia o miękkość, brak stanowczości i zdolności do podejmowania decyzji, a amerykańska potęga militarna wystawiona jest na pośmiewisko.

Piotr Wołejko

 

Wcześniejsze wpisy poświęcone Somalii:


Więcej tekstów oraz autorów na portalu Polityka Globalna:
 
17:10, p.wolejko , Afryka
Link Komentarze (4) »
piątek, 10 kwietnia 2009

Listopadowe porwanie supertankowca Sirius Star zwróciło oczy całego świata na Somalię. Na pokładzie okrętu znajdowała się warta 100 milionów dolarów ropa naftowa, a jego kapitanem był Polak. Po tygodniach negocjacji i rozmów z piratami, Sirius Star został uwolniony wraz z załogą w zamian za okup. Efektem ówczesnego porwania, będącego kulminacją działalności piratów, jest międzynarodowa flotylla strzegąca bezpieczeństwa i swobody żeglugi na istotnym szlaku handlowym.

Okręty wojenne nie mogą jednak upilnować ogromnego obszaru Zatoki Adeńskiej i Oceanu Indyjskiego w całości. Wytyczono tzw. bezpieczny korytarz a armatorzy są zobowiązani do informowania sił patrolujących o ruchu swoich statków. Po kilku miesiącach względnego spokoju, aktywność piratów zwiększyła się w sposób drastyczny. Ponownie porwano statek z Polakami na pokładzie - tym razem szybko zwolniony, po zapłacie ponad 2 milionów dolarów okupu, okręt Bow Asir.

W międzyczasie francuskie siły specjalne odbiły czwórkę obywateli Francji z rąk piratów na porwanym jachcie, jednak kosztem śmierci jednego z zakładników. Równie dramatyczna jest sytuacja amerykańskiego kapitana statku Alabama, który znalazł się w rękach piratów po udanym odparciu ich ataku na jego okręt przez załogę. Kapitan Richard Phillips znajduje się obecnie na pozbawionej paliwa szalupie ratunkowej wraz z grupką piratów. Ci są pewni siebie i zapewniają, że nie boją się Amerykanów. Wokół szalupy zgromadziły się okręty US Navy, trwają rozmowy mające na celu uwolenienie Phillipsa. Podjął on nawet próbę ucieczki wpław, został jednak szybko złapany.

Nagromadzenie przykrych wydarzeń u wybrzeży Somalii ponownie osiągnęło punkt krytyczny. Walka z piractwem nie przynosi zakładanych efektów, a proceder ten nadal kwitnie. Piraci, zachęceni okupami z sześcioma zerami atakują z coraz większą częstotliwością. Nie przejmują się także nieudanymi próbami. Pozbawieni centralnego dowództwa, atakują na własną rękę. Najpewniej posiadają też wsparcie administracji quasi-niepodległego Puntlandu, która kontroluje Róg Afryki.

Rozwiązanie problemu piratów poprzez stosowanie się do rezolucji Rady Bezpieczeństwa oraz prawa międzynarodowego (Konwencja o Prawie Morza) jest mało prawdopodobne. Flotylla wojenna składająca się z okrętów wielu państw nie jest w stanie zapewnić 100-procentowego bezpieczeństwa statkom handlowym, rybackim oraz prywatnym jachtom korzystającym z prawa swobodnej żeglugi na obszarze o powierzchni kilkuset tysięcy mil. Zdaje się, że muszą zostać podjęte dalej idące kroki.

Korespondent BBC Paul Reynolds przywołuje sprawdzoną taktykę z XIX wieku, która pozwoliła Brytyjczykom poważnie przyczynić się do powstrzymania handlu niewolnikami. "Zajęcie się gniazdem os jest skuteczniejsze niż łapanie jednej po drugiej", powiedział sekretarz ds. zagranicznych JKM Lord Palmerston. Słowa Palmerstona odnosiły się do działalności kapitana Josepha Denmana, oficera Royal Navy, który bezlitośnie atakował bazy handlarzy niewolników znajdujące się na lądzie.

Choć rezolucja Rady Bezpieczeństwa ONZ pozwala, w pościgu, prowadzić działania na wodach terytorialnych oraz na terytorium Somalii, nie jest to wystarczający instrument. To, co jest potrzebne, to akcja militarna skierowana przeciwko siedzibom piratów na lądzie, m.in. w porcie Haradheere czy Eyl. Nie mam tu na myśli staroświeckiego bombardowania, które miał na myśli Lord Palmerston - będący fanem dyplomacji kanonierek - ale m.in. działania sił specjalnych na lądzie.

Oczywiście, to tylko krótkoterminowe rozwiązanie części problemu. Siła militarna nie jest cudowną różdżką, za sprawą której problem piractwa zniknie. Potrzebna jest międzynarodowa misja stabilizacyjna w Somalii, która postawi ten kraj na nogi. Najpierw bezpieczeństwo, następnie dobre zarządzanie i odbudowa. Będzie to kosztowało miliardy, potrwa wiele lat, a także nie będzie łatwe. Jeśli jednak świat chce pozbyć się piratów z Somalii, powinien zacząć działać w tym kierunku już dziś. Z każdym kolejnym dniem koszty będą większe, a zadanie trudniejsze do wykonania.

Piotr Wołejko

 

Wcześniejsze wpisy poświęcone Afryce:

Więcej tekstów oraz autorów na portalu Polityka Globalna:
 

 

21:16, p.wolejko , Afryka
Link Komentarze (6) »
 
1 , 2
Zakładki:
1. Dyplomacja w Sieci
2. Blogi zagraniczne
3. Think-tanki
4. Media zagraniczne
5. Blogi polskie
6. Militaria
7. Periodyki
liczniki
Dyplomacja on Facebook