wtorek, 26 kwietnia 2011

Od czasu do czasu nastaje moda na bycie Kasandrą. Tym razem w rolę mitycznej wieszczki próbowała wcielić się Anne Applebaum, publicystka Washington Post, a prywatnie żona szefa polskiej dyplomacji Radosława Sikorskiego. Pyta ona w tytule swojego tekstu, czy interwencja w Libii doprowadzi do rozpadu NATO? Chwileczkę, toż to Afganistan miał rozbić Sojusz. Bez skutku.

Dobrze pamiętamy, jak wielu analityków, ekspertów i polityków stawiało wiarygodność NATO na szali zwycięstwa w Afganistanie. Wiadomo, że żadnego sukcesu nie uda się tam osiągnąć. Jednak czy NATO rozpadnie się z tego powodu? Nie sądzę. Próba podjęcia analogicznej do afgańskiej, opartej na operacji libijskiej, kampanii składania Sojuszu do grobu również spełznie na niczym. Podobnie jak pod Hindukuszem, to nie organizacja, ale państwa członkowskie sprawiają, że operacja w Libii nie należy do najprostszych.

Nieuzasadniona krytyka

Nie można uważać NATO, ani żadnej innej organizacji, za monolit. Sojusz nie dysponuje własną armią - opiera swoje działania na siłach zbrojnych państw członkowskich. Sojusznicy często obwarowują udział swoich żołnierzy w misjach rozmaitymi ograniczeniami. Jedni nie walczą w nocy, drudzy nie walczą w nieparzyste dni miesiąca, a inni mogą być wysłani tylko tam, gdzie jest bezpiecznie. Takie były i są realia operacji w Afganistanie. Zresztą, zanim w ogóle sojusznicy wyślą gdzieś woje wojska, najpierw musi zapaść decyzja polityczna. I tutaj zaczynają się schody.

grafika

grafika: topnews.in

Warto wprowadzić w tym momencie drugi symptomatyczny przykład organizacji międzynarodowej, której działania w wymiarze dyplomatycznym i bezpieczeństwa są uzależnione od osiągnięcia kompromisu przez liczne grono państw członkowskich - Unię Europejską. Zawsze łatwo skrytykować unię, iż na coś zareagowała z opóźnieniem, w stosunku do czegoś zajęła rozwodnione stanowisko, a inną kwestię zbyła milczeniem. Ot, nieudacznicy w Brukseli są już tak rozleniwieni bajońskimi pensjami, że nie są w stanie zebrać się do konkretnej roboty.

Podobnie zaczyna być postrzegane NATO. Krytykuje się organizację, bo większości wydaje się, że integracja zaszła tak daleko, iż oczywistym jest, że decyzje podejmuje się w centrali - a obie instytucje mają swe siedziby w Brukseli. Takie wyobrażenie jest zupełnie oderwane od rzeczywistości. Nikt w Brukseli nie ma mocy decyzyjnej, a ustalenia zapadają w stolicach państw członkowskich. Tymczasem, ucieranie decyzji przez ponad 20 dyplomatów - reprezentujących często rozbieżne interesy swoich państw - to proces czasochłonny. Co więcej, zazwyczaj także mało efektowny.

Niełatwy kompromis

Jeśli więc chcemy kogoś skrytykować za opieszałość bądź trudne realia misji wojskowych (w przypadku Libii, jedni nie bombardują, inni tylko patrolują etc.), powinniśmy skierować gniew w stronę stolic narodowych. To Francja, Niemcy, Włochy, Stany Zjednoczone czy Turcja powinny znaleźć się na celowniku. Jednak wówczas postawienie pytania o upadku państwa byłoby zupełnie nie na miejscu.

W przypadku organizacji międzynarodowej także jest nie na miejscu. Gdyby państwa miały zawsze takie same poglądy i interesy, mogłyby pójść o krok dalej i po prostu się zjednoczyć. Organizacje istnieją po to, aby - bazując na wspólnych interesach - szukać kompromisu tam, gdzie interesy te są sprzeczne. Naturalne jest, że nawet od kompromisowych decyzji niektóre państwa się dystansują. I nie oznacza to, że organizacja chwieje się w posadach i należy odliczać dni do ich smutnego końca.

Za klasykiem należałoby wezwać wszelkiej maści wieszczów do tego, by nie szli tą drogą. Nie warto, gdyż kierunek ten oparty jest na fałszywych przesłankach. Warto przy tym zauważyć, że NATO i UE są najbardziej zintegrowanymi organizacjami międzynarodowymi na świecie. Jeśli one upadają, to pozostałe nie miałyby nawet szansy zaistnieć.

Piotr Wołejko

poniedziałek, 11 kwietnia 2011

Bodaj najważniejszą lekcją, jaką kraje zachodnie wyniosą z kryzysu finansowego jest przekonanie o niezdolności do dłuższego utrzymywania fikcji państwa dobrobytu. Sozialstaat bądź welfare state, jak powszechnie mówi się o państwie dobrobytu, to koncepcja, wedle której państwo zabezpiecza obywateli przed podstawowymi ryzykami życiowymi: starością, chorobą lub bezrobociem.

grafikaW swej pierwotnej formie była to idea wielce szlachetna i słuszna. Niestety, wraz z biegiem czasu państwo przejmowało na siebie coraz więcej obowiązków. Ekspansja domeny publicznej oznaczała, że kolejne sfery życia i gospodarki znajdowały się pod kontrolą administracji. Zapewnienie kolejnych usług i świadczeń wymagało zatrudniania nowych urzędników, a także przyjmowania dodatkowych przepisów. Można powiedzieć, że jest to mechanizm kuli śniegowej. W efekcie aparat państwa rozrastał się do monstrualnych rozmiarów, a efektywności pracy poszczególnych resortów, agencji i innych instytucji nikt już nie miał szansy rzetelnie skontrolować.

Utrata kontroli nad powszechnym dobrobytem

Paternalizm państwa wobec obywateli sprawiał, że nie musieli oni wykazywać w życiu przesadnej inicjatywy. Rozbuchane do granic przyzwoitości świadczenia socjalne, czasem w połączeniu z jakąś pracą "na czarno", pozwalają na prowadzenie spokojne życia, często powyżej granicy wegetacji. Pozornie słuszne postulaty, jak ulżenie losowi samotnych matek bądź wielodzietnych rodzin sprawiają, że państwo de facto promuje patologie, jak fikcyjne samotne matkowanie (w rzeczywistości kobieta żyje w stałym związku, którego po prostu nie formalizuje) bądź finansowanie rodzin z marginesu społecznego, które wychowują kolejne pokolenie biorców pomocy społecznej. Oczywiście pieniądze z kasy państwa, a więc podatków płaconych przez obywateli, trafiają także do rzeczywiście potrzebujących. Jednak pole do oszustw, wyłudzeń i cwaniactwa jest bardzo szerokie.

O problemach finansowych wynikających z welfare state i konieczności poważnych zmian pisałem już w listopadzie 2009 roku w artykule: MFW: Brutalna prawda o finansach najbogatszych państw. Tekst powstał w oparciu o raport przygotowany przez Fundusz.

Do pieca welfare state nieustannie dorzucają oportunistyczni politycy, kupujący głosy i spokój społeczny kolejnymi wydatkami publicznymi. Zależnie od tego, do kogo trzeba się akurat uśmiechnąć przed wyborami bądź kto głośniej tupnie demonstrując pod siedzibą rządu albo parlamentu, politycy z łatwością rozdają nie swoje pieniądze. To powszechny mechanizm, znajdujący zastosowanie na większości kontynentów.

Państwo nie musi zajmować się wszystkim

Teraz, gdy po dekadach mało roztropnej polityki fiskalnej wiele państw stoi pod ścianą, trudno przyznać się do błędu. A jeszcze trudniej rozpocząć naprawę publicznej stajni Augiasza, jaką są finanse większości państw Zachodu, ze Stanami Zjednoczonymi, Francją czy Polską na czele. Grecja, Irlandia czy ostatnio Portugalia będą zmuszone do pewnych posunięć, na które nigdy  dobrowolnie by się nie zdecydowały. Nad USA, Francją czy Polską nikt jeszcze nie stoi z batem i nie każe nam ciąć wydatków.

Jednak prędzej czy później cięcia nastąpią. To nieuniknione (widać to zresztą na przykładzie Wielkiej Brytanii, która już ostro wzięła się za racjonalizację wydatków), jakkolwiek z wielką mocą nie zaprzeczaliby temu najważniejsi politycy z poszczególnych państw. Niezbędne oszczędności trzeba przeprowadzać z głową, a jednocześnie należy działać odważnie i zdecydowanie. Państwo musi ustąpić pola inicjatywie obywateli (zwanej często przez socjalistów wolnym rynkiem), oddając część zadań, których nie jest w stanie wykonać i na które nie ma wystarczających funduszy. Ile to razy narzekamy na kolejki u lekarzy, brud na ulicach czy przestarzały tabor na kolei. Czy niektóre z tych problemów nie zostałyby rozwiązane, gdyby państwo przestało przekonywać, że da sobie radę i zezwoliło na przejęcie inicjatywy przez społeczeństwo?

Zegar reform już bije

Struktura i polityka demograficzna państw Zachodu (wkrótce bardzo duża liczba emerytów, wydłużająca się średnia długość życia, mniejsza liczba młodych pracowników, niechęć do imigrantów) sprawia, że konieczność rozsądnych reform jest jeszcze bardziej paląca. Państwo  nie wróci już do swoich podstawowyc, pierwotnych zadań, definiowanych jako zapewnienie bezpieczeństwa wewnętrznego i zewnętrznego oraz zapewnienia przestrzegania prawa. Jest natomiast szansa na zdefiniowanie kilku, kilkunastu obszarów, które wymagają istotnej aktywności ze strony państwa.

Wspomniane wyżej bezpieczeństwo zawsze odgrywa rolę priorytetową. Dalej należy postawić na infrastrukturę - drogi, tory, lotniska, światłowody, etc. - wszystko, co zapewni swobodny rozwój przedsiębiorcom. Kolejny obszar to energetyka - powszechny dostęp do w miarę tanich źródeł energii oraz bezpieczeństwo i stabilność dostaw surowców. Następnie można dodawać inne sfery, takie jak ochrona zdrowia, ochrona środowiska itd., itp. Państwo nie może jednak robić wszystkiego, od produkcji kiełbas po prowadzenie zamorskich misji ekspedycyjnych.

Warto rozpocząć dyskusję na temat roli państwa i jego kluczowych obowiązków. Im szybciej ją rozpoczniemy, tym lepiej dla nas. Podobna debata powoli rozpoczyna się w USA, a ważny głos zabrał w niej Robert Samuelson, publicysta The Washington Post.

Piotr Wołejko

 

grafika: Wikimedia Commons

czwartek, 07 kwietnia 2011

Czy Chiny okrążają Indie? Względy gospodarcze i militarne sprawiają, iż Państwo Środka intensywnie inwestuje w rozbudowę portów w Pakistanie, Bangladeszu, Myanmarze czy na Sri Lance oraz w drogi i rurociągi wiodące przez terytoria Pakistanu i Myanmaru. Jak twierdzą Chińczycy, Ocean Indyjski to nie ocean Indii. Realizowana od lat strategia została określona mianem „naszyjnika z pereł”, który Pekin zaciska coraz mocniej na szyi Nowego Dehli.

Zarówno Chiny jak i Indie są zależne od morskich szlaków handlowych. Tą drogą eksportują własne towary, ale przede wszystkim importują ropę naftową. Dla Chin najgorszym koszmarem wydaje się zakłócenie transportu morskiego, o co w wypadku konfliktu mógłby pokusić się ich przeciwnik. Cieśnina Malakka to szczególnie wrażliwy punkt. Stąd Pekin doszedł do wniosku, że w jego żywotnym interesie leży pominięcie wąskiego gardła i stworzenie alternatywnych dróg dostaw surowców, w szczególności energetycznych.

Biżuteria czy stryczek?

Chińska strategia, w swoim pierwotnym wymiarze, dotyczy więc zaspokojenia potrzeb związanych z energetyką. Wydaje się jednak, że chińskie inwestycje zaspokajają również potrzeby związane z bezpieczeństwem i projekcją siły militarnej. Wspomniany naszyjnik tworzą m.in. porty w pakistańskim Gwadarze, bengalski Chittagong, lankijska Hambantota i birmańskie Sittwe. W każdym z tych miast Chińczycy inwestują w pogłębienie bądź modernizację infrastruktury portowej. Pekin nawiązał także współpracę z Maledywami oraz Kambodżą, które mogą dołączyć do naszyjnika jako kolejne perły. Pierścień okrążenia zdają się zamykać linie kolejowe do Tybetu (już istnieje) oraz (planowana) z Kaszgaru w prowincji Xinjang do okolic Rawalpindi w Pakistanie, gdzie znajduje się główna siedziba pakistańskiej armii.

grafika

źródło: cominganarchy.com

W efekcie Indie zostaną otoczone przez Chiny i znajdą się na zdecydowanie słabszej pozycji wobec swego głównego regionalnego rywala. Były minister spraw zagranicznych Indii, a obecnie doradca ds. bezpieczeństwa narodowego indyjskiego premiera Shiv Shankar Menon stwierdził jednak w 2009 roku, iż nie ma żadnych chińskich baz morskich na Oceanie Indyjskim. Dyplomata słusznie zauważył, że istotne jest pytanie, w jakim stopniu łatwiejszy dostęp do zmodernizowanej infrastruktury przełoży się na konkretne [wojskowe – przyp. P.W.] porozumienia i wpływy polityczne w przyszłości. Zważywszy jednak na trudne relacje Indii z państwami-perłami w chińskiej strategii, a także na dość naturalne dążenie jednej potęgi do osłabienia drugiej (a także wplątania ją w konflikty w jej bezpośrednim sąsiedztwie, aby nie mogła interesować się sprawami o większej skali), chińskie intencje można uznać za oczywiste. Należy pytać nie czy, a kiedy chińska flota zyska dostęp do portów w zaprzyjaźnionych państwach.

Chiny idą w świat

Realizacja strategii „naszyjnika z pereł” pokazuje, że ambicje Chin sięgają dużo dalej niż ich własne podwórko. Z jednej strony chcą zabezpieczyć akwen wzdłuż własnego wybrzeża i wyjść na Pacyfik, z drugiej zaś dążą do otwarcia na Ocean Indyjski i chcą dojść aż do Zatoki Perskiej oraz wschodniego wybrzeża Afryki. Oczywistym i uzasadnionym celem jest zadbanie o bezpieczeństwo szlaków handlowych – w końcu Chiny to globalna potęga gospodarcza, jednak tuż za potrzebami gospodarki idą potrzeby militarne.

Każde mocarstwo morskie poszerzało swoje wpływy dzięki zakładaniu stałych baz morskich w odległych od metropolii lokalizacjach. Państwo Środka podąża ścieżką wytyczoną przez Brytyjczyków oraz Amerykanów. Bez wątpienia obecność chińskiej floty na nowych akwenach będzie miała wpływ na politykę wielu państw Azji, a także Stanów Zjednoczonych. Chiny zyskają cenne narzędzie służące realizacji własnych interesów i jest wielce ciekawe, w jaki sposób będą z niego korzystać.

Piotr Wołejko

 

Artykuł ukazał się w nr 9/2011 tygodnika grafika

niedziela, 03 kwietnia 2011

Dwa lata kadencji za pasem, a przygotowania do walki o reelekcję już w drodze. Barack Obama znajduje się w takim momencie prezydentury, w której kluczowe zasady działania administracji powinny być już klarowne. Patrząc na podejście prezydenta do libijskiej operacji "Świt Odysei" można odnieść wrażenie, że powstały zręby polityki zagranicznej. Warto przy tym pamiętać o nadrzędnym imperatywie - poważnym problemie deficytu budżetowego i długu publicznego.

Irak, Afganistan i Libia

grafikaTrudno stwierdzić, jaka jest "Doktryna Obamy" w polityce zagranicznej. Niewiele się w tej kwestii zmieniło od początku marca, gdy miałem przyjemność prowadzić debatę poświęconą polityce zagranicznej Obamy. Jednak stopień zaangażowania USA w operację "Świt Odysei", w połączeniu z decyzjami prezydenta Obamy dotyczącymi wojen w Iraku i Afganistanie pozwala na dokonanie wstępnej oceny. W przypadku Libii, Stany Zjednoczone siłą rzeczy musiały (mogły najszybciej zmobilizować odpowiednie zasoby na Morzu Śródziemnym) na początku mocniej się zaangażować, jednak od pierwszej minuty Waszyngton zmierzał do przerzucenia ciężaru na innych chętnych.

W przypadku Iraku i Afganistanu nacisk należy położyć na wycofanie amerykańskich żołnierzy z tych państw i przekazanie odpowiedzialności za kraj miejscowym władzom. W Iraku to już się w zasadzie udało, natomiast w Afganistanie najpierw zwiększono ilość żołnierzy, by w określonym czasie móc dokonać istotnych redukcji kontyngentu. Przekazywanie odpowiedzialności Afgańczykom zostało już zapowiedziane, a perspektywa wycofywania sił z Afganistanu jest w miarę jasno zarysowana.

Mniej baz, mniej paternalizmu

Jednocześnie Ameryka dokonuje przeglądu i reorganizacji potężnego systemu rozsianych po całym świecie baz wojskowych. O ile zmniejszenie ilości żołnierzy stacjonujących na Półwyspie Koreańskim wydaje się dzisiaj wątpliwe, o tyle w Europie należy spodziewać się dalszych redukcji. Amerykanie zostawią sobie bazy przerzutowe, które pozwolą im dotrzeć do miejsc konfliktu w krótkim tempie, natomiast w samych bazach pozostanie tylko niezbędny personel. Większe zgrupowania wojsk pozostaną tylko w absolutnie kluczowych lokalizacjach.

Przed konkluzją należy przypomnieć o jeszcze jednym istotnym fakcie. Obama od początku kadencji naciska na rządy państw europejskich, aby te w większym stopniu wzięły na siebie ciężar zapewnienia sobie bezpieczeństwa, by nie dokonywały radykalnych oszczędności na siłach zbrojnych i dbały o zachowanie potencjału obronnego. Było to aktualne w chwili, gdy Obama zabiegał w Europie o dodatkowe oddziały na misję afgańską, jest aktualne teraz, gdy przygniecione zadłużeniem kraje Starego Kontynentu dramatycznie poszukują oszczędności.

Nowa polityka zagraniczna

Obserwując posunięcia prezydenta USA odnoszę wrażenie, iż w polityce zagranicznej zamierza realizować założenia koncepcji offshore balancing. Oznacza to, że Obama będzie unikał znaczącego zaangażowania, a już w szczególności długoterminowego zaangażowania, sił zbrojnych w operacje zamorskie. Zamiast wysyłania żołnierzy, Obama skorzysta z potęgi floty i lotnictwa, które są rozlokowane (lub mogą być szybko rozlokowane) na miejscu zdarzeń (np. wojna domowa w Libii). Okręty, samoloty i rakiety pokażą przeciwnikom Ameryki, że konkretne działania się jej nie podobają.

W tym samym czasie główny ciężar polityczny, a także wojskowy, spoczywa na lokalnych bądź regionalnych sojusznikach (partnerach). Libią mają zająć się Europejczycy, w szczególności Francja Sarkozy'ego, która aż wyrywała się, aby przejąć od Amerykanów gorącego kartofla, jakim jest operacja "Świt Odysei". Interwencja USA będzie następować tylko wówczas, gdy miejscowi partnerzy nie będą w stanie poradzić sobie sami. I raczej będzie to krótkotrwałe zaangażowanie.

Od przedstawionych wyżej założeń mogą oczywiście występować wyjątki. Zresztą jak od każdej reguły. Różne mogą być uzasadnienia tych odstępstw - od zasad moralnych do ważnych interesów narodowych. Możliwy jest także bardziej banalny powód, jakim jest bieżąca sytuacja polityczna (wewnątrz USA). Zdaje się, że nie będzie to też tylko polityka Obamy, ale również następnego lokatora Białego Domu.

Na rzeczywistość zewnętrzną silnie oddziałuje bowiem rzeczywistość wewnętrzna, konkretnie finansowa. Zagraniczne ekspedycje są kosztowne i nie Waszyngtonu nie stać już na pełnienie roli globalnego żandarma. Duma nie pozwoli Amerykanom całkowicie zrezygnować z tej roli, jednak odwrót za Ocean jest nieunikniony. Stany Zjednoczone jeszcze nie oddają pola, ale - choć nie przyznają tego wprost - sygnalizują taką możliwość.

Piotr Wołejko

 

grafika: prisonplanet.com

Zakładki:
1. Dyplomacja w Sieci
2. Blogi zagraniczne
3. Think-tanki
4. Media zagraniczne
5. Blogi polskie
6. Militaria
7. Periodyki
liczniki
Dyplomacja on Facebook