niedziela, 22 kwietnia 2012

Mitt Romney wreszcie zakończył swoją przeprawę w prawyborach GOP. Po tym, jak z wyścigu wycofał się Rick Santorum, Romney ma wreszcie otwartą drogę do starcia z Obamą. I po pierwszych kilku dniach można powiedzieć, że będzie to – wbrew niektórym przewidywaniom – bardzo wyrównana, ostra batalia.

Na pierwszy rzut oka nic na to nie wskazuje. W sondażu CNN/ORC International Obama ma 9 pp przewagi nad Rodneyem – wygrywa 52 do 43%. Dominuje wśród kobiet – ma tam 16 punktową przewagę. Wygrywa we wszystkich grupach wiekowych, poza wyborcami powyżej 65 roku życia.  Więcej osób uznaje go za reprezentujących ich wartości, i uznają go za bardziej sympatycznego niż Romneya.

Ale w kolejnym badaniu – Quinnipiac University – widać dopiero skalę problemów Obamy. Co prawda wygrywa z Romneyem 4 pp (46 do 42) ale aż 56% ankietowanych w tym sondażu wskazuje, że Obama źle prowadzi politykę ekonomiczną. Tylko 38% ma przeciwne zdanie. W tym sondażu Obama przegrywa także z kretesem wśród wyborców niezależnych. A to oni będą kluczową grupą w listopadzie. Tu 67% nie podoba się, jak prezydent zajmuje się gospodarką. 58% uznaje, że nie zasłużył na reelekcję.

grafika

Mitt Romney i Barack Obama (źródło: thehollywoodgossip.com)

No i w końcu mamy codzienny sondaż – tzw. tracker – Gallupa. W trzy dni po jego starcie, Romney prowadził z 5 pp przewagi. Miał 48%, a prezydent – tylko 43%. Sondaż Gallupa jest jednym z najważniejszych psychologicznie wskaźników tego jak wygląda wyścig. To na niego patrzą wszyscy komentatorzy, dziennikarze i eksperci. I chociaż najważniejsze są rezultaty w poszczególnych stanach, to cień Gallupa będzie wisiał nad całą kampanią.

Romney, mimo ogromnych męczarni w prawyborach, wkrótce po tym jak Rick Santorum wycofał się z wyścigu zdołal skonsolidować wokół siebie bazę GOP. Zaczął bardzo agresywną kampanię przeciwko prezydentowi. Jego największym problemem pozostaje poparcie kobiet - Rick Santorum przesunął konwersację w prawyborach na tematy światopoglądowe, a Romney musiał się do tego dostosować. Z tego powodu to właśnie wśród kobiet ma teraz największe problemy.

Obama pozostaje bardzo potężnym przeciwnikiem, z ogromnymi zasobami finansowymi i silną maszyną kampanijną. Ale słabe wyniki gospodarcze USA mogą go pogrążyć, w szczególności w oczach wyborców niezależnych. W tym momencie rezultat kampanii powszechnej jest kwestią otwartą, i tak będzie, aż do dnia wyborów. To będzie ostra kampania, i obie strony zdają sobie z tego sprawę.

Michał Kolanko*

 

*Michał Kolanko - członek redakcji portalu 300polityka.pl



Wcześniejsze artykuły z cyklu Wyścig o Biały Dom 2012:

piątek, 20 kwietnia 2012

Indie przeprowadziły udany test rakiety balistycznej Agni V o zasięgu 5000 km. Pekin znajduje się więc w zasięgu indyjskich sił nuklearnych. Dotychczas Indie posiadały rakiety o zasięgu do 3500 km. Po zakończonej sukcesem próbie New Dehli dołącza do ekskluzywnego grona posiadaczy interkontynentalnych pocisków balistycznych (ICBM) – Stanów Zjednoczonych, Francji, Rosji i Chin. Paradoksalnie, wcale mnie to nie cieszy. Wręcz przeciwnie, martwi mnie hipokryzja, która udaje geopolityczną kalkulację.

Obłaskawianie Indii

Warto zwrócić uwagę na fakt, iż indyjski test nie spotkał się z istotną reakcją ze strony Zachodu. Zupełnie inaczej niż niedawny, nieudany, analogiczny test północnokoreański. Zachód uważa bowiem Indie za cennego sojusznika w globalnej układance i pokłada w New Dehli wielkie nadzieje. Przede wszystkim jako przeciwwagę dla Chin. W związku z tym Indiom można wybaczyć wiele, zbroić je bez przeszkód (wobec embarga na zachodnią broń dla Chin) i akceptować poważne grzechy przeszłości (amerykański układ dotyczący cywilnego programu nuklearnego), czyli skonstruowanie broni jądrowej poza reżimem traktatu NPT.

Wspomniany układ pomiędzy Indiami a USA pozwala Indiom określać, które instalacje nuklearne są cywilne, a które wojskowe, a więc decydować, gdzie mają dostęp inspektorzy Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej (IAEA). Jest to nic innego jak usankcjonowanie Indii jako pełnoprawnej potęgi jądrowej. Podnosi to prestiż Indii i winduje ten kraj do globalnej pierwszej ligi. A także do klubu „dobrych” potęg jądrowych, w przeciwieństwie do Pakistanu, który ma na pieńku z Indiami (chociażby Kaszmir), i który nie doczekał się uznania swego atomowego statusu. Pakistan zwraca zresztą uwagę, iż układ Indie-USA w istotny sposób zmienił regionalny układ sił na niekorzyść Islamabadu.

Pakistan nie wydaje się jednak Zachodowi tak atrakcyjny jak Indie. Nie jest demokracją (od niepodległości dłużej trwały rządy wojskowych niż cywilów), jest mniejszy (terytorium, ludność, gospodarka), do tego wspiera talibów i radykalnych islamistów, nie tylko w Afganistanie. Można więc Pakistan lekceważyć, przeprowadzać na jego terytorium ataki przy wykorzystaniu samolotów bezzałogowych, a gdy nie będzie już potrzebny, porzucić (co stało się już raz, po wycofaniu ZSRR z Afganistanu).

W kontrze do Chin

Idealistyczny obraz Indii, jaki mamy na Zachodzie, jest czymś bardzo nierozważnym. A priori przyjęliśmy, iż ten kraj to nasz sojusznik; że łączy nas nie tylko podobne postrzegania świata, lecz również wspólne wartości. Jednocześnie uznaliśmy, że naprzeciw dobrych Indii stoją złe Chiny. Wiadomo, dyktatura, komuniści, uciekające miejsca pracy w przemyśle, kradzież własności intelektualnej, a ostatnimi czasy coraz śmielsze posunięcia na arenie międzynarodowej. W tej logice Indie są wielkim, sympatycznym misiem, do którego warto się przytulić i którego miło pogłaskać, natomiast Chiny są ogromnym złym smokiem, którego ognisty oddech może przypalić nam porcięta. W tej logice nie mieści się też, że Iran może rozwijać program nuklearny, a już na pewno nie to, że może posiadać broń jądrową (czego nie jestem entuzjastą, lecz nie przeraża mnie to; da się żyć z nuklearnym Iranem).

Tymczasem Indie, chociaż sprawiają dobre wrażenie, wcale nie są takie prozachodnie. Indie realizują własne interesy, a nie cudze (zachodnie) i idzie im to (głównie z nami, Zachodem) całkiem sprawnie. Wystarczy zalotne spojrzenie, a do New Dehli pędzą Amerykanie, Francuzi, Brytyjczycy czy Niemcy i z radością sprzedają to, co mają najlepszego. Nowoczesne technologie szerokim strumieniem płyną do Indii także z Izraela, z którym New Dehli utrzymuje bliskie relacje, w szczególności wojskowe. Pozyskanie Indii (czy też odzyskanie) dla Zachodu wydawało się wielkim gambitem Georga W. Busha (wspomniany wyżej układ nuklearny to jego osiągnięcie), a jego celem było odwrócenie rozwijającej się na niekorzyść zachodnich potęg geopolityki wschodzącej Azji.

grafika

Rakieta Agni V (źródło: Wikimedia Commons)

Częściowo udało się Indie pozyskać. Wynika to jednak bardziej z ich obawy przed Chinami, które rozwijają się bardzo dynamicznie i wyprzedzają Indie o kilka długości i myślą strategicznie okrążając Indie naszyjnikiem z pereł. New Dehli potrzebuje partnerów i sojuszników, głównie w zakresie modernizacji gospodarki. Nie zamierza jednak grać w polityce międzynarodowej tak, jak zagra Zachód. Tutaj przeważa własny interes. Od negocjacji dot. wolnego handlu (runda Doha), przez negocjacje klimatyczne, po azjatycki układ sił, Indie grają pod siebie. A w dyplomacji starają się przede wszystkim zbytnio nie wychylać, tj. wypowiadać się i działać ostrożnie. W szczególności dotyczy to Chin, z którymi uwikłane są w wiele sporów – terytorialny, o wspieranie przez Pekin Pakistanu oraz o zasoby wody pitnej (chińskie plany regulacji rzek).

Złudzenie, iż Indie znajdują się w zachodnim bloku i byłyby skłonne zwrócić się przeciwko Chinom przyniosło New Dehli wymierne korzyści. Akceptacja statusu potęgi atomowej, dostęp do nowoczesnych technologii i uzbrojenia oraz pełna zgoda na rozwijanie programu rakietowego. Nie cieszy mnie to, gdyż globalne bezpieczeństwo się przez to nie poprawia. Kolejny kraj zyskuje dostęp do broni, która może potencjalnie wyrządzić poważne szkody. Zapewne i bez zachodniej akceptacji Indie osiągnęłyby postęp w zakresie ICBM, natomiast proliferacja tej technologii postępuje (wewnętrzna proliferacja) częściowo przy poklasku Zachodu.

Myśleć w dłuższej perspektywie

Gdy wspiera się taki rozwój zdarzeń jak najbardziej zasadne staje się pytanie: dlaczego innych traktujemy inaczej? Dlaczego chcemy atakować Iran? Wyolbrzymione zagrożenie ze strony Iranu to niebywała rzecz na Zachodzie. W czym i komu ten kraj zagraża? W naszej logice, jak widać, komuś zagraża. Jednak w logice Chin już niekoniecznie. Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. A jaki będzie punkt siedzenia Indii za dekadę lub dwie? Czy nadal będą odgrywały rolę „sympatycznego misia”?

Sojusze się zmieniają, a Indie jeszcze nie tak dawno (raptem 30 lat) były dalekie od sympatii do Zachodu. Zastanawiam się, czy powinniśmy zupełnie bezkrytycznie podchodzić do rozwoju indyjskiego potencjału rakietowego. Aktualnie zdaje się nam, że ten potencjał wzmacnia nasz, zachodni system wojskowy i osłabia tym samym pozycję Chin. W dłuższej perspektywie wcale nie musi tak być (chociażby integracja w łonie BRICS, przestawienie wektorów na współpracę Południe-Południe itp.).

Piotr Wołejko

niedziela, 15 kwietnia 2012

Pakistański parlament bez głosu sprzeciwu przyjął nowe wytyczne dla rządu w zakresie polityki zagranicznej, w szczególności stosunków ze Stanami Zjednoczonymi, NATO oraz ISAF [czytaj w PDF]. Co wynika z tego dokumentu dla relacji pakistańsko-amerykańskich i dla pakistańskiej dyplomacji?

Najpierw wyciąg z wytycznych:

  1. Pakistan jest bardzo zirytowany naruszaniem swej suwerenności przez siły amerykańskie, w szczególności samoloty bezzałogowe dokonujące licznych ataków na terytorium kraju.
  2. W związku z powyższym wszelkie ataki dronów powinny zostać wstrzymane. Podobnie jak infiltracja pakistańskiego terytorium, pod jakimkolwiek pretekstem, w szczególności w tzw. pościgu (za rebeliantami z Afganistanu). Co więcej, przestrzeń powietrzna Pakistanu nie może być wykorzystywana do transportu uzbrojenia do Afganistanu.
  3. Pakistan domaga się równoprawnego do Indii traktowania w sprawie programu nuklearnego i broni jądrowej. Wyjątek uczyniony przez USA, a następnie wspólnotę międzynarodową dla Indii zmienił układ sił na niekorzyść Pakistanu.
  4. Amerykanie/NATO/ISAF powinni przeprosić za atak z końca listopada 2011 r., w którym zginęło 24 pakistańskich żołnierzy. Winni powinni zostać osądzeni.
  5. Zakazuje się podejmowania przez władze państwowe jakichkolwiek decyzji dotyczących bezpieczeństwa narodowego w formie ustnej. Dotychczasowe decyzje i umowy podjęte w tej formie tracą swą moc. Tworzy się specjalną procedurę zawierania umów z zakresu bezpieczeństwa narodowego. Zakładają wgląd parlamentu w treść umów oraz jej przedstawienie w obu izbach parlamentu.
  6. Zakazuje się prowadzenia jawnych oraz tajnych operacji [przez strony trzecie – przyp. P.W.] na terytorium Pakistanu.
  7. Zakazuje się działalności kontraktorów (operatorów) prywatnych firm wojskowych lub wywiadowczych.
  8. Zakazuje się tworzenia zagranicznych baz wojskowych na terytorium Pakistanu.
  9. Konflikt w Afganistanie może być rozwiązany tylko drogą pojednania narodowego w procesie, na czele którego staną sami Afgańczycy.
  10. Celem pakistańskiej dyplomacji powinno być utrzymanie przyjaznego i bezpiecznego sąsiedztwa.
  11. Pakistan powinien aktywnie działać w kierunku realizacji projektów budowy gazociągów z Iranu i Turkmenistanu.
  12. Pakistan powinien aktywnie dążyć do uzyskania stałego członkostwa w Szanghajskiej Organizacji Współpracy.

Pakistańscy legislatorzy wspominają też o pogłębianiu strategicznych więzi z Chinami, pokojowej koegzystencji z Indiami, bliższej współpracy z Rosją i Unią Europejską. Jak zwykle, koncert życzeń w kierunku wszystkich głównych graczy, nie zapominając o świecie islamu, Radzie Współpracy Zatoki oraz krajach ASEAN. Pakistan zgadza się również na przywrócenie lądowej drogi zaopatrzeniowej dla sił ISAF/NATO, jednak planuje podnieść opłaty.

Pakistańska narracja

grafikaIslamabad dobrze wpasował się ze swoimi żądaniami pod adresem USA. Amerykanie wraz z NATO podtrzymują, iż do końca 2014 r. zamierzają wycofać zdecydowaną większość/całość sił z Afganistanu. Bez Pakistanu i jego wpływów po zachodniej stronie granicy nie uda się osiągnąć nawet szkieletowego porozumienia. Pakistan zabezpiecza swoje tyły, strategiczną głębię, chociażby poprzez utrzymywanie ugrupowania Hekmatjara czy wstrzymywanie się z operacjami wojskowymi w Północnym Wazyrystanie, bezpiecznej przystani talibów. Pakistan nie może pozwolić na wzrost wpływów Indii w Afganistanie, nie chce też pozwolić Ameryce na ułożenie spraw w Kabulu po swojemu. Pozytywny przekaz jest jasny – Afganistan ma być skrojony pod pakistańskie potrzeby i interesy. Nie jest to nic nowego, ale Zachód jakoś nie może tego zrozumieć.

Kwestia suwerenności od dawna denerwowała Pakistan i teraz sprawa wydaje się być postawiona na ostrzu noża. Wszystko skomplikował też rajd na Abbottabad z maju zeszłego roku, w wyniku którego Navy Seals zabili Osamę bin Ladena. Zaprzestanie ataków dronów mocno ograniczy możliwości eliminowania liderów talibskich bojówek. Z drugiej strony, ich eliminacja niewiele daje, gdyż zawsze ktoś zajmuje miejsce dotychczasowego lidera. A rebelia toczy się talej.

Pakistan pozycjonuje się w omawianym dokumencie na kraj pokrzywdzony przez długoletnią wyniszczającą wojnę z terrorem. Liczy na koncesje handlowe i pomoc. Amerykanie od lat wspierają Islamabad, w szczególności pakistańską armię. Przy skali potrzeb to na pewno niewiele, lecz obecnie panuje słaby klimat na wspieranie Pakistanu.

Ważny fragment wytycznych to deklaracja, iż pakistańskie terytorium nie powinno być wykorzystywane do jakichkolwiek ataków na inne kraje. Warto przypomnieć w tym miejscu o zamachach w Bombaju z listopada 2008 r., które zostały przeprowadzone przez pakistańskich terrorystów. Czy ta deklaracja dotyczy także takich przypadków? Czy Pakistan zajmie się wspieranymi przez lata terrorystami na poważnie? Do tej pory bywali przydatni w asymetrycznym konflikcie z Indiami.

Rząd Pakistanu powinien prowadzić politykę zagraniczną zgodnie z opisanymi wyżej wytycznymi. Wygląda na to, że będzie ona bardziej asertywna. Główne wektory nie mogły się zmienić – kierunek Chiny to podstawa. Dalej trudne, ale nadal opłacalne (głównie finansowo) relacje z Ameryką. Odbudowa zaufania i stabilizacja relacji z Indiami. Próba wyjścia na UE i Rosję oraz GCC i ASEAN. Wątpliwe, by Islamabad było stać na tak szerokie, a do tego skuteczne działania.

Odwrót z Afganistanu

Dla USA/ISAF/NATO pakistańskie wytyczne to kolejny sygnał, iż należy zwijać manatki z Afganistanu. Islamabad gra i będzie grał pod siebie, a ponoszone przez Zachód koszty mało go obchodzą. Co więcej, prawdziwy cel wojny w Afganistanie, czyli terroryści spod znaku Al-Kaidy, znajduje się aktualnie w Jemenie, Algierii czy Mali (Azawad, AQIM) bądź Somalii (al-Shabab) i wypadałoby skupić uwagę i zasoby na tych właśnie miejscach.

Piotr Wołejko



grafika: geotauaisay.com

wtorek, 10 kwietnia 2012

Oglądając rok temu w telewizji tłumy ludzi na centralnych placach w Tunisie, Kairze, Manamie czy Benghazi można było odnieść wrażenie, że miejscowa ludność postanowiła zostawić za sobą autorytarną przeszłość spod znaku Ben Alego, Mubaraka czy Kaddafiego i zamienić despotyzm na ustrój pozwalający obywatelom na uzyskanie większego wpływu na postępowanie władz. Czy nasze przypuszczenia znajdują odbicie w faktach?

Sukcesy i porażki

Dziś tylko Tunezja wydaje się zmierzać w takim kierunku. Zwycięska islamska Partia Odrodzenia (Nahda) nie zamierza budować państwowego prawodawstwa na szariacie. Jednak Tunezja jeszcze za dyktatury Ben Alego była stosunkowo najbliższa Zachodowi, dlatego trudno uznać jej przypadek za reprezentatywny. Zresztą, trudno jakikolwiek przypadek uznać za w pełni reprezentatywny. Kraje arabskie są bardzo zróżnicowane, a panarabizm to dawno przebrzmiała idea.

Rzeczywistość w porewolucyjnej Libii pozostawia wiele do życzenia. Kraj składa się w zasadzie z wasalnych księstewek, gdzie panują lokalni liderzy milicji i ugrupowań zbrojnych, którzy obalali pułkownika Kaddafiego. Trudno przewidzieć, czy w najbliższych miesiącach uda się przeprowadzić wybory do konstytuanty i rozpocząć proces tworzenia nowej konstytucji, gdyż inne problemy są bardziej palące. Przede wszystkim trzeba zapewnić bezpieczeństwo obywatelom, rozbroić lokalnych watażków i zapewnić władztwo rządu tymczasowego na chociażby podstawowym poziomie. Rewolucja w Libii nie doprowadziła do utworzenia nowego porządku w Trypolisie, natomiast była katalizatorem rebelii w Mali, gdzie plemię Tuaregów ogłosiło niedawno niepodległość tzw. Azawadu. Libia stała się też arsenałem wszelkiego rodzaju uzbrojenia, z którego można czerpać do woli. Wczoraj pisałem, iż w samym tylko Egipcie szacuje się napływ nielegalnej broni na 10 milionów sztuk.

grafika

źródło: pomed.org

Trochę większy porządek panuje w Egipcie, lecz trudno aby było inaczej, skoro de facto nadal rządzi tam wojsko w postaci Najwyższej Rady Wojskowej z marszałkiem Tantawim na czele. Co prawda w wyborach parlamentarnych zwyciężyły partie islamskie - Bractwo Muzułmańskie i salafici - jednak władzę nadal dzierży armia. Wkrótce mają odbyć się wybory prezydenckie i dopiero ewentualny sukces kandydata Bractwa może doprowadzić do istotniejszych zmian na scenie politycznej. A może wojskowi ułożą się z islamistami, dopuszczając tych ostatnich do współudziału w sprawowaniu władzy? Zarówno armia, jak i Bractwo, wyznają pragmatyzm ekonomiczny i takiego układu nie można wykluczyć.

Wówczas pewne byłoby to, iż rewolucja egipska to była jedna wielka ściema. Wojskowi metodą kooptacji przeformułowaliby układ rządzący, a protestujący na placu Tahrir i w wielu innych miejscach młodzi ludzie, często o poglądach liberalnych i demokratycznych, zostaliby wystrychnięci na dudka. Już teraz powszechne są komentarze, iż rewolucja została skradziona i korzystają na niej inne siły.

Do powyższych faktów odnosi się były sekretarz stanu USA Henry Kissinger. Zauważa on, że  chociaż "arabska wiosna jest powszechnie uznawana za rewolucję młodych ludzi walczących o liberalno-demokratyczne zasady", w rzeczywistości wygląda to zupełnie inaczej. Demokraci nie sprawują rządów w Libii, ani w Egipcie. Nie stanowią również większości w syryjskiej opozycji. Kissinger słusznie dodaje, iż "konsensus dotyczący Syrii w Lidze Arabskiej nie został stworzony przez kraje znane wcześniej z praktykowania ani propagowania demokracji". Zdaniem doświadczonego dyplomaty wszystko rozgrywa się w starych schematach konfliktu sunnitów z szyitami, co pozwala wytłumaczyć "trudne położenie mniejszości etnicznych, takich jak Druzowie, Kurdowie czy chrześcijanie wobec zmiany reżimu w Syrii".

Za wcześnie na ocenę

Trudno już dziś wydawać kategoryczne sądy na temat arabskiej wiosny i jej długoterminowych skutków. Na pewno wymusiła ona większą aktywność państw arabskich i rozruszała bierną do tej pory organizację, jaką była Liga Arabska. Trzeba pamiętać, w szczególności w kontekście Egiptu, iż przemiany w Polsce z perspektywy setek bądź tysięcy kilometrów mogły wyglądać na ostrożne i powolne, a dla niektórych nawet na udawane. Zmiana ustroju to sprawa delikatna i w każdej sytuacji wyjątkowa, ponieważ - oprócz sytuacji międzynarodowej - składają się na nią osobne, czysto lokalne uwarunkowania. Nie skreślajmy więc Egiptu już teraz i przyglądajmy się działaniom miejscowego Jaruzelskiego, czyli marszałka Tantawiego oraz opozycji, której przewodzą partie islamskie.

Piotr Wołejko

poniedziałek, 09 kwietnia 2012

Po raz 14. od wybuchu rewolucji przeciwko Hosniemu Mubarakowi nieznani sprawcy wysadzili w powietrze gazociąg z Egiptu do Izraela przebiegający przez Półwysep Synaj. Kair jak na razie nie potrafi, a może i nie specjalnie nie chce, zapewnić rurociągowi odpowiedniej ochrony, a Izrael musi szukać gazu z innych źródeł.

Odpowiedzialność za niszczenie infrastruktury energetycznej spada na zamieszkujących Synaj Beduinów. W porewolucyjnej rzeczywistości zaczęli się domagać poszanowania ich praw, przede wszystkim własności ziemi, na której reżim wznosił ekskluzywne kurorty turystyczne. Sprzeciwiają się też dyskryminacji w państwie egipskim. Jednak wybryki Beduinów to tylko część odpowiedzi na pytanie, co dzieje się na Synaju. A dzieje się wiele i nie są to wydarzenia, które powinny wzbudzać naszą radość.

Na mocy traktatu pokojowego między Izraelem a Egiptem z 1979 roku Półwysep Synaj został w dużej mierze zdemilitaryzowany. Podzielono go na kilka stref, w których egipskie siły bezpieczeństwa mogą przebywać za zgodą Izraela. Do tego ograniczono ich liczebność. Izrael asekurował się, co było uzasadnione, na ewentualność ataku ze strony Egiptu. Dziś tamte ustalenia mszczą się zarówno na Izraelu, jak i na Egipcie. Synaj stał się krainą bezprawia, w której panoszą się nie tylko roszczeniowo nastawieni Beduini, lecz również terroryści z Al-Kaidy (i zapewne innych podobnych jej ugrupowań). Sytuacji nie poprawia fakt, iż porewolucyjny Egipt został niemalże zalany bronią, przemycaną z Libii oraz Sudanu. Premier Egiptu mówi o nawet 10 milionach sztuk nielegalnej broni. To prawdziwie wstrząsająca liczba.

grafika

źródło: sabbah.biz

Nic dziwnego, że w Kairze coraz głośniej mówi się o konieczności renegocjacji traktatu pokojowego z Izraelem. W innym wypadku uporządkowanie sytuacji na Synaju wydaje się zadaniem niemożliwym do wykonania. Izrael zgodził się co prawda na zwiększenie liczebności egipskich sił bezpieczeństwa, lecz mowa tutaj o setkach, a nie tysiącach potrzebnych żołnierzy i funkcjonariuszy. Izrael obawia się jednak, iż zgoda na renegocjacje traktatu położy fundament pod jego wypowiedzenie. W Izraelu bardzo ostrożnie patrzą na rosnące w siłę Bractwo Muzułmańskie. Nie brakuje głosów, iż Bractwo doprowadzi do zerwania traktatu, a kolejne udane próby wysadzenia w powietrze gazociągu nie stanowią dla polityków Bractwa powodu do zmartwienia.

Dlatego też Izrael, jak to ma w zwyczaju, zagroził Egipcjanom przeprowadzeniem odwetowych uderzeń militarnych na cele na Półwyspie Synaj. Groźby pojawiły się po tym, gdy z terytorium Egiptu wystrzelono w kierunku Izraela kilka rakiet. Izrael w żadnej mierze nie może pogodzić się z sytuacją, gdy jego terytorium będzie ostrzeliwane zarówno z północy, przez Hezbollah, jak i z południa, przez palestyński Hamas oraz bliżej nieokreślone grupy z egipskiego Synaju. Obecne ostrzeżenia Izraela traktowałbym poważnie, natomiast Jerozolima/Tel Awiw pozostawi Egipcjanom trochę czasu na załatwienie problemu własnymi siłami. Mimo ostrożności w podejściu do Bractwa, Izrael bardzo ceni sobie pokój z Egiptem i nie będzie podejmował radykalnych kroków, do jakich z pewnością należałoby zaliczyć przeprowadzenie ataku na cele w Egipcie.

Wszystko to pokazuje jednak, że sytuacja na Bliskim Wschodzie coraz bardziej się zagęszcza, a - przewidywane już w chwili trwania rewolucji - pogorszenie sytuacji geopolitycznej Izraela staje się faktem. Zadziwiające jest to, że Izrael, zamiast skupić się na problemach z Egiptem, próbuje wplątać region i wiele państw świata w awanturę z Iranem. Wygląda to na lekceważenie aktualnych problemów w bezpośrednim sąsiedztwie kosztem zajęcia się ewentualnymi przyszłymi problemami w sąsiedztwie dość odległym. Skupianie zasobów na niewłaściwym problemie nie stawia izraelskiego rządu w dobrym świetle.

Piotr Wołejko

 
1 , 2
Zakładki:
1. Dyplomacja w Sieci
2. Blogi zagraniczne
3. Think-tanki
4. Media zagraniczne
5. Blogi polskie
6. Militaria
7. Periodyki
liczniki
Dyplomacja on Facebook