poniedziałek, 29 kwietnia 2013

W ubiegłym tygodniu zaczęły się nasilać (pojawiały się bowiem już od jakiegoś czasu) doniesienia o tym, iż reżim Assada użył przeciwko swoim obywatelom broni chemicznej (mówi się o sarinie). Na niewielką skalę, ale jednak. Natychmiast połączono ten fakt z wypowiedzią prezydenta USA Baracka Obamy, iż użycie broni masowego rażenia to granica, której Assad nie powinien przekraczać, jeśli nie chce mieć do czynienia ze zdecydowaną reakcją Stanów Zjednoczonych. Czy nie nadszedł więc czas na interwencję i - jak uważają jej zwolennicy - obalenie syryjskiego dyktatora i uporządkowanie spraw w Damaszku?

Co z bronią masowego rażenia?

grafikaZ moralnego punktu widzenia to, co dzieje się w Syrii, jest niemożliwe do zaakceptowania. W trwającym dwa lata konflikcie zginęło już 70-80 tysięcy osób, w większości cywilów, a ponad milion osób opuściło swoje domy lub granice kraju. Sporo, jak na 22-milionową populację. Od dłuższego czasu konflikt znajduje się w fazie stagnacji - żadna ze stron, czyli Assad bądź szeroko rozumiana opozycja (o niej w dalszej części wpisu) nie jest w stanie przechylić szali na swoją korzyść. W kraju trwa brutalna wojna domowa, w której prawie (o ile doniesienia o użyciu broni chemicznej się nie potwierdzą) wszystkie chwyty są dozwolone. Jakkolwiek brutalnie to nie zabrzmi, rację ma prof. Steve Walt gdy pisze, że nie ma większej różnicy, czy ludzie Assada zabijają swoich przeciwników przy użyciu sarinu, czy bomb kasetowych, moździerzy, nalotów, karabinów maszynowych etc. Walt podaje przykład Rwandy, w której ponad milion osób zginęło w efekcie ciosów zadanych maczetami. Czy w ten sposób maczeta stała się bronią masowego rażenia?

Walt słusznie zauważa, podobnie jak Jon Wolfsthal, że ewentualne użycie broni chemicznej nie powinno determinować amerykańskiej interwencji w Syrii. Wolfsthal twierdzi też, że warto poświęcić tyle czasu, ile trzeba, aby upewnić się, jak z tą bronią chemiczną naprawdę było. Potwierdzenia z różnych źródeł, głównie Wielkiej Brytanii czy Izraela to jeszcze żadne dowody. Pamiętamy przecież, jak Amerykanie montowali koalicję (na zasadzie listka figowego, bo i bez niej zrobiliby dokładnie to samo) do wojny w Iraku, a sekretarz stanu Colin Powell bez żenady przedstawiał na forum ONZ "podkręcone" dowody o broni masowego rażenia znajdującej się rzekomo w posiadaniu Saddama Husajna. Żadnej broni po inwazji, mimo dogłębnych poszukiwań, nie znaleziono, a sam Powell przepraszał później za to, że zrobiono mu z gęby cholewę.

W interesie całej społeczności międzynarodowej, nie tylko Stanów Zjednoczonych, jest to, by broń masowego rażenia nie była wykorzystywana podczas żadnych konfliktów, a także by nie następowała jej proliferacja (rozprzestrzenianie się). Pytanie, czy chęć zapobieżenia takim wydarzeniom uzasadnia interwencję? A jeśli tak, to na jaką skalę? Czy interwencja znajduje inne (dodatkowe) uzasadnienie?

Wyciągnąć lekcje z wcześniejszych doświadczeń

Po doświadczeniach irackich i afgańskich Amerykanom nie spieszy się do wysyłania swoich żołnierzy do udziału w kolejnej wojnie domowej. Znowu musieliby opowiedzieć się po którejś ze stron, a następnie walczyć o to, by utrzymała się ona u władzy. Kolejny nation-building, lata zaangażowania i koszty idące w biliony dolarów. Warto przytoczyć tu jeszcze bardziej zamierzchłe doświadczenia lat 80. ubiegłego wieku i interwencję Izraela, a także USA i Francji (to już pod banderą ONZ) w Libanie. Interwencje te zakończyły się klęską, a w przypadku Francuzów i Amerykanów także śmiercią dziesiątek żołnierzy w wyniku zamachów terrorystycznych dokonanych przez powstające wówczas ugrupowania o charakterze islamistycznym. Wszystkie siły pokojowe i okupacyjne wycofały się z Libanu nie osiągając zakładanych celów.

Tymczasem Liban jest kilkakrotnie mniejszy od Syrii. Już teraz kraj ten został wciągnięty w konflikt - po stronie Assada walczy coraz więcej bojowników szyickiego klienta Iranu, czyli Hezbollahu. Uchodźcy zalewają Liban, a także Turcję i Jordanię.

Wszystkie barwy opozycji

Można odnieść wrażenie, że w Syrii wszyscy walczą ze wszystkimi. Opozycja jest podzielona na dziesiątki, a najpewniej na setki grup o różnych rozmiarach, potencjałach i możliwościach. Część opozycji to bojownicy o poglądach radykalnych, niektórzy nie kryją swojej afiliacji z Al-Kaidą (głośna sprawa Al-Nusra), a jeszcze inni to zaciąg zagraniczny - jak to ujmuję "turystyczny dżihad" (względnie eksportowy - więcej w pkt 9 niniejszego wpisu). Rozmaici bojownicy zwalczają Assada i podległe mu bojówki (milicje?), lecz nie cofają się również przed atakowaniem innych opozycjonistów. Nie występuje poważniejsza koordynacja poczynań rozdrobnionej (z tendencją do dalszego rozdrabniania) opozycji.

W tej sytuacji trudno rozważać wejście do takiego gniazda szerszeni z własnymi siłami o charakterze bojowym (obalenie Assada), a następnie stabilizacyjnym. Czy chcielibyśmy, by polscy żołnierze brali udział w takim przedsięwzięciu? Jeśli nie interwencja, to może transfery uzbrojenia do opozycji? Ale do której?! Nie da się zapewnić, że broń nie trafi do elementów opozycji, która nam - Zachodowi, czyli jedynej stronie, która rozważa i efektywnie może się podjąć interwencji - nie pasuje, ergo do islamistów. Czy chcemy mieć drugą Libię (półtora roku od obalenia Kaddafiego kraj jest niestabilny, zamachy są codziennością - w jednym zginął amerykański ambasador, w innym próbowano wysadzić ambasadę Francji), tylko do sześcianu albo Afganistan, w którym wszyscy są uzbrojeni (nierzadko w broń z "zaciągu CIA" przekazaną Afgańczykom do wojaczki z Sowietami w latach 80.) i chętni do bitki?

Argumenty za interwencją w Syrii

Zwolennicy interwencji w Syrii i obalenia Assada twierdzą, że mimo dużego ryzyka i wielkich kosztów w każdym wymiarze, ewentualne zyski przeważają w tym równaniu. Oto bowiem można za jednym zamachem odzyskać Syrię i poważnie ograniczyć wpływy Iranu (w tym także libańskiego Hezbollahu). Ten argument ma dużą siłę przyciągania i jest słuszny. Upadek Assada i przejęcie władzy w Damaszku przez sunnitów oznacza ograniczenie regionalnej potęgi Iranu. Niemniej, nadal pozostają istotne wpływy w Iraku (zdominowanym przez szyitów) i Hamas w Strefie Gazy, który zawsze można wykorzystać do podgryzania Izraela. Iran nadal nie będzie posiadał w regionie znaczącego rywala, który samodzielnie równoważyłby jego potęgę (był nim niegdyś Irak Saddama Husajna, wspierany w wojnie z Iranem przez Zachód, nawet w sytuacji masowego używania broni chemicznej przeciwko Irańczykom).

Argumenty przeciw interwencji w Syrii

Osłabimy więc Iran. Co dalej? Osłabimy Hezbollah w Libanie. Ale czy odzyskamy Syrię? Przypadki Tunezji, Egiptu czy Libii pokazują, że trzeba być bardzo ostrożnym w odniesieniu do tego rodzaju sądów. W szczególności warto przyglądać się Libii, gdzie funkcjonuje cała gama ugrupowań zbrojnych, w tym o charakterze radykalnym, które są dalekie od uznania suwerenności czegoś, co na Zachodzie nazywa się rządem centralnym. Dlaczego w Syrii miałoby być inaczej? Sytuacja jest tam zdecydowanie bardziej zagmatwana niż w Libii, do tego Irańczycy dołożą wszelkich starań, by podsycać nastroje antysunnickie, antyamerykańskie czy antyzachodnie.

Dyplomacja, nie wojsko

Rozwiązaniem konfliktu nie jest interwencja wojskowa a dyplomacja i negocjacje. Najpierw trzeba nakłonić Rosję i Chiny do zachodniego punktu widzenia, iż należy bezzwłocznie rozpocząć przygotowania do zakończenia trwającej dwa lata rzezi. Następnie, przy wsparciu tych dwóch państw, powinny rozpocząć się negocjacje reżimu Assada z przedstawicielami najważniejszych ugrupowań opozycyjnych (w tym zbrojnych, a nie tylko cywilów) na temat nowego układu politycznego w kraju. Nad wszystkim powinna uważnie czuwać stała piątka RB ONZ, gdyż bez presji zewnętrznej strony mogą nie mieć motywacji do osiągnięcia szybkich postępów. Po zawarciu porozumienia, nie determinując, jak powinno ono wyglądać, należy zapewnić jego egzekucję - a to zapewne sprowadzi się do powstrzymania radykalnych ugrupowań dążących do realizacji swoich celów. Trochę pisałem o tym w czerwcu ub.r.

Jest zrozumiałe, że powyższa propozycja nie jest idealna. Jednakże żadna taka nie będzie, pomijając fakt, że w naturze ideały nie występują. Być może niezbędny okaże się udział zewnętrznych sił stabilizacyjnych, lecz ich obecność będzie o niebo łatwiejsza, jeśli za cel postawi się im obronę wynegocjowanego porozumienia.

Piotr Wołejko

sobota, 27 kwietnia 2013

W dniach 29-30 kwietnia br. w Sali Senatu UW w Pałacu Kazimierzowskim odbędzie się konferencja zatytułowana "Polska polityka zagraniczna - wyzwanie regionalne czy globalne?", którą organizuje zaprzyjaźnione z blogiem Dyplomacja (co tu dużo mówić, autor do niego należał swego czasu) Koło Naukowe Dyplomacji i Prawa. W imieniu organizatorów oraz swoim serdecznie zapraszam do udziału w wydarzeniu, podczas którego odbędzie się wiele interesujących paneli dyskusyjnych. Poniżej harmonogram konferencji:

29.04.2013:

8:30-9:30 – Rejestracja

9:30-10:30 – Otwarcie konferencji
prof. dr hab. Zdzisław Galicki – Instytut Prawa Międzynarodowego
Patryk Gorgol – Interdyscplinarne Koło Naukowe Dyplomacji i Prawa

10:30-12:00 – Panel „Polska polityka wschodnia”
dr Szymon Kardaś – Ośrodek Studiów Wschodnich
dr Maciej Raś – Instytut Stosunków Międzynarodowych
Andrzej Szczęśniak – ekspert rynku paliw, bloger
Patryk Gorgol – moderator dyskusji - Interdyscyplinarne Koło Naukowe Dyplomacji i Prawa

12-12:30 – przerwa kawowa

12:30-14:00 – Panel „Perspektywa europejska czy transatlantycka?”
Kamil Frymark - Ośrodek Studiów Wschodnich
dr Aleksandra Jarczewska - Instytut Stosunków Międzynarodowych
Agata Gostyńska – Polski Instytut Spraw Międzynarodowych
Tomasz Krawczyk – moderator dyskusji - Centrum Europejskie Natolin

14:00-15:00 – przerwa obiadowa

15:00-16:30 – Panel „Bezpieczeństwo Polski”
Beata Górka-Winter – Polski Instytut Spraw Międzynarodowych
Maciej Wapiński – Fundacja Energia dla Europy
Mateusz Bajek „Salvor i Wspólnicy”
Kamil Patynowski „Salvor i Wspólnicy”
Karol Wasilewski – moderator dyskusji - Notabene


16:30-17:00 – przerwa kawowa

17:00-18:30 - Panel „Polska polityka wobec Azji”
dr Zdzisław Góralczyk – były ambasador Polski w Chińskiej Republice Ludowej
dr Bogusław Zaleski – Instytut Stosunków Międzynarodowych
dr Piotr Kozłowski – Collegium Civitas
Oskar Pietrewicz – moderator dyskusji - Centrum Stosunków Polska-Azja


Harmonogram drugiego dnia konferencji znajdziecie tutaj.

czwartek, 25 kwietnia 2013

Zabezpieczenie i ochrona interesów narodowych to podstawowe zadanie każdego państwa, a konkretnie jego władz. Interes determinuje politykę, która będzie realizowana przez władzę, urzędników oraz, nie wahajmy się tego powiedzieć, biznes. Oceniając postępowanie osób odpowiedzialnych za realizowanie polityki państwa należy patrzeć przez pryzmat interesu narodowego.

Przypadek polsko-ukraiński

Wszystko to wydaje się zupełnie oczywiste niczym abecadło. Wiadomo, że po „a” następuje „b”. Niestety, w rzeczywistości sprawa jest bardziej skomplikowana (a może zniuansowana?), co prowadzi do licznych nieporozumień. Wyłuszczył to Patryk Gorgol we wpisie poświęconym drugiej nitce Gazociągu Jamalskiego. Temat ten zdominował na kilka dni polski krajobraz polityczno-medialny, wypowiedzieli się chyba wszyscy znawcy i „znawcy” tematu. Z naciskiem na tych drugich. Nic więc dziwnego, że przekaz tej dyskusji był zadziwiający – interes narodowy Ukrainy jest ważniejszy od interesu narodowego Polski. Oto bowiem Warszawa powinna blokować wszelkie inicjatywy, które mogą być wymierzone w Kijów, nawet jeśli możemy na tym znacząco stracić, a Kijów wcale nie prosi o nasze wsparcie.

Tymczasem, w normalnym stanie rzeczy (czy jest to możliwe do osiągnięcia?) powinno to wyglądać zupełnie inaczej. Bierzemy ofertę Rosjan, analizujemy ją pod kątem korzyści polityczno-biznesowych, rozważamy aspekty polityki zagranicznej (w tym przypadku Ukraina), a następnie udzielamy odpowiedzi – tak albo nie. Tymczasem nasza reakcja była od początku jednoznaczna: nie, bo to Rosja. Pomijając fakt natychmiastowego odrzucenia propozycji, należy podkreślić brak istotnych korzyści z jej negowania, ponieważ wyszła ze strony rosyjskiej. Tłumaczą się winni, głosi stare powiedzenie. A jeszcze starsze mówi, że milczenie jest złotem.

Dziwne, że wielu decydentów i uczestników debaty nt. Jamału II kierowało się interesem Ukrainy, a nie Polski. Takie postępowanie już raz doprowadziło do powstania Nord Streamu, który ma wiele negatywnych dla Polski konsekwencji. A nasz sprzeciw w niczym nie pomógł Ukrainie, która – podobnie jak Polska – traci na znaczeniu jako kraj tranzytowy w przypadku rosyjskiego gazu ziemnego. Znajdując się między największym dostawcą i największym odbiorcą gazu, Polska i Ukraina nie czerpią – i wątpliwe by zaczęły czerpać – większych korzyści.

Przypadek amerykańsko-izraelski

Nie jesteśmy jednak osamotnieni w realizowaniu interesu narodowego innego państwa zamiast własnego, czy też – ujmując to precyzyjniej – przedkładaniu cudzego nad własne. Nagminnie w ten właśnie sposób postępuje największe mocarstwo militarne globu – Stany Zjednoczone. Dzieje się tak w przypadku polityki bliskowschodniej, która jest skrojona pod Izrael. Obecny sekretarz obrony USA Chuck Hagel powiedział, gdy zasiadał w Senacie, iż jest senatorem amerykańskim, a nie izraelskim. Między innymi z tego powodu przeciwko jego nominacji przez Baracka Obamę wytoczono w Ameryce najcięższe działa, a z uhonorowanego medalami za odwagę na polu bitwy weterana próbowano zrobić antysemitę.

Na temat relacji amerykańsko-izraelskich wielokrotnie pisałem na blogu, m.in. odnosząc się do książki autorstwa profesorów Stephena Walta i Johna Mearsheimera pt. "Izraelskie lobby a polityka zagraniczna Stanów Zjednoczonych" (wpisy na ten temat znajdziecie: tutaj, tutaj, tutaj i tu). W skrócie wyglądają one tak, że Amerykanie autoryzują postępowanie Izraela w regionie, podczas gdy w kilku kluczowych sprawach polityka tego państwa rozmija się z amerykańskimi interesami. W efekcie Stany Zjednoczone ponoszą tego geopolityczne konsekwencje, a Izrael postępuje tak, jakby miał wolną rękę, nie biorąc pod uwagę jakiegokolwiek sprzeciwu (wewnętrznego ani zewnętrznego). Rozbieżność interesów najlepiej widać na przykładzie tzw. procesu pokojowego, w ramach którego Izrael i Palestyńczycy nie mogą się porozumieć co do powstania Państwa Palestyńskiego – w tym czasie Izrael poprzez ekspansywną politykę rozbudowy osiedli na terytoriach palestyńskich de facto anektuje kolejne połacie ziemi, a Amerykanie nie próbują się temu przeciwstawić, chociaż jest to jeden z głównych powodów fiaska negocjacji. W międzyczasie udzielają Izraelowi corocznej pomocy wojskowo-ekonomicznej w wysokości kilku miliardów dolarów i bronią sojusznika na forum RB ONZ.

Przypadek chińsko-północnokoreański

Co w tym wszystkim robią Chiny i reżim Kima? Ich relacje to przykład trudnych stosunków na linii patron-klient (więcej na ten temat znajdziecie tutaj i tu). A w ich ramach przykład na to, że czasem interes innego państwa bierze górę nad własnym. Chinom niekoniecznie na rękę jest posiadanie przez Pjongjang broni jądrowej i opanowywanie kolejnych technologii z tym związanych (co jest z kolei podstawą bezpieczeństwa reżimu Kima). Nie mają jednak tak silnego wpływu na Koreę Północną, by zmusić ją do rezygnacji z broni A. Pjongjang cyklicznie wymyka się „spod kontroli” i wywołuje poważny kryzys, lecz po pierwsze, bywa to przydatne, a po drugie – można to przeżyć. Chiny, które zazwyczaj propagują spokój i lubią ciszę (kontrowersyjna teza w obliczu asertywności związanej z postępowaniem wokół Morza Południowochińskiego), a Pjongjang nie pasuje do takiego modelu. Jednocześnie Chiny preferują staus quo w regionie i nie uśmiecha im się destabilizacja kłopotliwego sojusznika. Lepsze jest wrogiem dobrego, uznają w Pekinie, nawet jeśli mamy z tego powodu okresowe migreny. A może to myślenie jest błędne i Chiny wyszłyby lepiej na twardszym podejściu do Korei Północnej? Strach przed nieznanym może być przecież przereklamowany.

Konkluzja

Interes narodowy jest wyznacznikiem postępowania każdego państwa. Jeśli pokrywa się z interesem innych państw, istnieje naturalna wspólnota i płaszczyzna do wzmocnionej współpracy. W przeciwnym przypadku dochodzi do konfliktu i rywalizacji – sprawę można rozwiązać na drodze kompromisu albo siłowo. Można też pozwolić na to, z różnych – jak przedstawiłem wyżej – powodów, by interes państwa trzeciego przeważył nad własnym. Takie sytuacje powinny być jednak rzadkością i zależeć od gruntownej analizy zysków i strat. Kto jej nie przeprowadzi, ryzykuje poważne straty.

Piotr Wołejko

poniedziałek, 22 kwietnia 2013

W Mali następuje zmiana charakteru misji sił interwencyjnych z bojowego na stabilizacyjny. Francuzi wycofują część swoich żołnierzy, Czad już wycofał swój kontyngent. Na spotkaniu w Luksemburgu w dn. 23 kwietnia o szkoleniu wojsk malijskich przez europejskich instruktorów będą rozmawiać szefowie resortów obrony.  Czy problem Mali został już z grubsza rozwiązany?

Co udało się osiągnąć w Mali?

grafikaKampania przeciwko islamistom kontrolującym północną część Mali rozpoczęła się w drugiej dekadzie stycznia, gdy Francja postanowiła włączyć się zbrojnie do konfliktu. Dość szybko i w miarę sprawnie (w dużej mierze dzięki logistycznemu wsparciu USA) Francuzi przetransportowali sprzęt i ludzi do Mali, a następnie – również dość szybko i sprawnie – wyparli islamistów z zajmowanego przez nich terytorium. Przy okazji udało się „upolować” niektórych liderów ugrupowań islamistycznych, a także wykryć i zlikwidować liczne składy broni. Islamiści nie stanowią teraz, zdaniem analityków Stratforu, większego zagrożenia – nie operują w większych grupach, nie przeprowadzili od pewnego czasu żadnego istotnego ataku, w znacznej mierze rozpierzchli się po okolicznych państewkach i próbują przeczekać ciężkie czasy.

Priorytety na najbliższą przyszłość

Tymczasem za porządek w Mali ma odpowiadać kilkutysięczny (a może nawet 12-tysięczny) kontyngent sił pokojowych pod egidą Unii Afrykańskiej. Swój udział zadeklarowały już państwa ECOWAS, w tym lider organizacji – Nigeria. Prawdopodobny jest powrót sił czadyjskich, które starają się współdziałać z Francuzami. Zapewnienie porządku i bezpieczeństwa to podstawowy warunek do osiągnięcia sukcesu w pozostałych dziedzinach, a rzeczywiście trzeba zaczynać od podstaw. Reorganizacja i przeszkolenie wojska, uzdrowienie systemu politycznego, rozwiązanie wielu problemów życia codziennego mieszkańców Mali. Plus, o czym nie można zapominać, bo od tego zaczął się konflikt, znalezienie porozumienia z Tuaregami z północy kraju. Warto pamiętać także o uchodźcach, którzy musieli opuścić swoje miejsca zamieszkania.

Islamiści nadal groźni

Bardzo ambitna lista zadań i okazja do obserwacji kolejnej misji typu nation-building. Wszystko to będzie odbywać się w warunkach możliwego powrotu islamistów i wywołanej przez to przemocy bądź starć. Wątpliwe, by grupy islamistyczne szybko odpuściły. Pogranicze algiersko-malijskie, północny Niger, południe Libii, a w zasadzie cały obszar od Atlantyku (Mauretania) po Róg Afryki (Somalia) to wymarzona przystań dla islamistów i terrorystów. Coś na kształt Afganistanu w skali makro – słaba państwowość, mnogość problemów społecznych (z naciskiem na biedę), liczne lokalne ugrupowania rebelianckie (bądź opozycyjne w stosunku do władz centralnych).

Islamiści są także poważnym zagrożeniem dla stabilności Nigerii. Dziś pojawiły się informacje o starciach w pobliżu granicy nigeryjsko-czadyjskiej, w wyniku których mogło zginąć około 200 osób. A to tylko jedno z wielu starć nigeryjskiej armii z islamistami z ugrupowania Boko Haram.

Czas stabilizacji

Odtrąbienie sukcesu interwencji w Mali, o ile zrozumiałe z politycznego i wizerunkowego punktu widzenia, może być przedwczesne. Dobrze pamiętamy, gdy George W. Bush ogłaszał 1 maja 2003 r. zakończenie wojny w Iraku z pokładu lotniskowca USS Abraham Lincoln. Nie mógł bardziej rozminąć się z prawdą, gdyż między Tygrysem a Eufratem miała rozgorzeć krwawa i bezwzględna wojna domowa i rebelia przeciwko Amerykanom. Również Mali może być jeszcze dalekie od osiągnięcia stabilności. Decyzja o pozostawieniu w tym kraju przynajmniej 1000 żołnierzy po zakończeniu 2013 r. pokazuje, iż Francja ma świadomość ewentualnych kłopotów.

Piotr Wołejko

wtorek, 16 kwietnia 2013

W dniach 15-18 kwietnia wizytę w Chinach składa premier Islandii Johanna Sigurdardottir wraz z małżonką. To z pewnością nowe doświadczenie dla chińskich władz. Nas jednak bardziej interesują powody, dla których Chiny w ogóle interesują się Islandią – geopolityka, surowce naturalne, prestiż.

Chiny wchodzą w miejsce USA

grafikaTopniejące lody Arktyki sprawiają, iż rywalizacja o zasoby arktyczne nabiera tempa. Teoretycznie fory mają państwa zrzeszone w Radzie Arktycznej, których roszczenia terytorialne sięgają blisko 90 procent obszaru Arktyki. Mowa o krajach takich jak Stany Zjednoczone, Rosja, Kanada, Norwegia czy Dania (reprezentująca także Wyspy Owcze i Grenlandię). Rosnące ambicje Chin i uzależnienie od eksportu powodują, że Pekin czuje przymus zaangażowania się również w sprawy arktyczne. W końcu tzw. przejście północne, wzdłuż wybrzeży Rosji, może znacząco skrócić czas frachtu do Europy. Nie bez znaczenia pozostają też znaczące złoża surowców energetycznych, do których prawa roszczą sobie państwa arktyczne.

W tej lodowatej układance Chiny znalazły dwa słabe punkty w postaci Islandii i Grenlandii, które zamierzają wykorzystać. Islandia została w 2006 roku opuszczona przez wojska amerykańskie, które od lat 40. ubiegłego wieku stacjonowały na wyspie. Strategiczne znaczenie tego skrawka ziemi ujawniło się w latach 80., gdy sowieckie bombowce mogące przenosić głowice jądrowe testowały amerykańską obronę powietrzną. W 2006 roku Amerykanie postanowili się nagle wycofać, w wyniku czego Islandia pozostała krajem pozbawionym obrony, ponieważ nie utrzymuje własnych sił zbrojnych. Co więcej, wkrótce kryzys finansowy zmiótł miejscowe banki, kończąc okres dynamicznego wzrostu PKB. Wtedy do gry weszli Chińczycy, mając w głowie wzrastające szanse na eksploatację arktycznych bogactw naturalnych. Pojawili się także na Grenlandii, która ma dużą swobodę w swoich relacjach z Danią. Wiele mówi się o znaczących chińskich inwestycjach na tej wyspie, sprowadzeniu tysięcy chińskich robotników i szansach na wielkie zyski.

Dostęp do arktycznych surowców

Czterodniowa wizyta premier Islandii w Chinach i planowane spotkania na najwyższym szczeblu, z premierem Li Keqiangiem i prezydentem Xi Jinpingiem wskazują, iż Pekin bardzo poważnie traktuje malutkie wyspiarskie państewko. Z chęcią, i niewielkim kosztem jak dla takiego giganta gospodarczego, przychyli Islandii nieba, by zyskać przyczółek w strategicznym obszarze. Wkrótce stanie się możliwa poważniejsza eksploracja, a co za tym idzie także eksploatacja surowców w Arktyce. Mówią o tym nawet Norwegowie, których zazwyczaj uważa się za bardzo skupionych na ochronie środowiska naturalnego. Owszem, dbają oni o środowisko, lecz interes narodowy przedkładają ponad uniwersalny. Chiny, zyskawszy umocowanie w Islandii i Grenlandii, będą mogły przynajmniej pośrednio uczestniczyć w surowcowym boomie.

W międzyczasie rozbudowują flotę lodołamaczy, rozważając budowę okrętów o napędzie atomowym. Zazwyczaj warto, by polityka mogła liczyć na wsparcie hard power, gdy pojawi się taka potrzeba. Polityka Chin wobec Arktyki była przedmiotem analizy na blogu Dyplomacja w marcu 2010 r.

Piotr Wołejko

 
1 , 2
Zakładki:
1. Dyplomacja w Sieci
2. Blogi zagraniczne
3. Think-tanki
4. Media zagraniczne
5. Blogi polskie
6. Militaria
7. Periodyki
liczniki
Dyplomacja on Facebook