poniedziałek, 28 maja 2007

orwell 1984"Kto rządzi przeszłością - głosił jeden ze sloganów Partii - w tego rękach jest przyszłość; kto rządzi teraźniejszością, w tego rękach jest przeszłość". Powyższy cytat pochodzi z genialnej książki autorstwa Georga Orwella "Rok 1984", w której Orwell przedstawił rzeczywistość państwa totalnego, totalitarnego. Myśl ujęta w cudzysłów jest niezwykle głęboka i prosta zarazem. Kontrolując teraźniejszość, możemy swobodnie wybierać wydarzenia z przeszłości i przedstawiać je w korzystny dla nas sposób. Tym samym, kreujemy przyszłość poprzez propagandę i indoktrynację obywateli. Skojarzenia z "Rokiem 1984" naszły mnie po przeczytaniu artykułu z dzisiejszego "Newsweeka" (autorstwa Krystyny Kurczab-Redlich) pt. "Dzieje reglamentowane".

"Okazało się, że pisząc prawdę o historii Rosji, poniżam naród" - powiedział rosyjski historyk Igor Dołucki, którego podręcznik znalazł się na indeksie zakazanych podręczników szkolnych. Podobnie stało się z wieloma podręcznikami innych autorów, którzy po raz pierwszy w historii mieli realne szanse napisania prawdy o rosyjskiej historii. Pisali więc o powstaniu Związku Socjalistycznych Republik Radzieckich, o pakcie Ribbentrop-Mołotow, o amerykańskiej pomocy dla ZSRR, o popełnianych zbrodniach przeciwko narodom zarówno sowieckim, jak i zamieszkującym państwa ościenne. Podręczniki wspominały o aneksji państw bałtyckich, o antysemickich nagonkach oraz czystce przeprowadzonej przez Stalina w latach 30. Wszystko to było doświadczeniem szokującym dla narodu rosyjskiego, który był karmiony propagandową papką złożoną ze starannie wyselekcjonowanych informacji. Partia komunistyczna do perfekcji opanowała mechanizm przedstawiony przez Orwella i rządziła teraźniejszością kreując przyszłość.

Ujawnianie prawdy z sowieckich czasów okazało się jednak niewygodne dla nowego przywódcy - Władimira Putina, który w swojej retoryce nawiązuje do "wielkości" ZSRR. Stąd, kiedy tylko przejął władzę nadzór nad podręcznikami stał się ostrzejszy, a autorzy opisujący prawdę, przedstawiający przeszłość w prawdziwy sposób, stali się szykanowani. Lawina krytyki spadła na historyków ze strony administracji oraz kontrolowanych przez Kreml mediów. Atmosfera swobody panująca w czasach Jelcyna minęła bezpowrotnie, o czym dobitnie przypomniał sam prezydent Putin, kiedy stwierdził, że podręczniki do historii powinny budzić dumę i patriotyzm młodych ludzi. Dlatego należy eliminować "antyrosyjskie" elementy z treści książek - ergo, zniknąć musi to, co udało się ujawnić dzięki kilku latom względnej wolności. I znowu Orwell: "Ludzie po prostu znikali - zawsze nocą. Twoje nazwisko usuwano z ksiąg metrykalnych, wymazywano każdy ślad tego, co robiłeś w życiu, twoje krótkie istnienie zostawało zdementowane i zapomniane. Likwidowano cię, unicestwiano; mówiono o tobie, że zostałeś ewaporowany." To samo stało się z niewygodnymi politycznie treściami - zostały ewaporowane oraz zakazane. Nad tym, aby przypadkiem nie znalazły się w nowych podręcznikach będzie czuwać kontrolująca je administracja.

Każdy Rosjanin, w myśl prezydenta Putina i jego ekipy, ma być "dwaplusdobrym kwakmówcą", czyli wiedzieć i mówić tylko to, co ustali władza. Można oczywiście poznawać prawdziwą historię, ale trzeba to robić na własną rękę i czuć, że jest to czymś nieodpowiednim, że popełnia się "myślozbrodnię" i stosuje tzw. "dwójmyślenie". Na koniec znowu Orwell - "Dwójmyślenie oznacza przede wszystkim umiejętność wyznawania dwóch sprzecznych poglądów i wierzenia w oba naraz." Niewielu jednak zdecyduje się na taką niewygodę, akceptując indoktrynację inspirowaną przez Kreml, który - jak wiemy - rządząc teraźniejszością rządzi przeszłością. I tworzy nowy typ "homo sovieticus".

Czytaj "Rok 1984" w całości po polsku!

obrazek: www.polonica.net

21:46, p.wolejko , Rosja
Link Dodaj komentarz »
sobota, 26 maja 2007

Zwiększenie emisji gazów cieplarnianych Globalne ocieplenie

Unia Europejska zamierza do 2020 roku obniżyć emisje gazów cieplarnianych o 20%, a także pozyskiwać 20% energii ze źródeł odnawialnych. Tak głosi unijna strategia, zaproponowana na początku roku i przyjęta przez Radę Unii Europejskiej. Bruksela zamierza wyznaczać trendy dotyczące walki z efektem cieplarnianym i globalnym ociepleniem klimatu, przede wszystkim w celu zmobilizowania Stanów Zjednoczonych do podążenia jej śladem. W dalszej perspektywie do nowego traktatu, wzorowanego na protokole z Kioto, miałyby dołączyć Chiny i Indie. Tym samym, największe gospodarki świata i najwięksi "truciciele" byliby objęci jedną umową, wymuszającą walkę z emisjami gazów cieplarnianych.

Cele szczytne, a zadanie bardzo ambitne i trudne. I nie chodzi tu nawet o warstwę polityczną, gdyż USA, Indie i Chiny nie kwapią się do narzucenia limitów emisji swojemu przemysłowi. Sprawa rozbija się także o naturalny wzrost zapotrzebowania na energię i paliwa kopalniane. Sama Unia będzie potrzebowała do roku 2030 o 50% więcej energii, o czym poinformowała w alarmistycznym tonie, pod koniec zeszłego roku, Międzynarodowa Agencja Energii (IEA). Raport dowodzi, że UE przyjmuje błędne założenia, gdyż Bruksela nie zamierza promować rozwoju energetyki jądrowej. Tymczasem IEA wskazuje, że tylko powstanie kilkunastu (lub nawet kilkudziesięciu) siłowni atomowych może przysłużyć się dwóm celom na raz - zapewni tanią oraz czystą ekologicznie energię. Źródła odnawialne - słońce, wiatr czy woda - nie mogą odgrywać tak ważkiej roli, jaką chcą narzucić jej unijni decydenci, z bardzo prostego powodu - braku potencjału do ich rozwoju. Niestety, UE nawet nie zająknęła się o budowaniu nowych elektrowni atomowych, a nastroje społeczne np. w Niemczech są bardzo niesprzyjające ich powstawaniu.

Przypominam o tym wszystkim - pisałem bowiem nt. unijnej strategii energetycznej w styczniu br. - z powodu ukazania się w The Wall Street Journal Polska artykułu Tomasza Deptuły pt. "Rośnie zapotrzebowanie Azji na węgiel". Deptuła pisze - "Za 23 lata baryłka ropy będzie kosztować 95 dol., a globalna konsumpcja energii zwiększy się do 2030 r. o ponad połowę - wynika z prognoz Energy Information Administration, agencji amerykańskiego Departamentu Energetyki". O ile cenę baryłki ropy ciężko przewidzieć, a miała ona kosztować nawet 100 dol za baryłkę już dwa lata temu - a prognozowały to takie potęgi finansowe jak np. Goldman Sachs czy Morgan Stanley, to wzrost zapotrzebowania na energię jest łatwy do przewidzenia. Będzie on rósł lawinowo, a 50% można uznać za ostrożną prognozę. W związku z tym, o czym przeczytamy w WSJ Polska, wzrośnie także zapotrzebowanie na węgiel - ma z niego pochodzić 28 procent (obecnie 26%) energii w roku 2030. Efektem tego będzie zwiększenie emisji dwutlenku węgla do atmosfery o 60% w ciągu najbliższych 23 lat. Zmieni się także struktura największych emitentów CO2, gdyż kraje nienależące do OECD będą emitować aż 57 procent tego gazu. "W latach 2004 - 2030 w krajach nierozwiniętych konsumpcja energii podwoi się, a w państwach rozwiniętych zwiększy się zaledwie o 24 procent" - pisze WSJ Polska.

Powyższe dane, oceny i analizy publikuję po to, aby uzmysłowić, jak poważny jest problem globalnego ocieplenia. Emisje gazów cieplarnianych będą się szybko zwiększać, wraz z rozwojem gospodarczym. Sir Nicholas Stern, który przygotował dla rządu brytyjskiego raport o skutkach globalnego ocieplenia i możliwych metodach walki z tym zjawiskiem stwierdził, że podjęcie akcji przeciwko ociepleniu będzie kosztować 1% światowego PKB. Natomiast niepodjęcie żadnych działań może oznaczać zmniejszenie się tegoż PKB nawet o 20 procent. Jednak walki nie można prowadzić głównie wiatrakami czy panelami słonecznymi. Oprócz opracowywania i wprowadzania nowych technologii zmniejszających produkcję i emisję gazów cieplarnianych, należy bardzo poważnie zabrać się za budowanie nowych siłowni atomowych. Niewielkie ilości odpadów, które potem trzeba będzie składować mogą oznaczać zmniejszenie zużycia szkodliwych dla środowiska paliw kopalnianych. Inaczej grozi nam powrót do "ery węgla", który ma jedną kluczową zaletę - jest tani. Warto jednak najpierw zapłacić więcej i zbudować elektrownię atomową - zapewniającą tanią i czystą energię. Wybór należy do nas. Jeśli jednak decydenci zrezygnują z atomu, powinni przyznać się do hipokryzji w sprawach globalnego ocieplenia i ochrony środowiska.

Obrazki: cache.eb.com, www.gea-consulting.com 

21:50, p.wolejko , Europa
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 24 maja 2007

konstytucjaPonownie długo zastanawiałem się, o czym by tu dzisiaj napisać. Ponownie, gdyż jest tak wiele wydarzeń wartych skomentowania, że komentarze zajęłyby wiele stron A4. Tym razem zdecydowałem się wybrać jedno wydarzenie i poświęcić mu cały wpis, choć dla porządku muszę wspomnieć o poważnym obcięciu ulg socjalnych na Białorusi, możliwości siłowego rozwiązania konfliktu politycznego na Ukrainie, czy o przyznaniu przez rosyjską Dumę dwóm koncernom - Transniefti i Gazpromowi - prawa do posiadania własnej zbrojnej ochrony (de facto prywatnej armii). Dwa giganty zajmujące się przesyłem ropy (Transniefti) oraz przesyłem i wydobyciem gazu (Gazprom) nawet bez prawa do własnej ochrony stanowiły swoiste państwa w państwie. Przyznanie im uprawnień do posiadania prywatnego wojska zwiększają ich siłę i autonomię w ramach państwa. Tymczasem, dzisiejszym tematem wpisu będzie traktat konstytucyjny, "dopychany" na siłę butem, aby tylko wreszcie wszedł w życie.

Były przewodniczący Komisji Europejskiej, a obecnie premier Włoch - Romano Prodi - zagroził, że nie zgodzi się na zbyt duże ustępstwa i okrajanie eurokonstytucji, a w razie dalszych prób szatkowania traktatu stwierdził, że być może powstanie mityczna "Europa dwóch prędkości". Wtórowali mu przewodniczący Parlamentu Europejskiego Hans Gert-Poettering, wpływowy eurodeputowany Elmar Brok z Europejskiej Partii Ludowej (chadecji) oraz reprezentujący socjalistów Enrique Baron Crespo. Krytyka ww. czwórki skupiła się na Polsce, choć nie trudno zauważyć, że wypowiedź Prodiego skierowana była do nowego prezydenta Francji Nicolasa Sarkozy'ego - autora koncepcji minitraktatu, który będzie mógł być przyjęty nie w drodze referendum, a przez parlament. Atak na Sarko nie dziwi, gdyż Prodi otwarcie wspierał kontrkandydatkę byłego szefa MSW, Segolene Royal, w jej kampanii wyborczej.

Zwolennicy traktatu są dość monotematyczni. Ich zdaniem jest on panaceum na całe zło i bezwładność, jakie panują w Unii. Bez eurokonstytucji nie widzą szans na dalsze funkcjonowanie UE i straszą paraliżem decyzyjnym. Posuwają się także do dość prymitywnych gróźb, pozujących na przemyślane i oczywiste wypowiedzi, chociażby takich jak słowa Elmara Broka, byłego szefa komisji spraw zagranicznych PE: "Jeżeli traktat konstytucyjny załamie się, to nie będzie unijnego bezpieczeństwa energetycznego". Teoretycznie wszystko się zgadza, ale jeśli zejdziemy z poziomu ideologii na rzeczywistą politykę, to od razu pojawia się pytanie: co szkodzi, aby już teraz kraje były solidarne pod względem energetycznym? Traktat konstytucyjny nie ma tu nic do rzeczy, dopóki wspólnego stanowiska nie ustalą rządy. To właśnie one mają decydujący głos w Unii, z eurokonstytucją, czy też bez niej.

Warto przypomnieć, że ów "genialny" dokument to ponad 200 stron bełkotliwych i nudnych jak flaki z olejem deklaracji na dość dużym poziomie ogólności. Jego główne punkty to zmiana systemu obliczania ilości głosów przysługujących państwom w Radzie Unii Europejskiej, wprowadzenie ministra spraw zagranicznych oraz prezydenta UE - zamiast rotacyjnej funkcji prezydencji, sprawowanej co 6 miesięcy przez inne państwo. Więcej decyzji ma być także podejmowane większością głosów. I znowu, na pierwszy rzut oka propozycje te wydają się logiczne, spójne i pożądane. Trzeba jednak przypomnieć, że unijne kraje mają wiele sprzecznych interesów, których jeden wspólny minister spraw zagranicznych UE nie pogodzi. Chyba, że w kilku kluczowych kwestiach dogadają się najpierw rządy i umocują w ten sposób ministra do działania w imieniu całej unii. Jednak i bez ministra rządy mogą się dogadać, choć gdyby minister rzeczywiście miał silną pozycję - na pewno wzrosłaby pozycja międzynarodowa UE. Prezydent byłby funkcją raczej tytularną i przeznaczoną dla polityków wysłanych na emerytury przez krajowych wyborców. Nie przypadkiem pojawiły się informacje, że stanowisko to chętnie objąłby Tony Blair, ustepujący premier Wielkiej Brytanii. Natomiast procedury podejmowania decyzji na razie działają bez zarzutu - nie ma naglącej konieczności zmian w tej dziedzinie, zwłaszcza gdy brakuje naprawdę dobrych koncepcji.

Eurotraktat forsowany jest na siłę i wbrew wielu państwom. Oczywiście niewiele z nich odważy się to przyznać otwarcie. Trzeba sobie postawić pytanie, czy warto przymuszać kraje unijne do przyjęcia wyjątkowo słabego tekstu? Może lepiej byłoby powołać grupę ekspertów prawa europejskiego i zdać się na ich osąd? A może niech przedstawiciele rządów państw członkowskich jeszcze raz zajmą się przygotowaniem traktatu? Nie byłby może dużo lepszy jakościowo od obecnego, ale miałby choć pozory legalności - obecny traktat takich nie posiada, gdyż konwent powołany na szczycie w Laeken nie miał uprawnień do przygotowania eurokonstytucji. Była to inicjatywa własna Valery'ego Giscarda d'Estaing, byłego prezydenta Francji, którego rolą było tylko poszukiwanie sposobów reformy Unii. Spisywania traktatu w swoich uprawnieniach ani Giscard, ani konwent nie posiadali.

Więcej: Informacje wschodnie - OSW, Gazeta Wyborcza

Zdjęcie: www.polskiejutro.com

21:27, p.wolejko , Europa
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 22 maja 2007

Putin i GryzłowDo tej pory określenia typu "ukochany przywódca" kojarzyliśmy z krajami pokroju Korei Półocnej czy Kuby, komunistycznymi dyktaturami trzymanymi twardą ręką przez dzierżącego ster rządów władcę. Teraz musimy do katalogu państw posiadających "przywódcę narodowego" dodać Federację Rosyjską, gdyż - jak zapowiedział przewodniczący Dumy i szef prokremlowskiej partii Jedna Rosja Borys Gryzłow - po zakończeniu prezydentury Władimir Putin zostanie takowym przywódcą. Utrzyma więc swoje wpływy, a nowy prezydent będzie tylko "fasadą" utrzymywaną na potrzeby rozmów z Zachodem.

"Aby być przywódcą, nie trzeba zajmować konkretnego stanowiska" - oświadczył Gryzłow. Jest w tym wiele prawdy. Sięgnijmy chociażby do Chin, skoro już jesteśmy w klimatach komunistycznych. Deng Xiaoping nie sprawował formalnie najwyższych stanowisk w Chińskiej Republice Ludowej, a przez kilkanaście lat był niekwestionowanym przywódcą kraju. Porównanie z Putinem tym bardziej trafne, że - co podkreślają zwolennicy urzędującego prezydenta Rosji - gospodarka kwitnie, a ludzie się bogacą. Taki był przecież plan Denga, który musiał nadrobić stracone lata rewolucji kulturalnej oraz trzech dekad prawdziwie komunistycznej gospodarki. Za jego rządów kraj otworzył się na świat i zapanował w nim "dziki kapitalizm", wzorowany na przełomie XIX i XX wieku w Stanach Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii. Putin także pozostawi po sobie gospodarkę w dobrym stanie i wrażenie, że ludziom się "polepszyło". Putin nie wytrzymuje jednak porównania z Dengiem, gdyż Rosja opiera swoją siłę wyłącznie na wysokich cenach surowców energetycznych, a reform gospodarczych brak.

Wróćmy jednak do "przywódcy narodowego" czy też "przywódcy narodu" i przyjrzyjmy się planowi kremlowskiej wierchuszki. Nie przypadkiem słowa Gryzłowa zbiegają się z plotkami o starcie w wyborach prezydenckich pani Matwiejenko - prezydenta Sankt Petersburga, wieloletniej znajomej Władimira Putina. Scenariusz, który - zdaje się - zwyciężył w ramach "problemu roku 2008" jest następujący: Putin formalnie odejdzie, a władzę przejmie namaszczony przez niego następca; po upływie 4 lat następca grzecznie ustąpi miejsca powracającemu "po przerwie" Putinowi; w międzyczasie to dalej Putin i jego klika rządzą krajem, a następca pełni czysto fasadową rolę. Można to porównać do czasów stalinowskich w powojennej Polsce, gdzie formalnie władzę sprawowali Polacy, a większość decyzji i tak podejmowali sowieccy namiestnicy (np. marszałek Rokossowski). Sterowany z tylnego siedzenia następca będzie zwyczajną marionetką w rękach ekipy Putina, zapewniając utrzymanie władzy i rozległych interesów z jednej, oraz spokojny powrót Władimira z drugiej strony. Czyż nie jest to prawdziwy majstersztyk?

Jakkolwiek się nie stanie, tj. niezależnie od tego, czy powyższy scenariusz się sprawdzi, czy nastąpi zupełnie inny rozwój zdarzeń, jedno jest pewne - obecna grupa trzymająca władzę nie zamierza jej oddawać i zrobi wszystko, aby utrzymać się przy "korycie". Reprezentantem tej grupy obecnie jest prezydent Putin, ale wcale nie wiadomo, czy po jego odejściu grupa zdecyduje się dalej na nim polegać, czy przeleje swoje "sympatie" na nowego prezydenta. Pamiętajmy, że Putin przed prezydenturą został wyciągnięty jak królik z kapelusza i droga do kariery stanęła przed nim otworem. Choć określa się go mianem "przywódcy narodowego" nie można wykluczyć, że po odejściu słuch o nim zaginie, w charakterze przywódcy. Bo na pewno dostanie odpowiednie stanowisko, zapewniające duże dochody. Grupa potrafi zadbać o swoich dobroczyńców i przedstawicieli.

Zdjęcie: newsimg.bbc.co.uk 

22:53, p.wolejko , Rosja
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 21 maja 2007

Ismail HanijeHassan NasrallahHugo Chavez

Dzieje się za wiele, aby móc skoncentrować się tylko na jednym temacie. Z jednej strony mamy do czynienia z poważnymi zamieszkami w Libanie, gdzie w obozach dla uchodźców palestyńskich terroryzm znalazł swoją Mekkę; z drugiej, Izrael ponownie zwiększa swoją obecność w Strefie Gazy i wokół niej, dokonuje także nalotów na cele Hamasu, a Hamas i Fatah od kilkunastu dni znowu walczą ze sobą; z trzeciej wreszcie, w Wenezueli odbyła się bardzo duża demonstracja opozycji w obronie telewizji RCTV, której Hugo Chavez nie chce przedłużyć, upływającej w niedzielę, koncesji - nazywając stację "jeźdźcem apokalipsy" i "sługusem imperializmu". Skomentuję więc krótko te trzy wydarzenia, przeznaczając po jednym akapicie na każde z nich.

Zacznijmy chronologicznie, od starć między zwaśnionymi palestyńskimi ugrupowaniami, które od kilku miesięcy tworzą dość osobliwy rząd jedności narodowej. Fatah i Hamas, rywalizujące o rząd dusz w Autonomii Palestyńskiej, ponownie wysłały bojowników do walki bratobójczej. Już nawet nie wiadomo, co było przyczyną ponownego rozpoczęcia strzelanin i ataków. Z pewnością ponowne niepokoje w Gazie przyczyniły się do rozpoczęcia nalotów na cele Hamasu ze strony izraelskiego lotnictwa, a także obietnicę rychłego zwiększenia liczby żołnierzy wokół i w Strefie Gazy. Oba posunięcia, tj. walki Hamasu z Fatahem oraz zwiększenie obecności militarnej, choć nieuniknione w obecnej sytuacji politycznej, są kontrproduktywne. Ani Fatah, ani Hamas nie są w stanie pokonać się nawzajem, a Izrael niewiele zdziała wysyłając dodatkowych żołnierzy, czołgi oraz wozy bojowe. Przemocą nie da sę nic osiągnąć. Tym bardziej, że propokojowy Fatah nie może otwarcie sprzymierzyć się z Izraelem przeciwko Hamasowi, gdyż oznaczałoby to dla tej organizacji śmierć polityczną.

Starcia w Libanie pokazują, jak słabe jest państwo libańskie oraz jego armia. Nic dziwnego, że Hezbollah robi co chce, skoro armia nie może poradzić sobie z liczącą góra kilkuset bojowników organizacją Fatah-al-Islam. Nie jest jeszcze pewne, czy ugrupowanie palestyńskie współdziała z Syrią w celu uniemożliwienia powstania oenzetowskiego trybunału do zbadania śmierci byłego premiera Rafika Hariri, czy też działa na własną rękę (lub jej działaniami kierują inne motywy). Mieszanie w obozach palestyńskich uchodźców jest o tyle groźne, że zamieszkuje je ok. 400 tys. osób, które w zdecydowanej większości nie utożsamiają się z obecnym rządem. Rządem, który ledwo utrzymuje się przy władzy i odpiera ataki szyickich fundamentalistów z Hezbollahu oraz części sprzymierzonych z szyitami chrześcijan. Upadek gaibentu Fouada Siniory mógłby być zarzewiem nowej wojny domowej - społeczeństwo jest spolaryzowane w znacznym stopniu, a siły obu obozów - proirańskiego i prozachodniego - wyrównane.

Na koniec prawdziwy rarytas, czyli kolejne etapy dochodzenia do Socjalizmu XXI Wieku, jak swój cel określa prezydent Wenezueli Hugo Chavez. Aby płomień rewolucji mógł być niesiony dalej, opozycyjna telewizja musi przestać nadawać. A że akurat kończy jej się koncesja, to można z czystym sumieniem i w szybkim tempie wyeliminować obrzydliwych opozycjonistów i koncesji nie przedłużyć. Tak z pewnością pomyślał Hugon i tak też zrobił. W niedzielę koncesja upłynie, a stacja RCTV przestanie nadawać. I na nic zdadzą się protesty, jak chociażby ten ostatni, który zgromadził kilkadziesiąt tysięcy osób. "Socjalizm, rewolucja, albo śmierć!" - tak brzmi hasło kubańskiej rewolucji, a od niedawna także zawołanie wenezuelskiej armii. Ku socjalizmowi marsz!

Zdjęcia: english.people.com.cn, www.motherjones.com, home.pages.at

23:20, p.wolejko
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2 , 3
Zakładki:
1. Dyplomacja w Sieci
2. Blogi zagraniczne
3. Think-tanki
4. Media zagraniczne
5. Blogi polskie
6. Militaria
7. Periodyki
liczniki
Dyplomacja on Facebook