sobota, 31 maja 2008

Podstawowym celem akcyzy jest ograniczenie konsumpcji niektórych dóbr ze względu na ich szkodliwość zdrowotną bądź też wyczerpywanie się ich rezerw - możemy przeczytać w Wikipedii w artykule poświęconym akcyzie. Właśnie ten podatek pośredni stał się przedmiotem gorącej debaty na polskiej scenie politycznej. Wszystkiemu winne wysokie ceny ropy, przekładające się na coraz wyższe opłaty za olej napędowy i benzynę przy dystrybutorach. W dyskusji o cenach ropy z ust polityków sączy się populizm, a hipokryzja osiąga niebotyczny poziom.

grafikaCzemu ropa jest tak droga? Czy jest racjonalne wytłumaczenie dla baryłki ropy kosztującej ponad 120 czy 130 dolarów? Czy można stwierdzić, że osłabienie dolara jest wszystkiemu winne, a spadek wartości amerykańskiej waluty o 1 procent oznacza wzrost ceny baryłki ropy o 4 dolary? Czy za galopujące ceny odpowiadają spekulanci lub inwestujący w surowce albo chciwe kraje z kartelu OPEC? Prawdę mówiąc, odpowiedzi na te pytania nie mają znaczenia dla dzisiejszego tekstu. Natomiast warto mieć je w pamięci.

Wysokie ceny ropy spadły na importerów surowca jak grom z jasnego nieba. Przytrafiło się to w związku i w trakcie kryzysu kredytowego, wywołanego fatalnymi inwestycjami na amerykańskim rynku nieruchomości. Spowolnienie gospodarcze dotknęło Stany Zjednoczone i powoli staje się groźne dla Europy. Niższy wzrost gospodarczy oraz wzrastająca inflacja to bardzo złe połączenie, na które nie ma łatwej recepty. Obniżanie stóp procentowych, stymulujące wzrost PKB stanowi jednocześnie zagrożenie inflacyjne. A, jak wiemy, inflacja pożera nasze pensje i zmniejsza oszczędności.

Inflacja rośnie, a jedną z głównych przyczyn tego wzrostu jest błyskawicznie wzrastająca cena ropy. Wyższe koszty energii to wyższe koszty transportu, a to oznacza wyższe koszty poszczególnych towarów i produktów w sklepach. Ludzie mogą za swoje pensje kupić mniej nie tylko dlatego, że mają mniej w kieszeni z powodu cen ropy, ale i dlatego, że ceny podstawowych produktów wzrosły. Za to odpowiadają głównie ceny ropy, a tylko incydentalnie takie zdarzenia jak susza czy powódź, które mogą mieć wpływ na wielkość zbiorów żywności.

Cena benzyny jest już niższa od ceny oleju napędowego. Swego czasu było to nie do pomyślenia. Pamiętam jeszcze czasy, kiedy przy dystrybutorze z naklejką ON widniała cena w okolicach dwóch złotych. Dziś cena jest ponad dwa razy wyższa i nadal pnie się w górę. Problem cen tkwi jednak nie w drogiej ropie, ale w podatkach nałożonych na ropę przez państwo. W Wielkiej Brytanii podatki stanowią ponad 60 procent ceny benzyny, a w Polsce ponad 50 procent. Część to akcyza, część to podatek VAT, część to podatek drogowy (na przecudowne drogi, ale to już temat na inną dyskusję, nie na tym blogu), niewielka część to marża a koszt benzyny opuszczającej rafinerię to ok. dwa złote.

Energia stanowi krwiobieg gospodarki. Droga energia oznacza niższy wzrost gospodarczy i wyższą inflację. Nie da się utrzymać wysokiego wzrostu, niskiej inflacji i wysokich podatków nałożonych na ropę czy energię w ogóle. Nawet jeśli ceny "czarnego złota" spadną do bardziej racjonalnego poziomu, obecny poziom podatków nie może być dłużej akceptowany. Zwiększanie ceny na stacjach paliw o ponad 100 procent to gorzej niż zbrodnia, to błąd. Najzwyczajniejsze w świecie strzelanie sobie w stopę.

I nic nie pomoże pomstowanie spekulantom czy, tradycyjne już, krytykowanie chciwości OPEC. Kartel jest dobrym chłopcem do bicia, bardzo medialnym celem, który niektórzy wyborcy mogą kupić. Jak to jednak powiedział klasyk, "ciemny lud" to kupi, ale nikt poza tym. Za wysokie ceny benzyny i oleju napędowego nie odpowiadają ani spekulanci, ani OPEC, tylko poszczególne rządy. To rządy są chciwe, pazerne i krótkowzroczne. Kosztem wpływów "teraz" powodują straty "później".

Obniżka haraczu nakładanego na ceny benzyny i oleju napędowego jest niezbędna. Politycy powinni wreszcie dostrzec, że protestujący transportowcy czy rybacy nie reprezentują interesów wąskich grup, ale interesy całego społeczeństwa. W interesie publicznym są niskie ceny energii. Owszem, zaraz oburzą się ekolodzy i zaniepokojeni ociepleniem klimatu. Jednak i oni powinni kibicować obniżce haraczu naftowego, gdyż tylko kwitnące gospodarki są w stanie intensywnie pracować nad nowymi technologiami, które w dłuższej perspektywie mogą sprawić, że zależność od ropy zmniejszy się lub zniknie.

grafika: wtrg.com

piątek, 30 maja 2008

Od ogłoszenia niepodległości w 1957 roku Malezją rządzi bez przerwy ta sama koalicja Frontu Narodowego (Barisan Nasional), w której pierwsze skrzypce odgrywa UMNO (United Malay National Organization). Marcowe wybory parlamentarne także wygrało UMNO wraz ze swoimi partnerami. Partia rządząca zdobyła 140 z 222 mandatów w parlamencie. Wynik więcej niż przyzwoity - można by rzec na pierwszy rzut oka.

Byłaby to jednak przedwczesna ocena. Barisan Nasional utraciło większość konstytucyjną, którą posiadało od lat 60. Co gorsze, opozycja zdobyła 37-procentowe poparcie (poprzednio ledwie 9-procentowe) i zwiększyła stan posiadania do 82 deputowanych. Na tym nie koniec - opozycja przejęła także kontrolę nad czterema prowincjami i utrzymała kontrolę nad piątą (Penang, Selangor, Perak, Kedah i Kelantan). Straty UMNO są ogromne, a premier Abdullah Badawi najpewniej pójdzie pod nóż. grafika 1

Coraz częściej pojawiają się informacje, jakoby opozycja była w stanie wyłuskać nawet trzydziestu-kilku deputowanych z koalicji Barisan Nasional i, tym samym, przejąć władzę. Oznaczałoby to klęskę partii Malajów, etnicznej większości w kraju, której reprezentantem było UMNO. Piszę w czasie przeszłym, gdyż wielu etnicznych Malajów poparło partie opozycyjne, reprezentujące głównie mniejszości etniczne - chińską czy hinduską. Zwycięstwo wyborcze UMNO jest porażką tego ugrupowania dlatego, że partie mniejszości etnicznych przełamały dotychczasową "tradycję" głosowania w ramach podziałów etnicznych.

Dlaczego UMNO, którego szefowie byli premierami przez pięć dekad, straciło poparcie tak wielu Malajów? Powody są przyziemne i oczywiste, po części wynikają z odwiecznych i niczym niezagrożonych rządów - korupcja, nepotyzm i protektorstwo, nieudolność, autorytarne ciągotki. Inną przyczyną jest coraz mniejsza popularność, także wśród Malajów, polityki dyskryminacji mniejszości etnicznych w życiu publicznym. Absolutny brak kontroli i rozpasanie poszczególnych polityków Barisan Nasional, a UMNO w szczególności, sprawiły, że koalicja rządząca poniosła tak naprawdę druzgocącą porażkę.

Klęska jest na tyle poważna, że swój powrót do polityki, i walkę o stanowisko szefa UMNO/premiera rządu, rozważa dr Mahatir Mohammad, znany z niesławnej akcji podporządkowania sobie sądownictwa w 1988 roku. Wydaje się, że z teką premiera pożegna się Abdullah Badawi, który całkowicie rozczarował. W poprzednich wyborach miał na sztandarach zwalczanie korupcji i nepotyzmu. Niestety dla niego, nie wywiązał się z obietnic - a korupcja i nepotyzm kwitły w trakcie jego rządów.

grafika 2Zmiana Badawiego na kogoś innego to jednak tylko i wyłącznie półśrodek. Musi się zmienić mentalność polityków UMNO i partii sojuszniczych. Malezja nie jest już prywatnym folwarkiem wąskiej elity politycznej. Powstała silna i - jak na razie - zjednoczona opozycja, która z pewnością będzie patrzeć na ręce rządzącym. Sama świadomość, że opozycjoniści mogą naprawdę dojść do władzy będzie czymś o wiele więcej niż zimnym prysznicem. I choć utrata władzy przez Barisan Nasional jeszcze w tym parlamencie wydaje się, póki co, mało prawdopodobna, wyborcy wysłali wyraźny sygnał rządzącym - możemy was wymienić.

Przejęcie władzy przez opozycję byłoby bardzo zdrową oznaką dojrzałości malezyjskiej demokracji. Każda partia, nawet najlepsza i składająca się z najszlachetniejszych ludzi, z czasem traci zahamowania i kontrolę nad swoimi zachowaniami. Silna opozycja, zdolna do nieustannej kontroli nad władzą jest niezbędna. Zmiana u sterów władzy to oznaka dobrego stanu demokracji. Malezja do takiej zmiany szykuje się dopiero po pięciu dekadach. W kolejce do zmiany czeka np. Afrykański Kongres Narodowy w Republice Południowej Afryki - jednak tam, póki co, opozycja jest zbyt słaba i podzielona. Stąd marną pociechą są oznaki coraz głębszych podziałów w obozie rządzącym.

Więcej: The Economist, Asia Times

grafika: sweetsecondhome.com, economist.com

22:46, p.wolejko , Azja
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 29 maja 2008

Uzależnione od importu energii oraz surowców niezbędnych do jej wytwarzania - Włochy to ewenement na skalę co najmniej europejską. Kilka dni temu pisałem, że nowy-stary rząd Berlusconiego postanowił "powrócić do atomu", czyli w ciągu najbliższych pięciu lat rozpocząć budowanie elektrowni jądrowych. Tego samego dnia, tj. w sobotę 24 maja, na zaprzyjaźnionym blogu Włoska robota, Paulina Sałek dodała wpis, który rozszerza znakomicie mój artykuł. Rozbieramy problemy energetyczne Italii na części pierwsze.

Pozwolę sobie zacytować obficie tekst Pauliny, który doskonale wyjaśnia, dlaczego Włochy wloką się w energetycznym ogonie Europy: Wszystkie dane tu przytoczone pochodzą z wydanej w 2008 roku książki "La Deriva. Perche' l'Italia rischia il naufragio" ("Dryf. Dlaczego Italii grozi zatonięcie"). Autorzy Gian Antonio Stella i Sergio Rizzo, obaj dziennikarze Corriere della Sera, wydali w 2007 roku (w lutym 2008 doczekała się 28-mej edycji) książkę pt. "La casta. Cosi i politici italiani sono diventati intoccabili" ("Kasta. W ten sposób włoscy politycy stali się nietykalni"), w której opisują nadużycia (różnej natury) w świecie włoskiej polityki. Dokument dosyć szokujący, choć kogoś kto we Włoszech mieszka na codzień, nie dziwi aż tak bardzo. Przynajmniej nie tak jak druga ich pozycja, czyli "La Deriva".

Wracając do spraw energetycznych już na wstępie warto zaznaczyć jak duży wpływ na wiele decyzji politycznych mają ruchy obrony środowiska. W rządzie Romano Prodiego Ministrem Środowiska był Alfonso Pecoraro Scanio, lider Federacji Zielonych (ugrupowanie to wraz z lewicowym Odrodzeniem Komunistycznym, i in. skutecznie blokowało wiele rządowych propozycji). Jego zdaniem nie można absolutnie planować przywrócenia energii jądrowej gdyż: "Czarnobyl jest przykładem na to, że ryzyko jądrowe jest niemoralne i nie do zaakceptowania".

Jak podają dalej autorzy, Pecoraro Scanio jest przeciwny elektrowniom węglowym i elektrowniom wykorzystującym ropę naftową. Jego zdaniem możnaby użyć gazu, ale należy wcześniej zbudować instalacje które przekształcają formę płynną w formę lotną. Istnieją co prawda platformy na Adriatyku, na których wydobywa się metan (w 2005 było ich 82, pierwszą oddano do użytku w 1959, część platform jest nieaktywna, a niektóre zostały przekształcone w tzw. fish farm, np. Paguro nieaktywna od 1965, a od 1995 uważane za Chronioną strefę biologiczną). Ale jak dodaje Pecoraro najpierw należy zbadać w jaki sposób te prace wpłyną na środowisko. Możnaby też użyć energii eolicznej (tj. z wiatru), ale trzeba tak ustawić wieże, aby nie zakłócały lotu ptaków wędrownych. Można tez użyć energii słonecznej, ale..

Sytuacja komiczna gdyby nie chodziło o olbrzymie koszty, które Włochy ponoszą za sprowadzanie energii zza granicy. Włochy są samowystarczalne energetycznie tylko w 12%. Pozostałe 78% dzieli się na 12% kupowanych bezpośrednio z 8 zagranicznych elektrowni jądrowych i 76% produkowanych już we Włoszech, ale przy użyciu surowców zakupionych za granicą. Być może tą wielką zależnością energetyczną można tłumaczyć przyjaźń Berlusconiego z Putinem (choć powody mogą być całkiem inne).

Jeśli weźmiemy pod uwagę, że według danych Włosi zużywają rocznie tyle energii elektrycznej ile Turcja, Polska, Austria i Rumunia razem (Eurostat) lub ile 0,5 mld Afrykańczyków (MAE- Międzynarodowa Agencja Energetyczna) nie dziwi fakt, że Włosi płacą ogromne rachunki za energię. Dodajmy, że jak donosi Mae, do rocznej produkcji energii we Włoszech zużywa się tyle gazu ile w całej Ameryce Południowej w ciągu 439 dni, 6 razy więcej ropy niż we Francji i 12 razy więcej niż w Wielkiej Brytanii.

Przyjrzyjmy się dokładnie tej sytuacji, śledząc dane przedstawione przez autorów książki "La Deriva":

Energia nuklearna: w latach 1960-1980 produkowano energię jądrową w czterech elektrowniach (Caorso, Trino Vercellese, Garigliano i Latina). Po wybuchu w Czarnobylu Włochy ogarnęła panika i zdecydowano o przeprowadzeniu referendum, które odbyło się w dn. 8 i 9 listopada 1987 roku. 71% Włochów dopowiedziała się przeciw energii jądrowej odpowiadając na 3 pytania (nie do końca jasne, m.in. chcecie, aby zniesiono dopłaty dla gmin, w których znajdują się centrale nuklearne lub węglowe..). Elektrownie jądrowe zamknięto, ale pozostał problem pozbycia się odpadów (ostatecznie w 1999 roku stworzono spółkę SOGIN, która zajmuje się tą kwestią, a poprzedni rząd zdecydował o wywiezieniu ok. 235 ton odpadów do Francji).

Wśród argumentów przeciwko pracy elektrowni jądrowych była więc obawa o skutki ewentualnego wybuchu reaktorów. Jak podają Rizzo i Stella także inne kraje europejskie miały takie obawy, ale elektrowni nie zlikwidowano. I tak Francja ma 59 aktywnych reaktorów, z których pochodzi 78% energii elektrycznej, a Niemcy mają ich 17 i produkują w ten sposób ponad 31% energii elektrycznej. Włochy są narażone na ewentualne promieniowanie ze wszystkich 158 elektrowni w Europie, z których aż 13 znajduje się w odległości ok. 200 km od granic państwa. Rozmieszczenie elektrowni jądrowych wzdłuż granic Włoch

Ponadto, jak to zwykle we Włoszech bywa, nie przewidziano żadnych planów alternatywnego pozyskiwania energii po zamknięciu reaktorów. Dlatego też większość polityków (wszystkich opcji) i naukowców, którzy swego czasu opowiadali się przeciw energii jądrowej, dzisiaj swojej decyzji żałują. I dodają, że należało skorzystać z pomysłu wysuniętego przez Beniamino Andreattę (polityka i ekonomisty), który postulował stworzenie swego rodzaju joint venture między włoską i francuską spółką energetyczną i wybudowanie we Francji reaktorów jądrowych, które dostarczałyby energii do Włoch. Po niższych kosztach niż to się dzieje obecnie. Poza tym elektrownia jądrowa w Montalto di Castro, która nie została całkiem ukończona choć koszty budowy wyniosły ok. 8 mld euro, została przekształcona w jedną z największych elektrociepłowni w Europie.

I jedną z najmniej efektywnych: zużywa ok. 15% więcej od innych i produkuje 1/3 kWh przewidzianych w planie (7 mld zamiast 20 w 2007 roku). Według autorów książki "La Deriva" cała operacja porzucenia energii jądrowej (wliczając w to "zadośćuczynienie" dla spółki Enel zajmującej się dystrybucją energii elektrycznej) kosztowała Włochów 20 miliardów euro (340 euro przypadających na jednego mieszkańca Włoch).

W całym tym zamieszaniu największe koszty ponoszą obywatele, ponieważ ceny energii są we Włoszech prawie o połowę wyższe od średniej unijnej (co przy tak wysokim zużyciu oznacza wysokie sumy).

I chociaż rząd Silvio Berlusconiego proponuje przywrócenie energii jądrowej (i biorąc pod uwagę wyżej wymienione powody, pomysł wydaje się trafiony) nie będzie miał łatwego zadania. Część środowiska "zielonych" już zapowiedziała manifestacje anty-jądrowe powołując się na szereg publikacji i badań, które poruszają problem szkodliwości tego typu energii. Problem w tym, że nie prezentują żadnej alternatywy, bo, o czym napiszę w kolejnych energetycznych odcinkach, praktycznie żaden sposób pozyskiwania energii nie spotkał się jak dotąd z ich aprobatą.

Podobnie zresztą jak część mieszkańców Neapolu protestujących przeciw utworzeniu wysypiska w ich dzielnicy. Bez wątpienia mają powody do protestów, ale slogany "Zabierzcie je gdzieś indziej!" pozostawiają wiele do życzenia. Bo gdzież indziej? Nie jest przecież rozwiązaniem wywożenie części śmieci np. do Niemiec, bo nie mogąc uporać się z tym problemem (tak jak z kwestią energii) w obrębie kraju, wszyscy płacą za ich wywóz za granicę. I w ten sposób koło się zamyka.

Nie bez powodu Partia Demokratyczna oraz dziennikarze i intelektualiści związani z centrolewicą popierają rozwiązania przedstawione przez Berlusconiego w tej sprawie. Jak twierdzi redaktor naczelny dziennika Europa zw. z partią Margherita, a dzisiaj z Partią Demokratczną, Stefano Menichini podczas programu Otto e mezzo, działaniom Berlusconiego należy jedynie przyklaskiwać. Dodaje, że tak samo powinien był postąpić Romano Prodi. I pewnie by postąpił gdyby nie obecność w jego koalicji Federacji Zielonych, która przedsięwzięcia tego typu blokowała, a której głosy były centrolewicy potrzebne by władzy nie stracić. I tu także koło się zamyka."

Jednocześnie zachęcam do lektury drugiego wpisu poświęconego włoskiej energetyce, a na zachętę króciutki już fragment tekstu: "Dodatkowo, według obliczeń, Włochy mogłyby pokryć połowę zapotrzebowania energetycznego umieszczając panele słoneczne na 22.000 km2 swojego terytorium." Mogłyby, ale nie pokryją. Zachęcam także do regularnego odwiedzania bloga Włoska robota.

grafika: wloskarobota.blox.pl

21:17, p.wolejko , Europa
Link Dodaj komentarz »
środa, 28 maja 2008

grafikaCyklon Nargis, który zrujnował południe Birmy nie zmienił ani o jotę podejścia rządzącej od lat 60-tych w kraju junty wojskowej. Generałowie przez kilka długich tygodni robili co mogli, aby ograniczyć napływ zagranicznej pomocy dla potrzebującej ludności - rozmiękczając chcących nieść pomoc. Propagandowo pozwolili odnieść sukces Ban Ki-munowi, Sekretarzowi Generalnemu ONZ, ale na taki gest junta mogła sobie pozwolić.

W międzyczasie bowiem bezwzględnie przeprowadzono referendum w sprawie przyjęcia nowej konstytucji, która stanowi ważny krok na "drodze ku demokracji". Jak donosi Reuters, przy frekwencji sięgającej 98,1 procent aż 92,5 procent głosujących opowiedziało się za przyjęciem projektu ustawy zasadniczej. Wynik niemalże jak w Polsce za czasów PRLu albo, w czasach współczesnych, np. w Uzbekistanie. Wróćmy jednak do głównego wątku, czyli cynicznej aż do bólu - i skutecznej - gry generałów.

Kiedy zagraniczni donatorzy i chętni do pomocy zostali już rozmiękczeni, kiedy obiecali miliardy dolarów pomocy, junta mogła najspokojniej w świecie, przy otwartej kurtynie, odegrać kolejny akt trwającego cztery dekady dramatu - przedłużyć areszt domowy Aung San Suu Kyi, liderki opozycji, laureatki pokojowego Nobla z 1991 roku. Suu Kyi przebywa w więzieniu lub areszcie domowym, praktycznie bez przerwy, od 1989 roku.

Sekretarz Generalny ONZ Ban Ki-mun stwierdził, że z bólem przyjmuje przedłużenie aresztu domowego dla Suu Kyi, a Stany Zjednoczone ustami Georga W. Busha wyraziły głębokie zaniepokojenie. Jednocześnie jednak, Bush zapowiedział, że Ameryka nie przestanie pomagać Birmańczykom i będzie wspierać wysiłki na rzecz demokracji w Birmie. Rzecznik Departamentu Stanu Sean McCormack określił przedłużenie aresztu domowego jako przegapienie "kolejnej okazji do rozpoczęcia dialogu z Aung San Suu Kyi".

Niestety, ale junta nie ma żadnego zamiaru rozmawiać z Suu Kyi, ani z kimkolwiek innym. Generałowie realizują przygotowany przez siebie plan, który zakłada "wolne wybory" w 2010 roku i transformację ustrojową, która zapewni stworzenie pięknej fasady demokratycznej, za którą nadal za wszystkie kluczowe sznurki pociągać będzie armia. Nawet potężna katastrofa naturalna, jaką bez wątpienia był cyklon Nargis, nie zachwiała juntą. Naiwnością było liczyć, że stanie się inaczej. Tragedia spotkała "niepokorne regiony", pacyfikowane wielokrotnie, w tym w listopadzie ub. r., podczas protestów mnichów.

Junta wręcz wzorowo rozładowała sytuację. Krzyki zza granicy robią na generałach wielkiego wrażenia. Than Shwe i jego koledzy słusznie przewidzieli, że rytualna krytyka ustąpi miejsca chęci niesienia pomocy potrzebującym, których junta ma w poważaniu. Będzie pomoc, będą pieniądze, a przy okazji plan "demokratyzacji" posuwa się naprzód. Pozostaje tylko jedno pytanie - czy wojskowi, osiągając sukcesy w krótkim terminie, zapewniają sobie długoterminową stabilizację własnych rządów?

grafika: byfiles.storage.live.com

00:00, p.wolejko , Azja
Link Dodaj komentarz »
sobota, 24 maja 2008

grafikaAgencje prasowe donoszą, że nie żyje sędziwy przywódca lewackiej terrorystycznej organizacji FARC (Fuerzas Armadas Revolucionarias de Colombia) Manuel Marulanda. Ponad 70-letni Marulanda miał zginąć w marcu br., najpewniej na atak serca - poinformował kolumbijski minister obrony Juan Manuel Santos, powołując się na źródło, które "nigdy nas nie zawiodło". Santos stwierdził, że władze pracują nad potwierdzeniem informacji o śmierci Marulandy.

Jeśli wieści te potwierdzą się, będzie to drugi bardzo ciężki cios dla FARC w ostatnich miesiącach. Również w marcu zginął Raul Reyes, należący do ścisłego kręgu przywódców organizacji. Reyes zginął w wypadzie kolumbijskich komandosów na terytorium Ekwadoru. Terroryści, przetrzymujący kilkuset zakładników, znajdują się w ciągłej defensywie. Giną kolejni wysoko postawieni dowódcy, dezerterują zwyczajni "żołnierze". FARC, które jeszcze dekadę temu kontrolowało ogromne połacie kraju zostało zepchnięte do przygranicznych (z Ekwadorem i Wenezuelą) lasów oraz na tereny górzyste.

Twarda walka z terrorystami, którą prowadzi prezydent Alvaro Uribe, przynosi widoczne rezultaty. Prawicowe bojówki w zdecydowanej większości złożyły broń, a ich liderzy odsiadują wyroki w więzieniach, a lewicowe FARC jest bezwzględnie niszczone militarnie. Lewacy sami są sobie winni, gdyż wcześniejsze okresy rozmów pokojowych traktowali jako okazję do przegrupowania sił, wzmocnienia własnej pozycji. Wtedy też porwali większość z przetrzymywanych do dziś zakładników. Z terrorystami się nie rozmawia, terrorystów się anihiluje.

Śmierć Marulandy nie spowoduje najpewniej rozwiązania FARC, ale jest ogromnym ciosem w morale jej członków. Ciągle w defensywie, stopniowo pozbawiani doświadczonych przywódców, członkowie FARC znajdują się pod presją. Rosną szanse na zakończenie trwającej ponad cztery dekady walki z kolumbijskim państwem i jego obywatelami.

Więcej: Reuters, MSN News, News.com.au

grafika: wikimedia.org

 
1 , 2 , 3 , 4
Zakładki:
1. Dyplomacja w Sieci
2. Blogi zagraniczne
3. Think-tanki
4. Media zagraniczne
5. Blogi polskie
6. Militaria
7. Periodyki
liczniki
Dyplomacja on Facebook