czwartek, 28 maja 2009

W dniach 21-22 maja br., w Chabarowsku, odbył się kolejny szczyt Rosja-Unia Europejska. Uśmiechy, kurtuazja, elegancja. Jednak za piękną fasadą kryje się pustka merytoryczna. W kluczowej dla Europy sprawie, energetyce, Rosja zajmuje absolutnie przeciwstawne stanowisko do europejskiego. Głównym problemem jest kwestia Karty Energetycznej (Energy Charter Treaty).

Rys historyczny

Karta Energetyczna (nie mylić z Europejską Kartą Energetyczną) to traktat, który w dość kompleksowy sposób ujmuje współpracę międzynarodową w zakresie energetyki, głównie tranzytu surowców energetycznych oraz inwestycji w sektorze energetycznym. Początki Karty sięgają pierwszej części lat 90., kiedy uznawano ją jako przyszłą podstawę relacji z zasobnymi w ropę i gaz byłymi republikami radzieckimi. Energy Charter Treaty (ECT) został podpisany w 1994 roku, a wszedł w życie w 1998 roku. Rosja, choć aktywnie uczestniczyła w tworzeniu tekstu traktatu, nigdy nie doprowadziła procesu ratyfikacji do końca. Blisko było w 1997 roku, ale zdominowany przez nacjonalistów i komunistów parlament odrzucił rządową propozycję ratyfikacji dokumentu.

Stosunek Moskwy do ECT uległ z biegiem lat ewolucji: od ostrożnego poparcia do zdecydowanego sprzeciwu. Co ciekawe, początkowo przyjęcie Karty popierał nawet Gazprom. Wkrótce jednak nastawienie państwowego monopolisty zmieniło się nie do poznania. Koncern wraz z rządem jednolicie krytykują dokument, którego przyjęcie przez Rosję wydaje się niemożliwe. Media poświęcają samemu sporowi wiele miejsca, ale nie tłumaczą, dlaczego Rosja odmawia ratyfikacji Karty, a prezydent Miedwiediew proponuje zupełnie nowe porozumienie.

Dlaczego Rosja odrzuca Kartę?

Decydującą rolę odgrywa oczywiście polityka. Karta Energetyczna pozbawiłaby Moskwę możliwości zakręcania kurka z gazem (czy z ropą) w sytuacji sporu biznesowego. Nie byłoby więc kryzysów ukraińskich, ani kryzysu białoruskiego, czyli odcinania dostaw gazu na przełomie grudnia i stycznia. Jeszcze w latach 90. rosyjscy oficjele mówili, że taka klauzula może uderzać w interesy Rosji.

Dla Rosji eksport gazu (i ropy) to być albo nie być. Dochody, w twardej walucie, ze sprzedaży surowców energetycznych stanowią znaczną część budżetu. Jak ujął to były wicepremier Borys Niemcow: "Przyszłość Gazpromu jest przyszłością Rosji". Nie można więc podejmować żadnych kroków, które mogłyby utrudnić Gazpromowi działalność. Państwowy monopolista szybko zmienił zdanie ws. traktatu, głównie z powodu kwestii dostępu stron trzecich do własnej infrastruktury przesyłowej (Third Party Access - TPA).

Kluczem kontrola nad Azją Centralną

Dopuszczenie innych graczy do sieci przesyłowej Gazpromu oznaczałoby, że kraje Azji Centralnej, głównie zaś Turkmenistan, mogłyby samodzielnie eksportować gaz do Europy. Na to Gazprom, ani Moskwa, pozwolić nie mogły.Zwiększenie podaży gazu doprowadziłoby do obniżki cen w Europie, a gaz turkmeński jest o wiele tańszy od rosyjskiego. TPA obliguje operatorów sieci przesyłowych do ustalenia jasnych i przejrzystych zasad korzystania z niej, a także opublikowania taryf oraz ilości wolnych zdolności przesyłowych. Co prawda Traktat nie nakazuje obligatoryjnego przyjęcia zasad TPA, ale Rosja alergicznie reaguje na każde wspomnienie o tej zasadzie.

Z Turkmenistanem, choć dotyczy do także innych krajów Azji Centralnej, jest jeszcze inny problem - zaangażowanie Ameryki i uznanie regionu Morza Kaspijskiego za kluczowy z punktu widzenia interesu narodowego. Amerykanie zaczęli mieszać na rosyjskim podwórku, vide ropociąg Baku-Tbilisi-Ceyhan, podminowując pozycję Moskwy w regionie. Rosja robiła i robi wszystko, aby eksport gazu z Turkmenistanu, Uzbekistanu czy Kazachstanu odbywał się przez rosyjskie gazociągi. Pozwala jej to kontrolować podaż z tych państw, a także reeksportować tenże gaz do Europy. Oczywiście po dużo wyższej cenie.

Kto pierwszy do Turcji?

Powstanie gazociągu z Turkmenistanu do Iranu, łączącego turkmeńskie złoża z północą kraju ajatollahów, bardzo zaniepokoiło Rosjan. Z Iranu niedaleko jest do Turcji, kluczowego państwa w energetycznej układance. Choć Republika Turecka nie posiada złóż gazu ani ropy, to od niej zależy pomyślność Rosji oraz bezpieczeństwo energetyczne Europy. Zdają sobie z tego sprawę Stany Zjednoczone, aktywnie działając w regionie od upadku ZSRR.

Turcja jest wielkim konsumentem gazu, który w tej chwili czerpie głównie z Rosji. Wokół są jednak państwa posiadające ogromne złoża, mogące zagrozić rosyjskiej hegemonii: Iran i Turkmenistan. Jeśli oba te kraje byłyby zdolne przesłać do Turcji znaczące ilości błękitnego paliwa, pozycja Rosji znacząco by osłabła. Turcja to także kluczowy kraj tranzytowy - jeśli tylko gaz turkmeński czy irański będzie do niej docierał, może popłynąć dalej na Zachód. Stąd bezpardonowa walka o korytarze tranzytowe i gigantyczne wpływy budżetowe: starcie rosyjskiego pomysłu Blue Stream (gazociąg po dnie Morza Czarnego do Turcji) oraz alternatywne koncepcje zachodnie (Nabucco, Trans Caspian Pipeline).

Rosjanie robią wszystko, aby nie dopuścić do uniezależnienia się Europy od rosyjskich gazociągów jako głównego źródła gazu dla Starego Kontynentu. Urozmaicona polityka kija i marchewki stosowana wobec ex-republik radzieckich działa w miarę dobrze. Co prawda Turkmenistan czy Uzbekistan od czasu do czasu tupną nogą i wymuszą podwyżkę cen swojego gazu, ale na razie nie ma realnej groźby wyrwania się tych państw spod energetycznej kurateli Moskwy. Byłoby to zresztą katastrofą dla Gazpromu, który bez gazu z Azji Centralnej nie mógłby wywiązać się z lukratywnych kontraktów z krajami Unii Europejskiej, bo zwyczajnie wydobywa zbyt mało gazu. Patrząc przez pryzmat energetyczny można zrozumieć także politykę rosyjską wobec Iranu.

Umarł traktat, niech żyje traktat!

Traktat Karty Energetycznej nie pozwala też na blokowanie wstępu kluczowego personelu na terytorium danego państwa. Nie ma więc możliwości wykorzystania rosyjskiej drogi rozwiązywania sporów poprzez odmawianie przedłużenia/przyznania wiz pracownikom firm, które toczą spór z władzami rosyjskimi.

Kolejną kwestią sporną z Unią Europejską jest żądanie tej ostatniej traktowania całego jej obszaru jako obszaru "jednego państwa", czyli zmuszenie Rosji do traktowania Unii jako jedności, a nie związku pojedynczych państw. Nie byłoby więc rozgrywania poszczególnych członków UE przeciw sobie, w czym Rosja się lubuje. Traktat w dość szczegółowy sposób opisuje także procedurę rozwiązywania sporów. Rosja, która tylko prowizorycznie stosuje postanowienia Karty (de facto może uznaniowo zdecydować, które postanowienia zamierza stosować, a których nie) i która nie jest członkiem WTO (spory można rozwiązywać także według procedur tej organizacji) jest więc skutecznie wyłączona z tych mechanizmów. Oznacza to, że spory dotyczące kwestii energetycznych będą rozwiązane tak, jak Rosja zechce.

W poniedziałek, 25 maja br., uczestniczyłem w spotkaniu z przewodniczącym Komisji Europejskiej Jose Manuelem Barroso, które odbyło się w Sali Ceremonialnej na Uniwersytecie Kopenhaskim. Spytałem przewodniczącego Barroso o główne punkty sporne dotyczące rozmów z Rosjanami o Karcie oraz o to, jak Unia planuje rozwiązać ten węzeł gordyjski. Odpowiedź, jak można się było spodziewać, była niezadowalająca. Barroso powtarzał jak mantrę słowo "negocjacje" oraz zapewnił, że dla Europy liczy się odpowiedzialność dostawcy oraz przejrzystość. Cała wypowiedź Jose Manuela Barroso znajduje się poniżej:

 

 

Sądzę, że nie ma możliwości porozumienia Unii Europejskiej i Rosji ws. Karty Energetycznej, czy - szerzej - wspólnego układu dotyczącego energii. Nie chodzi o odrzucanie przez Rosjan tekstu Karty w całości i determinacji Brukseli do zachowania Karty i traktowania jej jako podstawy do dalszych rozmów. Tutaj nie chodzi o traktat, tylko o pieniądze i żywotne interesy Rosji. Dla Kremla równouprawnienie na rynku gazu oznacza utratę kontroli nad dostawami gazu do Europy, czyli zarżnięcie kury składającej złote jaja. Europa zaś nie może zgodzić się na monopolistyczne i centralistyczne ciągoty Gazpromu, gdyż są one sprzeczne z europejską filozofią liberalizacji rynku gazu.

Kwestii spornych jest multum, a pola do kompromisu nie widać. Czas porzucić wielkie oczekiwania i przestać pisać po każdym szczycie, że porozumienia nie ma, ale toczą się rozmowy. I będą się toczyć, ale bezskutecznie.

Piotr Wołejko


Wcześniejsze wpisy poświęcone energetyce i polityce:

 

Więcej tekstów oraz autorów na portalu Polityka Globalna:
 

16:05, p.wolejko , Rosja
Link Komentarze (11) »
sobota, 23 maja 2009

Od radości do desperacji. W ciągu kilkudziesięciu godzin dowiedzieliśmy się, że - owszem - powinniśmy otrzymać baterię rakiet Patriot do końca bieżącego roku, ale (zawsze jest jakieś ale), nie będą one pełnowartościowe. Anonimowe źródła w amerykańskim Departamencie Stanu podały, że bateria rakiet nie będzie wyposażona we wszystkie systemy elektroniczne. Wuj Sam przesyła nam uzbrojenie w celach szkoleniowych.

Administracja Baracka Obamy robi wiele, aby wykręcić się od zobowiązań podjętych przez dogorywającą ekipę Busha. Obama próbował przehandlować system obrony przeciwrakietowej w zamian za Iran, proponując geszeft prezydentowi Miedwiediewowi. Teraz sekretarz obrony Gates, ten sam, który za Busha promował obronę rakietową, broni cięć w wydatkach na ukochane dziecko neokonów. Lekka schizofrenia? W każdym razie Gates nie jest partyjnym sekretarzem, tylko uznanym specjalistą. Z drugiej strony, jest słaby politycznie, skoro w krótkim czasie potrafi z uśmiechem na ustach zmienić swoje poglądy o 180 stopni. Nie o nim jednak ten wpis.

Tak się jakoś dziwnie składa, że nasze, polskie układy z Amerykanami nie przynoszą nam zbyt wielkich korzyści. Przetarg stulecia, w którym jako samolot wielozadaniowy wybraliśmy amerykański F-16 to przedsięwzięcie dalekie od sukcesu. Problemy z offsetem, brak zrozumienia obu stron, a wreszcie wadliwość dostarczonych maszyn - wszystko to pozostawiło wielki niesmak, a przynajmniej nieprzyjemną suchość w gardle, niczym o poranku po dobrej imprezie.

Całkiem niedawno pojawiły się informacje stwierdzające, że kolejny samolot, tym razem transportowiec C-130 Hercules, to kupa złomu wymagająca poważnych napraw, aby w ogóle wzbić się w powietrze. Co prawda darowanemu Herculesowi nie wypada zaglądać w zęby - jest to pierwsza z pięciu sztuk, które mamy otrzymać za darmo od USA - ale ponowny zgrzyt jest faktem.

Teraz zaś mamy do czynienia z "kwiatkami doniczkowymi", jak był to łaskaw określić wiceszef MON S. Komorowski. Polska nie chce kwiatków, zapewnił minister. Chcemy czy nie, obawiam się, że nie mamy wiele do gadania. O ile cokolwiek dostaniemy, będzie to dokładnie to, co Amerykanie zechcą nam dać. Zresztą sformułowanie dać okazuje się nie do końca fortunne, gdyż Wuj Sam chce zainkasować pieniądze za rakiety, wchodzące w skład baterii. Jest to, bagatela, min. 3 miliardy dolarów.

Dylemat jest taki, brać nawet kwiatki, choć swoich mamy pod dostatkiem, czy unieść się honorem i postawić sprawę twardo. Jedno wydaje się niezmienne, mimo zmiany administracji, Polska jest traktowana nie do  końca poważnie. I jest to niezależne od aktualnej sytuacji gospodarczej oraz naszego zaangażowania u boku Ameryki. Polityka zagraniczna to w żadnym wypadku handel na zasadzie: ja tobie A, a ty mnie B. To mechanizm bardziej skomplikowany, bliższy oddawaniu przysług i przekonaniu, że kiedyś zostaną odwzajemnione; w końcu jesteśmy partnerami.

Amerykanie zdają się wyceniać naszą pomoc na miarę kwiatków doniczkowych. Smutna rzeczywistość.

Piotr Wołejko


Wcześniejsze wpisy o polskiej polityce zagranicznej:

 

Więcej tekstów oraz autorów na portalu Polityka Globalna:
 

 

piątek, 22 maja 2009

15 maja 1911 roku Sąd Najwyższy Stanów Zjednoczonych wydał wyrok w sprawie Standard Oil Company of New Jersey vs. United States, w którym jednogłośnie stwierdził, że monopol naftowy Johna Rockefellera jest niezgodny z obowiązującym ustawodawstwem. Efektem decyzji sędziów był podział Standard Oil na 34 niezależne od siebie firmy.

Tak zakończył się piękny sen amerykańskiego przedsiębiorcy, który w wyniku podziału monopolu wzbogacił się dwukrotnie, gdyż jego akcje stały się więcej warte, gdy zostały "rozbite" na kilkadziesiąt spółek. Bez dwóch zdań Rockefeller nie był dobrodusznym filantropem, jak się go dzisiaj przedstawia. Od 1870 roku sprytny biznesmen bez mrugnięcia okiem eliminował kolejnych konkurentów, zmuszając ich najczęściej do odsprzedania mu swoich firm. Niektórzy dawni rywale okazali się później cennymi nabytkami, wspierając Rockefellera w tworzeniu jego imperium. John chwytał się wszystkich środków, wykorzystywał wszystkie możliwości, a najbardziej w wykończeniu konkurencji pomogły mu układy z przedsiębiorstwami kolejowymi.

W zaledwie dwie dekady Standard Oil stał się międzynarodową potęgą i dominującym graczem na amerykańskim rynku naftowym. Sprytne obejście przepisów uniemożliwiających działanie firm w więcej niż jednym stanie, poprzez formułę trustu, pozwoliło Rockefellerowi zbudować pierwsze naftowe imperium na świecie. Jednak źródło sukcesu stało się wkrótce przyczyną problemów, które zaowocowały rozbiciem monopolu na kilkadziesiąt niezależnych firm.

Niektóre z nich były silniejsze od pozostałych, stając się ponownie dominującymi graczami na rynku - Standard Oil of New York (późniejszy Exxon), Standard Oil of New Jersey (Mobil) praz Standard oil of California (Chevron). Wraz z dwiema innymi amerykańskimi firmami, Texaco oraz Gulf Oil, a także brytyjsko-holenderskim Royal Dutch Shell oraz brytyjskim BP, tworzyły grupę tzw. Siedmiu Sióstr (Seven Sisters). Siódemka przez kilka dekad niepodzielnie rządziła światowym rynkiem ropy naftowej, tworząc de facto kartel decydujący o ilości wydobywanej i przetwarzanej ropy, jej cenie oraz zaopatrzeniu poszczególnych państw.

Wraz z wchodzeniem sióstr na kolejne rynki i rozpoczynaniem wydobycia w coraz to nowszych lokalizacjach, rosły ich dochody i potęga. Konkurencję między potęgami można określić mianem mieszanki dziwnej wojny (sitzkriegu) z najbardziej zażartymi walkami na froncie wschodnim. Po kilkunastu latach firmy podzieliły się jednak rynkami i starały się nie wchodzić sobie w paradę. Mniejsi gracze, tzw. independents (niezależni), nie liczyli się w globalnej rozgrywce. Powoli powstające narodowe koncerny naftowe były przez siostry ignorowane, choć czasem zachodziły im za skórę. W szczególności Siedmiu Siostrom dał się we znaki Włoch Enrico Mattei, twórca koncernu ENI, który w latach 50. próbował przełamać ich monopol.

Słowo monopol powraca jak bumerang, gdyż mimo podziału Standard OIl, powstałe z niego firmy nie odcięły się od swoich korzeni i najczęściej zgodnie ze sobą współpracowały. Dotyczy to zwłaszcza największych, Exxonu, Mobilu oraz Socalu (Chevronu). Dało się to bardzo dobrze zauważyć w latach 40. i 50., kiedy amerykańskie firmy w wielkiej zgodzie zadomawiały się na Bliskim Wschodzie.Wówczas koncerny paliwowe były u szczytu swej potęgi, a ogromne odkrycia w Arabii Saudyjskiej wydawały się gwarantować Siostrom świetlaną przyszłość.

Co więcej, ich unikalną pozycję z lubością wykorzystywały rządy, głównie amerykański, zlecając de facto prowadzenie polityki Stanów Zjednoczonych na Bliskim Wschodzie koncernom właśnie. Pomagało to, zwłaszcza wobec zwiększającego się zaangażowania USA po stronie Izraela, odwrócić uwagę Arabów od tego faktu. Wydawało się, że dzieci przerosły rodzica i Siostry stały się potężniejsze od Standard Oil za najlepszych czasów.

Iluzja własnej wszechmocy i krótkowzroczność sprawiły, że naftowe giganty raczej z lekceważeniem podeszły do wydarzeń rozgrywających się we wrześniu 1960 roku w Bagdadzie. W stolicy Iraku pięć państw postanowiło stworzyć organizację zrzeszającą producentów ropy naftowej. Irak, Iran, Kuwejt, Arabia Saudyjska oraz Wenezuela powołało do życia OPEC. Dla przyszłości układu sił na rynku naftowym kluczowe jest także przystąpienie do OPEC Libii w 1962 roku.

Siostry nie potraktowały do końca poważnie nowej organizacji. Kraje posiadające złoża były wówczas w pozycji zdecydowanej służebnej w stosunku do firm naftowych. To koncerny dyktowały warunki wydobycia, m.in. cenę baryłki, a także decydowały do jakiego kraju trafi ropa z kraju X. Każde ustępstwo Sióstr wobec państw okupione było długą i wyczerpującą walką. Firmy nie bały się państw, a upokorzenie Iranu i efektywne zablokowanie możliwości sprzedaży ropy z tego kraju po przewrocie Mossadeqa
miały stanowić nauczkę dla niepokornych rządów - siedźcie cicho i bądźcie grzeczni, poradzimy sobie bez waszej ropy; tak mniej więcej brzmiała irańska lekcja.

Wtedy jednak podaż ropy znacząco przerastała popyt, można więc było pozwolić sobie na rezygnację z jednego jej źródła. W razie potrzeby firmy mogły liczyć na zwiększenie wydobycia z, bezkresnych jak się wydawało, pól naftowych w Arabii Saudyjskiej. Kilkanaście lat później sytuacja wyglądała zupełnie inaczej. Nadprodukcja ropy odchodziła w przeszłość, a państwa coraz śmielej walczyły o należne im prawa i profity. Kraje arabskie zdały sobie także sprawę z politycznych możliwości, jakie daje im kontrola nad złożami kluczowego surowca.

Pierwsza próba zastosowania broni paliwowej, embargo z 1967 roku, zakończyło się jeszcze pośmiewiskiem. Brak jednolitego stanowiska państw OPEC i nie stosowanie się do wzajemnie uzgodnionych warunków spowodowały, że zamiast prawego sierpowego, Stany Zjednoczone (wspierające Izrael w kolejnej wojnie z krajami arabskimi) dosięgnął co najwyżej delikatny policzek wymierzony przez cherlawą dzierlatkę. Koncerny pokazały po raz kolejny swoją siłę, manewrując setkami swoich tankowców w taki sposób, żeby nikt embarga nie odczuł. Co bystrzejsi menedżerowie dostrzegli jednak poważne zagrożenie, które nie tyle czaiło się na horyzoncie, ale stało już u bram Siedmiu Sióstr i uzależnionego od importu ropy Zachodu.

Sześć lat później, w październiku 1973 roku, po załamaniu się negocjacji koncernów z członkami OPEC (oraz w wyniku konsekwentnego wspierania Izraela przez USA podczas wojny Jom Kippur), decyzją OPEC ogłoszono kolejne embargo na eksport ropy do Stanów Zjednoczonych i innych państw wspierających Izrael. Broń polityczna, jaką była ropa naftowa, tym razem okazała się dość skuteczna. O ile Waszyngton nie zmienił swojej polityki, konsekwencje gospodarcze ograniczenia dostaw ropy, i kilkukrotnego wzrostu jej ceny, były bardzo poważne.

Siostry nic nie mogły poradzić, gdyż większość wydobywanej przez nie ropy pochodziła z państw OPEC. Nie pozostało im nic innego, jak wykonywać polecenia Rijadu czy Trypolisu, stając tym samym przed ogromnym dylematem - działania na szkodę państwa, z którego firmy się wywodziły. Groźby wyrzucenia koncernów z państw OPEC sprawiła jednak, że firmy zacisnęły zęby, wzięły uszy po sobie i robiły wszystko, aby poszczególne państwa zostały dotknięte embargiem w jak najmniejszym stopniu.

Rok 1973 jest dla przemysłu naftowego przełomowy. Kartel państw-producentów okazał się ostatecznie silniejszy od kartelu koncernów naftowych, które przez ponad pięć dekad dominowały na światowym rynku. Od tego momentu każde spotkanie ministrów państw OPEC w Wiedniu gromadziło masę dziennikarzy, a świat wstrzymywał oddech w oczekiwaniu na decyzję kartelu. Stopniowo Siostry przekształciły się w usługodawców producentów, będąc zmuszonymi odstąpić udziały w polach naftowych powstającym państwowym monopolom.

W 1973 roku rząd Arabii Saudyjskiej przejął 25 procent udziałów w konsorcjum Aramco, wydobywającym ropę w Królestwie. Już siedem lat później, w 1980 roku, Aramco w 100 procentach znajdowało się w posiadaniu Saudyjczyków. Niegdyś nie do pomyślenia było dzielenie zysków pomiędzy koncernami a państwami na poziomie 50-50. Realia zmieniły się błyskawicznie, a w "przebudzeniu" producentów duży udział miała edukacja, którą przedstawiciele rządów państw producentów nabyli w Ameryce czy Wielkiej Brytanii.

Zmiana układu sił, która nastąpiła w latach 70. ubiegłego stulecia, jest absolutnie bezprecedensowa. Monopol firm prywatnych kontrolujących rynek ropy naftowej został zastąpiony monopolem państw posiadających złoża czarnego złota. Ropa stała się efektywną bronią polityczną. I choć wielkie koncerny naftowe nadal odgrywają ogromną rolę, a także zarabiają grube miliardy, stały się pionkami wobec nowych, państwowych graczy. Siostry znalazły się na aucie, a ich miejsce zajęły państwowe firmy, takie jak Aramco (Saudi Aramco), CNPC (Chiny), NIOC (Iran), PDVSA (Wenezuela) czy Petrobras (Brazylia). 

Niektórzy na Zachodzie potraktowali zmianę realiów niczym kradzież rodowej zastawy. Nikt nie był przygotowany na taki obrót zdarzeń. Europie, Ameryce i Japonii przyszło przyjąć nowe warunki i płacić więcej. Lata 80. i 90. przyniosły nowe odkrycia i w miarę niskie ceny, ale wraz ze wzrostem gospodarczym takich państw jak Indie czy Chiny pojęcie "tania ropa" definitywnie odeszło do przeszłości. Smutne, że przez trzy i pół dekady od embarga z 1973 roku zrobiono tak niewiele, aby od ropy się uniezależnić. Niczym hazardziści uzależnieni od ruletki, pozwoliliśmy się ograć, ale nie możemy przestać grać.

Piotr Wołejko


Wcześniejsze wpisy poświęcone sprawom globalnym:

 

Więcej tekstów oraz autorów na portalu Polityka Globalna:
 

 

środa, 20 maja 2009

Prezydent Rosji Dmitrij Miedwiediew podpisał dekret tworzący specjalną komisję historyczną ds. zwalczania kłamstw historycznych działających na szkodę Rosji. Na czele nowego, 28-osobowego ciała stanie szef administracji prezydenckiej Sergiej Naryszkin. Reakcje na powstanie speckomisji są skrajnie różne.

Szef Stowarzyszenia Memoriał Andriej Rogiński ostro skrytykował utworzenie przez Miedwiediewa komisji histycznej: "pod względem funkcji komisja ta przypomina dawną Komisję Ideologiczną Komitetu Centralnego Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego (...) Z jednej strony, nie ma ona jakichś szczególnych uprawnień, jednak z drugiej - może stać się wyjątkowo wpływową strukturą."

Krystyna Kurczab-Redlich, wieloletnia korespondentka polskich mediów w Rosji przyznała, że nie jest zaskoczona decyzją rosyjskiego prezydenta. Stwierdziła, że polska i rosyjska prawda o chociażby drugiej wojnie światowej są niekompatybilne - "to, co my nazywamy II wojną światową, Rosjanie określają jako Wielką Wojnę Ojczyźnianą, która dla nich rozpoczęła się 22 czerwca 1941 roku". Zdaniem Kurczab-Redlich Kreml nie uznaje "naszej wojny", która toczyła się od 1 września 1939 roku, zaś informacje o współudziale USA czy, drugim froncie w Normandii czy walkach w Afryce są w rosyjskich podręcznikach marginalizowane.

Niezależna rosyjska komentatorka Julia Łatynina porównuje działania prezydenta do powieści Orwella: "Cały pomysł został skopiowany z "Roku 1984" (George'a) Orwella i słynnego zdania o Rosji jako kraju o nieprzewidywalnej przeszłości - dodała Łatynina".

Zupełnie inny punkt widzenia prezentują komuniści i nacjonaliści, którzy z aplauzem przyjęli powstanie historycznej speckomisji. "Nie można dopuszczać do linczowania wybitnych postaci historycznych, w tym z czasów ZSRR" - głosi stanowisko Komunistycznej Partii Federacji Rosyjskiej. Zachwytu nie kryje także populistyczny Władimir Żyrinowski: "Decyzja prezydenta jest słuszna. Historii trzeba poświęcać więcej uwagi". Andriej Sacharow z Rosyjskiej Akademii Nauk stwierdził wyłożył zaś kawę na ławę: "W ostatnich latach pojawiło się bardzo wiele różnego rodzaju koncepcji, faktycznie wyrządzających szkodę rosyjskiej historii, świadomości i państwowości". Jego zdaniem są one typowe dla "niektórych państw postsowieckich, republik nadbałtyckich, dla oficjalnego kierownictwa gruzińskiego, dla oficjeli ukraińskich, dla niektórych działaczy polskich".

Czy zaskakuje nas jednak próba kontrolowania historii przez państwo? Absolutnie nie. "Kto rządzi przeszłością, w tego rękach jest przyszłość; kto rządzi teraźniejszością, w tego rękach jest przeszłość". Cytat z "Roku 1984" Georga Orwella jest jak najbardziej aktualny. Nie tylko Rosja podejmuje się majstrowania przy historii i nie tylko ona protestuje, gdy państwa trzecie wyrażą swoje, odmienne zdanie w sprawie przeszłych wydarzeń.

Nie trzeba daleko szukać, aby znaleźć inne przykłady różnego podejścia do historii. Fakty niby te same, ale nie takie same - modyfikując nieco słynne powiedzenie M. Rakowskiego dotyczące partii komunistycznej w Polsce. W Niemczech istnieje spora grupa ludzi, którzy pod płaszczykiem tzw. wypędzenia promują alternatywną wersję przebiegu drugiej wojny światowej. Według niektórych to Niemcy są poszkodowanymi, a inni, w tym Polacy, oprawcami. Kiedy tylko słyszymy takie słowa, krew się gotuje a na usta cisną się najmocniejsze słowa. Czy powinniśmy się więc dziwić, że rosyjskie władze trafia szlag, gdy Ukraina czy Łotwa "wyskakują" ze swoim obrazem minionych dziejów?

A Japonia i Chiny w okresie lat 30. i 40. ubiegłego stulecia? Demokratyczna Japonia od sześciu dekad nie może nazwać po imieniu wydarzeń z Nankingu z przełomu 1937 i 1938 roku. Dla Chińczyków, i dla większości świata, wydarzenia te to zwyczajna masakra ludności cywilnej, prawie zbrodnia przeciwko ludzkości. Japończycy tymczasem dostrzegli co najwyżej pewne godne pożałowania incydenty. Nie lepiej przedstawiają się inne kwestie, m.in. przymuszanie kobiet z Chin czy Korei do prostytuowania się w burdelach prowadzonych dla japońskich żołnierzy.

Czymże wreszcie jest masakra Ormian z lat 1915-16? Szacuje się, że około półtora miliona Ormian straciło życie w wyniku zaplanowanej przez władze tureckie eksterminacji. Turcja traktuje zaprzeczanie masakrze niczym niepodległość, głośno krytykując każdego, kto ośmieli się o niej wspomnieć. Kiedy amerykański Kongres zaczął rozważać przyjęcie rezolucji potępiającej ówczesne wydarzenia, administracja Busha zdecydowała się, pod presją turecką, na zablokowanie takiej możliwości. Obama również nie kwapi się do nazwania rzeczy po imieniu - kilka tygodni temu gościł w Ankarze i z uśmiechem na ustach zapewniał premiera Erdogana o kluczowej roli jego kraju w polityce Stanów Zjednoczonych.

Historia to materia podatna na manipulacje, elastyczna niczym plastelina. Każdy, kto ma nad nią władzę, może ulepić cokolwiek zechce. Niektórzy przywódcy, elity rządzące korzystają z tego przywileju, inni starają się trzymać z daleka od mieszania w historycznym kotle. Historia ex definitione nie może być kompatybilna, tzn. niemożliwa jest wspólna interpretacja historii przez więcej niż jedno państwo. Wbrew pozorom, choć bez wątpienia powszechna, historia jest zamknięta w granicach państwowych.

Spójrzmy choćby na Polskę. Niby przyjazne i bliskie stosunki z Litwą i Ukrainą, a problemów historycznych wynikających ze skrajnie różnych ocen wydarzeń przeszłych mamy całe mnóstwo. Z żadnym z sąsiadów nie bylibyśmy w stanie napisać wspólnego podręcznika do historii. Faktom nie da się co prawda zaprzeczyć, ale za każdym wydarzeniem stały różne motywacje polityczne, społeczne, a często także kulturowe i religijne. Nie można oceniać np. konkretnej bitwy bez szerszego spojrzenia na ówczesne realia, stosunki, układy itp.

Pomysł napisania wspólnego, europejskiego podręcznika do historii odszedł do lamusa tak szybko, jak się pojawił. Skoro dwa państwa nie mają praktycznie żadnych szans, aby ustalić wspólną wersję przeszłości, jak można wymagać tego od dwudziestu siedmiu państw? To absolutna aberracja.

Zamiast próbować uwspólniać to, czego nie da się uwspólnić, należy twardo przedstawiać własną wersję historii - oczywiście starając się unikać propagandy, a opierać się tak dalece, jak to możliwe, na faktach. Stąd można oczekiwać, żeby Rosjanie przestali zaprzeczać zbrodni katyńskiej, ale już nie należy się spodziewać, aby nagle zmienili swoje podejście i przyjęli wszystkie (czy nawet większość) argumentów ukraińskich, litewskich i innych. Większość państw, pod mniejszym bądź większym wpływem władz centralnych, ulepiła z historycznej plasteliny własną wizję przeszłości - i tego się trzymają.

Niekompatybilność historii jest jej cechą wrodzoną. Rzekłbym nawet, jest pięknem historii, gdyż praktycznie nigdy nie uświadczymy wspólnego, jednostronnego przekazu. To, w co uwierzymy, zależy od dostępnych materiałów, ilości publikacji i naszego własnego rozumu. Wierzę w to, że ludzie wykorzystują rozum i samodzielnie lepią własną wizję historii, nie kupując w ciemno tego, co wciska im państwo.

Cytaty pochodzą z portalu Onet.pl

Piotr Wołejko


Wcześniejsze wpisy poświęcone Rosji:

 

Więcej tekstów oraz autorów na portalu Polityka Globalna:

 

niedziela, 17 maja 2009

Dopiero doniesienia o kapitulacji ostatnich oddziałów Tamilskich Tygrysów na Sri Lance zepchnęły ofensywę pakistańskiej armii w Dolinie Swat z pierwszego miejsca na stronach agencji informacyjnych. Temat walk toczonych przez rząd z talibami wałkowany jest już od kilku dni. Na razie media skupiają się na setkach tysięcy cywilów, którzy opuszczają rejon starć zbrojnych.

grafikaKilka dni temu BBC (źródło grafiki: news.bbc.co.uk) przedstawiło mapkę, z której wynika, że Islamabad kontroluje zaledwie 38 procent terenów graniczących z Afganistanem. Talibowie przejęli kontrolę nad 24 procentami terytorium prowincji NWFP oraz FATA, a na pozostałych 38 procentach ziem odnotowano silną obecność talibów. Ofensywa armii pakistańskiej w Dolinie Swat to próba odzyskania inicjatywy strategicznej w walce z radykałami i odzyskania przez cywilny rząd Pakistanu kontroli nad własnym terytorium.

Choć Islamabad informuje o sukcesach operacji i o tym, że talibowie golą brody i uciekają wraz z cywilami, należy do całej sytuacji podchodzić z umiarkowanym sceptycyzmem. Wielokrotnie mieliśmy już do czynienia z ofensywami pakistańskich żołnierzy, którzy - zwykle po ciężkich walkach i przy sporych stratach - wypierali talibów z kontrolowanych przez nich terenów. Co działo się później? Po kilku tygodniach, najdalej miesiącach, radykałowie wracali - zazwyczaj silniejsi i bardziej pewni siebie.

Taktyka Pakistanu w walce z talibami, polegająca na kombinacji wykorzystania siły militarnej i układów doprowadziła do tego, że talibowie mają się lepiej niż kiedykolwiek. Może z wyjątkiem drugiej połowy lat 90. ubiegłego wieku, kiedy udało im się - przy wsparciu pakistańskiego wywiadu i życzliwemu nastawieniu Islamabadu - przejąć władzę w Afganistanie.Wielu zdaje się nie pamiętać, że talibowie to produkt made in Pakistan.

Dotychczasowa polityka rządu pakistańskiego wobec rosnących w siłę radykałów jest kontrproduktywna. Wojsko nie załatwi wszystkich problemów, a pozostawienie dziesiątek tysięcy żołnierzy na rozległym, trudnym terenie nie wchodzi w grę. Aby móc myśleć o rozładowaniu sytuacji, stopniowym jej załagodzeniu, władze pakistańskie - w szczególności prezydent Zardari - muszą zająć się problemem FATA (Federalnie Administrowane Terytoria Plemienne).

Bezprawie na pakistańsko-afgańskim pograniczu wywodzi się bezpośrednio z FATA. Na terytoriach plemiennych cały czas obowiązuje kolonialny system prawny, stworzony przez Brytyjczyków półtora wieku temu. Moc obowiązującą ma Frontier Crimes Regulation z 1901 roku, który reguluje kary za wykroczenia. Sankcje są bardzo ostre i nie mają nic wspólnego ze współczesnym pojmowaniem roli wymiaru sprawiedliwości. Po wycofaniu się Brytyjczyków z Indii, Pakistan przejął terytoria plemienne z dobrodziejstwem inwentarza, dokonując co najwyżej kosmetycznych korekt w systemie administracyjno-prawnym.

FATA podlegają bezpośrednio prezydentowi. Żadne prawo przyjęte przez krajowy parlament nie obowiązuje na terytoriach plemiennych, dopóki prezydent tak nie zdecyduje. Dzieje się tak mimo tego, że terytoria posiadają w sumie dwudziestu reprezentantów w obu izbach parlamentu. Prezydent zarządza FATA za pośrednictwem gubernatora; jemu podlegają zaś specjalni agenci polityczni, będący przedstawicielami władzy centralnej w terenie. Agenci są niemal wszechwładni, w niektórych przypadkach mogą wykonywać także obowiązki władzy sądowniczej. Powszechnie uważa się ich za skorumpowanych. Agenci sprawują władzę we współpracy ze starszyzną plemienną.

Podział administracyjny FATA przedstawia się następująco: sześć jednostek administracyjnych (Agencies) oraz siedem regionów przygranicznych (Frontier Regions). Jeśli przyjrzeć się mapce przygotowanej przez BBC, kontrola prezydenta Pakistanu nad terytoriami plemiennymi jest mniej niż iluzoryczna. Talibowie przejęli władzę w FATA i zaprowadzili tam własne porządki, eliminując i podporządkowując sobie, kluczową w systemie plemiennym, starszyznę.

Znany pakistański dziennikarz Ahmed Rashid stwierdził w sierpniu ub.r., że "Praktycznie całość terytoriów plemiennych znajduje się pod kontrolą pakistańskich talibów, dzięki czemu zapewniają oni ochronę afgańskim kolegom i Al-Kaidzie". Niektóre plemiona obróciły się przeciwko rządowi, kiedy Musharraf, pod presją Amerykanów, musiał zerwać przyjazne więzi łączące Islamabad z talibami i wypowiedzieć im wojnę. Brak sukcesów w tej walce państwa posiadającego siódmą co do wielkości armię na świecie jest, na pierwszy rzut oka, zadziwiający.

Jednak wytłumaczenie jest bardzo proste: ani elitom politycznym traktowanym jako całość, bez podziału na barwy partyjne, ani armii, ani wywiadowi nie zależy tak naprawdę na rozprawieniu się z talibami. Konieczność odwrócenia sojuszy i stanięcia do walki z własnymi protegowanymi wbiła, po raz pierwszy w historii wzajemnych relacji, klin w stosunki na linii Islamabad-Waszyngton. Pakistańczycy niechętnie zabierają się do zwalczania talibów, na co naciskają Amerykanie i nie popierają nowego układu władzy w Afganistanie.

Problemem Pakistanu są wrogo nastawione Indie. Dla Pakistańczyków zawsze kluczową rolę odgrywała tzw. strategiczna głębia, pozwalająca wycofać się i zreorganizować, w razie ataku Indii. Głębię taką zapewnia terytorium Afganistanu, stąd nieustanne dążenia Pakistanu do kontrolowania sytuacji w Afganistanie. Rywalizacja obu atomowych mocarstw o wpływy w Kabulu obrosła już legendą, a oskarżenia o spiski pojawiały się wielokrotnie. Dla Pakistanu Hamid Karzaj to niemalże indyjski agent.

Przed Pakistanem twardy orzech do zgryzienia. Jak utrzymać kontrolę nad Afganistanem, a jednocześnie zminimalizować wpływy i potęgę radykałów na własnym podwórku (ataki sięgają już daleko poza pogranicze afgańsko-pakistańskie). Wątpliwa wydaje się sytuacja, w której i wilk jest syty i owca cała, czyli istnieje alternatywa rozłączna - albo tracimy Afganistan i zaprowadzamy porządek w domu albo oddajemy pole radykałom w kraju, aby skutecznie walczyli za granicą.

Jeśli prezydent Zardari zdecyduje się okiełznać talibów, siła militarna do osiągnięcia tego celu nie wystarczy. Muszą nastąpić zmiany na terytoriach plemiennych, najpewniej likwidacja reliktu kolonializmu, jakim stały się FATA. Należy rozciągnąć prawo obowiązujące w Pakistanie także na terytoria plemienne, zrównać wszystkich mieszkańców Pakistanu w obliczu prawa. Zapewnienie spokoju i bezpieczeństwa powinno być połączone z głębokimi zmianami prawno-administracyjnymi oraz inwestycjami w infrastrukturę i poprawę warunków życia.

Dotychczas zapowiadane zmiany nie spotkały się z pozytywnym przyjęciem w FATA. Niewiele także z nich wyszło. Półśrodki i ćwierćrozwiązania, nieustanne wahanie się - raz wysyłanie wojska, raz dogadywanie się i zawieranie układów - wszystko to doprowadziło do sytuacji, w której talibowie przejęli pakistańsko-afgańskie pogranicze, a wpływy radykalnego islamu rozlewają się na inne części Pakistanu.

I choć nie należy obawiać się przejęcia przez talibów pakistańskiej broni atomowej, trzeba wyrazić obawy w związku z brakiem stabilności w atomowym mocarstwie. Pakistan promieniuje niestabilnością na cały region, zagrażając bezpieczeństwu w Afganistanie, Azji Centralnej oraz Kaszmirze. Zadziwiające, jak brak kompetencji, wizji oraz krótkowzroczność mogą sprawić, że niewielkie terytorium staje się rozsadnikiem negatywnych wpływów na ogromnym obszarze.

Piotr Wołejko


Wcześniejsze wpisy poświęcone Pakistanowi:

 

Więcej tekstów oraz autorów na portalu Polityka Globalna:
 

 

17:40, p.wolejko , Azja
Link Komentarze (2) »
 
1 , 2
Zakładki:
1. Dyplomacja w Sieci
2. Blogi zagraniczne
3. Think-tanki
4. Media zagraniczne
5. Blogi polskie
6. Militaria
7. Periodyki
liczniki
Dyplomacja on Facebook