piątek, 28 maja 2010

Esej Charlesa Kupchana, profesora stosunków międzynarodowych na Georgetown University oraz eksperta think-tanku Council on Foreign Relations, zatytułowany "Ostateczna granica NATO. Dlaczego Rosja powinna dołączyć do Sojuszu Atlantyckiego", ożywił debatę dotyczącą przyszłości najpotężniejszego sojuszu militarnego w historii. Kupchan twierdzi, że akcesja Rosji do NATO nie tylko wzmocni Sojusz, ale pomoże dokonać w nim istotnych (i jednocześnie niezbędnych) zmian, a także pozwoli Ameryce na skuteczniejsze działanie w wymiarze globalnym.

grafikaCzłonkostwo Rosji w NATO wydaje się dziś czystą abstrakcją. Moskwa widzi w Sojuszu swego głównego przeciwnika, alergicznie reagując na poszerzanie paktu o nowe kraje oraz na rozmieszczanie infrastruktury wojskowej NATO na terytorium "nowych" członków organizacji. Nawet jedna, zupełnie niegroźna i bezużyteczna bateria rakiet Patriot, która po raz pierwszy stacjonuje w Polsce, wywołała niezadowolenie w Rosji. Może to być bardziej teatr, niż realne obawy, jednak potwierdza dominujący w Moskwie paradygmat: NATO - nasz wróg. Jak zatem Kupchan argumentuje za członkostwem Rosji w NATO? Przytacza pięć powodów, które poniżej opiszę i skomentuję.

Argument pierwszy: Otworzenie NATO na Rosję pozwoli zadziałać głównym siłom transformującym Europę po zakończeniu II wojny światowej - integracji. Rosja znajduje się obecnie na strategicznej ziemi niczyjej, dystansując się od Zachodu i jednocześnie unikając zbliżenia z Dalekim Wschodem. Otwarcie na Rosję pozwoli zmienić ten stan rzeczy, przy okazji uruchamiając siły demokratyzacyjne w Federacji Rosyjskiej, tak samo, jak w przypadku Niemiec w latach 50. czy państw Europy Środkowo-Wschodniej dekadę-dwie temu. NATO ponownie będzie głównym gwarantem bezpieczeństwa na kontynencie.

Komentarz: Rosja znajduje się na strategicznej ziemi niczyjej z własnego wyboru. Choć realizm nakazywałby szukanie zbliżenia z Europą i Stanami Zjednoczonymi, Rosjanie próbowali grać w totalnej opozycji do Zachodu. Gdy Moskwa nie czuła się na siłach, aby grać solo, szukała zbliżenia z Chinami, które mogą stanowić dla Rosji - w perspektywie kilku dekad - poważne zagrożenie, chociażby w kwestii integralności terytorialnej. Dopiero kryzys finansowy obnażył słabość polityki mocarstwa energetycznego i otworzył Kremlowi oczy. Stąd szukanie zbliżenia z Europą i chęć pozyskania europejskich pieniędzy oraz technologii.

Wizja transformacji demokratycznej w Rosji i jej głębszej integracji z Zachodem jest miła dla oka czytelnika, jednak wydaje się bardzo optymistyczna, jeśli nie naiwna. Jeszcze niedawno Rosjanie chełpili się własną odmianą demokracji, zwaną suwerenną, ograniczając przy okazji podstawowe prawa i wolności polityczne swoich obywateli. Przykład Niemiec trudno zaakceptować, gdyż znajdowały się one w szczególnej sytuacji i de facto nie były suwerenne. Kraje Europy Środkowo-Wschodniej robiły natomiast co mogły, by wyrwać się z przestrzeni postsowieckiej i ostatecznie uciec spod buta Moskwy, która nie porzuciła swoich pretensji imperialnych. Aby Rosja mogła wejść do NATO takiego, jakie dziś znamy, musiałaby uznać swoją ostateczną porażkę w rywalizacji z Zachodem (głównie Ameryką) i przyznać, że jej model polityczny poniósł klęskę. Obecna Rosja, choć podlega nieustannym zmianom, jest bardzo odległa od tego typu wyznań.

Argument drugi: Wejście Rosji do NATO przekształci Europę w globalnego gracza, co jest bardzo na rękę Stanom Zjednoczonym. W Waszyngtonie panuje dzisiaj konsensus, zgodnie z którym silniejsza i aktywniejsza Europa jest potrzebna Ameryce w załatwianiu spraw o charakterze globalnym. Rosja, ze swoją potężną armią, zaangażowaniem w wiele istotnych problemów (Iran, Korea Północna) oraz wielkimi ambicjami stanowiłaby przeciwwagę dla bardziej pasywnej i powściągliwej Unii Europejskiej. UE, USA i Rosja, działając wspólnie pod sztandarem NATO, miałyby ogromną siłę przebicia. A jest to niezmiernie istotne w obliczu wzrostu nowych potęg, takich jak Chiny czy Indie.

Komentarz: Strategiczne gdybanie i rozstawianie pionków na planszy wygląda w wyżej przedstawionym przypadku całkiem dobrze. Potencjał Zachodu oraz Rosji jest ogromny: obejmowałby około miliarda osób, dwie największe gospodarki świata wraz z zapleczem surowcowym, a także największe siły zbrojne świata (połączone). Najpierw jednak Rosja i Zachód muszą wyjaśnić między sobą sprzeczne interesy, a także w sposób znaczący zwiększyć wzajemne zaufanie. Ciekawe, jaka byłaby gotowość do ustępstw zainteresowanych stron?

Argument trzeci: Gdyby Rosja weszła do NATO, nie byłoby przeszkód dla członkostwa Ukrainy, Gruzji, a docelowo także innych państw z obszaru postsowieckiego. Ich członkostwo byłoby nawet wskazane, raz na zawsze eliminując rywalizację o strefy wpływów pomiędzy Rosją a NATO.

Komentarz: Koniec stref wpływów? To oznaczałoby dla Rosji prawdziwą rewolucję. Jej polityka zagraniczna jest od wieków oparta o strefy wpływów oraz poszerzanie własnych granic, a wszystko w celu zapewnienia bezpieczeństwa położonym na równinach rosyjskim ziemiom. Integracja Rosji z NATO, bez jednoczesnej integracji państw WNP z Sojuszem, byłaby dla Moskwy potencjalnie niebezpieczna. Weźmy choćby Kaukaz, który - znajdując się w sporej części w granicach rosyjskich - jest uznawany za miękkie podbrzusze i obszar ewentualnych problemów.

Argument czwarty: Stworzenie europejskiej wspólnoty bezpieczeństwa opartej o NATO sprawia, że to właśnie ta organizacja pełni główną rolę w tej dziedzinie. Nie ma już mowy o proponowanym obecnie przez Rosjan nowym traktacie o pan-europejskim bezpieczeństwie, czy o zwiększeniu roli OBWE.

Komentarz: Nawet bez członkostwa Rosji w Sojuszu, pełni on główną rolę w dziedzinie bezpieczeństwa na kontynencie. Propozycja traktatu została przedstawiona przez prezydenta Miedwiediewa wiele miesięcy temu, nie spotykając się z żadnym istotnym odzewem. Natomiast OBWE nie jest w stanie przejąć roli NATO, gdyż jest to organizacja zupełnie innego typu i o innych celach działania. Podczas gdy NATO jest typowym sojuszem militarnym, w którym wszyscy członkowie zobowiązują się bronić zaatakowanego państwa członkowskiego, OBWE to forum pan-europejskiego dialogu.

Argument piąty: Członkostwo Rosji w NATO pozwoli skupić uwagę na rozwiązaniu problemów bezpieczeństwa w Europie (Bałkany, Kaukaz), ale także skuteczniej realizować interesy na arenie globalnej. Była o tym mowa przy przedstawianiu argumentu drugiego.

Komentarz: Bez wątpienia, gdyby Rosja stała po tej samej stronie co Zachód, wiele problemów w Europie udałoby się rozwiązać łatwiej i szybciej. Do tej pory rywalizacja utrudniała współpracę. Mimo to, nie wszędzie konsensus jest możliwy. Nawet wśród państw Zachodu nie uzgodniono wspólnego stanowiska wobec Kosowa. Wątpliwe, by nawet z Rosją jako członkiem NATO, udało się wypracować jednolite stanowisko w kwestii niepodległości Kosowa. Decydujące okazały się w tej kwestii problemy wewnętrzne poszczególnych państw.

Podsumowanie: Kupchan nie jest naiwny i zdaje sobie sprawę, że ewentualne członkostwo Rosji w NATO to nie kwestia dnia dzisiejszego lub jutrzejszego, a najbliższych dekad. Niezbędne są bowiem istotne zmiany w nastawieniu rosyjskich władz, a także zmiany wewnętrzne w Rosji. Jednak NATO powinno pozostać otwarte na Rosję, kładąc na stół ofertę do niej skierowaną. Wspomniane członkostwo wymusiłoby również reformę systemu podejmowania decyzji w Sojuszu, powodując odejście od jednomyślności. Kupchan dostrzega także możliwość odejścia od zbiorowej (przy udziale wszystkich członków) akcji militarnej, na rzecz koalicji chętnych (coalition of the willing).

Możliwość realizacji wizji Kupchana, na dziś, jest niewielka. Zgodnie z początkowym stwierdzeniem o trudnościach z określeniem własnej strategicznej tożsamości, Rosjanie muszą podjąć decyzję, dokąd chcą zmierzać i z kim jest im po drodze. Racjonalną odpowiedzią byłoby wskazanie na Zachód, ale to tylko nasza, zachodnia percepcja. Rosjanie natomiast postrzegają siebie jako punkt odniesienia dla innych (Trzeci Rzym). Czy mogliby zaakceptować rolę młodszego partnera przy krajach Zachodu? Bo chyba nikt nie ma złudzeń, że o żadnym równouprawnieniu (z racji różnic w potencjale) mowy być nie może?

Piotr Wołejko

 

grafika: ruvr.ru

piątek, 21 maja 2010

Staranne dochodzenie prowadzone przez Południową Koreę przy współpracy z międzynarodowymi ekspertami wykazało ponad wszelką wątpliwość, iż za zatonięciem okrętu wojennego Południa w pobliżu wód znajdujących się pod jurysdykcją Północy stoi reżim Kim Dzong Ila. Zebrane dowody wskazują na torpedę, jako przyczynę zatonięcia. Torpedę wystrzelił północnokoreański okręt podwodny. W wyniku zaskakującego i pozbawionego podstaw polityczno-militarnych ataku zginęło blisko 50 marynarzy Południa.

Milczenie Pekinu

grafikaMimo tego szokującego aktu morskiego terroryzmu, kilka tygodni po zatopieniu okrętu, prezydent i premier Chin zgotowali gorące przyjęcie przywódcy Korei Północnej, goszcząc Kim Dzong Ila na chińskich salonach. Po ujawnieniu ostatecznych wyników dochodzenia przez władze w Seulu, o których informowałem za pośrednictwem Dyplomacji na Facebooku, Pekin nabrał wody w usta, a w zasadzie schował głowę w piasek niczym struś i czeka. Na co? Aż minie szum i oburzenie, a potem wszystko jakoś wróci do normy. Standardowa taktyka Pekinu wobec problemów międzynarodowych jest bardzo skuteczna. Teraz jednak można by troszeczkę podgrzać ziemię, po której stąpają Chińczycy.

Wbrew obawom wyrażonym w dzisiejszym komentarzu redakcyjnym Washington Post, administracja Obamy wcale nie musi traktować Chińczyków z nabożeństwem godnym przenoszenia cennej wazy z dynastii Ming, bo liczy na wsparcie Pekinu w sprawie sankcji na Iran. Pomijając fakt, iż żadne sankcje nie powstrzymają Iranu, a te obecnie przygotowywane są rozmyte i smakują niczym piąta woda po kisielu, nie należy łączyć problemu irańskiego z północnokoreańskim. Nie chodzi przecież o program atomowy Phenianu, a o ewidentny akt terroru wymierzony w Koreę Południową.

Przykręcić śrubę Pekinowi

Hillary Clinton właśnie wybiera się do Pekinu i powinna tam postawić sprawę ostro. Pekin jest patronem Phenianu (o relacji patron-klient w wykonaniu tych dwóch państw pisałem w bieżącym miesiącu) i wielokrotnie bronił reżim Kima przed sankcjami i potępieniem międzynarodowym. Jako patron, a więc także i sponsor Północy, Chińczycy stoją przed bardzo poważnym problemem wizerunkowym. Pokojowy wzrost, odpowiedzialna potęga, globalny gracz - piękne hasła, które władze w Pekinie starają się łączyć z Chinami, są niekompatybilne z postępowaniem Chin, czego najlepszym przykładem jest milczenie w sprawie zatopienia okrętu Południa.

Nie da się bowiem pogodzić wspierania i obrony nieobliczalnego reżimu w Północnej Korei z byciem odpowiedzialną potęgą, która nikomu nie zagraża i chce aktywnie uczestniczyć w rozwiązywaniu problemów o skali globalnej. Gdyby odpowiednio rozegrać sprawę pod względem public relations, można by pobudzić nieufność wobec Chin wśród państw Azji Południowo-Wschodniej. Czy Amerykanie przestaną cackać się z Pekinem i wykorzystają nadarzającą się okazję?

Poważny problem o globalnej skali

W sprawie południowokoreańskiego okrętu chodzi jednak o dużo więcej niż o doraźny zysk USA. Jeśli bowiem, na co się zanosi, zatopienie fregaty pozostanie bez poważniejszej reakcji, konsekwencje mogą być bardzo poważne. Stonowana odpowiedź jest uzasadniana tym, że nikt nie chce konfliktu i wojny (a działanie Północy to według prawa międzynarodowego casus belli). Północ jest uzbrojona po zęby, wojna się nie opłaca. Problem w tym, że jutro Kimowi może przyjść do głowy, aby odpalić jedną z wielu rakiet wymierzonych w Seul, stolicę Południa, i zabić tym samym dziesiątki, a może i setki południowokoreańskich cywilów. I co wtedy? Też woda w usta, ruki pa szwam i wzywanie do podjęcia rezolucji przez Radę Bezpieczeństwa ONZ?

Przykład bezkarności Kima może rozlać się na inne niespokojne regiony świata. Jeśli bowiem atakujący posiada podobny do atakowanego potencjał (czyli nie uderza w jedną z potęg), może z dużym prawdopodobieństwem zakładać brak reakcji ofiary. Kolejnym krokiem jest szantaż, w którym jedno państwo zagrozi innemu wyrządzeniem konkretnej szkody i żądanie koncesji, by groźba nie została spełniona. Pozostające na papierze rezolucje, do których i tak daleko, będą wówczas warte tyle, ile papier, na których je spisano.

Tego wydarzenia nie można zlekceważyć

Proszę mnie źle nie zrozumieć. Nie wzywam do interwencji militarnej w Korei Północnej. Jest jasne, że wojna Południa (z udziałem USA) z Północą byłaby straszliwą katastrofą, w wyniku której zginęłyby setki tysięcy ludzi. Jednak w obliczu ostatnich "dokonań" Kim Dzong Ila należy zareagować zdecydowanie i kategorycznie. Jednym z elementów tej reakcji powinno być wywarcie istotnej presji na podtrzymujące reżim w Phenianie Chiny.

Bez Pekinu nie uda się powściągnąć Kima. Może to być trudne nawet z chińską pomocą. Kłopot w tym, że Chiny na razie traktują nieobliczalność Północy niezbyt poważnie. Jeśli zapłacą za to wizerunkiem, a co za tym idzie, politycznymi wpływami w regionie, mogą zmienić podejście. Z korzyścią dla świata i dla siebie.

Piotr Wołejko

 

grafika: reformedcovenanter.files.wordpress.com

sobota, 15 maja 2010

W Wielkiej Brytanii zaistniała konieczność powołania pierwszej od II wojny światowej koalicji, ponieważ wyborcy nie przyznali żadnej partii wystarczająco silnego mandatu do samodzielnych rządów. Do stabilnego jednopartyjnego gabinetu zabrakło Konserwatystom nieco ponad dwudziestu głosów. Zawarta kilkadziesiąt godzin temu koalicja z Liberalnymi Demokratami każdego dnia będzie przechodzić test spójności i sprawności (albo odwrotnie).

Zawieszony parlament - argument redaktora Szostkiewicza

O powstałym w wyniku takich wyborów parlamencie (w których żadna partia nie może samodzielnie stworzyć rządu) mówi się, że jest zawieszony (hung parliament). Dla Brytyjczyków to sytuacja dość dziwna, gdyż system wyborczy - ordynacja większościowa, okręgi jednomandatowe - pozwala zazwyczaj zwycięskiej partii sformować stabilny, cieszący się trwałym poparciem większości gabinet. Zwycięska partia może swobodnie realizować swój program wyborczy. I za to większość jest rozliczana w kolejnych wyborach. Rządzący mogą być pociągnięci do odpowiedzialności za efekty własnych działań albo zaniechań.

Skoro jedna partia może rządzić samodzielnie, nie ma konieczności zawierania koalicji z innymi ugrupowaniami. Nie ma więc potrzeby godzić się na rozmaite kompromisy, wycofywanie się z własnych propozycji w imię zdobycia większości głosów w izbie. Wielu publicystów, głównie z kontynentalnej części Europy, zdaje się nie dostrzegać ewidentnych zalet ordynacji większościowej i okręgów jednomandatowych. Jednym z nich jest Adam Szostkiewicz z Tygodnika Polityka, który w swoim komentarzu zatytułowanym "Powiesili parlament", opublikowanym w nr 20 z dn. 15 maja 2010 r., stwierdza, iż:

"Wobec wyzwań XX w. i możliwości Internetu brytyjski system okazuje się coraz bardziej archaiczny. Z perspektywy europejskiej widać to od dawna, teraz dostrzegli to też na Wyspach. I może to dlatego powiesili parlament, aby odwiesić demokrację".

Dla Adama Szostkiewicza ważniejsze od sprawnego rządu i realizacji jednego, spójnego programu wyborczego jest ucieranie kompromisów, a polityczne targi są do przełknięcia - jako cena, którą trzeba zapłacić za większą reprezentatywność i "sprawiedliwość" systemu wyborczego. Adam Szostkiewicz ubolewa, iż liberałowie Nicka Clegga - trzecia siła w obecnej polityce brytyjskiej - zdobyli tylko o sześć procent głosów mniej niż odchodząca po 13 latach Partia Pracy Blaira i Browna, jednak w przeliczeniu na mandaty (57:258) okazała się karłem, a nie czarnym koniem.

Spojrzałem więc szybko na wyniki poprzednich wyborów parlamentarnych w Wielkiej Brytanii i dostrzegłem zadziwiającą prawidłowość. Liczby przemówią najlepiej (nazwa partii/rok wyborów, zdobyte mandaty, ilość głosów, procent zdobytych głosów:

Wyniki wyborów w latach 1997-2010

Grafika: własna; źródło danych: Wikipedia

Jak widać, Liberałowie od lat otrzymują w miarę stabilne poparcie, które nie przekłada się na proporcjonalną reprezentację w Izbie Gmin. Zdobywają dużo głosów, jednak w niewielu okręgach potrafią pokonać rywali z Partii Pracy albo Partii Konserwatywnej. Problemem jest tutaj nie ordynacja większościowa i okręgi jednomandatowe, a tworzenie okręgów wyborczych i manipulowanie ich granicami (tzw. gerrymandering). Dla demokracji niebezpieczne są okręgi, w których jedna partia ma zawsze zdecydowaną przewagę nad innymi i może wystawić kogokolwiek z pewnością, że zostanie on wybrany.

Już pięć lat temu Liberałowie uzyskali bardzo dobry wynik, który nie przełożył się na większą ilość miejsc w Izbie Gmin. Trudno jednak mówić o porażce Nicka Clegga w niedawnych wyborach. Oczywiście, dla tych, którzy patrzyli na słupki poparcia dla partii oraz czytali (niewielu oglądało) o świetnych debatach przedwyborczych lidera Liberałów, wyniki wyborów mogły być szokujące. Ci, którzy patrzyli na sondaże dot. okręgów wyborczych wiedzieli zaś, że Clegg jest gwiazdą medialną, natomiast cudu przy urnach nie będzie. I nie było.

Do przyjaciół Brytyjczyków

Nie byłoby także rozmowy o radykalnej reformie systemu wyborczego, której domaga się (ze swojej pozycji jak najbardziej słusznie) Nick Clegg, gdyby nie fakt, że Torysom niespełna 30 mandatów do samodzielnych rządów. Cytowany wyżej Adam Szostkiewicz z Polityki jest jak najbardziej za przeniesieniem na drugą stronę Kanału kontynentalnego wzorca wielomandatowych okręgów wyborczych. I tutaj, taka ostatnio moda, zwracam się bezpośrednio do Brytyjczyków: nie idźcie tą drogą! Nawet z Ludwikiem Dornem i Sabą, nie idźcie tą drogą!

Wystarczy spojrzeć na polską scenę polityczną, na której od przywrócenia demokratycznych wyborów nie udało się stworzyć jednopartyjnego rządu większościowego. Nie udało się stworzyć stabilnej koalicji. Nie udało się żadnej partii zrealizować własnego programu wyborczego, ponieważ zawsze konieczne były kompromisy, ustępstwa etc. Spójrzcie także na Izrael, gdzie rządy zazwyczaj w krótkim okresie czasu się zużywają i dokonują żywota, a zwycięzca wyborów z trudem zdobywa więcej niż 1/4 mandatów w Knessecie.

Zmiana systemu wyborczego na ten znany z Polski czy Izraela oznacza brak odpowiedzialności polityków i ustanowienie im wspaniałego alibi na nie realizowanie programu wyborczego - koalicjant nie pozwala, musieliśmy pójść na kompromis. W efekcie, partie mało obchodzi przygotowanie realistycznego programu, gdyż jest on niepotrzebny, skoro i tak konieczna będzie koalicja. Co więcej, w polskim czy izraelskim systemie politycznym znacząco wzrosła waga ugrupowań niewielkich, często radykalnych albo broniących interesów określonych grup interesu. Ceną za koalicję z taką partią, a jest to nierzadko niezbędne dla sformowania rządu, jest realizacja postulatów zdecydowanej mniejszości.

Jeśli rzeczywiście chcecie słabych rządów, które z definicji nie będą mogły realizować programu jednej partii, śmiało dokonujcie reformy własnego systemu wyborczego. Sami musicie zdecydować, czy "sprawiedliwość", tj. reprezentatywność jest cenniejsza od stabilności rządu oraz możliwości rozliczenia rządzących w następnych wyborach. Koalicji nie ma jak rozliczyć, a zrzucaniu winy za niepowodzenia na partnera koalicyjnego nie ma końca.

Wierzę w Wasz zdrowy rozsądek i poczucie odpowiedzialności za państwo. Wierzę, że nie zafundujecie sobie słabej władzy i nie pójdziecie za namowami kontynentalnych ekspertów oraz publicystów. Sprawnego mechanizmu, gdy przytrafią się pewne usterki, nie zmienia się, lecz reperuje. Wasz system dowiódł swojej skuteczności (w przeciwieństwie do naszego bądź izraelskiego - przed którym ostrzegają sami Izraelczycy) i jeśli wymaga poprawek, dokonajcie ich. Nie ma potrzeby wylewać dziecka z kąpielą i przeprowadzać radykalnej reformy.

Zakończę stosując retoryczny chwyt Adama Szostkiewicza: polski system wyborczy, wobec wyzwań XXI w. okazuje się coraz bardziej archaiczny. Z perspektywy anglosaskiej widać to od dawna, dostrzegają to także wyborcy w Polsce. I może dlatego mityczne okręgi jednomandatowe zyskują ich poparcie i nadszedł czas, aby odwiesić demokrację.

Piotr Wołejko

poniedziałek, 10 maja 2010

Na łamach dzisiejszego Washington Post Fred Hiatt przedstawia meandry relacji pomiędzy Chinami a Koreą Północną, dochodząc do konkluzji, iż wiara w moc sprawczą Hu Jintao w kwestii postępowania Kim Dzong Ila - jaką pokłada w chińskim przywódcy Barack Obama - jest pozbawiona oparcia w faktach.

Ciepłe powitanie Kima

grafikaDrogi Przywódca gułagu zwanego Koreą Północną odbył niedawno wizytę w Chinach, podczas której spotkał się z prezydentem Hu, który powitał Kima wystawnym balem na jego cześć. Wszystko działo zaledwie tygodnie po zadziwiającym zatonięciu południowokoreańskiego okrętu wojennego w pobliżu wód należących do Północy. Choć władze w Seulu robią co mogą, aby powstrzymać oskarżenia pod adresem Phenianu, kolejne wyniki śledztwa (m.in. przyczyna tragedii jest na pewno zewnętrzna) wskazują na to, że okręt został przez Koreę Północną zatopiony. W normalnych warunkach takie działanie kwalifikowałoby się jako casus belli.

Kim wywiózł z Chin obietnice pomocy żywnościowej i finansowej, jednak nie ustąpił (ciekawe, czy gospodarze w ogóle na to naciskali) w kwestii zbrojeń nuklearnych oraz działań podnoszących napięcie na Półwyspie Koreańskim. Jak pisałem w ubiegłym roku, relacja patron-klient, a z taką mamy do czynienia w przypadku Chin i Korei Północnej, wcale nie ustawia patrona w pozycji dominującej. Mimo ogromnej przewagi w posiadanych zasobach sensu largo, patron ma bardzo często trudności z wyegzekwowaniem ustępstw od znacznie słabszego przecież klienta. Zadziwiający stan rzeczy świetnie opisał prof. Stephen M. Walt w książce "The Origins of Alliances" [czytaj całą książkę za darmo].

Dlaczego patron ma niewielki wpływ na klienta?

Jako główne powody trudności z uzyskaniem koncesji ze strony klienta Walt wskazał asymetrię motywacji, istnienie alternatywnych patronów oraz poczucie zagrożenia. Pierwszy powód wymaga osobnego omówienia, natomiast pozostałe są oczywiste - Korea może zwrócić się do Rosji, nie obawia się również o własne bezpieczeństwo. Posiada przecież potężną armię (przy wielu uwagach do jej możliwości bojowych, stanu wyposażenia i morale żołnierzy) oraz głowice jądrowe. Phenian nie musi się obawiać o przetrwanie i zdaje sobie sprawę z tego, iż szanse że zostanie zaatakowany przez Stany Zjednoczone, Japonię czy sąsiada z Południa są niemalże zerowe.

Osobnego omówienia wymaga czynnik asymetrii motywacji. Po stronie Korei Północnej jest jasne, że posiadanie atomowego odstraszacza stanowi najlepsze zabezpieczenie przetrwania reżimu w obliczu nieprzyjaznego środowiska zewnętrznego. Od wewnątrz natomiast niezbędne są środki na utrzymanie rozbudowanego aparatu wojskowo-policyjnego, zapewniającego pacyfikację wszelkich przejawów sprzeciwu wobec władzy. Ciekawie robi się natomiast po stronie Chin, które - jak widać - nie nadały problemowi Korei Północnej wysokiego priorytetu. Pekinowi na rękę jest status quo, który wymusza zaangażowanie USA oraz Japonii, a także zachęca Koreę Południową do nawiązania bliższych relacji z Chinami.

Chiny akceptują status quo

Z punktu widzenia Chin jako globalnego aktora, poklepywanie po plecach Kim Dzong Ila po zatopieniu przez Północ okrętu wojennego Południa nie tworzy korzystnego obrazu Państwa Środka. Chiny nie jawią się jako odpowiedzialna potęga. Z jednej strony raczej nie mogą wymóc na Kimie ustępstw, których spodziewają się Stany Zjednoczone, z drugiej jednak nie widać, aby specjalnie zależało im na uspokojeniu sytuacji na Półwyspie Koreańskim. Analogicznie dzieje się zresztą w przypadku Rosji i Iranu.

Należy więc podzielić konkluzję Freda Hiatta z Washington Post, który na zakończenie swojego tekstu stwierdza, iż Obama musi czuć się zasmucony rozwojem wydarzeń. Ani Rosja, na którą liczył w sprawie irańskiego programu nuklearnego, ani Chiny, na które liczył w kwestii Korei Północnej, nie czują potrzeby (po części nie mają też odpowiedniej siły nacisku), aby spełnić postulaty amerykańskiego prezydenta. I to mimo wielu gestów i działań, które Obama wykonał w kierunku władz w Moskwie i w Pekinie.

PS. Zachęcam wszystkich do śledzenia Dyplomacji za pośrednictwem Facebooka. Tablica Dyplomacji jest do Waszej dyspozycji - możecie zamieszczać na niej linki do ciekawych materiałów (artykuły, wideo) poświęconych polityce międzynarodowej oraz dyskutować z ponad 360. fanami stosunków międzynarodowych. Szanowny Czytelniku, dołącz do społeczności Dyplomacji!

Piotr Wołejko

 

grafika: korea-is-one.org

czwartek, 06 maja 2010

Nieudana próba zamachu na nowojorskim Times Square ponownie sprowadziła uwagę świata na afgańsko-pakistańskie pogranicze, gdzie niedoszły zamachowiec - posiadający amerykańskie obywatelstwo Pakistańczyk - spędził kilka miesięcy w jednym z wielu obozów szkoleniowych terrorystów walczących w imię swoistej interpretacji dżihadu. Jak twierdzi na łamach Washington Post znawca tematyki talibsko-terrorystycznej Ahmed Rashid, sytuacja jest gorsza niż w Afganistanie przed zamachami z 11 września 2001 roku.

Pakistan po stronie talibów

grafikaMimo ofensywy pakistańskich wojsk w sześciu z siedmiu jednostek administracyjnych FATA (Federalnie Administrowanych Terytoriów Plemiennych), siódma pozostaje poza operacjami antytalibskimi i antyterrorystycznymi. Pakistańczycy twierdzą, że nie są w stanie prowadzić akcji zakrojonej na tak szeroką skalę, rezygnując z prowadzenia działań na terytorium Północnego Wazyrystanu. Rashid podaje jednak inny powód takiego stanu rzeczy - w Północnym Wazyrystanie znajdują się bazy propakistańskich ugrupowań Dżalaluddina Hakkaniego i Gulbuddina Hekmatjara, którzy mają bliskie kontakty z armią, a zwłaszcza jej wywiadem ISI.

Ze względów strategicznych Pakistan nie zerwał całkowicie kontaktów z Hakkanim czy Hekmatjarem, którzy mają zadbać o propakistańskie nastawienie Afganistanu po opuszczeniu go przez Amerykanów i ich koalicjantów. W momencie, gdy armia pakistańska zapewnia, że nie dysponuje wystarczającymi siłami do prowadzenia ofensywy w Północnym Wazyrystanie, pod granicą z Indiami przeprowadza potężne manewry wojskowe z udziałem kilkudziesięciu tysięcy żołnierzy. Manewry te w oczywisty sposób pokazują, że Pakistan nadal uznaje Indie za swojego największego wroga. Talibowie i inne radykalne ugrupowania mogą być natomiast przydatne.

Bezpieczna przystań dla terrorystów

Zdaniem Rashida, Północny Wazyrystan to obecnie najlepsza pod słońcem przystań dla wszelkiej maści terrorystów. Poza jakąkolwiek kontrolą rządu w Islamabadzie lub armii, działa tam ogromna liczba grup terrorystycznych, rebeliantów etc. Żaden wywiad świata nie ma pojęcia, co się tam dzieje, jakie przygotowuje się spiski i jakie zamachy są w danej chwili przygotowywane. Eliminacja liderów rozmaitych ugrupowań przy wykorzystaniu bezzałogowych samolotów (dronów) jest tylko częściowo skuteczna, gdyż pozbycie się co ważniejszych przywódców w żaden sposób nie powstrzymuje ich podwładnych.

Kiedy w marcu ubiegłego roku nieżyjący już talibski przywódca Beitullah Mehsud zapowiadał przeprowadzenie na amerykańskiej ziemi zamachu, który wstrząśnie światem, większość urzędników i specjalistów ds. terroryzmu kręciła głowami i ironicznie się uśmiechała. Jak widać, bardzo niewiele zabrakło, aby niedorzeczna wizja brodacza z pakistańskich gór zmaterializowała się w sercu globalnej metropolii jaką jest Nowy Jork. Ilu podobnych do Fajsala Szahzada przygotowuje się do podobnych operacji na terytorium afgańsko-pakistańskiego pogranicza, a ilu znajduje się już na amerykańskiej czy brytyjskiej ziemi?

Skutki odwrotne od zamierzonych

Jeśli ktokolwiek spyta, czy dzięki operacji afgańskiej świat czy Ameryka stały się bezpieczniejsze, racjonalna odpowiedź brzmi - w żadnym wypadku. Miliardy dolarów wyrzucono w błoto tylko po to, aby terroryści stali się jeszcze sprytniejsi i trudniejsi do powstrzymania. W świetle nieudanego zamachu na Times Square bardzo ciekawie brzmi poruszona przez Toma Ricksa na jego blogu The Best Defense kwestia amerykańskiej strategii. Ricks przywołał słowa doradzającego wysokim urzędnikom administracji Marka Lewisa, który - powołując się na amerykańską konstytucję - stwierdził, że zawiera ona strategię dla państwa i ta strategia jest skierowana do wewnątrz.

Ricks przytoczył także fragment listu swojego przyjaciela, byłego podwodniaka Johna Byrona, w którym pyta on, czy nie lepiej (i taniej) było zadbać o bezpieczeństwo wewnątrz kraju, zamiast atakować wrogów poza granicami, przyczyniając się przy tym do powstania i rozwoju wielu ugrupowań terrorystycznych?

Piotr Wołejko

 

grafika: alertpak.files.wordpress.com/

Zakładki:
1. Dyplomacja w Sieci
2. Blogi zagraniczne
3. Think-tanki
4. Media zagraniczne
5. Blogi polskie
6. Militaria
7. Periodyki
liczniki
Dyplomacja on Facebook