niedziela, 29 maja 2011

Barack Obama już ponad 24 godziny temu odleciał z Polski. Jego wizycie towarzyszył paraliż najważniejszych arterii polskiej stolicy. Nie na miejscu były więc pytania o nikłą liczbę mieszkańców Warszawy witających amerykańskiego prezydenta na ulicach. Media od tygodnia wbijały wszystkim do głowy, że najbezpieczniej będzie wyjechać za miasto lub nie wychylać nosa z domu.

Przy okazji dementuję pogłoski o paraliżu lotniska Chopina. Lądowałem kilkadziesiąt minut przed Obamą i wszystko szło sprawnie, a w ciągu 20 minut od odbioru bagażu znalazłem się w metrze. Jednak media jak zwykle zrobiły z igły widły.

I po Obamie

Przechodząc do merytorycznej oceny wizyty Obamy należy stwierdzić, iż za celebrą kryło się dość mało treści. Jednak politykę rzadko robi się przy okazji wizyt delegacji na tym szczeblu. Odpowiednim podsumowaniem tego typu wydarzeń jest angielskie sformułowanie photo op, czyli okazja do zrobienia ładnych fotografii. Dość złośliwe to określenie, gdyż bardzo istotne w dyplomacji jest to, aby przywódcy znali się osobiście i mieli przynajmniej w miarę dobre relacje personalne. Nie można oczywiście iść tak daleko, jak swego czasu poszedł George W. Bush - widząc coś w oczach Putina, jednak pozytywne emocje pomiędzy liderami są ważne.

grafika

źródło: prezydent.pl

Omawiane sprawy - bezpieczeństwo, stacjonowanie amerykańskich żołnierzy w Polsce, gospodarka i łupki, demokracja i jej promocja - nie mogły nikogo zaskoczyć. Nie pojawiły się w tych kwestiach nowe rozstrzygnięcia, a poza ostatnią dwójką (o której za chwilę), na razie mamy do czynienia z niepewną przyszłością. Warto podkreślić natomiast zagadnienie promocji demokracji oraz naszych doświadczeń w transformacji ustrojowej, gdyż jest to rzecz bardzo na czasie, na punkcie której Amerykanie są wyczuleni, a Polska posiada ogromny (wciąż niewykorzystany) potencjał.

Zamieszanie wokół prezydenta Lecha Wałęsy, który nie znalazł czasu na spotkanie z prezydentem Obamą przyćmiło to, o czym w dzisiejszej atmosferze w świecie arabskim powinniśmy z Amerykanami rozmawiać. Rozmowy Lecha Wałęsy w Tunezji nie dały naszym władzom do myślenia. Tymczasem Polska, ze swoim kapitałem z czasów Solidarności oraz przemian ustrojowych i budowy nowoczesnego państwa, jest naturalnym kandydatem do odegrania dziś, teraz i w najbliższym czasie istotnej roli na arenie międzynarodowej. Z Lechem Wałęsą czy bez (choć lepiej z nim, bo to symbol tamtej epoki) Warszawa może być punktem odniesienia dla tych, którzy szukają nowej drogi po obaleniu autorytarnych reżimów.

Wykorzystać swoje sześć miesięcy

Wobec wydarzeń w krajach arabskich oraz zbliżającej się prezydencji, naturalne dla Polski byłoby wykorzystanie opisanej wyżej kapitału. Pomoc innym byłaby naturalną promocją i budowałaby prestiż kraju w świecie. Potencjał Unii Europejskiej byłby dźwignią wynoszącą nas na inny poziom w globalnej rozgrywce. Co więcej, półrocze gry z unijnym wsparciem powinno być zaledwie wstępem do poszerzenia naszej oferty dyplomatycznej na stałe.

Nie ma żadnego powodu, by Polska nie mogła odgrywać roli takiej jak Norwegia czy Finlandia, które zbudowały swoją markę jako mediatorzy i rozjemcy. My możemy pokazywać, jak przejść od dawnego ustroju do nowego. I nie potrzeba na to gigantycznych pieniędzy. Wystarczy dobra koncepcja i kilka tęgich głów, które "odkryją" doświadczenie polskiej transformacji i wypracują odpowiedni przekaz medialny i merytoryczny.

W działaniach nastawionych na promocję demokracji i praw człowieka zawsze będziemy mogli liczyć na UE, a także na USA. Zawsze powtarzam, że w ostatecznym rozrachunku liczą się twarde interesy, jednak dobry PR jest również istotny. Przekazywanie dobrych wzorców to nie tylko PR, ale również prestiż, szacunek. Pozycja kraju na arenie międzynarodowej, nawet w realistycznym pojmowaniu świata, nie zależy wyłącznie od prostego przeliczenia zasobów gospodarczych, ludnościowych i militarnych. Nie będąc gigantem w żadnej z tych dziedzin, możemy wzmacniać naszą pozycję budując prestiż kraju. Demokracja i prawa człowieka stanowią idealną drogę w tym kierunku.

Taką oto refleksją chciałem podzielić się z Wami po wizycie Baracka Obamy (oraz tygodniowej nieobecności). Mój kalendarz pozostaje napięty również w najbliższych dniach, jednak postaram się o nowy artykuł wcześniej niż w najbliższy weekend.

Piotr Wołejko

niedziela, 22 maja 2011

Nie na darmo Donald Tusk użył słowa "zaufanie" kilkadziesiąt razy w swoim przydługim expose. Zaufanie stanowi bowiem fundament wzajemnych relacji na każdym szczeblu i w każdym wymiarze. Gdy ludzie sobie nie ufają, społeczeństwo jest zatomizowane, a poszczególni obywatele odnoszą się do siebie z większą bądź mniejszą niechęcią, względnie z obojętnością. Gdy przedsiębiorcy nie mają do siebie zaufania, rzadko decydują się na współpracę i nie pożyczają sobie pieniędzy. Natomiast, gdy brak zaufania występuje pomiędzy państwami, ich relacje są chłodne, trudne i pełne niebezpiecznych zakrętów.

Prawa dżungli a zaufanie

Realistyczne podejście do stosunków międzynarodowych opiera się na przekonaniu, iż na świecie panuje anarchia. Nie istnieją żadne uniwersalne struktury, które zapewniałyby państwom poczucie bezpieczeństwa. Stąd poszczególne kraje dążą do maksymalizacji swoich wpływów oraz zwiększenia ilości kontrolowanych zasobów, gdyż w tej dżungli szanse na przeżycie mają tylko najsilniejsi. Gwarancją przetrwania jest maksymalizacja potęgi, na którą składa się potencjał gospodarczy, ludnościowy i wojskowy. W zasadzie istotne są pierwsze dwa, gdyż trzeci wynika bezpośrednio z nich.

W takim świecie zaufanie to waluta deficytowa. Państwa rzadko gotowe są sobie zaufać. Każdy jest przecież rywalem i każdy próbuje wywalczyć jak najwięcej dla siebie, aby zwiększyć własne poczucie bezpieczeństwa. Odpowiedzią na deficyt zaufania jest jednoczenie się w rozmaitych organizacjach międzynarodowych, o różnorakim charakterze: gospodarczym, politycznym lub militarnym. Są to organizacje lokalne, regionalne, a czasem globalne.

Organizacje międzynarodowe budują zaufanie

grafikaO sukcesie organizacji decyduje to, czy państwa są gotowe poświęcić część własnej suwerenności dla realizacji konkretnego, najczęściej dość wąskiego celu. Im szerszy obszar działania organizacji, tym trudniej o zachowanie jej wewnętrznej spójności. Widać to doskonale na przykładzie Unii Europejskiej, która jest najbardziej zaawansowaną organizacją jeśli chodzi o obszar wspólnego działania. Nieustannie wytyka się jej, że działa niesprawnie, zbyt wolno, a jej komunikaty zewnętrzne są rozmyte i nie wyrażają jasnego stanowiska.

Rola organizacji międzynarodowych w budowaniu wzajemnego zaufania na arenie globalnej jest trudna do przecenienia. Tym bardziej, że na brak zaufania składa się wiele istotnych czynników, m.in.: różnice interesów, różnice kulturowo-cywilizacyjne, różnice religijne, różnice ustrojowo-polityczne, nacjonalizm. Jak może porozumieć się teokracja irańska z demokracją amerykańską albo świecka Francja z radykalnie religijną Arabią Saudyjską? Czy relacje pomiędzy wielkimi cywilizacjami - chińską i hinduską bądź chińską i zachodnią mogą być proste? Kombinacji utrudniających zbudowanie normalnych relacji jest mnóstwo, a zadaniem dyplomacji jest ułożenie tej skomplikowanej układanki.

Dlatego tak ważny w stosunkach międzynarodowych jest dialog oraz fora, na których można ten dialog prowadzić. Od sformalizowanych organizacji międzynarodowych, przez mniej formalne spotkania gremiów takich jak G-8, G-20 czy APEC, po bilateralne rozmowy - na wszystkich szczeblach buduje się zaufanie. Najważniejsze jest oczywiście to, aby rozmawiały ze sobą główne światowe mocarstwa. Wiadomo, że więcej zależy od wzajemnych stosunków Ameryki z Chinami, niż relacji Mozambiku z Malezją.

Dialog (zazwyczaj) wzmacnia zaufanie

Nie zawsze jednak dialog jest konstruktywny bądź szczery. Czasem partnerzy pozorują rozmowy, chcą ugrać coś krótkoterminowo, nie widząc potrzeby ułożenia relacji w średnim i długim okresie. Tak wyglądają np. rozmowy sześciostronne, w których uczestniczą Chiny, USA, Rosja, Japonia oraz obie Koree. Podobnie dzieje się w przypadku rozmów dotyczących irańskiego programu atomowego.

Czy, wiedząc o nieszczerym podejściu niektórych stron, warto rozmawiać? Odpowiedź na to pytanie jest oczywista. Warto. Bezapelacyjnie i bezdyskusyjnie. Wymiana poglądów pozwala, nawet mimo nieszczerości, choć trochę zrozumieć poglądy, racje i interesy drugiej strony. Bez tego poruszamy się we mgle, a rezultatem izolacji może być katastrofa. Owszem, zaraz ktoś przypomni casus Korei Północnej i jej działania z ubiegłego roku - jakieś rozmowy były, a katastrofie nie dało się zapobiec. Zginęło kilkadziesiąt osób, a Półwysep Koreański rozgrzał się do czerwoności. Tak było, jednak działania Północy miały ograniczoną skalę i były obliczone na krótkoterminowy zysk. Bez rozmów, bez forum dialogu, Północ mogłaby posunąć się do czegoś bardziej spektakularnego, by zwrócić na siebie uwagę.

Polska a zaufanie

Co z tego wszystkiego wynika dla Polski? Trzeba rozmawiać, w szczególności z tymi, z którymi nasze relacje są trudne. Należy prowadzić politykę w miarę przewidywalną, aby nie zaskakiwać partnerów nagłymi woltami. Budowanie zaufania to długotrwały i żmudny proces. Łatwo zniweczyć go nieodpowiedzialną wypowiedzią bądź trudnym do zrozumienia dla innych działaniem. Zaufanie przekłada się na wiarygodność i prestiż państwa na arenie międzynarodowej. Państwa, którym najbardziej nie ufamy, są najczęściej tymi, które są najmniej wiarygodne i uważane za pariasów.

PS. Przy okazji wpisu informuję, iż przez najbliższy tydzień będę nieobecny, więc ani na blogu ani na profilu Dyplomacji na Facebooku nie pojawią się żadne aktualizacje. Na Facebooku możecie mnie zastąpić, polecając ciekawe artykuły, filmy bądź zdjęcia związane ze stosunkami międzynarodowymi. Do czego gorąco zachęcam :)

Piotr Wołejko

 

grafika: rocky11.blogspot.com

niedziela, 15 maja 2011

Osama bin Laden został zabity przez amerykańskich komandosów 2 maja. Nie ukrywał się, jak do tej pory uważano, na górzystym pograniczu pakistańsko-afgańskim. Nic z tych rzeczy. Osama (zwany też szejkiem bądź emirem) rezydował w Abbotabadzie, oddalonym - w linii prostej - od stolicy Pakistanu, Islamabadu, zaledwie o 60 kilometrów. Nie była to żadna zapadła dziura, a miejscowść turystyczna, w której znajdowały również się instytucje wojskowe.

Nie ma sensu zajmować się komicznymi doniesieniami o tym, jakoby komandosi i ich rodziny obawiały się zemsty terrorystów. Czy to samo w sobie nie brzmi paranoicznie? Szkoda także czasu na rozważanie, czy jesteśmy bliżej końca wojny z terrorem. Nie, nie jesteśmy. Natomiast udało się odnieść symboliczne zwycięstwo. Warto jednak zwrócić uwagę na poważny problem, jakim dla Pakistanu jest śmierć Osamy.

Jawno-tajne wspieranie terrorystów

Jakkolwiek na to nie spojrzeć, Pakistan został skompromitowany. Jeśli władze, cywilne bądź wojskowe, nie wiedziały o tym, gdzie przebywa bin Laden, wywiad tego kraju de facto nie działa. Jeśli zaś władza cywilna bądź wojskowa posiadała wiedzę o lokalizacji Osamy, od razu pojawia się pytanie o to, z kim tak naprawdę trzymają Pakistańczycy. Osobiście skłaniam się ku drugiej opcji, gdyż wywiad pakistański (podległe wojsku ISI) należy do lepszych w regionie. Co więcej, dla nikogo nie jest tajemnicą, iż pakistańskie wojsko (de facto sprawujące władzę w kraju, czasem bezpośrednio, a czasem -jak teraz - pośrednio) utrzymuje bliskie relacje z rozmaitymi ugrupowaniami terrorystycznymi.

grafikaCzęściowo takie kontakty wywodzą się z czasów inwazji radzieckiej na Afganistan. Pakistan był wówczas centrum szkoleniowo-zaopatrzeniowym dla mudżahedinów. Lekcja, jaką wyciągnięto z sukcesu afgańskich bojowników jest taka, że niesymetryczne metody walki są skuteczne i warto z nich korzystać. Dla Pakistanu, który odczuwa nieustanne zagrożenie ze strony Indii, każda metoda jest dobra, byle tylko zniwelować przewagę największego przeciwnika. Stąd wsparcie i współpraca ze strony pakistańskiego wojska i służb specjalnych dla wielu ugrupowań terrorystycznych.

Amerykańska operacja w Abbotabadzie pokazała, jak można sobie radzić z zagrożeniem terrorystycznym, które czai się z Pakistanu. Nie może dziwić wściekłość Pakistańczyków, którzy bronią swojej suwerenności i w przypadku powtórki z rozrywki grożą odwetem. Przecież po serii zamachów w Mumbaju w roku 2008 Hindusi rozważali przeprowadzenie akcji wymierzonej w odpowiedzialnych za to ludzi, a znajdowali się oni oczywiście na terytorium Pakistanu. Wydaje się, że w przypadku kolejnego spektakularnego zamachu w Indiach, Nowe Dehli może zdecydować się na pójście ścieżką amerykańską.

Pakistan stoi więc przed fundamentalnym problemem, a zarazem wielkim wyzwaniem. Po zabiciu Osamy w Pakistanie coraz powszechniejsze staje się przekonanie, iż to ten kraj jest epicentrum światowego terroryzmu. W Afganistanie toczy się natomiast wojna zastępcza, która nie doprowadzi do rozstrzygnięcia. Problem terroryzmu, w dużej mierze, tkwi bowiem w Pakistanie. Należy przez to rozumieć, iż polityka Pakistanu polega na tolerowaniu istnienia ugrupowań terrorystycznych i ich dyskretnej ochronie - stanowią one przecież asymetryczny instrument prowadzenia walki, są więc użyteczne.

Czas decyzji

Na Pakistan będzie jednak wywierana coraz silniejsza presja, aby zmienił swą politykę. Jest to także w interesie Rawalpindi (siedziba główna pakistańskiej armii), gdyż różne radykalne grupy coraz częściej atakują również cele wewnątrz Pakistanu (w tym wojskowe). Cichy układ radykałów z wojskowymi i służbami specjalnymi przestaje przynosić tym ostatnim spodziewane korzyści. Wręcz przeciwnie, nie tylko skierował uwagę całego świata na Pakistan, ale doprowadził do rozzuchwalenia się islamistów, którzy próbują anarchizować życie publiczne w Pakistanie.

Śmierć Osamy może być więc momentem zwrotnym w historii Pakistanu o tyle, że nastąpi wreszcie zerwanie z wieloletnią praktyką wspierania radykalnych, często terrorystycznych elementów. To także szansa na odnowę relacji z Indiami, które do tej pory niechętnie dyskutowały ze sponsorującym terror Pakistanem. Szansa, na poprawę wizerunku w oczach świata. Szansa na nowe otwarcie. Nie będzie jednak łatwo jej wykorzystać. Zagrożenie indyjskie, ulubiony argument pakistańskich twardogłowych, zawsze można odpowiednio rozegrać. Radykałowie mają także mocne plecy w strukturach wojskowo-wywiadowczych.

Kwadratura koła

Czy można liczyć na rozprawę ze swoimi niedawnymi sojusznikami? A co z talibami, z Hakkanim i Hekmatjarem, którzy dbają o pakistańskie interesy w Afganistanie? Czy można rozstać się z radykałami i nie stracić Afganistanu, zapewniającego "strategiczną głębię" na wypadek konfliktu z Indiami? Sporo trudnych pytań, na które nie ma łatwej odpowiedzi. Pakistańscy wojskowi mają nad czym myśleć. Śmierć Osamy obnażyła dotychczasowy sojusz, jaki Pakistan rzekomo zawarł z Ameryką celem zwalczania islamistów. Na światło dziennie wyszło to, o czym do tej pory mówiło się raczej nieoficjalnie.

Ciekawe może być też stanowisko Chin, sojusznika Islamabadu. Czy niepokój o działalność islamistów w Xinjangu skłoni Pekin do przyciśnięcia Pakistanu, aby ten przykręcił śrubę radykałom? Utrzymanie starego układu będzie niezmiernie trudne. Grozi postępującą izolacją Pakistanu. Dlatego warto uważnie obserwować wydarzenia w Pakistanie. Najbliższe miesiące pokażą, w którą stronę rozwinie się sytuacja.

Piotr Wołejko

 

grafika: pakistankakhudahafiz.com

środa, 11 maja 2011

"Miliardy dolarów pomocy pompowane w najbiedniejsze kraje świata (LDC) nie przynoszą efektów. Przez cztery dekady istnienia listy LDC ONZ skreśliła z niej tylko trzy państwa (Botswanę, Malediwy i Zielony Przylądek - przyp. P.W.). Żadne nie zawdzięcza jednak sukcesu wsparciu z zewnątrz" - pisze w dzisiejszym wydaniu Dziennika Gazety Prawnej Michał Potocki. Zdaje się, że rację miała Dambisa Moyo, autorka książki krytykującej zasypywanie Afryki (kontynentu, gdzie znajduje się najwięcej biednych państw) deszczem pieniędzy.

Surowce i dolary szczęścia nie dają

Jak pokazuje przykład Botswany, najważniejsze jest dobre zarządzanie. Kraj ten żyje z surowców naturalnych (głównie z diamentów), jednak zamiast przejadać fundusze, inwestuje je w rozwój i budowę struktur państwa. Jakże łatwo byłoby zmarnotrawić bogactwo płynące z diamentów pokazuje przykład Sierra Leone. Historia ostatniego półwiecza uczy nas, iż surowce nie były dla państw afrykańskich błogosławieństwem. Wręcz przeciwnie, sprowadzały na ludzi wszelkie możliwe nieszczęścia.

grafika

źródło: artsonearth.com

Dobre zarządzanie jest absolutnie kluczowe dla rozwoju każdej organizacji, z państwem na czele. Aby można było mówić o dobrym zarządzaniu potrzebne są odpowiednio wyszkolone kadry - urzędnicy i specjaliści. Takich ludzi brakowało krajom powstającym w wyniku procesu dekolonizacji. Byłe metropolie czuły się natomiast zobowiązane zadośćuczynić byłym koloniom za długie lata eksploatacji, stąd nie skąpiły pieniędzy na tzw. pomoc rozwojową i humanitarną. Niestety, pieniądze nie rozwiązały problemu. Nie było komu racjonalnie ich wydawać. Zostały zmarnowane w przerażającej wręcz ilości.

Potrzeba pomocy na miarę XXI wieku

Przysłowie, iż "pieniądze szczęścia nie dają" sprawdziło się w przypadku najuboższych państw w całej rozciągłości. Mijały dekady, a postępów nie było. Studnia bez dna. Jednak stawianie sprawy w ten sposób nie jest do końca uczciwe. Może po prostu byłe metropolie (czy szerzej rozumiany Zachód) nie chciały brać na siebie odpowiedzialności za budowanie państw od podstaw (nation-building) i środki pomocowe traktowały jako alibi. Dajemy przecież pieniądze, nie można więc przyczepić się, że nic nie robimy, aby zwalczać biedę i ubóstwo na świecie.

Dziś wyraźnie już widać, że takie podejście poniosło klęskę. Wydobycie kilkudziesięciu państw z biedy może się powieść, gdy wzmocnione zostaną struktury państwa, a funkcje publiczne zaczną pełnić profesjonalni urzędnicy. Nie pomoc rozwojowa, a inwestycje i eliminacja nierówności w globalnym handlu (dyskryminacja słabszych, mniejszych państw) stanowią odpowiedź na problemy państw z listy LDC.

Kłopot z państwami upadłymi i zagrożonymi upadkiem

Musimy pogodzić się z tym, że wszystkich państw nie da się uzdrowić. Przynajmniej nie środkami, których wykorzystanie jest realne i możliwe. Weźmy choćby Somalię, która jest państwem upadłym od dwóch dekad i nic nie wskazuje na szybką poprawę sytuacji. Niepewna jest sytuacja w Jemenie czy Afganistanie, gdzie struktury państwa są kruche. Wsparcie najbiedniejszych państw - jak najbardziej, tylko przy wykorzystaniu odpowiednich narzędzi. Same pieniądze tylko pogarszają sprawę.

Piotr Wołejko

niedziela, 08 maja 2011

Polityka wschodnia stała się w ostatnich latach obszarem istotnego zainteresowania polskich polityków. Niewiele jednak mieliśmy z tego profitów, ponieważ wykorzystywano naszych wschodnich sąsiadów do rozgrywek czysto wewnętrznych. Część sceny politycznej głosi wręcz teorię, iż obecny polski rząd znajduje się na usługach wschodniego mocarstwa – Federacji Rosyjskiej. Ba, jednocześnie rządzący są także na posyłki Berlina. Ci sami politycy gloryfikują również tzw. politykę historyczną, przemawiając do świata, w szczególności zaś do Moskwy, z wyższością moralną i nie stronią od połajanek. Zapatrzeni w przeszłość, rozgrywają Rosję na swoje wewnętrzne potrzeby. Dla nich Rosja jest wygodnym chłopcem do bicia, a im gorsze stosunki polsko-rosyjskie, tym lepiej dla nich. Nic to, że jest to działanie wbrew polskiej racji stanu.

Bezproblemowe relacje z sąsiadami

Jaka powinna być polska polityka wschodnia? Zaczynając od podstaw, czyli najbliższego sąsiedztwa (Litwa, Rosja, Białoruś, Ukraina), powinna to być polityka przyjazna. Turcy bardzo skutecznie prowadzą od kilku lat politykę „zero problemów z sąsiadami”. Nie jest to żadna nowość, jednak – jak pokazuje przykład turecki – zastosowanie konstruktywnego podejścia w praktyce przynosi wymierne i łatwo dostrzegalne korzyści. Na początku gospodarcze (zwiększenie wymiany handlowej i wzajemnych inwestycji), następnie polityczne, a w efekcie doprowadza do umocnienia pozycji międzynarodowej. Nie przypadkiem w kontekście Turcji mówi się dziś o jej coraz większej roli w regionie. Owszem, przyczynia się do tego dynamicznie rozwijająca się gospodarka, jednak bez odpowiedniej polityki zagranicznej pozycja Ankary byłaby o wiele słabsza.



Zero problemów nie oznacza jednak, że rezygnujemy z obrony naszych narodowych interesów. Stąd nie możemy pozwolić na to, aby Litwini nie wywiązywali się ze swoich międzynarodowych zobowiązań i traktowali z buta Polaków mieszkających na Litwie, ani aby Rosjanie kwestionowali swoją odpowiedzialność za zbrodnię katyńską. Sprawy należy załatwiać jednak z chłodną głową, bez zbędnej egzaltacji, a także na odpowiednim poziomie. Jak zawsze w przypadku dyplomacji, ważne jest zachowanie proporcji i odpowiedniej rangi. Nie angażujmy prezydenta, premiera czy ministrów do odpowiadania na publikacje zagranicznych gazet, analityków, czy posłów. Stare powiedzenie o dyplomatach mówi, że są to ludzie, którzy dwa razy pomyślą, zanim nic nie powiedzą, inne zaś, iż milczenie jest złotem. Czasem bowiem najlepszym rozwiązaniem jest wzięcie wody w usta.

Dwa, a nawet cztery fortepiany

W polityce zagranicznej Polska powinna kierować się podwójną zasadą dwutorowości, bądź dwutorowością do kwadratu. Po pierwsze, musimy balansować i minimalizować zagrożenia dla naszych interesów, które powstają na styku krzyżujących się w regionie wpływów większych sił (Rosja, Niemcy), a także pragmatycznie i aktywnie wykorzystywać możliwości, które otwierają się przed nami. Po drugie, skuteczna obrona naszych interesów wymaga działania w dwóch wymiarach: w ramach systemu organizacji międzynarodowych, do których należymy (Unia Europejska, NATO), a także na poziomie bilateralnym, w bezpośrednich relacjach z innymi krajami.

Choć Polska nie należy do słabeuszy, w regionie są silniejsze od niej państwa. Oznacza to, że nasz wpływ na najbliższe otoczenie międzynarodowe jest bardziej niż przeciętnie ograniczony. Często nasza sytuacja zależy w większym stopniu od działań bądź zaniechań sąsiadów, niż od własnej woli. Taka sytuacja nie jest dla Polski niczym nowym, stąd trudno zaakceptować w polityce zagranicznej podejście, w którym Polska jest krajem wyjątkowym, z którym wszyscy muszą się liczyć. Jak większość państw o średnim bądź niewielkim potencjale, jesteśmy zależni od poczynań mocarstw. Nasze wpływy zaczynają się tam, gdzie kończą się wpływy głównych potęg. Próba rywalizacji z nimi na ich podwórku w zrozumiały sposób wywołują sprzeciw (Ukraina), a czasem mogą doprowadzić do użycia siły (Gruzja, gdzie Rosja dokonała ograniczonej interwencji w obronie swoich wpływów).

Polityka wschodnia wymaga od Warszawy, wspomnianego na wstępie niniejszego rozdziału, podwójnego zaangażowania. Z jednej strony musimy grać w drużynach unijnej i natowskiej, natomiast z drugiej szukać bliższych relacji na szczeblu bilateralnym. Dla nikogo nie będzie zaskoczeniem stwierdzenie, iż pierwsze, zespołowe podejście, powinniśmy wykorzystywać głównie w relacjach z Rosją. Na poziomie Unii Europejskiej możemy bowiem skuteczniej zabiegać o nasze interesy – likwidujemy tym samym różnicę potencjałów. Tymczasem w stosunkach z krajami bałtyckimi, Ukrainą czy państwami regionu Morza Kaspijskiego możemy częściej działać samodzielnie. Nie oznacza to, że rozmawiając z nimi nie korzystamy z członkostwa w organizacjach, a w kontakty z Rosją ograniczamy wyłącznie do pośrednictwa Brukseli.

[...] CZYTAJ CAŁY TEKST NA PORTALU POLITYKA GLOBALNA

Realistyczna polityka wschodnia

Konkludując należy stwierdzić, iż główną cechą polskiej dyplomacji na odcinku wschodnim powinien być realizm. Musimy widzieć naszych partnerów takimi, jakimi są. Nie możemy kierować się uprzedzeniami, naszymi wyobrażeniami, ani życzeniami, tylko rzetelną i twardą analizą. Współpracujemy tam, gdzie nasze interesy i interesy innych są tożsame bądź zbliżone, przeciwdziałamy w sytuacji, gdy interesy te są przeciwne, a druga strona próbuje narzucić nam swoje zdanie. Działamy pragmatycznie, tzn. jesteśmy gotowi porozumieć się z tymi, którzy w danej sytuacji oferują nam najlepsze warunki. Przyjaciele są zmienni, interesy są stałe. Spór z danym państwem dotyczący jednej sytuacji nie wyklucza współpracy w innej. Stawiamy też na przyszłość, starając się zostawić przeszłość za nami. Nasi partnerzy mają bowiem swoje, również traumatyczne doświadczenia z najnowszej historii.

Na koniec refleksja natury ogólnej. Polska powinna robić wszystko co w jej mocy, aby Unia Europejska i NATO były silnymi i sprawnymi organizacjami. Silna Polska w silnych organizacjach – to nadrzędny cel polskiej dyplomacji w pierwszej połowie XXI wieku. Po drugie, rozwój gospodarczy. Potęga państwa i jego wpływy zależą od wielkości gospodarki. Polityka wschodnia to tylko jeden z kierunków polityki zagranicznej. Nie można go nadmiernie fetyszyzować, ani przesadnie lekceważyć.

Piotr Wołejko


Tekst ukazał się w ramach debaty Czy modyfikacje w obrębie Doktryny Giedroycia są wystarczające? Jaką drogą powinna podążyć polska polityka wschodnia?, prowadzonej wspólnie przez:



 
1 , 2
Zakładki:
1. Dyplomacja w Sieci
2. Blogi zagraniczne
3. Think-tanki
4. Media zagraniczne
5. Blogi polskie
6. Militaria
7. Periodyki
liczniki
Dyplomacja on Facebook